Na medycznej ścieżce. Podkowa Leśna.

Wizyta w Podkowie Leśnej.

 

Po jakimś czasie Anula zaprosiła mnie , Mirka i naszą ( jeszcze wtedy) trójkę naszych dzieciaków do swojego domu. Skorzystaliśmy z zaproszenia, bo bardzo Ją lubiliśmy a także kusił  klimat Podkowy Leśnej.

To tutaj czasami przyjeżdżaliśmy kolejką WKD  do miejscowego kościółka.

Działy się tam rzeczy niezwykłe w owych latach 70 XX wieku, bo miejscowy ksiądz organizował msze bitowe. W tamtych czasach była to zupełna nowość. Nikt sobie nie wyobrażał takiej muzyki w polskim kościele. Właśnie tam  po raz pierwszy wykonywano Mszę Beatową Katarzyny Gaertner.

Było to wydarzenie znane w stolicy i nieomal obowiązkiem było odwiedzenie Podkowy.

Anula powitała nas serdecznie a Jej urocza szczupła Mama  oczarowała.  Anula ponoć była podobna do swojego ojca, który był wysokim blondynem o wielkich niebieskich oczach . W czasie II wojny światowej przyleciał do Polski z Anglii jako  Cichociemny i zginął w pierwszych dniach po desancie. Niestety Anglikom nie stało wyobraźni dobierając ludzi o tak charakterystycznym wyglądzie. Przecież w założeniu mieli się wtopić w miejscowych i dotrzeć do Warszawy. Natychmiast został zidentyfikowany przez Niemców i zgładzony. Dzielna Mama Anuli została sama z maleńkim dzieckiem, nie tylko dawała sobie radę, ale też wybudowała dom w Podkowie Leśnej.

Obie Panie oprowadziły nas po swoim domu i ogrodzie., odwiedziliśmy oczywiście Pajaca w jego nowym odbudowanym lokum. Psy już się do nas łasiły i nie budziły lęku. Spokojnie się snuły po domu, pomiędzy starymi stylowymi meblami , wylegiwały na dywanie pod stołem….

Wkrótce podano obiad. Dania były delikatne, smakowite,  podane na pięknej porcelanie. Zwróciłam uwagę na wielkiego rozmiaru srebrne sztućce…

Wyjechaliśmy stamtąd unosząc wrażenie, że odwiedziliśmy prawdziwy dworek polski, gościnny, otwarty dla wszystkich….

 

Losy moich Rodziców. Tato w obozie koncentracyjnym.

W Sachsenhausen – Oranienburgu k/ Berlina panował ład i porządek. Niemcy przestrzegali zasad higieny, gdyż bali się jakiejś epidemii, która mogłaby zagrozić Berlinowi.

Jednak warunki bytowe więźniów były bardzo trudne. Widziałam to miejsce przed kilku laty, zabrałam tam najstarszą córkę- Justynę a w następnym roku- Marcina. Teraz jest tam muzeum, ocalało kilka baraków, komin krematoryjny , zarys krematorium z  widocznymi paleniskami, gdzie układano  trupy.

W tym miejscu nadal wieje grozą.

Wyobraziliśmy sobie naszego Tatę i Dziadka, gdy odziany w liche pasiaki dygocze na wielogodzinnym apelu pod strugami deszczu, w śnieżycy i wielkim wichrze. O czym wtedy myśli? To pozostaje tajemnicą, którą zabrał już do grobu. Czy tylko o przetrwaniu, czy może o rodzinie, żonie, synach. A może śni na jawie swoje kresowe miasteczko i mateńkę przy wielkim piecu chlebowym?

Może boi się takich myśli, bo wówczas przestaje panować nad wyniszczonym ciałem. I może się zachwiać a nawet upaść, dobijany kolbami albo celnymi strzałami w głowę.

A gdy wizytuje ten obóz Koch- jeden z największych nazistowskich  katów, idzie wzdłuż szeregów dygoczących ciał w których jeszcze się trzepocze serce i kolejno, systematycznie staje twarzą w twarz z każdym więźniem nadeptując podkutym butem na palce udręczonego otulone jedynie  zdartymi szmacianymi butami. I obserwuje, pilnie obserwuje oczy więźnia. Jeśli dostrzega w nich jakieś drgnienie powieki, grymas bólu , wybiera do rozwałki.

Taki obraz mamy pod powiekami, to opowieść Wacława. On wytrzymał.

Ale  wielu  innych nie wytrzymało bólu miażdżonych palców swojej nogi przez niemiecki but , poddało się i popłynęło z dymem pieców krematoryjnych w błękitne  czyste niemieckie niebo.

Nie mogło być inaczej, w dymie tym musiały być  popioły spalonych. I potem spadały leniwie, wolne już od ziemskich nieszczęść , cicho i płynęły i tańczyły nad czerwonymi bardzo radosnymi  dachami sąsiadujących z obozem willi, w których zamieszkiwały rodziny nadzorców obozowych.

A może jakiś płatek ze spalonego ciała spadł we włosy małej niemieckiej grzecznej dziewczynki, słodkiej córeczki jakiegoś oprawcy.

A może wszystkie umarłe dusze i szczątki pochłonęło niebo i nawet nie dotarły do Pana Boga, który wtedy był daleko. Za daleko. I pewnie nie widział.

To tylko ludzie ludziom zgotowali ten los.

I  modły nie były potrzebne, bo i tak nie zostawały wysłuchane.

Na medycznej ścieżce. Pajac.

Anula opowiadała o swoim ukochanym koniu.

W Podkowie Leśnej mieszkał z nimi, i był traktowany jak lord.

Nazywał się  Pajac, miał swoją ocieplaną stajnię i był wyprowadzany wtedy, gdy panie miały ochotę na przejażdżkę. Konno jeździła jej mama, ona i jej córki.

Kiedyś przed zimą Anula obwieściła, że musi zdobyć dla niego siano. Następnego dnia wyznała, że udało się i nawet wynajęła konia, by je przywiózł.

Wyraziłam zdziwienie, dlaczego  Pajac sam sobie nie przywiózł jedzonka na zimę, wszak był koniem. Wystarczyło tylko wypożyczyć wóz.

To pytanie ją bardzo wzburzyło, na serio odpowiedziała, że  przecież jej koń nie  jest stworzony jako koń pociągowy a w dodatku  nie wypada by ciągnął wóz. Byłoby to zadanie ponad jego godność…

 Kiedyś dostaliśmy telefon, że Anula nie przyjdzie do pracy, bo spaliła się stajnia Pajaca. Byłyśmy wstrząśnięte. Znając jej trudną sytuację materialną, zebrałyśmy pieniążki, i udałam się do niej do Podkowy Leśnej. Wówczas korzystałam z malucha mojego Taty, więc bez trudu dobiłam do Podkowy i rozpytując ludzi trafiłam do jej domu. Ta rodzinka była znana wszystkim mieszkańcom.

Ogród był piękny, stare drzewa , kwitnące krzewy a wśród nich uroczy dom. Dwuspadowy, z narożnikowym wejściem ukrytym pod kolumienką.

Dzwoniłam długo, bo na terenie grasowały wielkie psy. Wreszcie wyłoniła się Anula. Pewnie dzwonek nie działał, jeno psiska ją zawiadomiły.

Wiedziałam, że ma kilka psów, przygarniała różne biedne i porzucone. Ale tego co zastałam w domu, się nie spodziewałam.

Znalazłam się w innym świecie, jak ze starego filmu. Wnętrze było jak w dworku z ubiegłego wieku. Wśród wyliniałych zdobnych niegdyś kanap i starych ciekawych mebli rezydowały różnej maści psy, niektóre leniwie się przechodziły pomiędzy moimi nogami. To było królestwo Anuli.

Zostawiłam pieniądze i szybko odjechałam. Ona już organizowała odbudowę stajni, więc wiedziałam, że nic tu po mnie.

Losy moich Rodziców. Listy obozowe.

Trzymam w dłoniach listy, które pisał do Mamy mój Tato. Zachował się pierwszy , z 1941 roku, kiedy to Mama wreszcie , po dwóch latach dostała wiadomość , gdzie jest jej mąż a co najważniejsze, że żyje. Odbyło się przez Jej rodzinną Godziszkę, gdzie mieszkał ktoś z dalszej rodziny, pdpisał volkslistę, ale był dobrym uczynnym człowiekiem. To on swoimi kanałami dotarł do informacji, że Tato przebywa w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen k/ Berlina.

Wyobrażam sobie, z jakim drżeniem serca Mama odbierała ten list i czytała pierwsze linijki. Jeszcze ze szkoły znała język niemiecki, więc nie miała problemów ze zrozumieniem. Ale zdumiewające było, że Wacek, mój Tato w takim stopniu opanował znajomość niemieckiego, że mówił , czytał i pisał biegle. Znał rosyjski i francuski. Niemieckiego nauczył się w obozie. Zresztą tam też opanował angielski, gdyż współwięzień znający ten język, wieczorami udzielał lekcji chętnym. Jak znaleźli na to czas i siły. Nie wiem. Tato miał zdolnosci językowe, ale też upór. Pamiętam, jak jeszcze pod koniec życia przesiadywał w maleńkiej kuchence mieszkania na warszawskim Żoliborzu nad podręcznikiem do nauki języków, notował słówka i reguły gramatyczne. Zresztą już kiedyś o tym pisałam.

W pierwszym liście ponoć Tato pisze, że zarabia tyle ile Nieniuś. Była to zakamuflowana dla cenzora niemieckeigo informacja, gdyż wiadomo było, że jego Zenuś ma 5 lat. Więc o zarobkach nie mogło być mowy.

Ponoc też Tato pisze- pozdrawiam ciocię Czosnek. Mama zorientowała się po chwili, że chodzi mu o przysłanie czosnku. Jak potem opowiadał, miał już pierwsze objawy szkorbutu. Mama od razu przygotowała wielką pakę z czosnkiem. Akurat z tym nie było problemów nawet w czasie wojny . W kolejnym liście, już datowanym 1942 rok- Tato pisze- pozdrawiam ciocię Mniejczosnku. Podobno cały obóz koncentracyjny pachniał tym wileńskim czosnkiem. ….

 

A oto pierwszy list obozowy

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Anula cdn.

 

Któregoś dnia Anula z radością oznajmiła, że właśnie zapisała swoje córki na obóz narciarski. Moje dzieciaki były dużo młodsze, więc słuchałam z zazdrością, że Jej wyjeżdżają bez mamy a w dodatku nauczą się jazdy na nartach, która była dla mnie sztuką nieosiągalną, no może poza dwurazowym zjazdem na łeb i na szyję czyli na krechę w wąziutką wolną przestrzeń pomiędzy stertami ściętych pni . Cudem uniknęłam ciężkiego wypadku. Dlatego imponowała mi wizja, że dzieci Anuli pod okiem trenera zdobędą umiejętność sprawnego narciarza a w dodatku był to wówczas sport raczej elitarny.

Tak więc cieszyłyśmy się razem . Anula szaleńczo dyżurując , zgromadziła już niezbędne fundusze , zresztą  wówczas tj przed 40 laty zorganizowane wyjazdy dla dzieci i młodzieży nie były drogie. Martwiła się tylko, że dziewczyny nie mają odzieży sportowej.

Każda z nas przyniosła jakieś swoje ocieplane spodnie , ale chyba nie pasowały.

Anula po kilku dniach  oznajmiła z radością i niejaką dumą , że  ich  tatuś zamiast alimentów zakupił kombinezony córkom . I było fajnie….

Ale gdy po roku sytuacja się powtórzyła, któraś z nas  zapytała, czy już wyrosły z poprzednich kombinezonów?

Beztrosko odpowiedziała, tak jakby to była rzecz zwyczajna-  Tamte były tylko wypożyczone z jakiegoś klubu…zresztą na marginesie muszę dodać, że słusznie, bo Córki Anuli rosły jak na drożdżach….

Na medycznej ścieżce. Anula cd.

Ponownie nawiązałam kontakt z Anulą i jeśli ten tekst ją w jakiś sposób zaboli- usunę z blogu. Pomimo tego, że od opisywanego czasu minęło 40 lat i ludzie  raczej są już innymi ludźmi , wiem, że pewne wspomnienia wolą wymazać z pamięci. Czekam więc na decyzję . Dopisałam  7.06.2014……

 

 

Anula kiedyś nam opowiadała, że przez jakiś czas dyżurowała na noworodkach w Klinice położniczej. W ten sposób zarabiała dodatkowe, chociaż mizerne pieniądze na utrzymanie dzieci.

I któregoś dnia miała przyjemność rozpoznać noworodka nieomal identycznego jakim była przed laty jej najstarsza córka….

 

Oczywiście Anula, jak to Anula, rozpostarła swoje skrzydła opiekuńcze i nad tym dzieciątkiem zwłaszcza, że jak się wkrótce okazało, jest to w jakimś szeroko rozumianym pojęciu Jej rodzina…. .

I tak toczyła się historia Anuli, którą żyliśmy my, wszyscy w dyżurce naszego Szpitala im. Dzieci Warszawy w tych latach 70 XX wieku. Bo nasze problemy były problemami wspólnymi.

Tak więc zapamiętałam  Anulę, gdy siedzi na korytarzu szpitalnym i poważnie rozmawia z przystojnym panem. Odwiedzał ją przez kolejne lata, dawny mąż, ojciec jej córek, chyba w jakimś sensie przyjaciel . Znając Anulę na pewno udzielała mądrych porad, bo sama była bardzo doświadczona przez życie…

 

Na medycznej ścieżce. Anula.

Anula

 

Mieszkała w Podkowie Leśnej ze swoją mamą- panią Zaorską , która pochodziła z Chełmońskich, tych Chełmońskich.

Miała dwie nastoletnie wtedy córki, które później poznałam. Były to przystojne , wysokie, smukłe długowłose dziewczyny.

Anula opowiadała o swoim małżeństwie, które się rozleciało, gdy urodziła się młodsza córka. Bardzo się kochali, ale miłość trwała krótko, właściwie moment jego odejścia wiązał się z poprawieniem ich sytuacji mieszkaniowej.

On był asystentem na Politechnice, mieszkał w niewielkim pokoiku w tzw. domkach fińskich na Jelonkach.

Były one tzw darem ZSRR dla Polski. Początkowo mieszkali w nich budowniczowie Pałacu Kultury, a potem spełniały rolę akademików. Domki były drewniane, miały cienkie ściany i właściwie trudno było je ogrzewać, zresztą pewnie trzeba było mieć na to fundusze.

Po ślubie, zamieszkali tam razem, spali na wąskim tapczaniku, Anula od strony zewnętrznej ściany i zdarzało się, że zimą budziła się z włosami przymarzniętymi do ściany. A miała wówczas piękne, długie i gęste , naturalnie jasne.

Widziałam jej zdjęcia z tych lat. Można było się zachwycić.

Ponieważ pensja asystenta była niewielka, a Anula jeszcze studiowała, dorabiała  jako modelka w Modzie Polskiej. Nic dziwnego. Słusznego wzrostu , bardzo szczupła .o bardzo długich nogach i  cienkich pęcinach i wielkich błękitach oczu , została łatwo zakwalifikowana do tej pracy.

Wkrótce urodziła  córkę Agnieszkę , wychowywała w tych trudnych warunkach , ale później dostali upragnione  mieszkanie. Była to prawdziwa radość. Wydawało się, że teraz wszystko będzie przebiegało gładko.

Ale po  pewnym czasie zaszła w kolejną ciążę.

I wówczas jej szlachetny małżonek zaczął się oddalać.

Pewnie źle znosił tę ciążę.

   Anula nie miała czasu rozpaczać po odejściu męża. Zabrała starszą córkę i wyprowadziła się do matki, która miała domek w Podkowie Leśnej. Po urodzeniu drugiego dziecka na etapie trzeciego roku Akademii Medycznej przerwała studia . Dalej pracowała w Modzie Polskiej.

Gdy podchowała dzieci, po  czterech latach wróciła na przerwane studia . Wyobrażałam sobie z trudem jak sobie dała radę. Niewyobrażalny to wysiłek i niezwykła próba  charakteru, by po takiej przerwie kontynuować  studia medyczne. A ona zwyciężyła, po raz kolejny pokazała klasę. Została doskonałym lekarzem z intuicją i wiedzą.

A także z ogromną empatią dla ludzi…

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w bibliotece szpitalnej…

Muszę napisać o jednej z koleżanek – Anuli Ipnarskiej .Była taką osobowością, że gdy pomyślę Sienna- od razu poza kilkoma innymi lekarzami, myślę o Anuli.

Gdy przybyłam do zespołu lekarzy Szpitala przy ul. Siennej/ Śliskiej , zebrali się lekarze tego szpitala w pięknej Bibliotece Szpitalnej. Mieściła się na trzecim piętrze, oddzielając dwa skrzydła oddziału żółtaczkowego . Pachniała świeżą pastą do podłóg i  trochę tylko kurzem książkowym. Wysokie ciężkie staroświeckie regały sięgające sufitu były szczelnie wypełnione medycznymi dziełami. Widać było ich pięknie zdobione złocone barwne grzbiety. Ulokowane na najwyższych półkach chyba były rzadko wydobywane, w tych czasach bardziej zdobiły, niż nauczały. Może nie mam racji, przecież w medycynie ważne są wszystkie okresy poznawania człowieka i jego chorób, ale tam raczej nikt nie zaglądał.  Na niższych półkach były podręczniki używane częściej oraz tomy literatury fachowej. Żałuję, że nie miałam czasu by zajrzeć na te górne półki.

Wracając do mojego pierwszego dnia pracy, po zebraniu , wychodziłam  z namaszczeniem i niejakim wzruszeniem z tej biblioteki.

Jeszcze na poziomie tego piętra, tuż za drzwiami podeszła do mnie duża błękitnooka dziewczyna. Miała w sobie taki urok,  że nawet w pierwszej chwili nie dostrzegało się ubytków w jej uzębieniu. Oznajmiła, że nazywa się Małgorzata Ipnarska, ale zwą ją zwyczajowo Anulą i pracuje tutaj już pół roku. Polubiłam ją od razu.

Razem schodziłyśmy po tych magicznych schodach- oj, chyba włamię się do tego szpitala, który już nie funkcjonuje, by zrobić zdjęć wnętrza. Gdyby była ze mną Gonia, gorzowska bardzo bardzo dobra znajoma, na pewno by to się udało. Jest mistrzem w pokonywaniu takich trudności , widziałam ją w akcji pokonywania zamkniętej na kłódkę bramy w kamienicy przy ul. Próżnej.

Po tym zebraniu rozeszliśmy się do swoich oddziałów. Anulka już była na neuroinfekcjach a ja zostałam na żółtaczkach. Wróciłam więc w połowie drogi na ostatnie piętro i tam poznałam Anię Jung- obecną profesor, kierownik Kliniki Pediatrii Centralnego Wojskowego Szpitala w Warszawie. O Niej już wspominałam wcześniej.

Ale w przerwie kawowej od razu pognałyśmy na sam dół, do dyżurki. I tam ponownie rozpoczęłam rozmowę z Anulą. Była ciekawa mojego życia, więc opowiedziałam pokrótce, ona zrewanżowała się tym samym. A miała co opowiadać, oj miała…..

Na medycznej ścieżce. Nieproszeni goście.

Dyżurowanie na Siennej to było nie tylko decydowanie o przyjęciach do szpitala, diagnozowanie i zalecanie terapii dzieciom przebywającym jeszcze w Izbie Przyjęć oraz opiekowanie się chorymi dziećmi w oddziałach.

Sporych emocji dostarczali nam różni przybysze, odwiedzający nasz szpital w określonych celach. Otóż niedaleko szpitala, przy ul. Śliskiej mieściła się Poradnia Zdrowia Psychicznego . Pacjenci tej poradni czasami do nas zaglądali myląc adresy.

Również powodzeniem się cieszyły dyżurki pielęgniarskie, gdzie zgromadzona tam wielka liczba leków stanowiła kąsek dla spragnionych.

Wtedy jeszcze nie mówiło się tak dużo o lekomanach, powoli spod ziemi wyłazili narkomani. Ale my wielokrotnie mieliśmy z nimi kontakt.

Na szczęście zwykle obca osoba która znajdowała się na terenie szpitala od razu była zauważona i dopóki jeszcze był dyżur portiera, problem zostawał rozwiązywany.

Jednak nocą stawało się niebezpiecznie.

Nie zapomnę wydarzenia, które kosztowało nas sporo emocji.

Właśnie miałam dyżur. Późnym wieczorem  do dyżurki wpadła przerażona pielęgniarka z oddziału gdzie hospitalizowano niemowlęta z żółtaczkami, położonego obok. Wybiegłam za nią, na korytarzu zobaczyłam rosłego mężczyznę, który miotał się od ściany do ściany.  Oczywiście pierwotnie próbował się dostać do szafki z lekami, ale potem spanikował. Miał nieprzytomny wzrok i żadne próby łagodnej perswazji do niego nie docierały. Gdy sytuacja nabierała dramatyzmu ktoś sobie przypomniał, że  w Oddziale Neuroinfekcji jest ojciec  ciężko chorego dziecka. Opiekował się nim tak troskliwie, że otrzymał specjalną przepustkę od pani Ordynator. Ktoś więc pognał co sił w nogach na pierwsze piętro. Ten pan oczywiście natychmiast wyskoczył nam na ratunek. Był sprawny i silny, więc bez trudu unieruchomił intruza i wyprowadził na zewnątrz muru szpitalnego. Nawet nie próbowałyśmy dzwonić na milicję, gdyż zwykle zwlekali z pomocą.

Innego dnia sytuacja była podobna. Tym razem bardzo wysoki młodzian, z wielką rozwichrzoną czupryną wdarł się do dyżurki pielęgniarskiej Oddziału Neuroinfekcji. Dziewczyny zastosowały łagodną perswazję, coś mu opowiadały , odwracały uwagę o wreszcie się uspokoił. Pielęgniarki  posadziły go w fotelu, podały jakiś płyn, licząc, że oprzytomnieje i sam odejdzie.

Ja niezwłocznie zadzwoniłam na milicję prosząc o interwencję.  Dyżurny milicjant, cedząc słowa z uporem twierdził, że musimy sobie sami poradzić. Spokojnie instruował , że powinnyśmy wezwać jakiegoś mężczyznę . Byłam wściekła, odparłam, że są tutaj same kobiety. Wyglądało na to, że i tak mi nie wierzy, ale w końcu przyjął zlecenie. Nie spodziewałam się błyskawicznej reakcji, więc wróciłam do tego oddziału. Jednak w tym czasie młodzian opuścił oddział i gdzieś zniknął. Odetchnęłyśmy z ulgą. Odwołałam zgłoszenie na milicję. Dyżurny burknął po swojemu, że miał racje nie wysyłając do tej pory patrolu.

Minęła może godzina, zostałam wezwana do Izby Przyjęć. Mieściła się wówczas w odrębnym dość oddalonym od głównego, budyneczku.

Gdy wyszłam na zewnątrz zobaczyłam, że pali się światełko w kuchni, która mieściła się w suterenie. O tej porze już nikt tam nie pracował, gdyż po wydaniu kolacji dzieciom i nam, personel kończył pracę. Podeszłam i zajrzałam. A tam czekała niespodzianka.

Na środku kuchenki , obok garów stał nasz młodzian. Powyciągał z szafek kucharek jakieś ciuszki i właśnie zakładał wielgaśny  biustonosz, kręcąc przy tym pupą.

Od razu pobiegłam z powrotem do pielęgniarek i opowiedziałam o tym  co widziałam. Powiedziałam też, że muszę być w Izbie Przyjęć . Po chwili  przybyła  delegacja dziewczyn z różnych oddziałów obserwować co pocznie dalej nasz gość i gotowa działać grupowo, jeśli zacząłby szaleć.

 Koleżanka współdyżurna już ponownie dzwoniła na milicję.

Gdy po pewnym czasie wracałam z Izby, oczywiście milicji ani śladu, za to nasz młodzian był już w pełnym rynsztunku bojowym. Ubrany w gustowne majtasy, biustonosz oraz pantofle na obcasach pląsał na środku pomieszczenia kuchennego.

Sytuacja byłaby zabawna, gdyby nie głęboka noc i brak perspektywy, że się znudzi zabawą. Przecież nie mogłyśmy bez końca sterczeć w zimnie i ciemności pod okienkiem sutereny. Oczywiście same nie interweniowałyśmy, bo pozornie łagodny przybysz mógłby zaatakować. Z tej patowej sytuacji wybawiła nas nasza ukochana milicja, bo wielokrotnie monitowana raczyła się zjawić. Panowie wkroczyli do akcji, zdarli z gościa jego piękne ciuchy, pomogli się ubrać i zabrali ze sobą w siną dal.

Inne wydarzenia nie były tak miłe i śmieszne.

Okolica należała do niebezpiecznych. Szczególnie wyróżniała się pewna przepastna brama w kamienicach, które szczelnie wypełniały przeciwległą stronę ulicy Siennej.

Obowiązkiem lekarza dyżurnego Szpitala, było udzielanie pomocy poza szpitalem w obrębie chyba 100 m( dokładnie nie pomnę).

Wielokrotnie mieliśmy wezwania telefoniczne i osobiste w Izbie Przyjęć do kogoś, kto leżał w tej bramie.

Ja na szczęście miałam tylko jedno takie wezwanie.

Z duszą na ramieniu, ale poważną stateczną miną, opuściłam Izbę Przyjęć , wkroczyłam w pełną ciemność ulicy i bramy.

Miałam pewne doświadczenia z mojego dawnego rejonu, ale tam ludzie nas znali i zachowywali się raczej przyjaźnie. Tutaj wszystko było obce, przerażające.

Gdy zanurzyłam się w mrok bramy w świetle latarki usiłowałam znaleźć nieprzytomnego.  Ale ten właśnie przy pomocy koleżków próbował się pionizować, zresztą mało skutecznie. Zapytałam więc tylko, czy ktoś się źle czuje lub jest ranny. Rozległ się chrapliwy rechot, oznajmiono mi, że wszyscy chwała Bogu są zdrowi i nie wiedzą dlaczego przybyłam. Nie czekałam na ew dalsze propozycje miłych panów np. wspólnego spędzania czasu, przebiegłam przez ulicę Sienną wpadając w ramiona czułej i kochanej pani Janeczki, która wtedy miała dyżur w Izbie Przyjęć.

Koledzy opowiadali o różnych ich straszliwych przeżyciach w tej bramie. Zdarzali się osobnicy leżący w kałuży krwi, często nieżywi, z nożem sterczącym z  piersi, z brzucha albo głowy.

Ja jednak miałam szczęście. Ale zawsze w czasie dyżuru lękałam się, że zostanę tam wezwana….

Na medycznej ścieżce. Inne schorzenia neurologiczne.

Inne schorzenia neurologiczne

 

Oczywiście tych schorzeń jest dużo, ale na Siennej hospitalizowano ich kilka. Zapamiętałam cztery.

Jednym z nich było zapalenie móżdżku. Przyczyna zwykle była nieznana, rozważano etiologię wirusową a także autoimmunologiczną. Zwykle były to dzieci kilku lub kilkunastoletnie.

U tych pacjentów   nagle występowały  zaburzenia równowagi, od dyskretnych zachwiań postawy do ciężkich- kiedy dziecko nie mogło stać ani nawet siedzieć.  Czasami jedynie zwracał uwagę tzw. chód na szerokiej podstawie. By zachować równowagę, dziecko rozstawiało szeroko stopy.

Czasem przy pionizacji, padało do tyłu. Jeśli ten objaw nie był wyraźny, zalecaliśmy wykonanie tzw. próby Romberga. Dziecko stawało, złączało stopy i zamykało oczy. Następnie wyciągało ramiona do przodu. W tej pozycji powinno stać spokojnie i pewnie. Jeśli padało na bok lub w tył- rozpoznawaliśmy dodatnią próbę Romberga. Innym objawem był oczopląs- pokazywaliśmy palec a dziecko musiało patrzeć w jego kierunku. Przesuwając palec poziomo, śledziliśmy jak zachowują się jego gałki oczne w pozycji skrajnej. Jeśli wtedy gałki oczne zaczynały poruszać się w poziomie- nazywano to oczopląsem.

Jeszcze innym objawem była próba palec- nos. Przy zamkniętych oczach dziecko musiało trafić swoim palcem bezpośrednio w czubek nosa. Jeśli to się nie udawało, palec celował poza nos, próba wskazywała na uszkodzenie móżdżku.

W czasie hospitalizacji przy odpowiednim leczeniu, objawy bardzo wolno ustępowały i zwykle nie wracały.

Jednak musieliśmy być czujni, bo takie same objawy mógł powodować guz zlokalizowany w okolicy móżdżku. Diagnostyka nie była prosta, bo jak już kiedyś pisałam nikt wówczas nie słyszał o tomografii komputerowej a cóż dopiero mówić o rezonansie magnetycznym.

Innym schorzeniem hospitalizowanym w moim szpitalu był zespół Guillain- Barre, czyli ostre zapalenie  wielokorzeniowe. Mógł on wystąpić po różnych chorobach wirusowych, także niby łagodnej ospie wietrznej, bakteryjnych  i uważa się nadal, że jest wynikiem nieprawidłowej odpowiedzi immunologicznej chorego organizmu, w którym wytwarzane są przeciwciała przeciwko własnym komórkom.

Pojawiały się bóle nóg, osłabienie mięśni a w skrajnych przypadkach osłabienie mięśni oddechowych i pracy serca.

Gdy dziecko wchodziło do Izby Przyjęć zwracała uwagę jego sylwetka i chód. Z powodu osłabienia mięśni nóg, dziecko starało się utrzymać prawidłową postawę  wyginając kręgosłup lędźwiowy do przodu, wypinając przy tym brzuch i stawiało nogi jakby wyrzucając je do przodu. Oczywiście w skrajnych przypadkach w ogóle nie mogło chodzić. Charakterystyczne było tzw. wstępujące występowanie porażeń, tzn . od dolnych partii nóg . Najbardziej się baliśmy etapu, kiedy dochodziło do góry i wówczas zagrażało porażenie mięśni oddechowych. Oddychaliśmy z ulgą, gdy ten etap mijał i porażenia wolno ustępowały w odwrotnej kolejności.

Często przybywały do nas dzieci,  częściej starsze,   z porażeniem nerwu twarzowego. Występowały w czasie lub po infekcjach wirusowych ale bywało, że z powodu stanów zapalnych w obrębie zębów czy ucha. Należało wówczas pilnie zwracać uwagę, czy są zajęte wszystkie trzy gałęzie tego nerwu, co świadczyło o tzw. obwodowym porażeniu, czy jedynie dwie, co mogło świadczyć o przyczynach tkwiących w mózgu. W tym celu polecaliśmy by zmarszczyło czoło- wówczas po stronie porażonej było gładkie a marszczyło się po zdrowej. Nie mogło zamykać oka po stornie porażonej i nie mogło zaciskać równo ust przy próbie gwizdania. Czasami widać było bez tej ostatniej próby obwisły , porażony kącik ust.

Leczenie trwało też długo, stosowano różne leki , rehabilitację . Duże znaczenie miały ćwiczenia, które wykonywał pacjent sam- ćwicząc mięśnie twarzy i obserwując w lusterku. Bardzo rzadko zdarzały się nawroty tych dwóch ostatnich schorzeń. Ale zwykle mijały bez śladu , ale zostawiały traumę i lęk o swój wygląd i późniejsze zdrowie. Ważne były konsultacje i praca z psychologiem. Na Sienną przychodziła w tym celu bardzo doświadczona, przesympatyczna duża kobieta- psycholog z kliniki psychiatry przy ul. Litewskiej, dr. Mazurowa.

I jeszcze inne przypadki. Pewnego dnia zostało do nas przyjęte dziecko po urazie głowy doznanym po upadku z rowerku. Po dokładnym badaniu neurologicznym coś się nie podobało dr Czachorowskiej. Przeprowadzono tę prymitywną diagnostykę radiologiczną. Okazało się, dziecko ma ogromny guz zajmujący prawie całą półkulę mózgu. Spadł z roweru właśnie z tego powodu. Tak więc zawsze należało mieć oczy wokół głowy. Czasami  zdarzenia, jak w tym wypadku upadek z roweru , układały się w zupełnie odwrotny ciąg.