Na medycznej ścieżce. Zasady szpitalne w tamtych latach.

W opowieściach lekarzy zachowały się wspomnienia o dawnych lekarzach, którzy tam pracowali.

Do nich należał Janusz Korczak, a po wojnie zespół był złożony przeważnie z ocalałych Żydów.

Byli bardzo wykształconymi lekarzami. Przeważnie kończyli  studia w Paryżu albo Berlinie. Wprowadzili tutaj niebywały reżim sanitarny, surowe obyczaje dotyczące zasad kontaktowania się z pacjentami i ich rodzicami.

W obecnych czasach jest to niewyobrażalne, by zabierać dziecko od rodziców w czasie badania w Izbie Przyjęć i zamykania bez rodziców w oddziale. Wielokrotnie widywałam rodziców, którzy stali na ulicy Siennej, pod Szpitalem i wpatrywali się w zakratowane okna, za którymi cierpiały ich dzieci.

Ale wówczas wydawało się to koniecznością i nie budziło nawet oporu. Jednak widok był przejmujący.

O dziwo, dzieci odłączone od rodziców zachowywały się nieprawdopodobnie dojrzale. Pewnie zamykały się w sobie, po wstępnych płaczach i rozpaczy były spokojne, opanowane i nawet radosne.

Jaka była cena takich reakcji, jakie następstwa w późniejszym życiu, pomyślano dopiero po wielu latach , i w efekcie  w późnych latach 80 ubiegłego wieku przełamano dawne zasady i dopuszczono rodziców do opiekowania się w szpitalu swoimi dziećmi i towarzyszenia im w czasie wszystkich nieomal zabiegów. Wówczas już pracowałam w Centrum Zdrowia Dziecka i początkowo budziło to niechęć personelu. Tym bardziej, że wobec różnych zachowań rodziców, tłumnie rezydujących w stosunkowo niewielkich salach szpitalnych, zdawało się, że wywołana sytuacja sanitarna jest istotnym zagrożeniem dla szpitala i chorych. W ogólnym chaosie pielęgniarki nie zawsze potrafiły opanować wielokrotnie rozhisteryzowanych rodziców, nie dawało się kontrolować ich działań, jak chociażby karmienie dzieci posiłkami przywożonymi z domu, które nie zawsze nadawały się jako dieta chorych dzieci. Zaniedbywano pewne zabiegi pielęgnacyjne, zdając się na działania nieporadnych często rodziców. Ale powoli sytuacja się normalizowała. Pielęgniarki nauczyły się współpracy z rodzicami, dyskretnego ich kontrolowania i panowały nad sytuacją.

 

Na medycznej ścieżce. Duchy szpitalne.

Zawsze gdy wchodziłam do tego szpitala czułam duchy, które tam kiedyś zamieszkały. Nasilało się to uczucie w czasie dyżurów, kiedy szpital był jakby uśpiony a może tylko zamyślony.  Za szczelnymi drzwiami oddziałów zamknięte były bolesne traumatyczne przeżycia chorych dzieci. Wtedy wielkie puste ciemnawe korytarze , wysokie schody widoczne z holu, wijące się wzdłuż przeszkolonego wysokiego wykuszu wypełniały się dawnymi cieniami ludzi, którzy tutaj pracowali , pacjentów zdrowiejących albo odchodzących w tym miejscu w  zaświaty.

Szpital był położony na terenach gdzie było getto , miał burzliwą historię i tutaj zamknięto  wiele łez i cierpień małych pacjentów i ich rodziców.

Każdy z lekarzy tam pracujących, czy pielęgniarek też zostawił tam swój ślad. Przetrwały o nich różne humorystyczne opowieści, pozostały zwyczaje medyczne i świetna szkoła pediatryczna

Wielka szkoda, że kilka lat temu został zlikwidowany i teraz stoi opuszczony, piękny jak kiedyś i pewnie czeka na swoją kolej losu, może nawet wyburzenia, bo jego posesja jest piękna, położona w samym sercu Warszawy, nieopodal Dworca Centralnego.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie o moim pierwszym dyżurze….

I tego dnia kiedy miałam pierwszy dyżur, mijały godziny.

Jedna za drugą wlokły się niesamowicie.

A ja stale czekałam na wezwanie.

Dowiadywałam się , czy naprawdę nikogo nie ma w Izbie Przyjęć.

Nikogo nie było.

 I tak minęło popołudnie, wieczór i cała noc.

Nikogo na Izbie Przyjęć, cisza.

A ja , cała spięta, w pełnej gotowości, rynsztunku bojowym, nawet fartucha nie zdjęłam, nawet oka nie zmrużyłam. Wreszcie nadszedł świt. Miałam okazję obejrzeć jak piękne są świty…od tego czasu uwielbiam….jeszcze przed ósmą czekałam. Bywało, że najwięcej się działo na przełomie dwóch dyżurów.

Ale nic się nie wydarzyło.

Przed ósmą,  całkowicie skotłowana tym dyżurem napisałam raport.

Tak jak trzeba, w tabelce, którą zawsze malowałyśmy, w książce dyżurowej w rubryce dotyczącej ruchu chorych, w pozycji- do Izby Przyjęć zgłosiło się….itd…napisałam zero. Wielkie jednoznaczne zero…

Potem podrałowałam do gabinetu dyrektora na poranną odprawę, w czasie której zdawaliśmy raport z dyżuru.

Odczytałam swoją informację.

Wszyscy na mnie patrzyli, bo byłam młoda i niedoświadczona, byli ciekawi jak sobie poradziłam, a nie wszyscy wiedzieli o dziwnym przebiegu mojego dyżuru.

Wyciągali więc ucho, by dobrze usłyszeć co powiem.

Ależ oni mieli miny, gdy skończyłam….

Pani dyrektor ówczesna , dr Oziemska podniosła głowę znad biurka, popatrzyła na mnie podejrzliwie i spytała- czy naprawdę nikogo nie było? Odpowiedziałam speszona- nikogo….

Miała taką minę, jakbym popełniła jakieś przestępstwo- Izbę przyjęć zamknęła na klucz, albo ludzi sprzed izby przepędzała. Nawet poczułam się winna w swej niewinności…

Podobno takiego dyżuru od czasu jak szpital istniał jeszcze nie było…..

 

.

Na medycznej ścieżce. Doswiadczone pielęgniarki podporą młodego lekarza.

Ale wracając do mojego pierwszego dyżuru.

Z wielkim napięciem oczekiwałam pierwszego wezwania do Izby Przyjęć.

Nasłuchiwałam, wyciągałam ucho nieomal, by nie przegapić głośnego dźwięku telefonu.

Czas się dłużył bardzo.

Siedziałam w napięciu przez pierwszą godzinę, potem poszłam do Izby przyjęć sprawdzić, czy jednak ktoś się nie zjawił, a mnie nie powiadomiono. Pani pielęgniarka mnie uspokoiła, że czuwa i na pewno mnie w odpowiednim czasie poprosi. Zapoznałam się z paniami pracującymi w Izbie Przyjęć. Były dwie- starsza niska i dość pulchna pani Janeczka Peciak   i wysoka, szczupła , ciemnooka i ciemnowłosa Pani Basia Kwiatkowska.

Obie były przemiłe, delikatne , miały duże doświadczenie zawodowe i potrafiły wspierać młodego lekarza w sposób dyskretny i wysoce fachowy.

Bez ich pomocy w późniejszym okresie , w wielu przypadkach miałabym większe dylematy dotyczące rozpoznania, postępowania . Gdy wchodziłam do izby Przyjęć od razu cichutko doradzały, że dziecko wg nich jest jednak bardzo chore i wymaga ostrożnej oceny. Miały tzw nosa , wyczucie stanu pacjenta.

Oczywiście zawsze miałam swoje zdanie, ale ich uwagi były cenne.

Znakomicie pobierały krew do badań  , często wyręczając lekarza, potrafiły umiejętnie trzymać dziecko w czasie nakłucia lędźwiowego i w ogóle były pewną i wiarygodną podporą szczególnie młodego niedoświadczonego lekarza.

Wkrótce się dowiedziałam, że syn Pani Janeczki , Janusz Peciak jest wybitnym polskim  pięcioboistą . Śledziliśmy jego karierę i byliśmy dumni, że pracujemy z jego mamą. Kiedyś pani Janeczka przyniosła nam jego złoty olimpijski medal, który mogliśmy obejrzeć i potrzymać w dłoniach szczerze jej gratulując. Syn Pani Basi, był wówczas mistrzem pływackim młodzików.

Przy nich, czułam się pewnie, jak we własnej rodzinie.

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dyżur.

I nadszedł ten dzień już wcześniej zaplanowany, kiedy to rozpoczęłam dyżurowanie….

Zapoznałam się już ze strukturami szpitala, jego zasadami i miałam ogólne wyobrażenie jakich pacjentów należy do niego przyjmować .

 

Było to w drugim miesiącu mojej  pracy na Siennej .

 Pierwszy dyżur  rozpoczęłam z wielkim przejęciem i namaszczeniem.

Oczywiście nigdy potem też nie traktowałam dyżurów jak zwykłą kromkę chleba. Zawsze były dla mnie dużym przeżyciem i wyzwaniem.

Ale ten pierwszy był najważniejszy.

Jak wszyscy młodsi, otrzymałam przydział do Izby Przyjęć.

O godzinie 15 zajęłam naszą magiczną dyżurkę, która mieściłą się na parterze, na wprost głównego wejścia do szpitala. Ostrzeżono mnie, bym się nie zamykała na noc. Było to zalecenie przestrzegane rygorystycznie. Widocznie już były wcześniejsze doświadczenia z lekarzami, którzy w czasie dyżuru zapadli w głęboki sen i nie reagowali na żadne telefony i dobijanie się do drzwi. Jakoś nikt o tym nie opowiadał, ale było to jedyne sensowne wytłumaczenie tego zwyczaju.

Lekarz dyżurny  otrzymywał własną pościel, którą przechowywano w szufladzie wielkiej dyżurowej komody.

W tych czasach mieliśmy sytuację komfortową, gdyż przydzielano nam bezpłatne posiłki przygotowywane przez znakomity zespół kuchni szpitalnej. Panie były niezwykłe. Przejęte swoją rolą, sumienne i miały fantazję. Lekarzom przygotowywały smakowite dania, wcale nie drogie, ale wymagające większego wkładu pracy. Bywały więc jakieś paszteciki do fantastycznego barszczyku oczywiście na przygotowanym w kuchni zakwasie, niewielkie ale smakowite porcyjki tatara, jakieś pasty z ryb czy jajek. W przaśnych latach 70 ubiegłego wieku, gdzie kunszt kucharski nie był w modzie- nawet wykwintne restauracje przygotowywały jeno podstawowe , mało wyszukane dania, żywienie w tym szpitalu było zjawiskowe. Wspominałam posiłki w Szpitalu Bielańskim, gdzie dyżurowałam w czasie stażu. Tam przynoszono nam po jednym jaju i pytano, czy je ugotować.

Obiady można było kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze, z czego korzystałam, bo do domu wracałam późnym popołudniem i ledwie zdążałam przygotować coś do jedzenia Mirkowi, który nie lubił żywienia zbiorowego poza domem.

Kolacja dyżurna na Siennej to było misterium. Oczywiście nie zawsze mieliśmy czas, by się spotkać razem z kolegą dyżurującym w oddziałach, ale zawsze do tego dążyliśmy. Czasami było to jedyne spotkanie na dyżurze, bo pracy było dużo.

Nie zapomnę pierwszego posiłku. Gdy zasiedliśmy do kolacji przy niskim stole-ławie, nie zauważyłam sztućców. Okazało się, że oczywiście są. Koleżanka wskazała przytwierdzone długim łańcuchem do kranu umywalki aluminiowy zestaw sztućców. Coś takiego zobaczyłam po raz pierwszy w życiu. Oczywiście głośno się zdziwiłam, ale dla koleżanki było to już normalką.. Zabawny to był widok, gdy pobrzękując łańcuchami wiosłowałyśmy po swoich talerzach.

Na medycznej ścieżce. Praca w oddziale neuroinfekcji,

W oddziale neuroinfekcji, w którym teraz pracowałam obowiązywał określony rytm pracy.

Po zapoznaniu się z nowymi chorymi, i detalicznym przeanalizowaniu stanu leżących dłużej rozpoczynały się zabiegi.

Tutaj nauczyłam się jak pobierać płyn mózgowo- rdzeniowy, płyn podtwardówkowy i wkłuwać się do komór bocznych. Te ostatnie nakłucia wykonywano u noworodków z ropnym zapaleniem opon, by podać tam odpowiednie leki. W przypadku takich dzieci bardzo szybko dochodziło do zablokowania komór i powstania ropogłowia z uszkodzeniem mózgu. I w celu zapobieżenia takiej sytuacji wykonywaliśmy nakłucia komór bocznych mózgu. Należało wprowadzić  bardzo długą  igłę przez ciemię w głąb główki, kierując koniec w kierunku nasady nosa. I po uzyskaniu płynu, pobierano go do badania i podawano do tej przestrzeni leki. Zabieg powtarzano po przeciwległej stronie noska dziecka. Był straszliwy, ale nie było wyjścia.

Oczywiście w tych zabiegach bardzo były pomocne pielęgniarki.

Zwłaszcza, gdy wykonywało się zabieg odmy śródczaszkowej.

W tej połowie lat 70 XX wieku nikt nie słyszał do USG, tomografii komputerowej ani rezonansie.           By uwidocznić komory boczne mózgu przy podejrzeniu wodogłowia należało wkłuć się do kanału kręgowego, pobrać dość dużo płynu mózgowo- rdzeniowego a na to miejsce podać powietrze. I potem niezbędna była specyficzna działalność siostry oddziałowej, która umiała najlepiej ze wszystkich, tak kołysać dziecko, by powietrze przedostało się do komór. W ten sposób w wykonanym następnie zdjęciu rtg czaszki uwidaczniały się komory, ich kształt czy jakieś ubytki mózgu.

Teraz takie zabiegi wydają się średniowieczem. Ale tak było i to pamiętam.

Zabiegi zajmowały sporo czasu, ale dawały mi sporo adrenaliny.

Wszystko było ciekawe i niezwykłe.

Najważniejsze było to, że przy intensywnym leczeniu z reguły widać było korzystne, nieomal błyskawiczne efekty.

Wielką radością było patrzeć jak ciężko, dramatycznie chore dzieci wracają do życia i zdrowia….

Na medycznej ścieżce. Izba Przyjęć.

Większość dzieci trafiających do oddziałów  już miało zlecenia, gdyż obowiązkiem lekarza dyżurnego Izby Przyjęć była rozmowa z rodzicami, badanie dziecka, wykonanie odpowiednich badań, w tym zwykle  nakłucia lędźwiowego w celu pobrania płynu mózgowo- rdzeniowego a dopiero po uzyskaniu wyników zaordynowanie odpowiednich leków.

Do czasu uzyskania wyników z laboratorium dziecko pozostawało w Izbie Przyjęć.  

Nie muszę pisać, że dzieci kwalifikowane do przyjęcia szpitalnego najczęściej były w ciężkim stanie. Wysoko gorączkowały, wymiotowały, bywały pobudzone, miały zaburzenia świadomości, drgawki. Te stany należało opanować w Izbie Przyjęć.

Oczekiwanie na wyniki badań wydawało się wiekiem. Stresu , który był  nieodłącznym towarzyszem naszych dyżurów w Izbie Przyjęć nie da się opisać słowami….

 

Izba Przyjęć mieściła się w niewielkim budyneczku, od strony ulicy Siennej, oddalonym od głównego budynku szpitalnego. Tak więc, po kąpieli i badaniach należało chorego  tam przenieść .  Odbywało się to na rękach personelu. Gdy dziecko było niewielkie, to nie był  duży problem, ale często z pielęgniarką i gdy była na dyżurze salowa razem dźwigaliśmy ciężkiego nastolatka, wielokrotnie brnąc w kopnym śniegu i nocnej zadymie.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie neuroinfekcje.

Ten dość uciążliwy spokój na szczęście nie trwał długo. Rwałam się do prawdziwej pracy, a tutaj niewiele się działo. Ponadto już miałam rozpocząć dyżury i ważne było poznanie innych oddziałów.

Wreszcie po miesiącu dowiedziałam się, że następnego dnia mam się zgłosić  do Oddziału Neuroinfekcji.

Mieścił się na pierwszym piętrze i od razu mnie zafascynował.

Urocza pani dr Monika Czachorowska o matczynym cieple, prowadziła oddział mocną ręką. Zresztą nie dało się inaczej.

Tutaj wszystko musiało grać, gdyż dzieci były bardzo chore, ich stan zmieniał się szybko i należało działać skutecznie.

W odróżnieniu od dzieci z żółtaczką, gdzie właściwie choroba miała przebieg prawie niezależny od zaleceń lekarzy. Stosowano jedynie odpowiednią dietę i obserwowano. Zalecenia dotyczące spokojnego w tym czasie trybu życia właściwie były nierealne, bo zwykle chorowały kilkulatki i nic nie zdołało wyhamować ich naturalnej żywiołowości, a przeciwnie, nawet w zamknięciu jeszcze bardziej się ożywiały.

Tutaj odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele zależy od sprawności zespołu. System pracy był ustalony i niezmienny.

Po porannym obchodzie i wydaniu zleceń, zbieraliśmy się w gabinecie dr Czachorowskiej, która przedstawiała nam nowe dzieci. Starannie czytała wszystkie informacje zebrane przez lekarza Izby Przyjęć, odpytywała i wspólnie ustalaliśmy plan działania.

Losy moich Rodziców. Spisane przez Tatę Jego wojenne dzieje.

W dokumentach Taty znalazłam, taką Jego opowieść. Podaję w całości.

 

 

Wacław Łukaszewicz

 

VII.1939 r. Wilno-

Pracownik Polskich Linii Kolejowych( PKP). Kurs szkoleniowy do ochrony kraju- naprawa torów

 

30.VIII.1939 Wilno

Rozkazem wojskowym delegowany do Poznania –DOKP

 

31.VIII.1939 Wilno

Wyjazd do Poznania

 

1.IX.1939 Poznań

Skierowanie do Inowrocławia- ważny węzeł PKP

 

2-6.IX.1939 Inowrocław

Naprawa torów kolejowych po bombardowaniu Niemieckim

 

7.IX.1939 Inowrocław

Ucieczka- pieszo, wozem przed nacierającymi i bombardującym wrogiem w kierunku do Wilna- do rodziny- ciężarnej żony i 5-letniego syna

 

11.X.1939 Prostki

Zostałem aresztowany przez niemiecką straż graniczną.

 

18.X.1939 Olsztyn

Bez badania, po kilku dniach przewieziono mnie do Olsztyna i osadzono w pojedynczej celi.

Po sześciu tygodniach wywieziono mnie do obozu w Hohenbruch- nakaz aresztowania Heindriecha.

 

XI. 1939 Hohenbruch

Karczowanie lasów, oczyszczanie dróg z zasp śnieżnych

 

II. 1940 Królewiec

Z innymi więźniami przewieziono nas do więzienia w Królewcu.

 

III. 1940 Berlin

Z Królewca pociągiem zostaliśmy przywiezieni do Berlina- w podziemnych celach więzienia Moabitch  byłem kilka dni.

 

30.III.1940 Sachsenhausen

Otrzymałem pasiaki i nr obozowy 17 887.

 

W obozie tym byłem do dnia 21.IV.1945- do dnia ewakuacji

Po marszu śmierci , zakończeniu wojny zostaliśmy uwolnieni przez wojska amerykańskie koło Schwerina.

 

 

W obozie koncentracyjnym Sachsenhausen koło Berlina spędziłem jako więzień polityczny  nr 17 887 – pięć lat i sześć miesięcy.- za obrazę lotnictwa niemieckiego za bombardowanie ludności cywilnej polskiej.

   W obozie przeżyłem wiele metod i sposobów eksperymentalnych stosowanych do złamania wartości moralnych i fizycznych człowieka i poniżenia jego godności a mianowicie:

1. ciężka praca fizyczna pod gołym niebem przy wykonywaniu robót ziemnych , budowie dróg , kopaniu i ładowaniu gliny bez względu na warunki atmosferyczne . Czas tej pracy niewolniczej trwał 12 godzin dziennie oczywiście bez żadnego wynagrodzenia.

Ostatnie kilka lat byłem zatrudniony w biurze konstrukcyjnym na Klinkierkomando, przy projektowaniu torów kolejowych i dokonywaniu pomiarów.

2. Niedostateczne odzianie w cienkie pasiaki, które nie chroniły absolutnie od zimna i deszczów.

3. Wyżywienie pod względem ilości kalorii było tak obliczone, że więzień mógł tylko wytrzymać trzy miesiące ( wypowiedź komendanta obozu), co prowadziło do wyniszczenia organizmu i bardzo licznych przypadków śmierci głodowej.

  4. W przypadku desperackiego dokonywania próby ucieczki przez któregoś z więźniów, my, cały obóz , musieliśmy stać bez posiłku tak długo, aż danego więźnia pojmano. Pewnego razu staliśmy na deszczu jesiennym 13 godzin. Woda z beretów spływała nam lodowatą strugą po kręgosłupie. Zastrzelonego uciekiniera ułożono na środku placu apelowego a my musieliśmy przejść obok niego , przyglądając się.

5. Co tydzień prowadzono nas do kąpieli. I w czasie, gdy jedna połowa bloku kąpała się, to druga oczekiwała na dworze. I odwrotnie, gdy drugą połowę wpuszczono do łaźni, to pierwsi, wykapani, musieliśmy oczekiwać na dworze, by razem wrócić do bloku. Miało to miejsce nawet w zimie . Intencja była  jasna- przeziębienie więźniów. Podczas kąpieli SS-mani nieraz włączali węże gumowe do kranów i zlewali nas zimną, lodowatą wodą.

6. Tych, którzy niezdolni byli już do jakiejkolwiek pracy, na skutek wyczerpania całkowitego i chorych, którzy czasowo byli niezdolni do pracy, zmuszano nas stać w ustępach, na mokrych posadzkach betonowych, przy otwartych z obu stron pomieszczenia oknach. Tworzyliśmy tzw.” Stehkomando” i stać musieliśmy od apelu porannego do wieczornego. Tam wśród muszli ustępowych konali więźniowie na oczach współtowarzyszy. Tam gasły ostatnie iskierki nadziei.

7. Często dokonywano z nami kilkugodzinnych ćwiczeń karnych na wyżwirowanym placu apelowym, za rzekomo popełnione przewinienia. Słaniających się na ziemi SS- mani kopali butami w okolice nerek. I kiedy jedni wymiotowali krwią a innych nie mogły podnieść z ziemi ani kopania butami ani komendy niemieckie, ćwiczenia przerywano.

8. Noce spędzaliśmy na brudnych  siennikach ułożonych na podłodze, przykryci jednym wytartym kocykiem. Stłoczeni byliśmy niemiłosiernie. Nie było mowy o położeniu się na wznak. Trzeba było leżeć na boku w pozycji wyprostowanej. A jeśli chciało się przewrócić na drugi bok, budziło się kilku kolegów z jednej i z drugiej strony, by zespołowo zmienić pozycję.

Rano wstawaliśmy zmarznięci i nie wypoczęci.

9. grudzień 1940 roku. Święta Bożego Narodzenia . Wczesnym rankiem wychodzimy na plac apelowy. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy dużą choinkę z jarzącymi żarówkami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że SS-mani chcą nas przenieść myślami do naszych tradycji , do naszych rodzin, by nas osłabić.

I gdy tak staliśmy wpatrzeni w drzewko, z przerażeniem zobaczyliśmy sylwetkę przygotowanej szubienicy. Po czym na  oczach 40 tysięcy więźniów dokonano powieszenia dwóch więźniów.

 

Wskutek stosowania zbrodniczej polityki i ludobójczych metod hitleryzmu w obozach koncentracyjnych nabyłem następujące choroby.

a)      przewlekłe zmiany zapalne i zwyrodnieniowe w obrębie stawów kończyn i kręgosłupa.

b)      Choroba  układu oddechowego

c)      Choroby układu  sercowego

d)     Choroby przewodu pokarmowego

e)      Choroby układu nerwowego- psychonerwica

 

W dniu 21 kwietnia 1945 roku nastąpiła ewakuacja obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Prowadzono nas po silną eskortą SS- manów w kierunku Lubeki, bez wyżywienia. Do tych więźniów, którzy iść nie mogli  strzelano uścielając drogę trupami.

Drogę tę nazwano „ marszem śmierci”.

Dopiero 2 maja 1945 roku zostaliśmy uwolnieni przez wojska sprzymierzone koło miasta Schwerin Mecklenburg.

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie z Anią.

W tym oddziale poznałam dr Annę Jung. Była wytworna, reprezentowała siłę spokoju, uroku i dyplomacji. Zręcznie mną kierowała, przydzielając sale gdzie leżały najbardziej nieznośne małe dzieci z domu dziecka z wieloma problemami zdrowotnymi. Oczywiście się nie buntowałam, gdyż otrzymywałam dobrą lekcję pediatrii. Chętnie służyła mi pomocą i jednym słowem czułam się jak pod skrzydłami Anioła Stróża.

Lubiłyśmy się, wkrótce zaprzyjaźniły się nasze rodziny. Bywaliśmy razem na przyjęciach, balach karnawałowych . Wówczas miała jednego syna, w wieku zbliżonym do naszych dzieci, co ułatwiało kontakty, gdyż miałyśmy podobne problemy.

W niedługim czasie dowiedziałam się, że ona ma propozycję pracy w Centrum Zdrowia Dziecka, w zespole nefrologii organizowanym przez Panią Profesor Teresę Wyszyńską. Ania już była po obronie doktoratu, który wydziergała pracując na Siennej i miała mieć ważną pozycję w CZD. Od razu zapytała mnie, czy zdecydowałabym się na pracę w Centrum, oczywiście gdyby była taka możliwość. Zastanawiałam się. Ale ziarenko zostało zasiane. Było mi miło, że ocenia mnie pozytywnie i chce protegować. ….

Chciała mnie umówić na rozmowę z Panią Profesor, ale chwilowo wekslowałam ten temat, wykręcając się jakimiś mniej lub bardziej istotnymi powodami….