Na medycznej ścieżce. Religijność zaprzyjaźnionej rodziny.

Kiedyś się dowiedziałam, że cała rodzina Kieniewiczów  jest bardzo religijna.

Nie wiem jak pozostali synowie Profesora, ale Antoni i Marzenka byli bardzo zaangażowani w działalność w jakiejś grupie przykościelnej.

Dowiedziałam się właściwie przypadkowo. Któregoś dnia wspomniała o tym Marzenka jakby mimochodem, przy okazji  rozmów o chrzcie najmłodszego syna- Mateusza.  Dla nas to wydarzenie było zadziwiające. Podobno ten niezwykły chrzest Mateusza, odbywał się w ich kościele, przy ul. Gdańskiej, w czasie świąt Wielkiejnocy i trwał przez całą noc. Dla nas taki obrzęd był nieznany i zdumiewał. Ale wkrótce uznaliśmy, że to ich problem i tylko podziwialiśmy ich zgodność  w tym temacie.  

Nigdy nie narzucali swoich przekonań ani nie próbowali nas zachęcać do zaangażowania w tej samej co oni sprawie.

Gdy najstarszy syn- Piotr był w klasie maturalnej, porzucił swoją dziewczynę i wstąpił do seminarium duchownego. Widuję Go czasami w TV gdy wypowiada się w tematach związanych z kościołem, wiarą jako ksiądz Salezjanin. Chyba jest wykładowcą na jakiejś katolickiej uczelni. Kiedyś mi zaimponował, bo utworzył grupę walczącą o skrócenie kazań. Proponowali oni, by były skondensowane, mądre, ale ograniczone do 10 minut. Chyba jednak nic z tego nie wyszło, bo gdy czasami oglądam mszę w TV , kazania nadal są przewlekłe i wkrótce działają nasennie, a jeśli nawet nie, to i tak szybko gubi się wątek a myśli w tym  czasie ulatują gdzieś daleko, w odległe krainy….

 

Losy moich Rodziców. Akwarela namalowana przez Tatę.

Dzisiaj rano wspominałam o akwarelkach, które namalował mój Tato. Zrobiłam zdjęcie tej, która wisi na ścianie w naszym michałowickim domu. Jest ukryta za starą szybką i ma ramkę sosnową, którą zrobił mój Tato, jeszcze w czasach gorzowskich- w latach 50 ubiegłego wieku. Na akwarelce znalazłam Jego podpis i datę. Jest to rok 1933, a nie 1932 , jak napisałam wcześniej. Ale to nie zmienia moich rozważań na temat tego, czy malował ją dla młodej żony , czy tylko dla swojej przyjemności. Właściwie to nie jest ważne, ważne, że przetrwała wojnę i Mama ją pielęgnowała jak cenną pamiątkę….

 

 

Losy moich Rodziców. Ulotne wspólne chwile Stefy i Wacława .

Każda  wizyta Wacka w Rakowie  to było wielkie wzruszenie serca .

Mama wspominała, że jej ukochany natychmiast po przybyciu z Wilna, zaglądał do domu swoich rodziców ale potem  biegł  pod Jej okno, pukał w znajomy sposób i wówczas Jej świat wirował.

Często przynosił kwiaty, najbardziej zapamiętała moment, kiedy to podał jej swoją czapkę  napełnioną króciutko obciętymi wilgotnymi kwiatami jaśminu.

Przesiadywał w jej pokoiku, zabawiając koleżankę, która też go uwielbiała, rysował piękne wzory na tkaninach, na których dziewczyny dziergały swoje hafty .

Umiał rysować, miał duszę artysty.

Malował ślicznie delikatne akwarele, które oddawały stan Jego romantycznej duszy. Do tej pory zachowały się tylko dwie.

Jedną,  przedstawiającą ostatnie jesienne śliwki ma Marcin, druga wisi na ścianie naszego mieszkania. Kiedyś Tato oprawił ją w skromną sosnową ramkę własnej produkcji i tak zostało. Są to dojrzałe dwie gruszki na tle liści. Zrobiłam zdjęcie, ale z powodu szybki, która zakrywa akwarelę, zdjęcie nie oddaje jej uroku. Tak więc musicie mi wierzyć na słowo, albo zapraszam do siebie….Namalowane zostały w 1932 roku, w tym roku, kiedy Rodzice brali ślub.

Nie wiem , czy malował je dla Stefanii, czy tylko tak sobie, dla swojej przyjemności. Nigdy o to nie zapytałam i już się nie dowiem.

Ale fakt, że Mama je przechowała , uratowała z pożogi wojennej , przywiozła  z Wileńszczyzny, w straszliwych warunkach bydlęcych wagonów, starannie przechowywała wśród przedmiotów najpotrzebniejszych może być świadectwem, że obrazki te miały dla Niej szczególne emocjonalne znaczenie. …

Na medycznej ścieżce. Rodzina Marzenki Kieniewicz.

Wkrótce poznałam męża Marzenki,  wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.

Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i  drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. 

Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.

Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .

Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz. 

Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.

Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.

Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.

 

Losy moich Rodziców. Rozłąka i wizerunek pielęgnowany w sercu.

Od momentu zakochania, moja Mama rozkwitła.

Wokół niej kręciło się kilku miejscowych młodzieńców, nauczycieli , m . in. późniejszy profesor hrabia Zdziechowski, ale jak wykazały dalsze losy, wybrała jednego, Wacława Łukaszewicza i była mu wierna.

A tymczasem jej ukochany wyjechał tak nagle jak przybył, wprawdzie z Wilna przysyłał piękne listy, ale  widywali się rzadko.

I właściwie potem to już tylko kochała jego listy i wyidealizowany w sercu wizerunek.

 

Przybycie Paulinki, naszej najmłodszej.

 

Paulinka ma dwa miesiące. Obok pozostałe dzieci i Iwonka, moja bratanica. Zdjęcia z rodzinnego albumu, wklejone tam i opisane przez mojego Tatę.

 

 

 

Przedwczoraj minęła 33 rocznica urodzin naszej najmłodszej Córki-  Pauliny.

To dziecko nie było planowane, ale jego  przybycie sprawiło nam wielką radość. To był taki Dar od Najwyższego i tak traktowaliśmy tę czwartą moją ciążę.

Pracowałam wówczas w Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Siennej 60. To było miejsce magiczne, budynek miał już 100 lat . Szpital ten powstał z funduszów fundacji Bergsonów i Baumanów z przeznaczeniem na leczenie biednych dzieci żydowskich. W nim pracował Janusz Korczak, w czasie II wojny światowej był szpitalem powstańczym, a po wojnie Kliniką Pediatryczną. W latach 60 ubiegłego wieku otrzymał piękne imię „ Szpital im. Dzieci Warszawy”. Pracowało w nim wielu żydowskich lekarzy, z których większość opuściła Polskę w czasie pamiętnego roku 1968. Zamieszkali w Szwajcarii. Byli to znakomicie wykształceni specjaliści, wielu z nich kończyło zagraniczne uczelnie medyczne w Berlinie, Paryżu. Dlatego szpital ten cieszył się dużą renomą w środowisku medycznym w Warszawie i Polsce. Znakomity był oddział Neuroinfekcji, gdzie obowiązkowo szkolono lekarzy specjalizujących się w pediatrii.

I właśnie w czasie mojej pracy w tym szpitalu urodziła się Paulinka. Może o Jej refleksyjnej naturze  zdecydowały  nie tylko geny, ale również tajemnicza, nasycona duchami atmosfera tego szpitala, w której spędzałam wszystkie miesiące ciąży.

Pod koniec ciąży byłam już tak gruba, że ledwie mieściłam się w drzwiach i wnętrzu maleńkiej  szatni dla pracowników. Dlatego też musiałam czekać, aż wszyscy ją opuszczą i wówczas miałam dla siebie odpowiednią przestrzeń.

Pracowałam tam do samego końca ciąży , na własne życzenie przeniesiono mnie z nudnych żółtaczek na oddział Neuroinfekcji, który pociągał mnie najbardziej.

Do porodu udałam się do szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów. Ponieważ jak w poprzednich ciążach  w terminie porodu nic się nie działo, zwyczajowo umieszczano mnie na oddziale patologii ciąży. Za długo tam nie posiedziałam, bo rano, 14. 11. 1979 roku miałam wrażenie, że jednak coś się zacznie. Mimo tego, że zgłosiłam swoje objawy,  wykonano mi jakiś zaplanowany wcześniej test , który zakończono w południe, informując, że w ciągu najbliższych dni nie urodzę.

Oczywiście test testem, a życie sobie.

Tego samego dnia, po południu rozpoczęła się intensywna akcja porodowa.

Początkowo na porodówce gawędziłam sobie ze studentami Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, którzy odbywali tutaj tzw. internat. Jednak po kilku godzinach poprosiłam chłopaków, by opuścili moje stanowisko, bo będę rodziła. Powiedziałam o tym, że już nadchodzi drugi okres porodu przechodzącej położnej. Nie zwróciła na mnie uwagi, zniknęła z czajnikiem w swoim pokoiku. Jednak pewnie coś ją tknęło, bo po chwili wyszła i zajrzała do mnie. Gdy zdjęła moje okrycie, jęknęła , „że już jest głowa” i polewając jodyną ręce , bez uprzedniego zwyczajowo trwającego dłużej mycia odebrała naszą córeczką. Właściwie nie miała żadnego udziału, poza przecięciem pępowiny, bo córeczka sama wydobyła się na świat – oczywiście przy moim jakimś tam udziale- co obwieściła wielkim wrzaskiem.

Myśleliśmy, że może to będzie synek, bo byłaby symetria płci naszych dzieci. Wówczas nie było możliwości badań takich jak teraz, po których  już wcześniej wiadomo, jakiej płci dziecko przebywa w łonie matki. Ale córeczka była dla nas także wielką radością.

Marcin, nasz jedyny syn, który wtedy miał 6 lat, powiedział do ojca- nas jest tylko dwóch.

Gdy Paulinka przybyła do domu, wszystkie dzieci ją oglądały i podziwiały. A była tak maleńka, że mieściła się na wersalce, leżąc w poprzek na siedzeniu.

No i zaczęły się pieluchy- wszak wtedy tylko tetrowe, i codzienna radość z pięknie rozwijającego się dziecka…..

Teraz nasza maleńka córeczka jest już mamą dwóch dorodnych synów, 4 letniego Wiktora, który nazwał sam siebie Witonem i 2,5 mies Patryka, czyli Patka lub Patusia.

I tak historia nasza rodzinna zatacza kolejny krąg…..

Na medycznej ścieżce. Reakcje pacjentów.

Marzenka Kieniewicz była już w moim mniemaniu doświadczonym internistą z półrocznym stażem w przychodni i zawsze uczynnie służyła mi radą.

Przychodziłam ze swoim problemem, króciuteńko omawiałam stan pacjentki lub pacjenta i zadawałam kardynalne pytanie- jaki lek można jeszcze podać.

Z rozpoznaniem z reguły nie miałam trudności, ale poza podstawowymi lekami, niewiele wiedziałam o całym wachlarzu możliwości terapeutycznych .

Oczywiście natychmiast uzyskiwałam odpowiedź i nieomal biegiem wracałam do swojego mikrego gabinetu, tym bardziej, że słyszałam gniewne pomruki pacjentów oczekujących na korytarzu. Już idąc w stronę gabinetu koleżanki, przepraszałam, że tylko na chwilę. Ale pewnie nikt temu nie dawał wiary. Czegokolwiek bym nie powiedziała, to pewnie i tak myśleliby, że wybywam do koleżanki na ploty . Wychodząc i wracając wielokrotnie  przepraszałam oczekujących  . Nie jestem pewna, że ktoś to zaakceptował, ale potem , będąc już w gabinecie, z reguły każdy starał się być uprzejmy.

Bo były to czasy, kiedy ludzie czuli się  onieśmieleni w kontakcie z lekarzem i właściwie nigdy nie wyrażali swojego niezadowolenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie…

 

Losy moich Rodziców. Zakochanie.

 

Mama w pierwszym rzędzie, w środku. Rok 1926

 

Tato, rok 1926

 

 

Po tej potańcówce wszystko się zmieniło  w życiu Mamy.

Miłość, która do niej przyszła była jedyna, największa , taka na całe życie.

I Tato też utonął w błękicie Jej góralskich oczu.

Przetrwali razem wiele, złego i dobrego, do niej wracał z obozu koncentracyjnego pokonując lęk przed zagrożeniem sowieckim. Jego obóz został wyzwolony przez amerykanów i w powszechnej opinii powrót do kraju groził aresztowaniem , więc wielu ulegało pokusie wyjazdu z Niemiec do Anglii lub do innego zachodniego kraju. Ale mój Tato wrócił…..

Na medycznej ścieżce. Marzenka Kieniewicz, mój ważny nauczyciel.

W mojej przychodnianej pracy, dość często miałam dylematy dotyczące rozpoznania ale częściej leczenia. Wówczas  biegłam po pomoc i poradę.

Przeciskałam się pomiędzy kozetką z zalegającym na niej pacjentem , biurkiem i ścianą , potem z trudem otwierałam drzwi skutecznie barykadowane przez pacjentów i przeciskając się pomiędzy kolanami siedzących na ciasno ustawionych krzesłach korytarzykowych wbijałam się do gabinetu koleżanki.

A tutaj, cóż za rozkosz.

Miałam szczęście, bo w tym samym czasie, w sąsiednim gabinecie urzędowała  przemiła bardzo spokojna okularnica. Za szybkami jej okularów widziałam uśmiechnięte ciemne błyszczące oczęta o czarnych gęstych i figlarnie wywiniętych rzęsach . Pomiędzy nimi siedział króciutki nieco zadarty nosek a poniżej na biurku układał się faliście dość duży biust lekarki. Była niewysokiego wzrostu ale miała minę generała rozgrywającego ważną bitwę i z dużą pewnością siebie udzielała mi porad, nigdy nie pudłując. Jej wskazówki stanowiły dla mnie bardzo ważny element edukacji.

Gdy wpadłam do tego gabinetu po raz pierwszy,  przedstawiłam się , okazało się, że ona tutaj pracuje już pół roku i nazywa się Marzenka Kieniewicz.

Potem się dowiedziałam , gdy już byłyśmy w wielkiej komitywie i przyjaźni, że jest synową wielkiej sławy historyka, profesora Stefana Kieniewicza.

Pan profesor mógł być dumny z takiej synowej .