Powrót do gorzowskiego domu na ” wichrowych wzgórzach”.

wichrowe wzgĂłrza ziemi gorzowskiej.jpg

 

 

 

 

 

 

Dawno porzuciłam swój Dom. Przez te długie lata wędrowałam po świecie. Ale stale pielęgnowałam w sobie jeden z najpiękniejszych obrazów wczesnej młodości, obraz podgorzowskich wzgórz…Gdy po 40 latach wracałam do Domu, okazało się, że One na mnie czekają.

 

W młodości  bardzo często przemierzałam trasę kolejową z Krzyża do Gorzowa. Pociąg jak dostojny staruszek poruszał się dość wolno i miarowo odliczał kolejne stacje. Znałam wszystkie na pamięć. Już w okolicy Górek Noteckich stawałam w oknie. Zawsze czekałam  na moment, gdy nagle otwierał się rozległy krajobraz. Krajobraz jak wielka księga.
Wtedy pociąg szczególnie zasapany przytulał się ciasno do ostrej linii wzgórz morenowych. I ze swoimi wzgórzami wyznaczał granice wielkich, wypełniających cały horyzont wiosennych rozlewisk Noteci i Warty.
 
Potem porzuciłam Gorzów, zabierając ze sobą  tylko wspomnienia. W swoim sercu i oczach zachowałam obrazy miejsc, gdzie się urodziłam i dojrzewałam. Czule je pielęgnowałam.
Wędrując po świecie, zawsze odruchowo szukałam miejsc podobnych. Nigdzie nie znajdowałam.
Aż kiedyś, za oknem pociągu York – Liverpool zobaczyłam „wichrowe wzgórza”, takie z jedynej, ale bardzo znanej powieści Emilii Bronte. O razu dostrzegłam niezwykłe podobieństwo do podgorzowskich wzgórz. Ale tylko na chwilę powróciło wzruszenie. Przecież tam nie było mojego Domu…
 
Do Gorzowa nie przyjeżdżałam, bo po prostu nie chciałam. Słyszałam, że Santok i okoliczne wzgórza zostają powoli zabudowywane. Bałam się tego spotkania i konfrontacji rzeczywistości z moimi snami.
 
Dopiero po 40 latach podjęłam decyzję odwiedzenia Gorzowa. Była pełnia lata. Kupiłam bilet kolejowy i samotnie wyruszyłam w podróż na zachód Polski, w moją podróż sentymentalną.
Specjalnie wybrałam połączenie z przesiadką w Krzyżu. W ulubionym przeze mnie Krzyżu, na bardzo znanym peronie wypatrywałam starych wagonów, ale czekał nowy i ładny szynobus. Też dobrze, pomyślałam sobie.
 
Zaczął się ostatni odcinek mojej podróży. Bałam się. Nie wiedziałam, co będzie dalej, co będzie czekało…
 
Doskonale rozpoznawałam tę trasę. Liczyłam kolejne stacje. Witały mnie lasy podgorzowskie, kiedyś pełne grzybów i niebo skłębione, niespokojne. Wydawało mi się, że jestem w moim starym pociągu z parowozem miarowo pykającym czarnym, kominowym dymem.
Zbliżałam się do Domu… Stanęłam w oknie, zachłannie wpatrując się w krajobraz.
Przecież tak długo czekałam na znajomy, dla mnie jedyny w świecie – widok. Czekałam, właściwie bez nadziei, że jeszcze istnieje.

 

Minęliśmy Górki Noteckie, niedługo Santok…

 

I to nie był sen, gdy nagle zobaczyłam ten Obraz. Obraz tak bardzo zapamiętany i czule karmiony wspomnieniami przez dziesiątki lat. Nie wierzyłam. To nie był sen.
 
To były Wzgórza mego dzieciństwa. Niezmienne. Nieujarzmione. Trochę poważne i dzikie, trochę nostalgiczne, a nawet  smutne. Rozwichrzone pieszczotami wiatru.  Beżowo zielone, ale złotawe przytuleniem słońca.
Niezmiennie ułożone wzdłuż wyraźnej linii, którą narysował lodowiec przed swoją śmiercią. Wzgórza chroniące swoją piękną leniwą i rozległą dolinę Warty i Noteci.
 
Tutaj był mój Dom. Odnaleziony Dom na „wichrowych wzgórzach”.

 

Zdjęcie i tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka

 

 

 

Teksty brata-Zenona Łukaszewicza. Kazimierz Jankowski.

O Kazimierzu Jankowskim wspomina Zenon Łukaszewicz na stronach 61- 82 tomiku pt.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” (wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich ). Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

Tekst ten ( jak i inne z „ Alfabetu…” ) załączam w całości.  Czytam z podwójnym wzruszeniem, bo po pierwsze napisał go mój brat i teraz w miarę upływu lat coraz bardziej doceniam silne związki Zenona z tymi ziemiami, gdzie przyszłam na świat a wreszcie po trzecie w Gorzowie mam bliską mi Osobę, która spędziła swoje życie zawodowe w  nieodżałowanym „ Stilonie”, niegdyś chlubie miasta i kraju…. 

 

 

 

 << Kazimierz Jankowski

 

 

 

   Skromny poeta- amator, na co dzień pracownik gorzowskiego „ Stilonu”. Urodzony w 1945 roku w Siedlcach, w 1959 roku zamieszkał w grodzie nad Wartą. Związał się z Robotniczym Stowarzyszeniem Twórców Kultury oraz Gorzowskim Towarzystwem Kultury. Obdarzony niewątpliwym talentem poetyckim, początkowo nieporadnie a później coraz kunsztowniej zapisywał swoje liryczne teksty, poświęcone głównie trudowi pracy, jej etyce i kształtowaniu ludzkich postaw w tej codziennej mozolnej egzystencji. W licznych utworach , publikowanych w wielu czasopismach. podejmuje tak ważkie problemy , jak powinności obywatelskie, szeroko pojmowany patriotyzm , śląc humanistyczne przesłania. Ale w tym jego poezjowaniu nie znajduję pompatycznego zadęcia, frazeologii i pustosłowia. Jeśli demaskuje obłudę i fałsz, sprzeciwia się złu w jego różnych postaciach, to czyni to dyskretnie , z jakimś wewnętrznym, pełnym smutku ale i protestu, nastrojem.

      Kazimierz Jankowski w 1983 roku wydał arkusz poetycki w Bibliotece Literackiej GTK, zatytułowany „ Apelacja”. W zawartych w nim utworach odwoływał się do fundamentalnych wartości etycznych, obowiązujących człowieka. Z pewną satysfakcją byłem redaktorem jego debiutanckiej publikacji. Później, w 1989 roku, również w oficynie Gorzowskiego Towarzystwa Kultury ukazał się jego kolejny tomik pt. „ Napięta struna czasu”. Trzeba dodać, że dwa lata wcześniej nakładem RSTK w Poznaniu wydał Jankowski poemat „ Robotnicy”, zaś w 1988 roku , także w Poznaniu, tomik „ Słowa niekochane”. We wszystkich tych utworach jest wierny etosowi robotniczego trudu, w imię uczciwości zwalczając poetyckim słowem pozory moralności i fałszywe wartości czasu realnego socjalizmu. Jest jednym z nielicznych utalentowanych artystów pochodzących ze środowisk wielkoprzemysłowych.

    W 1992 roku- przy pomocy „ Stilonu”, w którym nadal pracuje – wydał kolejny zbiorek wierszy pt. „ Słowa w drelichu”, opatrzony przychylnym wstępem Zdzisława Morawskiego. Był to jeden z ostatnich opublikowanych tekstów gorzowskiego „ księcia poetów” przed jego nagłym zgonem. Co zaś do tomiku Jankowskiego, to potwierdzają się moje wysokie oceny poziomu twórczości tego pracowitego człowieka. >>

 

 

 

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej- Jakubowicz. Kilka słów o autorce( 2 )

 

Dopiero teraz , gdy nawiązałam kontakt z dr Moniką Czachorowską , dowiedziałam się , że dr Baśka, bo tak ją nazywałyśmy, żyje i można z Nią pogadać.

Dr Monika, która ma z nią stały kontakt przestrzegała mnie, że Baśka jest chimeryczna ( o czym zresztą wiedziałam), obecnie w dość kiepskiej formie fizycznej, ale zachowała wielką jasność i lotność umysłu. Zadzwoniłam więc z niejakim lękiem, mając w sobie niepokój, że nie zechce ze mną rozmawiać, może nie przypomni mnie albo nie wyrazi zgody na publikację spisanych przez Nią dziejów szpitala . Okazało się, że moje lęki były nieuzasadnione. Po tylu latach doskonale mnie pamiętała, wiedziała, że mam dużo dzieci , że kiedyś nawet zorganizowała spotkanie koleżeńskie w swoim mieszkaniu przy ul. Zajęczej, na którym też byłam. Tak więc opowiedziałam Jej o moich poszukiwaniach śladów naszego szpitala, o tym, że znalazłam o Niej informacje w necie ( o których napiszę później ) i przedstawiłam swój plan zamieszczania jej art. w moim blogu. Szkoda, by pozostał gdzieś w niedostępnej zwykłym ludziom bibliotece. Początkowo chciałam założyć odrębny blog pod Jej nazwiskiem, ale napotkałam jakieś niespodziewane przeszkody techniczne, więc zrezygnowałam i dobrze zresztą . Mój pomysł zaakceptowała w pełni, pozostawiła mi tzw.  wolną rękę w podejmowaniu decyzji, jednym słowem uzyskałam Jej aprobatę . Nie ukrywam, że sprawiło mi to wielką radość, bo materiał jest znakomity i niebawem przystąpię do wrzucania go fragmentami.

Ostateczną rozmowę odbyłam z Panią Dr Moniką Czachorowską, zaakceptowała  mój pomysł  i zgodziła się, by tutaj również się znalazł  Jej bardzo ciekawy artykuł….ale to będzie później….

 

 

Na medycznej ścieżce. O dr Marii Barbarze Chmielewskiej- Jakubowicz.

 

Na przestrzeni minionych lat spotykałam się kilkakrotnie z Panią dr Czachorowską, byłym ordynatorem Oddziału Neuroinfekcji nieistniejącego już szpitala im Dzieci Warszawy przy ul. Siennej 60 /Śliskiej . Było to w czasie  zebrań pediatrycznych, gdzie miała wykłady. Wspaniale się trzymała, wyglądała prześlicznie i jak zwykle pięknie mówiła. Zawsze witałyśmy się ciepło. Ostatnio już się nie widywałyśmy, ale zawsze o Niej myślałam z rozrzewnieniem. I oto teraz, szukając śladów mojej Siennej, ponownie nawiązałam z Nią kontakt. Rozmawiałyśmy przez telefon. Jeszcze pracuje jako neurolog. To Ona opowiedziała mi o koleżance dr Baśce, jak ją nazywałyśmy w tym szpitalu. Czyli o Marii Barbarze Chmielewskiej- Jakubowicz o której już wspominałam w tym blogu. Dowiedziałam się, że była nie tylko wspaniałym pediatrą i ciekawym esperantystą, jaką znałam w czasie wspólnej pracy, ale również sanitariuszką  w Powstaniu Warszawskim a przede wszystkim znakomitym kronikarzem.

 

Dr Baśka pracowała przez całe swoje życie zawodowe na Siennej i od początku prowadziła  kronikę tego szpitala . Swoje opracowania na ten temat umieszczała w końcu lat 70 ubiegłego wieku w „ Pediatrii Polskiej” ( 1978, nr 6 s. 689), w  czasopiśmie „ Szpitalnictwo Polskie” ( 1978, nr 22), w „ Służbie Zdrowia „( 1978, nr 37,19), w „ magazynie Historycznym Farmacji i Medycyny”( 1995, nr 2, s.30 i 1995, nr 3,s. 56),  by ostatecznie wydać całość w roku 1998 w nr 2  „ Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”.

 

Szukałam w necie tego numeru Pamiętnika, ale jest w Bibliotece Szczecińskiej, do której możliwy jest dostęp tylko dla naukowców z Wielkopolski i to za uiszczeniem opłaty. Pokonanie tej bariery było więc niełatwe.

 

 I okazało się , że Pani dr Monika ma xero tego artykułu . Przekazała mi , za co Jej serdecznie dziękuję.

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 1 )

Jacku!

To ja, Twoja ciocia Zosia, siostra Twojego Ojca.

Minęły właśnie dwa lata, gdy się spotkaliśmy przypadkowo w Zielonej Górze. 

Jednak chyba nic nie jest dziełem przypadku.

A było tak: W sierpniu całkiem niespodziewanie dla nas mój Brat a Twój Ojciec wybrał wolność. Tak długo narzekał  na swój stan zdrowia ,  że się do tego powoli przyzwyczajałam , a w końcu przestałam Mu dowierzać. I wydawało się , że dożyje bardzo sędziwego wieku w tej chwiejnej równowadze pomiędzy pełnią sił witalnych a starczym zniedołężnieniem. Jak się okazało, nic bardziej mylnego pod tym naszym słońcem . Gdy się dowiedział o poważnej chorobie swojej ostatniej żony, zrobił zręczny unik. Po prostu wykonał nagły zwrot i odszedł sobie  w zaświaty. Nie mogliśmy być na pogrzebie, bo ja bawiłam na tureckim Wybrzeżu Egejskim , kontemplując „ Obłęd „ J. Krzysztonia, książkę, którą kiedyś mi polecał . Przed wyjazdem odwiedziłam bibliotekę , jak zwykle sama sobie wybierałam książki z regałów, co uwielbiam i nagle stanęłam przed jednym z nich , wyciągnęłam ręką i wyjąłem jedną z książek. Okazało się, że jest to ta, o której mówił kiedyś Brat. Wtedy  inne sprawy przysłoniły tę poradę i ożyła teraz. Tak jakby w tym momencie podał mi ją Zenon…czyż nie można przywiązywać wagi do tego wydarzenia. Dopiero potem się dowiedziałam, że właśnie o tej godzinie, w tym dniu opuszczał nasz ziemski ląd.

 I w tej Turcji, siedząc na plaży z twarzą zwróconą na zachód, gdzie pozostał mój gorzowski port rozmyślałam o tym, jak Odys, z którym w pewnym momencie identyfikował się autor tej książki, wędruje po świecie w poszukiwaniu swojej  Itaki. I widziałam tę swoją Itakę, opuszczony przed ponad 40 laty gorzowski brzeg Warty, ale wiedziałam, że już tego portu nie ma i nikt nie będzie witał…..

…Ty nie zdążyłeś na pogrzeb Ojca ze swojej drugiej ojczyzny – Australii.

    I oto nagle, gdy nastał wrzesień , razem zjawiliśmy się w Zielonej Górze.   Przecież nie mieliśmy ze sobą kontaktu, żadnej wiedzy o sobie. I  zupełnie przypadkowo nastąpiło tam nasze spotkanie, Jacku. …jedno z nielicznych naszych spotkań. Może zaaranżował je z zaświatów Zenon, może los albo tylko tak  same się ułożyły te wydarzenia…nie wiem, ale przeczuwam czyjąś ingerencję….

Tak więc były odwiedziny cmentarza z maleńkim grobkiem w którym złożono urnę z prochami Zenona, wielokrotne odczytywanie napisu na  tabliczce : Zenon Łukaszewicz 14.05.1934- 18.08.2011..Dziwnie się tam poczułam. W głowie mi się tliło niedowierzanie, czy  to aby prawda że sobie odszedł na stałe, przychodziły myśli niosące  podejrzenia, że to  fikcja jakaś. Że to odejście, to jakby żarcik  mojego Brata. Lubił lekkie, niefrasobliwe żarty , bywał wesoło przekorny a w przeszłości zdarzały się  już  Jego tajemne znikania…

A potem spotkaliśmy się  z Tobą, Jacku na  zielonogórskim rynku. Ujrzałam dojrzałego mężczyznę , ostatnio oglądałam Ciebie gdy jeszcze byłeś studencikiem Sydneyskiej Szkoły Filmowej i wybierałeś się na roczne studia do Paryża . Od tej pory minęło tyle lat….

Tak więc teraz ujrzałam dojrzałego  mężczyznę  , widziałam duże podobieństwo do  Gertudy Fajger- Łukaszewicz- Twojej matki , ale bez trudu znalazłam oczy mojego Brata, jego urok, ciepły uśmiech i miłe ba nawet słodkie , choć nieprawdziwe słowa :  „ jak młodo i pięknie ciocia wygląda” . Miło mi się  zrobiło, nie przeczę, bom takich słów dawno nie słyszała…

Opowiadałeś o starej flanelowej koszuli swojego Ojca, którą zabrałeś z Jego mieszkania, gdy ostatnia żona Zenona Ciebie tam zaprosiła byś zlikwidował jego ciuchy, zbiory książek i czasopism. Miałeś żal, że ta koszula została wyprana, że nie zachował się na niej zapach ciała Ojca. Miałeś ją na sobie w czasie tego spotkania. Potem jeszcze opowiadałeś o swojej matce, która odeszła 8 lat temu. Ona tak bardzo Ciebie kochała…byłeś jak umierała. Wiem coś o tym, wiem jak człowiek się czuje patrząc na śmierć ukochanej osoby…Potem uciekaliśmy w tzw. luźne tematy. Włodek Piwowarczyk, mąż mojej kuzynki , który uczestniczył w spotkaniu opowiadał o swoich przygodach z filmem. I zrobiło się w końcu takie wczesnojesienne pogodne spotkanie….

Oczywiście było  piwo, zdjęcia , rozstanie…

Potem jeszcze raz się spotkaliśmy, odwiedzaliśmy ostatnią żonę Zenona- Inkę w szpitalu. Poważnie chora była, ale sprawiliśmy jej wyraźną przyjemność…. smutna była i cierpiąca, ale gdzieś na dnie tego co mówiła wyczułam  jakby pewną ulgę, że będąc w szpitalu  nie zostawiła Zenona samego i bezradnego. To on pierwszy odszedł. A może ja to tak odbierałam, bo takie myśli i do mnie przychodzą. Jak to będzie ze mną i mężem moim….

Przy pożegnaniu wymieniliśmy  adresy mailowe, niestety Twój okazał się niestrawny  dla mojego komputera, czy portalu, gdyż mój list wrócił…Tak więc pozostała tylko ta droga. Może to droga tylko w jedną stronę, bo Ty nie zaglądasz, ale próbuję. Myśląc także o Tobie i Twoich Synach piszę tego bloga- jak to się w Polsce mówi i piszę też ten list do Ciebie.

Pozdrawiam Ciebie z dalekiej Polski , gdzie już nie ma Twojego portu, ale przetrwał w naszych sercach…ciocia Zosia

 

JacekWłodek2011ZG.JPG

 

 

 

 

 

z Jackiem i Włodkiem Piwowarczykiem.JPG

 

 

Jacek po lewej. 11.09.2011- Zielona Góra.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Posłowie do ” Alfabetu…” które napisał Z. Trziszka

Posłowie do tomiku Zenona Łukaszewicza pt „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993 napisał Zygmunt Trziszka. Oto cała treść….

 

 

Posłowie

 

 

W czasach tego strasznego bezhołowia , gdy już nie wiadomo czy spośród żyjących pisarzy mamy wyłącznie samozwańców, gdy nie ma na lekarstwo prawdziwej beletrystyki , a o krytyce literackiej nie ma już nawet co wspominać – pojawia się na  rynku „ wolnym” książka Zenona Łukaszewicza.

    Jego książka „ Mój alfabet albo…” jest książką niezwykłą z kilku powodów. Zenon Łukaszewicz krytyką literacką zajmował się całe życie , a przy tym ułatwił poprzez mądre doradztwo ulokowanie się paru pisarzom na polskim Parnasie. To była i jest prawie Instytucja Kulturalna, ale z usposobienia człowiek mówiący wyłącznie prawdę w oczy nie ma łatwego życia ani w komunizmie, ani w postkomunie, ani u „ leberałów”. Ci ostatni przez jakiś czas zabiegali o jego teksty w „ Gazecie Nowej”, ale jakoś się zmiarkowali , że są to teksty „ antysystemowe” w ogóle . Szuka się przyczyn , czemu Zenon Łukaszewicz nie pasuje do żadnego układu i ktoś sobie przypomniał , że dla „ chleba panie” pracował w pismach dawnej nomenklatury , która i dzisiaj jest na dobrej pozycji . Nikt nie chce pamiętać , że jedyny Łukaszewicz przez całe życie pozbawiał wszystkich grafomanów ( bez względu na czerwoną maść) dobrego samopoczucia , że znał miejsce Kajana i Koniusza, że Izy K. nie widział wśród literaturorobów . Dużo by o tym mówić – ale o tym wszystkim jest ta książka.

      „ Mój alfabet albo…” bardziej jest z potyczek wzięty aniżeli z „ sylabizowania alfabetycznego”. To po prostu książka prezentująca „ krytykę żywą” w znaczeniu wziętym z nomenklatury Leopolda Buczkowskiego. W tym przypadku na zasadzie „ uderz w stół”, na bodziec krytyka reaguje krytykowany , niejeden grozi sądem albo sądem bez kryminału , to znaczy vice versa.

       Zresztą niestosowne są te wszystkie moje skłonności do prześmiewstwa , które zresztą nigdy nie obejmowało Zenona Łukaszewicza , bo to mój najprawdziwszy literacki  ojciec chrzestny , który wywiódł mnie na wolność twórczą z domu gorzowskiej niewoli , gdzie patent na pisarzy władze partyjne przyznawały wyłącznie Morawskiemu i Ankiewiczowi . Prawa tego nigdy też nie otrzymał Zenon Łukaszewicz , który pojawiwszy się w stołecznej Zielonej Górze jako człowiek utalentowany , skazywany był przez różnych mocodawców słowa na dolę murzyna . Dosłownie.

    I tak by było po dzień dzisiejszy , gdyby nie ukazanie się tej książki . To rzeczywiste lustro przechadzające się po  gościńcu , gdzie pełno brukowców zamiast książek . Gazety , brukowce to już domena innych.

    Książka ma dodatkowy walor- staje murem przy kulturze narodowej w krainie Oderlandzkiej . Trzeba sobie i z tego zdawać sprawę , bo my tu oparci o Odrę zrobiliśmy sporo dla sprawy tożsamości tego narodu , a Zenon Łukaszewicz był pierwszy wśród tych , którzy nie znosili literatury koniunkturalnej , tępił zaprogramowane przez mecenasów ludnościowe integracje , fikcyjne , urodzone wyłącznie w ich mózgach . Niżej podpisanemu też potrafił wynaleźć sporo takich kartek , a tym samym pozwolił ocknąć się i nie brnąć w schematy.

    Moim zdaniem ta książka zadziwi Warszawę i „ warszawkę”, jedna przyzna się do zadziwienia , inna zbagatelizuje , dopytując czy to Łukaszewicz z tych Łukasiewiczów.

     Niech ta krytyka niezależna od nikogo toruje drogę literaturze polskiej , która przyjdzie po obecnym piśmiennictwie polskojęzycznym.

                                                                  Zygmunt Trziszka

Na medycznej ścieżce. Pozostaję przy Siennej.

Zakończyłam opowieść o mojej medycznej ścieżce na etapie opuszczenia nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul.Siennej / Śliskiej. Stało się to w 1981 roku.

Pewnie kiedyś wrócę do kolejnych 23 lat z mojego życia zawodowego spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka. Ale na razie te wspomnienia są dość blade, chyba brak mi odpowiedniego dystansu . Widocznie   od czasu mojego przejścia na emeryturę minęło jeszcze za mało lat….

Tak więc pozostaję myślami przy mojej ukochanej Siennej.

Jakże mało wiem na temat tego szpitala. Ale próbuję zgłębić jego niezwykłe dzieje , szperam w necie, czytam, notuję i oczywiście czasem zapominam, bo taką mam wadę, chyba jak wielu innych- usiłuję się wytłumaczyć..

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Jak wykreowałem Zygmunta Trziszkę.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Stamtąd jest ten tekst,

JAK WYKREOWAŁEM

ZYGMUNTA TRZISZKĘ

 

    Autora wielu interesujących tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , poświęconej tzw. tematyce zachodniej , zaliczanego przez krytykę , z Henrykiem Berezą na czele , do głównych przedstawicieli nurtu wiejskiego polskiej literatury współczesnej , poznałem w 1961 roku w Gorzowie . Redagowałem wówczas gazetę zakładową „ Stilon Gorzowski”, starając się o otwartą formułę pisma na problemy całego miasta , zwłaszcza wiele uwagi poświęcając wydarzeniom kulturalnym . Gazeta była kolportowana przez kioski „ Ruch” i nie miała wtedy oczywiście żadnej konkurencji , gdyż tygodnik „ Ziemia Gorzowska” zrodził się dopiero po 1975 roku.

      Nie zaniedbując tedy problematyki stricte fabrycznej , starałem się wraz ze społecznym zespołem zaistnieć w życiu społeczno – kulturalnym Gorzowa , publikując m.in. recenzje Zdzisława Morawskiego pod pseudonimem Z. Rawskiego , teksty miejscowych dziennikarzy- profesjonalistów z oddziału „ Gazety Zielonogórskiej” , żeby przykładowo wspomnieć Henryka Ankiewicza czy Stanisława Fertlińskiego , dziś zielonogórzan . I pewnego dnia – nie pomnę już w jakich okolicznościach – poznałem Zygmunta Trziszkę , który wraz z żoną pracował w szkole podstawowej w podgorzowskiej Kłodawie . Trziszka zrobił na mnie duże wrażenie , z różnych powodów. Nie wspominam już tego , iż to nazwisko kojarzyło mi się z zabawną czeską komedią filmową „ Kłopoty referenta Trziszki „  , ale głównie dlatego , że poznałem człowieka niewątpliwie impulsywnego , o okropnych manierach , usposobieniu choleryka , aczkolwiek przy tym wytwarzającego wokół siebie jakby aurę typowego „ homo ludens”, w całej swej wiejskiej krasie i prostocie . Zaproponowałem mu współpracę z gazetą i nawet coś w niej wydrukował . Ale bliżej poznałem go nieco później.

      Otóż właśnie wówczas w Gorzowie powstał ośrodek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy , działający pod egidą Związku Młodzieży Wiejskiej. Zygmunt Trziszka został jego przewodniczącym . Ujawnił swoje talenty prozatorskie oraz umiejętności organizacyjne . Postanowiliśmy, że wspólnie wydamy jednodniówkę KKMP jako dodatek literacki „ Stilonu Gorzowskiego”, dając jej tytuł „ Nadwarcie”.

      Przed opisem realizacji tego zamysłu chciałbym jednak wyjaśnić , skąd w Kłodawie znalazł się Zygmunt Trziszka . Otóż przyszły pisarz , urodzony w 1936 roku w Wełdzirzu w dawnym województwie stanisławowskim , po wojnie wraz z rodziną znalazł się na Ziemi Lubuskiej . Matka i młodszy brat do dzisiaj mieszkają w Lubsku , on zaś- po ukończeniu zielonogórskiego Studium nauczycielskiego – pracę znalazł właśnie w Kłodawie . Wraz  z żoną mieszkał w zaniedbanym , nie ogrzewanym zimą domu , mając za sąsiada człowieka niezbyt sympatycznego , pracującego jako sprzątacz  w gorzowskim szpitalu psychiatrycznym.  Ta kłodawska wegetacja jawi się dziś pisarzowi jako koszmarne wspomnienie , głębokie pasmo cienia . Jednak niezwykle mocny instynkt witalny rodził w nim potrzebę ucieczki z tego wątpliwej jakości azylu , rodził przeczucie potrzeby pisarskiego powołania i wyrażenia osadniczych wspomnień i wyrwania się w środowiska  o większym intelektualnym i głębszych aspiracjach artystycznych . Otóż myślę , że taką pierwszą próbę dojrzewania ludzkich i pisarskich imperatyw była działalność Trziszki w gronie ludzi , stawiających dopiero pierwsze kroki w literaturze , a także – ów zamysł wydania jednodniówki , o czym wcześniej wspomniałem.

       Po przełamaniu wielu barier biurokratycznych i uzyskaniu niezbędnych funduszy udało nam się wreszcie w grudniu 1961 roku wydać” Nadwarcie”, odnotowane zresztą później w wielu publikacjach prasoznawczych.  Na czterech stronach niewielkiego formatu zdołaliśmy pomieścić sporo różnych tekstów . Zygmunt Trziszka , poza informacyjnym komentarzem na temat działalności ośrodka KKMP , opublikował opowiadanie „ Jesień” oraz ponureskę

„ Smak Pióra”, Henryk Ankiewicz wydrukował jedyne chyba w swoim dorobku opowiadanie „Kosmata łapa” oraz reportaż „ Listy miłosne mordercy”, niżej podpisany- młodzieńcze opowiadanie „ Rozmowa przy kratach”. Nie poskąpiliśmy miejsca dla poetów in spe . W jednodniówce znalazły się wiersze Andrzeja K. Waśkiewicza , Wincentego Zdzitowieckiego , Czesława M. Czyża, Floriana Nowickiego , Jadwigi Wawrzyniak i Tadeusza Mazura. Całość wzbogaciły piękne fotogramy Waldemara Kućki , szata graficzna była całkiem niezła. Ta inicjatywa została przychylnie przyjęta , przygotowaliśmy się do następnej, ale życie pokrzyżowało plany i nic z tego już chyba nie wyszło.

       Zygmunt Trziszka , sądząc po jego samopoczuciu , zyskał wówczas potwierdzenie własnych możliwości pisarskich . Gdy podczas pobytu w Zielonej Górze dowiedziałem się , że WK ZSL poszukuje dziennikarza z wiejskim rodowodem do redagowania zielonogórskiej mutacji poznańskiej „ Gazety Chłopskiej” , niezwłocznie powiadomiłem tym Zygmunta, zwłaszcza iż czekało również ładne mieszkanie . I tak w 1962 roku pisarz przeniósł się do Zielonej Góry , gdzie bliżej zaprzyjaźnił się z Andrzejem Waśkiewiczem , wydając potem wspólne publikacje pt. „ Dojrzewanie”, czyli sylwetki zasłużonych działaczy ruchu ludowego na Ziemi Lubuskiej . Trzy lata później w LSW ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Trziszki pt .” Wielkie świniobicie”. I tak to się zaczęło…

     Pisarz jedną ze swoich późniejszych książek eseistycznych nazwał „ Podróżami do mojej Itaki”, wykazując serdeczne związki , jakie połączyły go z Ziemią Lubuską . A mnie, podczas nieczęstych spotkań , nazywa swoim kreatorem , co brzmi prześmiewczo, w stylu Trziszkowatym . Ale prawdą jest też , że przypadek losu zetknął nas i mogłem mu w jakimś małym stopniu dopomóc , na miarę własnych możliwości , choć nie wszystko bezkrytycznie oceniając, co potem napisał i wydał.

       Toteż , jeżeli trudno określić czas i miejsce stworzenia świata przez Pana Boga , to łatwiej precyzyjnie umieścić w czasie i przestrzeni narodziny pisarskie Zygmunta Trziszki.

 

 

 

 

Stare pamiętniki.

Stary pamiętnik

 

Przyjaciółka zachowała swój stary, ponad 50 – letni pamiętnik. Zrobiłam zdjęcia niektórych wpisów. Teraz, kiedy chcę, wracam do moich dziewczyńskich gorzowskich czasów.

Na zdjęciu  pierwszym  wpis Mamy Przyjaciółki.

 

PamiętnikBajkaMama.JPG

 

 

 

Czytam i natychmiast  wędruję w przeszłość.

Jest późny zimowy wieczór. Mam 5 czy 7 lat, jasne włosy i czyste oczy. Przychodzę do Przyjaciółki. I jak zwykle  obie siadamy  na podłodze. Obok nas  Jej Mama coś szyje i opowiada przepiękne, wymyślone przez siebie bajki, mówi swoje wiersze.. Długo siedzimy nieruchome i zasłuchane. Jesteśmy w zaczarowanym świecie….To Ona, podobnie jak moja Mama, obdarowuje nas ogromną  wyobraźnią. I ta wyobraźnia stale w nas żyje mimo upływu tylu lat…

 

PamiętnikBajkiWpisProńko.JPG

 

 

 

Potem parę słów od Krysi Prońko, która zostawiła swój ślad w tym pamiętniku.

I właśnie przenoszę się do sali gimnastycznej. Gramy jak zwykle w „kosza”. Kryśka jest  niewysoka jak na koszykarkę. Ale  wiadomo, że gdy zdobędzie piłkę, gna jak wicher przez boisko i zwycięża. Nawet nie wiedziałam , że lubi śpiewać .

Teraz często słucham Jej najpiękniejszych na świecie” małych smuteczków” …

 Na kolejnej stronie wpis  Jurka  Szalbierza.

Tak dawno odszedł. Nie zdążyłam się z Nim spotkać w dorosłym życiu. Myślałam o Nim często. I wreszcie kiedyś wyobraziłam sobie to spotkanie. Był późny letni wieczór i  gorzowska Aleja Gwiazd. I wtedy nadszedł. Jak zwykle obwieszony aparatami fotograficznymi. W myślach nazywałam Go Jasny. Jasny Chłopiec. Widziałam Jego twarz. Zachował swój  dziecięcy, nieśmiały i ciepły uśmiech . ..Teraz czasami otrzymuję  od Niego nowe, przedziwne zdjęcia. Zdjęcia  innego , nieznanego mi jeszcze świata ….najpiękniejsze z nich , to „ uśmiechnięte oko Pana Boga”

 

 

PamiętnikBajkiWpisZosia.JPG

 

 

 I jeszcze  pismo jakiejś dziewczynki . Jak przystało na najbliższą przyjaciółkę wpisała się aż dwa razy:)

Ta dziewczynka jest mi prawie nieznajoma. Ale powoli wygrzebuję z pamięci jej obraz. Widzę jej drobne i nieporadne dłonie. Dłonie jeszcze  ufne, niewinne, niedoświadczone i nieświadome życia. Dłonie bez wspomnień.  Czasem spierzchnięte od mrozu… Biorą  drewnianą obsadkę z metalową stalówką. Otwierają kałamarz z atramentem. I ze skrzypieniem stalówki na papierze z trudem przepisują cudze, niezrozumiałe wtedy myśli do pamiętnika koleżanki….i składają ten podpis jakby znajomy – Zosia Łukaszewicz. To  przecież byłam ja….…

 

PamiętnikBajkaJaSzersze.JPG

 

 

Może gdzieś w innych szufladach leżą podobne  dziewczyńskie stare pamiętniki . Kiedyś wydawały się dość prymitywne, zwykle były tam powielane cudze słowa . Ale zapamiętały czyjś  ślad dłoni,  ich treści teraz czytamy inaczej i  możemy wracać w te dni , które dawno minęły.

W te dni, które po prostu „przeminęły z wiatrem”

 

 

 

Tekst własny zamieszczony w Portalu MM Gorzów, w styczniu  2010 r. pod nickiem Łuka

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zygmunt Trziszka.

Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. ‘ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993

                            

                                         

                                   Zygmunt Trziszka

 

 

     Postać barwna , malownicza , z usposobienia choleryk i impetyk , ekstrawertyk. Zadebiutował prozą w dodatku literackim „ Nadwarcie ”  w 1961 roku. Te nasze początki znajomości opisałem zresztą w tekście drukowanym poniżej.

     Po przeprowadzce do Zielonej Góry Trziszka początkowo wraz z Andrzejem K. Waśkiewiczem pracował w oddziale poznańskiej „ Gazety Chłopskiej”, potem przeniósł się do ówczesnej „ Gazety Zielonogórskiej”, drukując w niej wiele reportaży. Niestety pisarz nie mieścił się w tej żurnalistyce , zwłaszcza iż –  jak to wspomina do dziś – pozostawał w nieustannym konflikcie z red. Ankiewiczem , który apodyktycznie usiłował  podporządkować sobie nowego dziennikarza . Toteż Trziszka po pewnym czasie zwinął manatki i wyjechał do Warszawy, gdzie pracował w różnych redakcjach , zwłaszcza pism ludowych , gdy od dawna był członkiem ZMW i ZSL. Skłóciwszy się z ruchem ludowym , został przygarnięty przez Włodzimierza Sokorskiego do pracy w „ Miesięczniku Literackim”, w którym był aż do likwidacji pisma . Obecnie –  wraz z kolejną żoną i dziećmi – mieszka na Ursynowie i rowerem dojeżdża do pracy za Wisłę po półmilionowy zasiłek dla bezrobotnych. Nie zdziwiło mnie więc zanadto , że całkiem niedawno pojawił się w Zielonej Górze jako…kandydat na posła z ramienia Stronnictwa Narodowego . Przyjął jego ofertę kandydowania , którą wcześniej odrzucił Zbigniew Ryndak . Niestety , nie odniósł jak wiadomo sukcesu…

     Zygmunt Trziszka, repatriant z województwa stanisławowskiego , absolwent opolskiej WSP i członek ZLP od 1968 roku , jest autorem kilkunastu tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , mocno korzeniami związanej z Ziemią Lubuską , z okresem pionierskiego osadnictwa i zagospodarowywania tej ziemi , z przemianami jakie dokonały się na niej w latach powojennych . Nie jest to  , niestety , proza wysokiego artystycznego lotu . Więcej w niej socjologiczno – obyczajowych i psychologicznych obserwacji , aniżeli walorów stricte literackich . Takimi świadectwami artystycznych porażek , wynikających być może także i z tego , że autor pisał pod z góry założone tezy , są tomy opowiadań : „ Wielkie świniobicie”

( Warszawa, 1965), „ Żylasta ręka ojca” ( Poznań, 1967) i „ Dom nadodrzański” ( Łódź, 1968) . Następne książki , jak powieści „ Romansoid” ( Warszawa, 1969) , czy  „ Happeniada” ( Kraków, 1976) to utwory , w których do głosu dochodzi groteskowe widzenie rzeczywistości , pobrzmiewa w nich ton gombrowiczowski . I tutaj Zygmunt Trziszka okazuje się pisarzem oryginalnym , dojrzałym , interesującym. Walcząc z tzw Warszawką , pracowicie , z chłopskim uporem doskonali swój warsztat pisarski , prowadząc zarazem życie intensywnie towarzyskie i bogate emocjonalnie . Gdy opuszczał Zieloną Górę , wraz z nim wyjeżdżała Wanda Witter , lekkoatletyczna , która została później  pisarką i urodziła  mu córkę . Po pewnym czasie znalazł inną wybrankę , z którą ma obecnie dwóch synów. Córka miała ostatnio jakieś powiązania z narkomanami , wezwany więc na pomoc ojciec naurągał policji z właściwą sobie porywczością , przez co został w „ Gazecie Policyjnej ” opisany jako pisarz- kryminalista . On jednak nie poddaje się ciężkim próbom losu . Wystąpił z hukiem z

„ neo-zlepu” i założył Związek Pisarzy  Polskich . Związek został zarejestrowany, ma swój statut.

       Niemniej wzruszający jest sentyment pisarza do Ziemi Lubuskiej . W 1980 roku w LSW wydał tom reportaży pt. „ Podróże do mojej Itaki”, poświęcony naszemu regionowi . Inną jeszcze, ważną publikacją w jego dorobku , jest książka zatytułowana „ Mój pisarz”

( Warszawa, 1979) , zawierająca szkice poświęcone kilku wybitnym intelektualistom , bliskim autorowi . Napisał ją jednak „ na klęczkach”, przeto bardzo krytycznie i ironicznie oceniłem ją w „ Nowych Książkach”. Wówczas wydarzyła się rzecz śmieszna . Po lekturze recenzji Trziszkę zaprosił do siebie  ówczesny sekretarz NK ZSL, pisarz Józef Ozga- Michalski i powiedział  :     Kolego, ostro was krytykują, krzywdzą . Należy wam się stypendium . I Zygmunt stypendium otrzymał . Więc jak tu nie wierzyć w potęgę recenzentów!

     W ostatnich latach Zygmunt Trziszka był zafascynowany twórczością Leopolda Buczkowskiego . Poznał osobiście jego życie , zainteresowania , pracę. W wyniku tej zażyłości powstały dwie książki , z których szczególnie ta druga – „ Żywe dialogi”

( Bydgoszcz, 1989) – jest niezwykle wartościowa . Zygmunt jest również autorem monografii zmarłego wybitnego pisarza.

      Pisarz z „ pustyni ursynowskiej”,  jak określa dzielnicę swego zamieszkania , sprawi nam zapewne jeszcze niejedną  niespodziankę swoimi następnymi książkami . Choć powstaje pytanie, kto  je mu opublikuje . Chyba , że napisze ostry , kryminalno- sensacyjny utwór i złagodnieje w tym ścieraniu się z nową rzeczywistością . Spokornieje . Ale tu, znając go dobrze od wielu lat, mam niejakie wątpliwości.