Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 22 )

Termin ślubu zbliżał się wielkimi krokami.

Któregoś dnia moja mama zaprosiła Stefę.

 Nasza sąsiadka była krawcową, więc zdecydowano, że uszyje suknię ślubną.

Skromną, ale elegancką.

Kiedyś przywiozłem z Wilna odpowiedni,  zamówiony przez moją mamę materiał.

Była to lekko lśniąca satyna, biała, taka jak serce i ciało mojej wybranej- myślałem z czułością.

Wiem, że rodzice przygotowywali przyjęcie ślubne, które miało się odbyć w naszym domu. Miejsca było dużo, ponadto duży ogród, który w czerwcu był piękny soczysty i wonny mógł śmiało spełniać rolę najwytworniejszej Sali balowej.

W Kościele nie było problemów, ślubu miał udzielić zaprzyjaźniony z nami, a szczególnie ze Stefą , z którą pracował w szkole – ksiądz Żuk.

Wszystko więc było przygotowane, za wyjątkiem jednego, najważniejszego – odpowiedzi z domu rodzinnego Stefy.

Godziszka milczała…

Na medycznej ścieżce. ” Interesy” z pacjentami.

Kiedyś pewna stała moja pacjentka przyniosła wełnianą zieloną czapkę. Powiedziała, że dzierga takie czapki i tę może mi sprzedać po bardzo okazjonalnej cenie.

Czapunia nawet mi się podobała, była ciemnozielona, ciepła, mięsista i miękka.

Ku uciesze tej pani dokonałam zakupu .

Gdy po jakimś czasie przechodziłam ulicą Marymoncką, kątem oka zerknęłam na wystawę jakiegoś sklepiku.

Mój wzrok się sam zawiesił na czapce, takiej jak moja.

Odruchowo weszłam do sklepu i poprosiłam o możliwość obejrzenia tej czapki dokładnie. Była identyczna jak moja, tak samo mięsista i miękka, ale jej cena była o co najmniej połowę niższa.

Dziwnie się poczułam, właściwie oszukana, ale cóż życie ma swoje prawa, pomyślałam.

To była dla mnie nauczka.

Zawsze potem jak ognia unikałam propozycji jakichkolwiek „ interesów” z pacjentami .

Na szczęście rzadko się zdarzały…

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 21 )

Ten rakowski przygraniczny las uwielbialiśmy.

Dla mnie był wszystkim co wiązało się z moim dzieciństwem.

W opowiadaniach Mamy wracał temat tego lasu, historii jej rodziców a moich dziadków – Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Bolek  był sierotą po powstańcu styczniowym i został wychowany przez księdza Karpińskiego. Był organistą w miejscowym kościele, czytał wielkie księgi , sprowadzał gazety z Wilna. Spragniony czułości zbudował piękną rodzinę z Michaliną. W takiej atmosferze wychowywała się moja Mama- Stanisława.

Rodzina mojego ojca- Tomasza Łukaszewicza też była dobra, silnie ze sobą związana. Wierzyłem, że mając ich geny też będę dobrym mężem, może kiedyś ojcem i potrafię zwyciężyć trudności.

W refleksyjnym i optymistycznym nastroju wróciliśmy do swoich domów.

        Następnego dnia o świcie  wyjeżdżałem do Wilna , do pracy.

Kończyły się ferie świąteczne , szkoła otwierała podwoje, więc Stefa też wpadła w wir zajęć. 

       Więc rozpoczęły się dla nas dni zwykłe, wszystkie takie  same ale nasączone wielkim oczekiwaniem.

Na medycznej ścieżce. Dary od pacjentów.

Wśród darów otrzymanych od wdzięcznych pacjentów, były też pudełeczka na biżuterię. Różnej  wielkości, często kolorowe, zwykle drewniane, ale zdarzały się muszelkowe. Bawiły się nimi moje dzieci, niejednokrotnie przyskrzyniając sobie boleśnie paluszek pozostawiony pod pokrywką takiej skrzyneczki.

Ale jedno było szczególnie miłe i zapamiętane , bo zawierało dedykację. Było metalowe, z delikatnym wypukłym wzorem gałązkowo- kwiatowym i miało kształt serca . Po otwarciu pokazywało miękką aksamitną czerwoną wykładzinę , na której spoczywała karteczka z własnoręcznym króciutkim wpisem sympatycznej  pacjentki  „Serce sercu”.

   Były też inne podarunki , których nie można było odrzucić w obawie przed sprawieniem przykrości osobie obdarowującej.

Kiedyś jedna pani wyjęła z wielkiej torby jabłko i położyła na biurku. Certoliłam się, że nie powinna rozdawać, że powinna sama zjeść. Ale ona zameldowała mi, że ma dość, bo pani, u której pilnuje dziecka daje za dużo jabłek temu dziecku.

Pozostałam sama z dylematem, czy kazania jej prawić, czy co.

    Inne drobiazgi – podarunki to gipsowe pieski, misiaczki czasem omszałe czekoladki .

Sporadycznie zdarzały się  butelki z alkoholem, który potem zalegał w naszym barku czekając na jaką imieninową okazję. Na szczęście zdarzało się to rzadko, bo nie byłam tzw. zabiegowcem, czyli lekarzem, którego działanie przynosi natychmiast jakiś wymierny  efekt. Ale myślę, że jeśli chirurdzy otrzymują dużo takich butelek, to nic dziwnego, że część zawartości konsumują osobiście. Strach pomyśleć o skutkach….

Kiedyś dostałam nawet elegancką jak na ówczesne przaśne czasy butlę z brandy. Zaniosłam ją z namaszczeniem do domu. Właśnie zbliżały się imieniny Mirka. Gdy otworzyliśmy ją w tym dniu, okazało się że zawiera herbatę….do tej pory nie wiem jak zakwalifikować ten dar- żart to był czy jakiś niewinny przypadek….

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 20 )

Potem wyszliśmy przed domek, gdzie mieszkała moja Stefa.

Ująłem Ją pod rękę i podążyliśmy  do moich rodziców.

Nasz dom tonął w kolorach ogródka i zapachach kwitnącego sadu.

Wiosenne drzewa wyglądały jak panny młode.

Zatrzymaliśmy się na progu domu , wdychając oszałamiający zapach kwitnących śliw.

Ale już ktoś nas zobaczył i po chwili wołano do nas , że obiad na stole.

Tam już  wszyscy  czekali . Rodzinka była liczna i kołem zasiadała wokół ogromnego stołu.

Weszliśmy w te gościnne progi.

Smakowite zapachy obiadowe aż kręciły w nosach.

Powitano nas serdecznie.

Mama przytuliła Stefę ciepło, a Ojciec objął ją szerokim ramieniem i widziałem że ma łzy w oczach.

Widać było, że bardzo lubi tę zagubioną w dalekim świecie dziewczynę, chce ją chronić i pokazać, że już należy do jego rodziny.

W czasie obiadu atmosfera była miła, rozmowy o wszystkim i o niczym.

Wieczorem poszliśmy do kościoła a potem na długi spacer brzegiem lasu sąsiadującego z granicą.

Na medycznej ścieżce. Listy, wiersze to prawdziwe dowody sympatii pacjentów.

W czasie mojej pracy w przychodni zdarzały się oryginalne  dowody wielkiej albo tylko czułej do mnie sympatii a czasem nawet  miłości moich pacjentów  wyrażanej różnymi wierszami.

Była to korespondencja przysyłana pocztą- np. listy z wierszami w których często dominowały rymy częstochowskie .

Czasami były to zapisane kartki papieru przynoszone osobiście do gabinetu.

Ale były to też prawdziwe perełki literackie , które otrzymywałam od dziewczyny z mózgowym porażeniem z mnóstwem ruchów mimowolnych i wielkim intelektem. Do tej pory zadziwiam się, jak mogła utrzymać długopis w swoich rozdygotanych dłoniach. Wiersze były na pewno jej autorstwa, zresztą gdzieś już ją drukowano.

Nie mogę odżałować faktu, że listów tych nie zachowałam .

To było bardzo bardzo miłe, chociaż nie przywiązywałam wtedy do tego odpowiedniej wagi.

I teraz, po tak wielu latach pracy uważam, że jedynie w takiej niewinnej formie pacjent może wyrażać lekarzowi- drugiemu człowiekowi – swoją sympatię i wdzięczność.

Inne wysiłki by obdarować swojego lekarza były dla mnie niemiłe, budziły sprzeczne uczucia i stawiały mnie w sytuacji niezręcznej, jakby podporządkowanej.

 

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 19 )

Noc przespałem spokojnie, wtulałem się w swoją poduszkę.

Pewnie śniła mi się Stefa.

Rano wstałem rześki, ufny i optymistycznie spojrzałem na świat.

Po smakowitym, ale zwyczajowo zbyt dla mnie tłustym śniadaniu wybrałem się do Stefy.

Wróciliśmy w sobotę, dzisiaj była niedziela, więc dzień wolny od pracy.

Stefa była już wypoczęta, rozluźniona.

Pewnie przegadała z koleżanką, współlokatorką,  pół nocy, chociaż tego nie można  było po niej poznać.

Może ta rozmowa z koleżanką miała taki dobry wpływ na moją Stefę.

W końcu przegadanie sprawy zwykle przynosi  ulgę, jest jak katharsis.

Koleżanka pobiegła do kościoła, my chcieliśmy się wybrać na wieczorną mszę.

Oczywiście moi rodzice zaprosili Stefę na obiad.

Chętnie przystała na tę propozycję.

Do obiadu mieliśmy jeszcze kilka godzin dla siebie, więc usiedliśmy pod naszym ulubionym oknem, skąd już buchała rozkwitająca wiosna.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, jak zwykle.

Wtedy mogliśmy  patrzeć sobie w oczy.

Trzymaliśmy się za ręce.

Miała ciepłe, delikatne piękne dłonie.

Postanowiliśmy czekać na odpowiedź z Godziszki.

Termin naszego ślubu już był zaklepany.

Miał się odbyć w czerwcu, a teraz był  już kwiecień.

Uwierzyliśmy, że wszystko potoczy się łagodnie i dla nas korzystnie.

Na medycznej ścieżce. Historia pewnej pani.

Kiedyś przybyła do gabinetu  przemiła starsza elegancka i śliczna pani .

Była niewysokiej postury, miała piękne srebrne włosy, twarz bez śladów wyrytych latami, nieomal młodzieńczą, różową i oczęta jak węgielki.

Bywała u mnie przedtem , nie miała jakiś poważnych  przewlekłych chorób, zresztą dokładnie nie pomnę.

Lubiłyśmy się, była kulturalna, i delikatna i nigdy nie zajmowała mi dużo czasu.

Ale któregoś dnia wpadła  z pobladłą twarzą.

I musiała wyrzucić z siebie swoją historię.

Otóż od dawna była wdową i na cmentarzu spotykała pana, który odwiedzał grób żony. Zaprzyjaźnili się bardzo , a potem ten pan jej się oświadczył.

Gdy wyraziła zgodę, bo miała nadzieję na wspólne wspieranie się w starości, z tajemniczą miną obwieścił jej, że szykuje dla niej wielką niespodziankę.

 Nawet się ucieszyła, myśląc zapewne o miły podarku.

Po ślubie okazało się , że tą niespodzianką jest pełna sprawność seksualna tegoż leciwego pana.

I proszę sobie wyobrazić, opowiadała z obrzydzeniem i przerażeniem, on chciał być ze mną w łóżku….

Byłam zupełnie nieprzygotowana na takiego typu rozmowy. Tego nie uczyli na studiach, ani potem. Jedyne co mogło wtedy przychodzić do głowy, to jakieś strzępy myśli , które powstawały w mojej głowie, głowie dziewczyny liczącej niewiele ponad 20 lat.

Więc cóż ja biedna miałam powiedzieć, wysłuchałam i tyle, pocieszałam, że powinni o tym rozmawiać, może ona się jakoś przełamie, przyzwyczai, zresztą już nie wiem nawet, co mówiłam.

Właściwie ona nie oczekiwała ode mnie żadnej porady. I tak sama musiała rozwiązać swój problem.

Nie wiem jak skończyło się to małżeństwo, ale potem już tej pani nie widziałam, może wyjechała do swoich dzieci…

może wstydziła się tej chwili szczerości….

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 18 )

Na stacji kolejowej pod Rakowem czekał na nas mój szwagier.

Trzeba było pokonać bryczką kilkanaście kilometrów.

O nic nie pytał, popatrzył na mnie z wyraźną sympatią.

Ja też nic nie mówiłem.

Gdy znaleźliśmy się w Rakowie, poczułem ciepło tego miasteczka.

Dobre fluidy unosiły się nad nim.

Wszystko było leniwe, łagodne i śpiewne.

I krajobraz i ludzie.

Odwiozłem Stefę do  domku, w którym wynajmowała pokój.

Wydawało się, że jest radosna, pogodna i bliska.

Pożegnaliśmy się czule.

Wróciłem do domu.

Tam na mnie czekali Rodzice.

Oczywiście padły pytania, jak podróż, jak było i najważniejsze- czy jest zgoda na ślub.

Westchnąłem ciężko i dopiero przy gorącym samowarze opowiedziałem wszystko po kolei.

Nie bardzo wiedzieli jak zareagować.

Najłatwiej było pocieszać, że wszystko dobrze się ułoży.

I tak zrobili.

Zawsze potrafili łagodzić emocje swoje i swoich dzieci. Nigdy u nas nie było kłótni, nawet nie słyszałem podniesionego głosu mojego ojca.

Tym razem też usiłowali wlać we mnie otuchę i powoli sam zacząłem wierzyć, że będzie dobrze…

Na medycznej ścieżce. Rola nieomal spowiednika i lekarza w jednym.

Wracając do opisu  pracy w rejonie nie sposób pominąć tego, co było jakby solą pracy lekarza w tym miejscu, 

Były to zwierzenia pacjentów.

Czegóż to ja się nie nasłuchałam.

O życiu tych ludzi w przeszłości, trudach teraźniejszości, problemach z dziećmi , wnukami i sąsiadami.

Musiałam ich wysłuchiwać , gdyż lekarz rejonowy był nie tylko odpowiedzialny za zdrowie swoich pacjentów, ale też musiał być nieomal spowiednikiem.

Zresztą nie sposób było oddzielić tych dwóch spraw- zdrowia fizycznego i psychicznego. Jedno z drugim ściśle się wiązało i zrozumienie problemów  życiowych moich podopiecznych  pomagało w zrozumieniu ich schorzeń.

Gdy mieli kłopoty w małżeństwie, czy z dziećmi, pojawiały się schorzenia psychosomatyczne, nasilała choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, choroba wieńcowa, nadciśnieniowa a nawet zwiększała częstość napadów astmy.

Nie mówię już o całej gamie różnych objawów jak bóle głowy, bicia serca wymioty, biegunki depresje w końcu, które ustępowały, gdy sytuacja domowa się poprawiała.

 Rozróżnienie tych stanów od jakiejś faktycznej patologii było trudne.

Ale czasami widziałam, jak się rozluźniali i lepiej czuli gdy poświęciłam im trochę czasu, wysłuchałam i  właściwie nie potrzebne były porady lekarskie.

No cóż, taka to była moja rola …..