Pożegnalny spacer po Uniejowie ( 4)

Pożegnalny spacer po Uniejowie.

Ale niedługo potem jest zamek jest ponownie  plądrowany powodu roszczeń majątkowych, prywatnych wojenek- jakże dobrze nam znanych,

W połowie XV wieku zamek gruntownie przebudowano i wzmocniono jego fortyfikacje. Jednak i to nie zapobiegło kolejnemu zawłaszczeniu przez wielkopolskiego szlachciura Wawrzyńca Kośmidera Gruszczyńskiego, który toczył prywatną walkę z arcybiskupem Zbigniewem Oleśnickim o Koźmin.  Wydarzyło się to w 1492 roku.

Już wtedy budowla ta poza tym, że była rezydencją arcybiskupa i pełniła  funkcje obronne ,  zawierała ważne kościelne archiwum i bibliotekę.

To tutaj odbywały się zjazdy duchowieństwa, a w trakcie wojny trzynastoletniej przechowywano  Uniejowie  cenne kosztowności i relikwie.

Pewną  ciekawostką jest zapis, że mieściło się też tutaj więzienie dla innowierców i nieposłusznych księży ale także innych skazanych. Jednym ze świeckich więźniów był znany gdański rzeźbiarz Hans Brandt. W 1485 roku, ten słynny człowiek dostał zlecenie wykonania nagrobka św. Wojciecha dla katedry gnieźnieńskiej. Gdy otrzymał zaliczkę od Zbigniewa Oleśnickiego na tę pracę, po prostu wywiał. Może miał  straszliwe długi czy inne ważne powody, by zniknąć, ale fakt pozostał faktem. Schronił się ów nieszczęśnik lub szczęśnik w Prusach, ale go dopadli, mimo, że w tamtych czasach nie było policji, CBA CBŚ ani …Złapano go i osadzono właśnie w więzieniu Uniejowskiego zamku. W ten sposób został zmuszony do ukończenia dzieła, które nadal możemy oglądać zwiedzając katedrę gnieźnieńską.

 

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Ale wracam do naszego skryby, pamiętnikarza, kronikarza, czy jak mu tam.

Z jakim zapałem ten  czternastowieczny skryba  skrobał on swoim gęsim  piórem  po pergaminie, że jeszcze  dziś  słyszę to skrzypienie i zgrzyty. Właśnie z mozołem  rejestruje  zniszczenia znajdującej się tutaj dwunastowiecznej drewnianej warowni .

Może opisuje też to, co  się działo w  1331 roku, gdy zawitali w te strony słynni agresorzy, zwani  Krzyżakami.

Może nie on to opisuje, może już inni, jego następcy-  jak  ci  ludzie o stalowych spojrzeniach, i  znanych nam z filmów czarnych krzyżach na płaszczach zakrywających zbroje  z obłudnymi religijnymi hasłami na ustach, wolno zbliżali się do miasteczka. Ludzie już wiedzieli, słyszeli, nasłuchiwali z lękiem jak dudni pod obcymi ziemia, ich ziemia ojczysta. Pewnie  uciekali gdzieś w knieje, by się ukryć , może ginęli pod końskimi kopytami. Niemieccy najeźdźcy zagarniali  nasze  ziemie, zdobywając je ogniem i mieczem. Przeszkadzała im ta polska uniejowska warownia, strzegąca przeprawy przez Wartę. Więc wrzucali tam zapalone głownie i chyba nawet nie oglądając się za siebie, by zobaczyć jak płonie, szli dalej.

Ale w 1333 roku na polskim tronie zasiada 22 letni wówczas Kazimierz Wielki. W 1343 roku zawiera z Krzyżakami rozejm, odzyskuje zajęte przez nich opisane  tereny. Ten projektant  Polski murowanej ma dużą wyobraźnię i zapęd, by marzenia o wielkiej Polsce wcielać w czyn.

Z jego polecenia człowiek nazywany wielkim budowniczym-  arcybiskup Jarosław Bogoria wznosi  murowane warownie broniące dostępu do państwa od północy i północnego wschodu. Poza zamkiem w Łowiczu, Opatówku pod Kaliszem, Łęczycy, Sieradzu, Kole , Uniejów wyznacza ten krąg twierdz granicznych.

Tak więc w założeniu zamek ten  ma  charakter wybitnie militarny.

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

I oto otwiera się brama parkowa ozdobna, majestatyczna, która wiedzie prosto do parku . Wchodzę.

Przede mną zamek. Stoję przed nim zadumana.

Jest, stoi tutaj od wieków. Pięknie odrestaurowany, teraz proponuje miejsca hotelowe i zaprasza do swojej restauracji z ogromnym tarasem i widokiem na korony starych drzew. Dużo o nim wiadomo. .

Siadam na ławeczce i czytam to co wydrukowałam z netu na temat jego historii. A była bujna i tragiczna. Czasem tylko radosna, optymistyczna. Jak to w historii bywa.

I oczami wyobraźni widzę jak jakiś cierpliwy dłubek historii, szpera w starych dokumentach.  nagle, kichając setnie od unoszącego się kurzu, otwiera księgę. I czyta z przejęciem to co znalazł a czego szukał.

Znaleziony przez niego opis liczy sobie 674 lata bo został sporządzony w 1339 roku przez dziwnie odzianego skrybę, takiego samego człowieka jak on, mającego podobne przypadłości, emocje zainteresowania. Też był historykiem, ale z pasją zapisywania tego, co się dzieje wokół w jego czasach. Ma poczucie misji, a może jest po prostu człowiekiem wynajętym przez króla albo innego władcę i tylko spełnia swój obowiązek, za który mu nawet płacą. Już nie dowiemy co go motywowało. Ale ważne, ze zapisał i przekazał pokoleniom. Oczywiście na marginesie myślę sobie o swojej pasji utrwalania przeszłości i teraźniejszości. Pewnie niektórzy to poczucie misji  nazwą pewną odmianą megalomanii, ale przyznaję się bez bicia do takiego toku myślenia. Chciałabym, by nasi potomkowie zajrzeli kiedyś do moich zapisków , poznali swoich pradziadków czy nawet prapradziadków. Może znaleźli tam swoje geny, może pomoc w rozwiązywaniu swoich problemów, albo tylko pocieszenie. Wszak od wieków ludzie cierpieli, kochali, radowali się i podziwiali przyrodę… Ale czyż nie jest to utopia, takie myślenie. Przecież dookolny świat jest coraz bardziej zapędzony , brakuje czasu na wszystko, jak mówi nasz przyjaciel- profesor Ramotowski- stale żyłem w niedoczasie. Tak, na moich oczach świat się ogromnie zmienia. Młodzi lubią i rozumieją tylko krótkie przekazy, obrazki. Któż by zajmował czytaniem słów czy jakiś opisów.   Tak więc pewnie to co zapisuję pójdzie gdzieś w kąt i zapleśnieje, ale mi wystarczy myślenie optymistyczne, że zapiski moje przetrwają i może jednak  będą czytane. Może znajdzie się chociaż jedna osoba, która się przy nich zatrzyma. A ta jedna osoba to dla mnie 100%. I ta nadzieja wystarcza…

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie (1)

Mój pożegnalny spacer uniejowski. (1)

 

Nic dziwnego, że miasteczko o tak bogatej historii czule pielęgnuje swoje zabytki.

I dobrze, że przybywają tam kuracjusze , wycieczkowicze ,wielu cudzoziemców.

Ale na razie liczba przybyszów nie jest znaczna, co cieszyło nas, bo nie lubimy tłumów. Jedynym miejscem, gdzie jest tłoczno, zwłaszcza w weekendy- to wspaniałe termy.

I dlatego, jeśli chcemy spokoju, a jest to możliwe jedźmy tam w dni powszednie.

       Po kilkudniowym pobycie nadeszła pora pożegnania.

Jak codziennie odbywam poranny spacer, odwiedzam ulubione miejsca i oczy napawam widokami.

Jestem więc na Rynku, właściwie to ryneczku, małym, kształtnym, czyściutkim, kolorowym, pełnym ławeczek , gościnnym.

Nad nim czuwa bialutka, wolno stojąca , 25 metrowa neobarokowa wieża kościelna z zegarem, wzniesiona w 1901 roku. Aż dziw, że nie zachowano nazwiska projektanta, a warto było. Wygląda jak zabaweczka, idealnie dopasowana do klimatu okolicznych niewysokich kamieniczek .

Zaglądam do zabytkowego kościoła , bo jest pora porannej mszy. Jedynie w czasie mszy miejscowy proboszcz otwiera kościół. Nie jest to zrozumiałe, bo zaglądają tam turyści i całują klamkę. Ale ten zwyczaj , relikt dawnych czasów, pewnie niedługo się zmieni.

A przecież ten kościół jest uznanym gotyckim zabytkiem.

Budowę prowadzono w latach 1342-1349, konsekrowany został w 1365 roku.

Wchodzę do jego mrocznego wilgotnego zimnego wnętrza. Zadziwiają szerokie nawy, jakby nietypowe dla gotyku. Ale ja się nie znam, jeno komentuję swoje odczucia.

Jeszcze rzut okiem na sarkofag błogosławionego Bogumiła , o którym wiadomo, że koronował króla Bolesława Śmiałego.

Uciekam szczękając zębami z zimna.

Już jest pełne słońce, cieplutko się robi i miło.

Siadam na ławeczce pod fontanną wybijającą swe solankowe wody spod wielkiego głazu i rozsiewająca ciepłą mgiełkę. Wdycham ten zapach, udrażniam wysuszone śluzówki nosa i gardła. Obserwuję grupkę ludzi ubranych w ochronne kamizelki, którzy zbierają śmieci z trawników i starannie zamiatają alejki. Jest rozkosznie …

Ale po chwili się zrywam , bo czekają na mnie jeszcze dwa ulubione miejsca.

Mknę w dół  wąską uliczką , hamuję na kładce, bo konieczny jest rzut oka na ukochaną Wartę dwie strugi solankowe, ciepłe i wonne wydobywające się z imitacji armat XVII wiecznych umieszczonych na brzegu rzeki, a potem na zamek  – piękny i milczący. Tylko rybitwy śmigają i jaskółki i wielkie czarne ptaszyska opuszczają swoje siedziby z dziwnych zagłębień w murze starej ceglanej wieży zamkowej.

Obiecuję sobie, że następnym razem wybiorę się na wycieczkę z przewodnikiem, gdyż w dni weekendowe o 12 oczekuje w oznaczonym miejscu miły pan , fajnie przebrany w pstry strój, pewnie z epoki. Po zebraniu grupki turystów wiedzie on  tę czeredą i pokazuje wdzięki Uniejowa. Może wtedy się dowiem, dlaczego w  ścianie wieży utworzono te regularnie rozmieszczone zagłębienia, jakby celowo wyjęto cegły…

 

Historia Uniejowa.

Uniejów historia

Ależ się rozpisałam, rozmarzyłam. Już nieomal popłynęłam do mojego Gorzowa. Ale czas się obudzić z tego pięknego snu i wrócić do rzeczywistości. Poważnej, ale niezbędnej w tym miejscu.

Tak więc pora na garść informacji historycznych o Uniejowie i Zamku.

Ale by nie przynudzać, w wielkim skrócie wrzucam to co znalazłam w Wikipedii.

Pierwsze wzmianki o Uniejowie znaleziono w starych dokumentach z 1136 roku.

W XIV-XV wieku powstała tam rezydencja arcybiskupów gnieźnieńskich.

 Od tej pory miasto rozrastało się , rozwijało  się rzemiosło a dzięki swojemu bardzo korzystnemu  położeniu geograficznemu kwitł handel.

Po drugim zaborze Polski, od 1793 roku miasto znalazło się w zaborze pruskim, w granicach Państwa Prus.

 Od 1807 roku, było w granicach Księstwa Warszawskiego a od 1815 roku – w zaborze rosyjskim w granicach Rosji na terenach Królestwa Polskiego.

W 1870 roku Uniejów został pozbawiony praw miejskich.

Miejscowa ludność wielokrotnie podejmowało liczne protesty  przeciwko rusyfikacji oświaty.

W 1918 roku miasto znalazło się w granicach niepodległej Polski.

W czasie działań wojennych, w 1939 roku Polacy walczyli  zaciekle z Niemcami, broniąc przeprawy przez Wartą. W wyniku tych działań zginęło wielu mieszkańców Uniejowa i okolic.

W 1942 roku Niemcy wymordowali miejscową społeczność żydowską.

W 2012 roku premier RP nadał miastu oraz sąsiadującym sołectwom w Spycimierzu, Spycimierzu- Kolonii, Zieleni i Człopie prawa uzdrowiska.

Tak więc młodziutkie jest, jeszcze nieśmiałe  to uzdrowisko i dopiero  wszystko przed nim…Jak dobrze, że zobaczyłam je teraz, trochę senne ale jeszcze nie zadeptane i świeże…

 

Pełen relaks nad Wartą…

Kladka.JPG

Kładka wiodąca nas z miasteczka do Term, zamku, parku. Po lewej plaża nad Wartą Termy i bliżej kładki taras restauracji, którą nazywałam  Wenecją- bo taka była  w Gorzowie w czasach mojej młodości.

 

 

 

 

Po basenowych kąpielach.

siadywaliśmy na tarasie restauracji Termalnej, dość wysoko ale bezpośrednio nad nurtem rzeki , konsumowaliśmy bardzo smakowite dania, w dodatku tak obfite, że jedna porcja wystarczała na dwie osoby , delektowaliśmy się urodą rzeki i miasteczka wznoszącego się na łagodne zbocze przeciwległego o brzegu, zapominaliśmy o tej nibyfabryce.

 I  dopiero  wtedy nadchodził pełen relaks, słodkie bezmyślne lenistwo .

Warta szumiała, rozsiewała swoje bardzo miłe zielone wiosenne zapachy a my oparci o krzesełka z winkiem w kielichu i opalenizną na twarzach poddawaliśmy się tym magicznym chwilom. Jakże potrzebnym w tym zapędzonym świecie.

I nawet siedzący przy sąsiednim stoliku Niemcy, którzy przybyli tutaj na kajakach i rozbawieni widocznie i hałaśliwi nie zdołali zepsuć nam sjesty. Zresztą niebawem zebrali się, wychylili ostatnie łyki złocistego piwka , grzecznie uporządkowali, przywrócili do poprzedniego układu stoliki, które wcześniej zsunęli by siedzieć w grupie i od tego momentu grzecznie, sznureczkiem zeszli z tarasu tegoż baru, zsunęli się po łagodnym zboczu plaży nadwarciańskiej i w kapoczkach, ze świeżymi chorągiewkami na każdym kajaku pomknęli w dół rzeki. Nie wiem dokąd płynęli. Jeszcze nie przestudiowałam tras organizowanych tutaj spływów kajakowych, ale po prostu mi się jeszcze nie chciało.

Wolałam snuć marzenia, że właśnie niebawem powita ich mój Gorzów, moje miasto rodzinne leżące w jeszcze bardziej dolnym biegu Warty.

I wyobrażałam sobie ich zachwyt nad nowymi bulwarami, mostami i tylko dlaczego mnie tam nie ma….

Żółta uniejowska fabryka.

Żółta uniejowska fabryka.

 

Po pierwszym spojrzeniu na to niewielkie miasteczko, wielokrotnym przemierzeniu rzeki przez bardzo fajną  kładkę dla pieszych, nagle przenosiliśmy się do innego świata.

 Gdzie stare zmieszane z nowym tworzy specyficzny koktajl, taki słodki kogel mogel, który znam z lat dziecięcych a teraz jest mi zabroniony z powodu problemów z cukrem. Ale to nic, najważniejsze to co było i najważniejsze, że w ogóle było….Otóż ten specyficzny koktajl polega na tym, że  tam, po lewej stronie Warty  rozłożył się  wielki XIX wieczny park, z alejkami dla zakochanych , zamek stareńki, ale ślicznie pofastrygowany i wychuchany na nowo jak pudełeczko, jakieś zabudowanie przyzamkowe nazywane teraz Domem Pracy Twórczej i niedbale wtrącony  jeden bardzo nowoczesny obiekt .

Tym obcym  wtrętem , który jednak dodaje tego kogelmogelowego smaczku całości  są Termy . Wrzucone na brzeg Warty, swoim kolorytem przypominają świeżutkie żółtko. I z powywijanymi rurami, oczkami licznych basenów, i niewielkim stosunkowo obiektem przeszkolonym , wyglądają jak za duża dziecięca zabawka lub żółta fabryka.

 Bo jest to istna fabryka. W wodzie wydobywanej z głębokości ponad 2 km gorącej, bo na tym poziomie, tzn pod poziomem 70 stopniowej, a na powierzchni 36 stopniowej będącej solanką z domieszką siarki krzemu miedzi i śladów radonu taplają się liczni przyjezdni- nibypracownicy tejże fabryki. Są to dzieciska i dorośli dowożeni autobusami w ramach jakiejś wycieczkowej trasy,  mieszkańcy łódzkiego , konińskiego i Bóg jeszcze raczy wiedzieć jakich okolic Polski. Przebrani w robocze dwuczęściowe lub jednoczęściowe uniformy , bez ochronnych czepków- bo nie są potrzebne, a wręcz nawet przeciwwskazane, bo woda ta ma własności leczenia nie tylko zreumatyzowanych kości i stawów, skóry pobrużdżonej zmarszczkami lub innymi spierzchnięciami ale również skóry owłosionej i wreszcie samych czupryn. Gdy wparowałam tam w czepku, od razu pewien starszy pan zwrócił mi uwagę, że źle czynię. Że należy moczyć głowę a włosy uzyskają piękny wygląda ze złocistym połyskiem. Oczywiście popatrzyłam na niego nieufnie, ale po chwili poddałam się tej fali ludzi wesołych, wyluzowanych i wszystko było fajne, przyjazne .

 Zawzięcie więc wszyscy moczą swoje ciała, podstawiają zbolałe części pod podwodne masaże a także zanurzają głowę. Uradowane niemowlaki i takie już nieco wyrośnięte , pływają na plecach lub ramionach ojców lub matek albo na nadmuchiwanych pływakach.

Bez lęku wychodziłam poza obręb krytej części basenowej, na zewnątrz, na wiatr i wielkie wiosenne słońce. Było rozkosznie i ciepło.

Pod wieczór fabryka powoli pustoszała, ale jeszcze do 22 słychać było jak w jej wnętrzu wre praca.

Cudna, wspaniała fabryka  produkująca lśniących wypoczętych ludzi o gładkich skórach i jasnych radosnych spojrzeniach… 

Jednak pomimo poddania się tej radosnej ludzkiej fali , do końca pobytu nie pozbyłam się myślenia, jak bardzo ten nowoczesny obiekt nie współgra z urodą miejsca, klimatem zamkowym i małomiasteczkowym.

Ale wreszcie  zrozumiałam, przyszła do mnie jasność, że to przecież znaki czasu. Te żółte rury fabryczne i basenowe wywijasy to właśnie przyszło nowe.

Tak musi być i jeśli są szanse by zaproponować ludziom coś innego, może nie harmonizującego ze sobą, ale  efekcie pożytecznego, należy tak zmieniać krajobraz.

Informacja.

Jak zapowiada administrator serwisu Bloog.pl od  godziny 23 w dniu 2.06.2013 tj od niedzieli do 12 – 3.06.2013 będzie przerwa w odbiorze…tak więc pozostają grzyby- a jak dzisiaj podano w radio , podobno już pojawiły się borowiki. Ja zebrałam kilka koźlaczków z czerwonymi główkami…życzę pięknej pogody, miłej niedzieli i różnych przyjemności….do zobaczenia

Noclegi w Uniejowie.

Zakotwiczyliśmy się w mrocznym Kasztelu. Położony obok dość ruchliwej szosy i wjazdu na teren Term, kiedyś pewnie spełniał funkcje obronne, teraz jednak nie daje możliwości pełnego wypoczynku. Ten obiekt jest bardzo ładny, starannie zaprojektowany , pewnie wiernie zrekonstruowany i wykończony z pietyzmem. Zachwycają stylowe detale i ogólnie wart obejrzenia. Ale niestety dla nas , już starszych ludzi był zbyt ponury. Maleńkie okienka, wpuszczające niewiele światła, łoże z baldachimem i inne szczegóły powodowały w nas nastrój smutku, zupełnie inny niż taki, jakiego oczekiwaliśmy.

Wobec tego szybko rozejrzeliśmy się po okolicy .

Budowane są dwa duże pensjonaty nad Wartą z widokiem na Zamek, może ukończą je za rok.

Obejrzane przez nas kwatery, może nie wszystkie, ale te położone w przyzwoitej odległości od Term nam nie odpowiadały, stare budynki wprawdzie zaadoptowane zwykle zalatywały starzyzną.

Ktoś nam doradził, byśmy się zwrócili do Sióstr zakonnych, u których znaleźliśmy spokój i ciszę wśród kwitnących sadów. Nowiutkie wnętrza, wielkie szerokie, nisko schodzące nad podłogę okna zauroczyły.

 Pokoje na dole miały łazienki wspólne, ale było ich kilka.  Wybraliśmy pokoje na drugim piętrze, każdy  wyposażony w węzeł sanitarny.

Śliczna i świetnie wyposażona wspólna kuchnia połączona z jadalnią zachęcała do spożywania tam posiłków.

Można było też wyjść do bardzo zadbanego  ogrodu, gdzie był stół , krzesła i wśród cudnej kwietnej zieleni kontemplować, rozmawiać itp.

Klimat tego miejsca sprzyjał odpoczynkowi, bo w tam w ogóle nie było telewizorów i odbiorników radiowych. Początkowo to nas trochę zirytowało, ale po kilku dniach pobytu okazało się, że było to wybawienie- oderwanie się od tych mediów , problemów zewnętrznych, kotłowaniny politycznej.

Siostra Milena, przełożona, była bardzo miła, gościnna i zawsze pomocna. Pytaliśmy o pobyt z małymi dziećmi, Siostra wskazała większy pokój z łóżeczkiem i zapraszała młode rodziny. Jednym słowem miejsce to możemy polecać bez żadnego zawahania się.

Do parku, Zamku i Term odbywaliśmy uroczy 10 minutowy spacerek  przez Rynek i kładkę na Warcie …

 

 

Widok na Wartę, Termy z kładki łączącej miasteczko z częścią historycznie ważną i rekreacyjną.

 

A może do Uniejowa.

Dla mnie, urodzonej nad Wartą Uniejów ma specjalne znaczenie. To miasteczko położone nad tą samą rzeką co mój rodzinny Gorzów naprawdę może zauroczyć.

Całkiem niedawno usłyszałam w radio audycję nt nowego , mającego zaledwie rok, polskiego uzdrowiska o nazwie Uniejów. Prawdę mówiąc mam spore zaległości w zwiedzaniu Polski i nazwę tę usłyszałam po raz pierwszy.  Gdy zajrzałam do atlasu, znalazłam je bardzo blisko Warszawy, ok. 150 km na zachód.

 I jak tu nie pojechać, sprawdzić to o czym mówią dziennikarze. Decyzja była prosta. Wyszukałam w necie informacji nt możliwości noclegu. Proponowane tam miejsca Hotelowe w Zamku, w Domu Pracy Twórczej i Kasztelu miały wysokie ceny, ale po cichu myślałam o znalezieniu taniej kwatery. Zarezerwowałam więc nocleg w najtańszym spośród trzech wymienionych- Kasztelu i wybraliśmy się w drogę.

Trasa nową S2 w kierunku Poznania niosła nas szybko i pewnie.

Jednak piękne polskie widoki zza okna samochodu psuły wszechobecne ekrany. Jazda pomiędzy nimi nie sprawiała przyjemności i w dodatku była zaburzona myśleniem- po co ustawiono ich tyle i kto na tym zarobił. Duże przestrzenie zupełnie puste, łąkowe, bez żadnego domostwa zamknięto w te okropne wytwory chorej wyobraźni. Ale cóż, może nie mieliśmy racji, może były jakieś cele wyższe, nie wiadomo…

Na trasie była tylko jedna bramka, więc za ok. 20 km zapłaciliśmy 4 złote. Gdzieś tam została za nami Łódź i wkrótce odbiliśmy w lewo , kierując się na wymarzony Uniejów.

Powitał nas piękną pogodą,  szerokim widokiem na dużą rzekę i zamkiem niespodziewanie wyrastającym ze starego parku.

 

 

Nadwarciański magiczny Uniejów. Widok ze strony miasteczka.