Na medycznej ścieżce. Poszukiwanie pracy…

Ja codziennie biegałam do Pełnomocnika ds. Zatrudnienia w Dziekanacie Akademii Medycznej , by sprawdzić, czy nie ma on jakiejś oferty pracy.

W Warszawie nie znałam żadnego lekarza, w rodzinie nie było tradycji medycznych i nie wiedziałam o innych możliwościach załatwienia stażu podyplomowego.

Dopiero później się dowiedziałam, że wielu moich kolegów załatwiło sobie samodzielnie lub raczej przy pomocy znajomości tę pierwszą pracę.

Gdy po bezskutecznym dowiadywaniu się o miejsce stażowe, zapisałam się na osobistą rozmowę z pełnomocnikiem, ten nie mógł się nadziwić, że tak mi spieszno do pracy. Próbował przekonywać, że mam pracującego męża i małe dzieci, więc ten czas powinnam poświęcić rodzinie. Zupełnie nie rozumiałam jego sposobu myślenia, dopiero po latach przyznałam mu rację.

Wreszcie któregoś dnia, rozmawiając z koleżanką, dowiedziałam się, że nasza wspólna znajoma, która mimo stałego miejsca zamieszkania w Krasnymstawie, bez trudu otrzymała staż w Warszawie, ma zamiar z niego zrezygnować z powodów zdrowotnych. Pognałam natychmiast z tą wiadomością do Pełnomocnika , który nie mógł się już wykręcać brakiem miejsc , przyznał, że ma już podanie tej dziewczyny i wobec tego mogę łaskawie zająć jej miejsce.

Śladami mojego Taty. Tato zdobywa zawód…

 

 

 

Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie Tato przymusowo spędził dwa lata w wojsku, w Suwałkach. I o tym okresie niewiele wiem, gdyż Jego opowieści o późniejszym pobycie w obozie koncentracyjnym przykryły wszystkie inne. Pozostała jedynie ta fotografia. Oglądam ją z przyjemnością , bo podoba mi się ten młody wojskowy.

Nic dziwnego, że Mama się w nim zakochała…

 

I na tym chciałam zakończyć wpisy w tej części blogu, gdyż moi Rodzice rozpoczęli  nowe wspólne życie.. …Dalsze Ich dzieje będą zawarte w  rozdziale pt.  Losy moich Rodziców.

 

 

Na medycznej ścieżce. Tzw straszna baba…

By realizować swój plan zawodowy, na początek  znalazłam opiekunkę dla swoich córeczek. W tamtych latach nie było to łatwe, gdyż wszyscy mieli pracę i jedynie bardzo starsze panie podejmowały się trudnej roli opiekowania się cudzymi dziećmi. W grę wchodziły też dziewczyny z dalekiej prowincji, ale wówczas należało im zapewniać lokum. Nasze mieszkanie było stosunkowo niewielkie . Miało 56 m kwadratowych i składało się z dość dużego przedpokoju – co było jego najjaśniejszym punktem oraz trzech pokojów- 20 , 11 i 8 m. Ponieważ dodatkowo bardzo często przebywali u nas moi Rodzice, nie mieliśmy możliwości zakwaterowania opiekunki do dzieci. Zresztą Mirek nie wyobrażał sobie wspólnego mieszkania z obcą osobą, czemu zresztą trudno się dziwić.

Nasza pani, która obiecała zajmować się dziećmi była bardzo gruba i dość brzydka.

Ale była, więc czułam wielką radość.

Miała zwyczaj przesiadywania w bardzo wąskiej kuchni pod ciepłą rurą centralnego ogrzewania i głośno czkać.

Gdy opuszczaliśmy dom, pewnie zajmowała się dziewczynkami, ale gdy wracaliśmy  – sprawiały wrażenie , że są  przerażone.

 

Opowieści mojej Mamy. Zakochanie…

 

Mama trzy lata przed ślubem…niestety zdjęcie jest uszkodzone, ale starannie wklejone do rodzinnego albumu i opisane ręką Taty..

 

 

Ale nie tylko praca pochłaniała czas i uwagę młodych nauczycielek.

Sąsiadujący z Rakowem  pułk żołnierzy przygranicza organizował dla swoich podoficerów i oficerów potańcówki w kasynie. Ponieważ większość z nich była kawalerami, zapraszano młode dziewczyny z miasteczka, najchętniej nauczycielki. Wszak stanowiły one miejscową elitę i były pożądane w towarzystwie. Oczywiście potańcówki były otwarte i mogli przychodzić także miejscowi kawalerowie. Mama nie przepadała za takimi imprezami. Może była nieśmiała, może nie bardzo miała się w co ubrać, gdyż znaczną część wypłaty wysyłała rodzicom i spłacała zaciągnięty dług w funduszu Seminarium Nauczycielskiego, przeznaczany na wyjścia do teatru i na wycieczki. Oszczędzała bardzo, żywiąc się skromnie , najchętniej ziemniakami i kwaśnym mlekiem.

Tego dnia jednak uległa namowie koleżanki, która pożyczyła jej swoją bluzkę i pomaszerowały na tę potańcówkę.

I tam właśnie podszedł do niej królewicz z bajki. Młodzieniec delikatnej szlachetnej urody i nienagannych manier. Ten rakowski młodzieniec nie był Mamie znany, bo odbierał nauki w Wilnie i do domu przyjeżdżał sporadycznie.

I tak to się zaczęło od ich nagłego olśnienia , zakochania od pierwszego wejrzenia…..

Na medycznej ścieżce. Marzę o pracy…

Gdy otrzymałam dyplom ukończenia studiów, mieliśmy już dwie małe córeczki, którymi powinnam się zajmować, ale ja parłam do przodu.

Koniecznie chciałam już dostać pracę i rozpocząć prawdziwe dorosłe życie. Wychowana byłam w etosie pracy. Moja Mama zawsze pracowała zawodowo,  łącząc obowiązki domowe i nauczycielskie. I ja uważałam, że kobieta powinna się realizować zawodowo. I wtedy pojawiła się dysharmonia mojego myślenia. Dom jakoś sam się toczył- pewnie siłą rozpędu, a ja marzyłam o obowiązkach lekarskich. 

Ile było w tym myśleniu  chęci udowodnienia Mamie, że dałam radę, a ile moich własnych ambicji, dokładnie nie wiem . Widziałam , jak bardzo Mama się bała, że po wyjściu za mąż porzucę studia. Zresztą takich przykładów było dookoła wiele. Nie trzeba było daleko szukać. Mój ukochany brat studiował długo, kilka razy nie zgłaszał się na egzaminy, więc go wyrzucali ze studiów. Potem zdawał ponownie, dostawał się, mimo, że w tamtych czasach też nie było łatwo. Wielu młodych ludzi chciało studiować a i roczniki opóźnione w edukacji przez  wojnę  zapełniały miejsca w studenckich ławach.

 I dlatego , gdy podjęłam decyzję o założeniu rodziny, nie dyskutowałam z Mamą , ani z nikim innym, nie przekonywałam , nie obiecywałam, ale się zaparłam w sobie, zacisnęłam zęby i  milcząc postanowiłam, że się nie dam życiu ….

 

Opowieści mojej Mamy. Polacy, uciekinierzy z bolszewickiej Rosji..

Bardzo mocnym przeżyciem nie tylko dla mojej Mamy były nocne odwiedziny polskich uciekinierów  z Rosji. Ludzie ci, po utworzeniu państwa polskiego znaleźli się przypadkowo poza granicą ojczyzny.

 Panujący w Rosji terror i wszechwładny  głód a także tęsknota za Polską powodowały, że z wielkim trudem pokonywali oni zasieki graniczne cudem unikając śmierci z rąk bolszewików i szukali pomocy w tym kresowym miasteczku.

Oczywiście władze polskie zgadzały się na przyjmowanie tych ludzi, starały się dać im zatrudnienie i zapewnić godziwe warunki życia.

Jednak w pierwszej chwili , po przekroczeniu granicy, zwykle nad ranem  pukali do drzwi mieszkańców prosząc o kawałek chleba. Byli wynędzniali, obdarci, brudni i głodni. Ludziska starali się jak mogli, by im pomagać. Jednocześnie byli przerażeni tym, do czego są zdolne władze radzieckie.

Mama długo nie mogła zapomnieć, a właściwie nigdy nie zapomniała, wracając w swych opowieściach do obrazka samotnej kobiety w łachmanach, która uciekając z Rosji , przerzucała kolejno przez kolczaste graniczne zasieki  swoją piątkę małych  dzieci. Każde z nich było zapakowane w worek ….

Na medycznej ścieżce. Otrzymuję dyplom lekarza.

Ponieważ Ewcia urodziła się 15 grudnia, a planowane zajęcia odrobiłam wcześniej, miałam , jak mi się wtedy wydawało, bardzo długi okres, kiedy mogłam się cieszyć dzieckiem. Wróciłam na zajęcia po świętach, gdy Mała miała ok. 3 tygodni. Zajęć było już niewiele, bo był to 6 rok studiów. Trochę ćwiczeń i wykładów oraz kolejne egzaminy. W ogólnym galimatiasie, niewyspaniu i zapracowaniu wszystko pozaliczałam. Najważniejsze było to, że babcia Leoszko obiecała pozostać do dnia, kiedy ukończę studia. Już wcześniej zapowiadała, że jest bardzo potrzebna swojej córce, która mieszkała w Gubinie i miała kilkoro drobnych dzieci.

Czasami bywali u nas moi Rodzice, wspierając ciocię , która miała dużo  zajęć z naszymi córeczkami.

Oczywiście gdy wpadałam do domu, zakasywałam rękawy i zamieniałam się w niańkę, sprzątaczkę , pocieszycielkę strapionych, czyli jednym słowem stawałam się gospodynią domową usiłując dopieszczać także mojego męża, by nie czuł się odrzucony. Jak z tego wynika, wszystko działo się pół gwizdka, w niedoczasie i nic dziwnego, że osoba wrażliwsza w tej rodzinie mogła się czuć opuszczona lub pominięta.

Nadszedł czerwiec 1971 roku, indeks był zapełniony wpisami, oddany do dziekanatu i wkrótce uzyskałam informację, że jestem lekarzem.

Oczywiście to jeszcze nic nie znaczyło, gdyż praw do praktyki lekarskiej nabywało się dopiero po rocznym stażu.

Teraz jest jeszcze gorzej, gdyż po stażu zdaje się jeszcze jeden egzamin tzw. LEP i niestety nie wszyscy go zaliczają. Jakżeż to musi być tragiczne, gdy edukacja przedłuża się w nieskończoność. W tym czasie ludzie innych zawodów stają już na nogach, nabierając wprawy w pracy zawodowej.

Ja miałam szczęście, że jeszcze wtedy takiego egzaminu nie wprowadzono. Zresztą i teraz słychać głosy o jego likwidacji. Na pewno konieczna jest głęboka reforma  całego systemu nauczania medycyny, czego wzory można znaleźć zupełnie niedaleko poza granicami naszego kraju.

Opowieści mojej Mamy. Uczniowie…

 

Mama pierwsza po prawej w zapełnionym rzędzie.

 

 

Mama dobrze się czuła w gronie pedagogicznym, lubiła swoich uczniów.

W to wierzę, gdyż miałam wielokrotnie okazję obserwować Jej gorzowskich uczniów. Bywało, że rano ktoś dzwonił do drzwi naszego domu, otwierałam , a za drzwiami stał maluch z tornistrem. Z bardzo poważną miną oświadczał, że przyszedł po swoją panią.

 

Kilka lat temu rozmawiałam ze znanym starym ortopedą , profesorem Malawskim i zapytałam, czy pamięta moją Mamę, swoją rakowską nauczycielkę. Popatrzył na mnie bystrze i powiedział z uśmiechem –  oczywiście- miała takie piękne oczy – i  wymienił kilka szczegółów z życia Mamy, co świadczyło, że pozostała w jego pamięci jako osoba niezwykła.  

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni, tygodnie i miesiące z Ewcią…

Zdjęcie wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz w dniu  7.02.1971 roku. Ewcia ma 6 tyg.

Justyna przyjęła Ewę radośnie, miała wówczas 1 rok i 2 miesiące, dreptała wokół łóżeczka z noworodkiem i powtarzała z zachwytem dzidzia, dzidzia.

Nam się wydawało, że jest już całkiem dużym samodzielnym człowieczkiem i niewątpliwie była przez nas traktowana jak bohater drugiego planu.  

Bo pierwszy plan zajęła  Ewcia. Ten maleńki człowieczek dawał się nam srodze we znaki.

Po powrocie ze szpitala wykonała wielki kich i wówczas  zobaczyliśmy z przerażeniem, że wykichała z nosa ogromny kłąb ropy. Ale ona się tym nie przejmowała, miała w dzień całkiem dobry humor, który kompensowała nocnymi rykami. Zmywałam makijaż etapami do godziny 24, od 3 zaczynałam malowanie powiek.

W międzyczasie usiłowałam nakarmić małą piersią, którą ona wypluwała z niesmakiem.  Zresztą awersję do mojej piersi demonstrowała już od 3 doby życia. Każda moja propozycja karmienia naturalnego kończyła się a właściwie zaczynała całkowitą odmową, wielkim wrzaskiem,  unoszeniem tułowia na piętach z podpieraniem na części potylicznej małej kształtnej główki. Uspokajała się natychmiast, gdy rezygnowałam z takiego sposobu karmienia. Ponieważ przy takim systemie odżywiania się, nie ubywała na wadze, było całkiem prawdopodobne, że troskliwe ciocie- pielęgniarki z oddziału noworodkowego dostarczały jej wielkiej przyjemności wlewając przez wielką dziurę w smoczku sztuczne mleko z butelki.

Ponieważ nawyk ten przeniosła na grunt domowy, po kilku bezskutecznych próbach podawania piersi, zrezygnowałam całkowicie, wlewając do jej dzioba mleko sporządzone z proszku. W tamtych czasach nikt nie słyszał o super mieszankach mlecznych, sterylnych i wymagających jedynie wsypania do butelki i zalania wodą. Wówczas było dostępne jedynie tzw. mleko niebieskie. Należało je długo mieszać z zimną wodą, potem gotować i na koniec cedzić, gdyż znajdowały się tam różne kluski ze źle rozmieszanego proszku a także dziwne czarniawe paprochy o trudnym do ustalenia rodowodzie. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam   w kuchni gotując tę strawę, albo uspokajając wrzeszczące niemowlę. Nie wspomnę już o  praniu i gotowaniu oraz prasowaniu pieluch tetrowych, których dziennie schodziło ponad 40.

Katar Ewci  minął  po miesiącu, a do tej pory wyciągałam gruszką ropę z nosa i odwiedzałam lekarkę rejonową, by oceniła stan dziecka. Ta uważała, że noworodek jest w znakomitej formie i żadnego leczenia nie wymaga. W końcu lekarka powiedziała, że jestem studentką medycyny i muszę sobie sama radzić, bo ona ma wielu pacjentów i jest zajęta. Od tej pory starałam się sama radzić sobie z problemami zdrowotnymi dzieci z różnym oczywiście skutkiem. No cóż, nauka nie idzie w las.:)

Opowieści mojej Mamy. Niezapomniany ksiądz Żuk.

 

 

 

 

W czasie pobytu w Rakowie, Mama przyjaźniła się z księdzem Żukiem, który uczył razem z Nią w szkole.

Zresztą nie było osoby w miasteczku, która by o nim powiedziała złe słowo.  

Był jedynym księdzem w tej parafii.

Drobnej postury, z ryżawymi włosami, wnosił wszędzie uśmiech i pogodę ducha. Emanował dobrocią i łagodnością. Był skromny, uczynny i biedny. Nosił sutannę gęsto połataną i wypłowiałą.

Opiekował się biedną młodzieżą, wszyscy do niego lgnęli i wielokrotnie szukali pomocy lub porad w rozwiązywaniu różnych problemów szkolnych i domowych.

Gdy był czas na lekcję religii, ksiądz Żuk przybywał do klasy . Tam czekały na niego z utęsknieniem dzieci wyznania katolickiego. Po małych Żydów przychodził rabin a po dzieci wyznania prawosławnego- pop. Te dzieci ociągając się nieco przechodziły do innych pomieszczeń na swoje zajęcia. Mówiły głośno, że też chciałyby posłuchać tego o czym opowiada ksiądz Żuk. Ale miały poczucie obowiązku i nie protestowały głośno.

Nikt się temu nie dziwił, wszyscy uważali, że różnorodność wyznaniowa jest normą. Dopiero dalsze karty historii  pokazały jak straszliwa może być nietolerancja. Ksiądz uczył  religii, ale też organizował zajęcia sportowe, w meczach piłki nożnej sam brał udział, zakasawszy uprzednio poły sutanny. Poza tym był animatorem różnych czynów społecznych. Na zachowanym zdjęciu z naszego rodzinnego albumu widać grupę młodzieży , która pod batutą  księdza sadzi nowe drzewka wokół szkoły.

On dawał moim Rodzicom ślub, przedtem musiał ośmielać Mamę, by się nie krępowała pójść do niego do spowiedzi, gdy mu to wyznała w rozmowie w szkole. Mój Tato  opowiadał, że ksiądz wygłosił do nich  piękne i mądre kazanie.

Taki był niezapomniany ksiądz rakowski- ksiądz Żuk.