„A Maciek tańczy” z mojego cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 5 )

Grażyna tak pisze w swoim pamiętniku, który mi wreszcie kiedyś pokazała. Znałam dużo faktów z Jej życia, ale tu mamy intymną odsłonę Jej wnętrza…a może to nie Ona, tylko ja tak bardzo zaangażowana osobiście w tę opowieść, pamiętnik ten wymyśliłam. Nie wiem….

Kiedyś odkryłam, że Maciek kocha muzykę, a było to we wczesnym jego dzieciństwie, kiedy siadywał przed drzwiami wiodącymi na taras, gdzie ustawiałam radio i pieląc chwasty w ulubionym ogrodzie, czy dotykając moje rośliny , głaszcząc ich liście i podziwiając samotnie bujne  kwiaty, słuchałam muzyki, która koiła moją duszę. Wtedy zza szyby drzwi balkonowych widziałam, jak Maciek wprost przylega do szyby, rozpłaszczając na niej nos , wpatruje się w niebo z błogim uśmiechem . Tak długo tkwił w jednym miejscu i był tak intensywnie skupiony, że musiałam otwierać te drzwi i wówczas on, jeszcze wtedy nieporadnie, wychodził na środek tarasu i rozpoczynał taniec.

Mógł tańczyć od świtu do zmroku, nieustannie. Wpatrywałam się w niego, widziałam jego figury , niesamowite wyczucie rytmu i zachwyt w oczach wniesionych ku górze, jakby tak coś widział, jakby z kimś się komunikował…. To było szaleństwo , ten jego taniec.

Piszę było, ale tak  jest nadal , bo  Maciek tańczy nadal. Jest dla mnie łącznikiem pomiędzy Ziemią a zakrytym przed ludźmi, tajemnym  Niebem. Jest Tajemnicą Nieba. Przybyszem z obcej planety. Jest moim Jedynym Ukochanym Synem, którego przytulam.

Jego absolutny słuch muzyczny, poczucie rytmu i taniec to jest ten dar, który obiecał mi Anioł w proroczym śnie z mojej młodości, gdy dopiero się uczyłam być matką dziecka z głębokim upośledzeniem umysłowym.

Maciek jest Tańcem .

Maciek jest Muzyką. cdn

z naszego rodzinnego albumu… zdjęcia wykonał, wklejał i podpisywał mój Tato…ten podpis obok mnie nie dotyczy tego zdjęcia. W VII klasie na balu maskowym byłam przebrana za syrenę. Strój wymyśliła i samiuteńka wykonała Grażyna…najfajniejsze było zszywanie łusek – każda wycięta osobno, zszywana po lewej stronie, potem przewracana na właściwą- w tym brałam udział. Komu by się teraz chciało robić coś takiego ? Taka była i jest Grażyna…..

 

” A Maciek tańczy ” z cyklu moich ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 4 )

oto cd tej opowieści…

Jej głos przez telefon brzmi miękko ciepło, soczyście, czuje się jej piękne wydatne wargi które układają się w Uśmiech. Jej głos z tym uśmiechem daje siłę rozmówcom, choć ich życie jest zwykłe i właściwie dobre, to ona, tak ciężko doświadczona daje im siłę. Tak jej mówią –ty dajesz nam siłę . ….

Tylko w pamiętniku zapisuje kolejny dzień. Dzisiaj pisze:

„ A Maciek tańczy.

Patrzę na niego jak tańczy”.

I dalej zatapia się w to co było, w tamten czas, bez emocji, ale  pisze, bo jednak pamięta, wraca do tamtych dni, gdy jeszcze był obok niej mąż , choć ich małżeństwo umarło.

„Nasz syn pięknie tańczy  – prawda ?, mówię. Obok mnie obojętność i pogarda. A może tak mi się wydaje, a może to tylko męska maska lęku i przerażenia które ma w środku.

Dopiero teraz tak  myślę, gdy już minęło 48 lat o tamtego czasu, kiedy urodził się nam syn.

 Byliśmy młodzi i piękni , tak o nas mówiono- jaka piękna para. Świat stał przed nami otworem. Emil jeszcze nigdy nie miał żony , więc nie tylko że znany architekt, ale też kawaler- znakomita partia mówiła mama.

Ja po traumie rozstania z pierwszą szaleńczą miłością , porzucona przez Swawolnego Dyzia, jak nazywałam Zenona , samiutka z maleńką córeczką. Odszedł od nas, a  przecież tak bardzo chciałam kochać i być dobrą żoną . Cyklinowałam wiórkami aluminiowymi podłogę naszego nowego mieszkania na wzgórzach, pastowałam z przejęciem. Zawsze było czysto, pachnąco a nowe zaprojektowane przeze mnie meble cieszyły oko oryginalnością. Poza tym pichciłam  coś tam, co mu zwykle nie smakowało, bo żywił się byle gdzie, najczęściej w knajpach. Mówił, że musi poznawać życie od podszewki, by potem o tym pisać. Faktycznie pisał, coś mu nawet drukowano, był znanym w Gorzowie , Nadodrzu , Twórczości literatem dziennikarzem i redaktorem. Ale cóż, nikt go nie nauczył jak kochać kobietę, tak zwyczajnie po ludzku ciepło i codziennie….A może ja nie potrafiłam dać mu kobiecego ciepła. Nie wiem jak było. Jak było tak było, fakt, że porzucił mnie i naszą dorodną wtedy 2 letnią córkę…..ale to było życie jakby obcej innej kobiety , nie moje. Tamten rozdział zamknięty.

 Teraz patrzę na syna który tańczy pięknie.

Ma wielkie wyczucie rytmu , jest cały Muzyką i Tańcem. Tak od maleńkości. Jest jakby przybyszem z obcej planety, nie zna naszego ziemskiego języka, tylko zapatrzony w niebo tańczy.

Czasami tylko zbliża się do mnie, przytula i wtedy wiem że mnie rozpoznaje i kocha. Ale  jest to miłość nienazwana,  Miłość bez słów, bo syn  nigdy nie powiedział do mnie mamo, nawet nic innego nie powiedział…

A mówiłam Emilowi, gdy ktoś nam powiedział, że dziecko ma skośne oczy, powiedziałam, faktycznie, nasz syn jest jakiś inny, a mój mąż, ojciec dziecka odparł z uśmiechem miłośnie na mnie patrząc- toż on ma twoje oczy…. Czułam że coś nie jest tak. Lekarze wyraźnie ociągali się z powiedzeniem nam prawdy.  Może chcieli nas przygotować na te hiobową informację, kluczyli, wysyłali do Warszawy na badania. Więc jeździliśmy, nie raz i nie dwa.  O nie chcę do tego wracać, a opisuję to już drugi raz, ale jednak wracam. Opowiadam pisząc ten pamiętnik. Nikomu nie zawracam głowy, ludzie mają swoje problemy, stale z nimi do mnie przychodzą, więc doradzam im  ja mogę.

Najlepszą radą jest by się do siebie uśmiechnęli. Gdy tak robią, pękają bariery ruszają lody i staje się między nimi jasność. Tak mam, mam taki dar, by pomagać ludziom , tak mi mówią, dar którego nauczył mnie Maciek. Tylko czułość i uśmiech. Żadne rozdrapywanie ran, szukanie win w sobie i w tym drugim, psychoterapie, tylko Uśmiech  Przytulenie i Zapomnienie o tym co było.

To wystarczy, wiem, wiem od Maćka, głęboko upośledzonego umysłowo mojego syna z  zespołem Downa. cdn 

zdj własne

 

 

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 3 )

I oto dalszy odcinek mojej opowieści, opartej na faktach, które dobrze znam, bo Grażyna jest pierwszą moją bratową i utrzymujemy stałe ciepłe kontakty. 

Własnoręczny podpis Grażyny na powyższym zdjęciu. Stale się zachwycam Jej malarskim pismem 🙂

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o ziemskich Aniołach”

(….)  Więc przychodzą ci znajomi, bo ją lubią i nic to, że czasem się skarżą na swój los . Ona zawsze uśmiechem i pogodą ducha Pomimo Wszystko łagodzi napięcia i wychodzą z jej domu szczęśliwi.  

A Emil, niespełniony ojciec, z Ameryki przysyła pieniądze na utrzymanie Maciunia, choć przez długie lata kontynuował to zrodzone pomiędzy nimi Milczenie. Tylko zza oceanu przychodziły  pieniądze.

I to przełknęła.

Jedna porażka w życiu więcej czy mniej nie miała już znaczenia. Bo Maciek któregoś dnia wstał w łóżeczku. Wprawdzie później niż inne dzieci, ale znalazł w sobie siłę i wstał. Jakże była szczęśliwa. Złapała Maciusia i zatańczyła z nim szalony taniec. I wtedy, tak to było wtedy poczuła jak dziecko rytmicznie się porusza w takt muzyki. Wyrzucał łapki w górę i pokrzykiwał po swojemu.

Ona wiedziała, bo kiedyś się dowiedziała, że jej syn , głęboko upośledzony jak orzekło gremium psychologów, stanie się jej dumą radością, bo on był czystą Miłością, wzorcem Miłości, diamentem, którego nigdy nikt nie oszlifuje, bo nie ma do niego dostępu.

Chyba nikomu nie wyznała o tamtym  ważnym wydarzeniu , kiedy się o tym dowiedziała, bo i tak nikt by nie uwierzył, a może pomyślałby w duchu, że zaczyna tracić rozum. Bo w ogóle nie opowiadała o sobie i swoich problemach ludziom, po co? i tak by nie pomogli, nawet jeśli byliby w stanie zrozumieć co ona czuje.

A było tak , o czym nikomu nie opowiedziała- którejś nocy odwiedził ją we śnie Anioł. Był to niewątpliwie Anioł chociaż bezskrzydły ale urodziwy i dziwnie szumny i rzekł- nie smuć się Piękna. Dostałaś największy podarunek, ciebie wybrał dobry Bóg byś doświadczyła Miłości, Jedynej takiej na świecie, Bezgranicznej, Bezkrytycznej, Niezmiennej. Masz syna, który jest samą najczystszą Miłością, jej kwintesencją, samym wykwintnym Jej smakiem. Bóg nie dał mu wady serca, byś musiała jeździć na operacje , więc jednak cię oszczędził. Bóg nie dał mu krzty rozumu rozumianego jako ludzki, by nie czuł tego, że jest inny. Byś nie musiała walczyć o jego edukację i czekać na efekty. Masz sytuację komfortową Piękna bo on ci pokaże jeden swój talent, którym będzie zachwycał tylko ciebie. Otóż Piękna, dobry nasz  Bóg się zgodził byśmy my, wszystkie Anioły oddały twojemu synowi  cząstkę naszej muzycznej duszy. To jest  od nas specjalna premia za to że go urodziłaś , wychowujesz i za to, że już nie chcesz układać sobie życia. Od dzisiaj  czuj, że swoje życie masz już  przez nas poukładane.

Jeszcze rano, gdy jak zwykle wstała o świcie, słyszała słowa Anioła i zastanawiała się nad ich znaczeniem.  Nie wierzyła wtedy, bo była jeszcze nieszczęśliwa, ale teraz wie. Anioł miał rację.  Maciunio jest osłodą jej starości, choć  stale wymaga opieki bo nie przystaje do tego świata. Jest mieszkańcem innej odległej planety.  Że dla niego musi żyć . Zdecydowała się więc na dializy, bo pierwsze  wysiadły jej nerki. Serce choć bolejące i samotne, jakoś wytrzymywało. Nie zapisała się do kolejki by uzyskać  przeszczep nerki, choć ją namawiano, bo Maciunia nie zostawi na dłużej.  ani nie podda się operacji serca, które jednak też wysiadło, operacji, która jest ponoć niezbędna, bo z kim gdy pójdzie na tę operację zostawi syna. Nie wie co będzie dalej, nie myśli, wierzy że Pan Bóg to jakoś za nią poukłada. Ma 77 lat, Maciek 48.

Mój Boże wzdycha, a może w ogóle o Bogu nie myśli bo nie bardzo wierzy. W ogóle nie myśli co będzie dalej.

Już kiedyś go zostawiła, swojego jedynego syna- Maćka, wtedy był mały, może kilkuletni. Bo tak chciał jego ojciec- oddajmy go, nic z niego nie będzie, niech sobie żyje w swoim świecie bez nas. Chciała ratować małżeństwo, poddała się. Odwieźli dziecko do Ośrodka opiekuńczego i porzucili jak bezdomnego psiaka. Przepłakała całą noc. Z małżeństwa i tak nic nie wydziergali, bo już dawno umarło. Wytrzymała 2 tygodnie i pojechała odwiedzić swoje dziecko. Powiedzieli jej tam – o Maciunio, nic nie chce jeść, są problemy. Gdy zobaczyła syna , który blady i zapadnięty w sobie , siedział nieruchomo na łóżeczku i nagle na nią popatrzył wzrokiem, którego nie zapomni, bez słowa zabrała Maćka i wróciła do domu.

Miłość macierzyńska z ogromną siłą do niej przyszła. Już wiedziała, już była pewna, że są związani na śmierć i życie. Ona i jej syn -Maciek.  cdn.

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy. Taka Miłość.

oto cd opowieści o życiu mojej pierwszej bratowej „A Maciek tańczy. Taka Miłość” z cyklu ” Opowieści o ziemskich Aniołach ” …….

Nie mogę się powstrzymać by nie wrzucić tego zdjęcia Grażyny o której opowiadam.. Przysłała mi je niedawno- a ma teraz i na tym zdjęciu ok.  77 lat…..Dla mnie Niezwykłe…..Wszystko Niezwykłe….

Ona teraz niczego nie żałuje, tych mężczyzn dookolnych nią zainteresowanych, tego życia banalnego , nie żałuje. Bo ma syna. Nie zwykłego chłopaka, który dawno by od niej poszedł do swojego życia. Który wracałby nad ranem do domu, może nietrzeźwy, może naćpany. Nawet jeśli nie byłby taki, ona i tak by stale drżała, że tak może być.

Ma syna, który jest Inny, Niezwykły bo Inny. Jest jej, tylko jej, ciało z jej ciała, krew z krwi.  Maciunio jest jej całym światem. 

     Niedawno zatrzasnęły się drzwi za jego ojcem i wtedy ona zapadła w ten letarg, z którego się teraz wybudziła. Ojciec dziecka, jej Maciunia, nie chciał takiego syna. Nie zaakceptował, nie chciał na niego patrzeć. Stawał się agresywny w dzień, nocami słyszała jak łka w poduszkę. Żyli obok, a dni były coraz bardziej ponure i  stawały się czarne jak noc. Atmosfera w domu była tak gęsta i mroczne, że gdy powiedział-  pojadę  do Ameryki, zgodziła się w milczeniu, jedynie skinęła swoją czarną czupryną zawsze krótko obciętą, modelującą smukły kształt jej głowy.

 Przedtem kupił stary dom , ładny wygodny, blisko morza, z dużym ogrodem, by Maciuś miał dobre warunki dla swojego życia, jakże innego niż życie tzw. zwyczajnych dzieci. A tak naprawdę, to kupił ten dom i ten ogród, by zza szczelnego ogrodzenia nikt nie oglądał jego syna. Wstydził się . Urządziła pięknie wnętrze ze smakiem i lekkością . Właśnie kupiła ten stół ze szklanym blatem, na przekór wszystkim którzy mieli dzieci i komentowali, przecież dziecko zaraz go stłucze. Po co ci taki stół? Się dziwowali. Ale ona trwała przy swoim, nikt nie rozumiał jak to możliwe, że dom wysprzątany i szklany blat nienaruszony. I ona zadbana, zawsze nowy ciuszek oryginalny, bo własnego pomysłu i zwykle własnego wykonania, w dodatku uśmiechnięta. Przychodzili i stale przychodzą młodzi przyjaciele, pary młodych, na ciasto jej pyszne i kawę. Urządza przyjęcia, bo to lubi. Lubi ba, nawet kocha ludzi…

Dlatego też ich zaprasza, lubi gdy ją odwiedzają liczni znajomi. Zawsze  udają, że nie widzą Maćka, co ją może i boli a może nie boli. Zresztą Maciek wtedy znika w swoim pokoju i medytuje po swojemu. Ona wie, że jej syn wędruje swoimi myślami po swoim świecie, może z kimś tam się spotyka , bo bywa, że nagle zamruczy i się uśmiechnie. cdn….

 

A Maciek tańczy ( 2 ). Z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach.

Jeśli Ktoś zajrzał tu po raz pierwszy i nie wie, to powtarzam  wstęp wyjaśniający do pierwszej części tej opowieści.

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

 

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

 

A Maciek tańczy. Taka Miłość (2).

Z cyklu  moich „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

 

(…) Już wtedy,  gdy nosiła go w brzuchu, jak zwykle zwiewnie i lekko, tak jak pierwsze dziecko, czuła jednak że  jest inaczej, ruchy płodu nie były zbyt energiczne, ale myślała- jego ojciec Emil jest takim łagodnym spokojnym człowiekiem, więc nic dziwnego że jego syn będzie taki jak on. Tak, myślała wtedy, będzie tak doskonałym architektem jak ojciec. Może malarzem, bo takie zdolności widywała w członkach swojej rodziny Lubańskich no i u siebie naturalnie. Więc gdy urodził się syn, obydwoje z Emilem byli dumni ze szczęścia, bo któż się nie raduje z urodzin pierworodnego. Wprawdzie  ktoś powiedział tuż po porodzie, że radość bo syn, ale ma jakoś za bardzo skośne oczy. Wtedy Emil się roześmiał- to przecież oczy jego matki- Grażyny, mojej ukochanej.  Piękne, podłużne, barwy ciemnego miodu i lekko skośne. Ponoć jej babka była Włoszką i stąd fascynująco egzotyczna uroda mojej żony…cieszył się nią i nazywał Darem od Opatrzności, bo wszystko wskazywało, że zostanie starym kawalerem, choć jeszcze stary nie był.

Podbiegła do Maciunia, który nawet nie odwrócił wzroku od obiektu swojego wypatrywania, bo jak już mówiła, miał on  swój świat, wzięła go na ręce, jej smukłe delikatne palce o paznokciach w kształcie migdała  oplotły jego ramionka i  wtedy on się przytulił. Tak jak nigdy nikt.

Jest teraz tego pewna, żaden mężczyzna nie potrafił się tak do niej przytulać. Wszyscy pragnęli seksu wszyscy chcieli ją posiadać na własność. I sobie poszli. Załkała, wreszcie po latach rozpłakała się jak mała dziewczynka, którą ktoś bardzo skrzywdził. Maciunio trwał w przytuleniu, niczemu się nie dziwił ale czuła że on wie co  czuje ona, jego matka.

KTOŚ , ten Najwyższy  kto go przysłał i zasiał w jej łonie, obdarował dodatkowym chromosomem pary nr 21 –  wiedział co robi. Teraz i ona wie.

Bo lekarze mieli wątpliwości. Może bali się jednoznacznego wyroku, wysyłali do Warszawy do dwóch instytutów na badania. Więc jechała ona i jej mąż, ze swojego Świnoujścia , długo pociągiem, jechali po nadzieję. Więc jechali tam z optymizmem, który stopniowo umierał.

Co przeżywali, jak się z tym czuli, ona chyba już nie pamięta, albo wyparła to z umysłu, bo nie chciała pamiętać. Nie chce pamiętać tego milczenia pomiędzy nimi, rodzicami, ciężkiego jak kamień który teraz czuje w piersi, tego milczenia które zabiło ich miłość. Miłość piękną i delikatną z zachwytami i nocami przegadanymi miłośnie. Umarła ich miłość gdy urodził się Maciek….cdn.

 

Grażyna, moja pierwsza bratowa, bohaterka tej opowieści…właśnie taką Ją poznałam w roku 1959….zdjęcie wykonała mój Tato- Wacław Łukaszewicz

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy…

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

Rok 1962. Mam 15 lat i jestem zauroczona moją pierwszą bratową- Grażyną o której będzie poniżej….zdj wykonał mój Tato, na balkonie mieszkania przy ul. dawnej Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie Wlkp., gdzie przyszłam na świat i skąd wybyłam po maturze….

Z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

Zofia Konopielko

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

A Maciek tańczy. Taka Miłość….

Zbudziła się z długiego letargu. To nie był zły sen, to jest rzeczywistość, uświadomiła sobie. Skulona w kącie kanapy trwała w jednej pozycji nie wiadomo jak długo- może lata, może miesiące, może tylko kilka godzin. Straciła poczucie czasu, zdrętwiała , czuła swoje serce, biło, ale kamieniem zalegało w piersiach. Piersi miała piękne, nie za duże, nie za małe. Mężczyźni jej powtarzali, że jest cudem natury. Śniada, smukła, długonoga zwinna jak kobieta z plemienia Masajów. Miała w sobie coś z tajemnego cudnego zwierzęcia , za uśmiechem wiecznej dziewczyny, za soczystymi wargami kryła jakąś tajemnicę. Jednym słowem była zjawiskowa, powtarzali. Teraz wszystko jej się plącze, gdy się wybudza z letargu, z odrętwienia ciała i serca.

Dookolną ciszę  raczej  poczuła niż usłyszała.  Bo nagle sobie przypomniała, że ma syna. Wystraszona zerwała się ze swojego wytwornego legowiska- wszystko w jej domu było wytworne, starannie dobrane meble, które sama projektowała bo wszak była tzw. plastyczką. Okrągły duży stół ze szklanym blatem, na niskich metalowych cieniutkich, jakby muchy, nogach gdzieś tam kupiła- nie pamięta już gdzie. Bo to było w jej poprzednim życiu.

Ojej, czy Maciek nie rzucił czegoś ciężkiego na ten szklany stolik , wprawdzie nigdy tak nie było. Ale trzeba uważać, bo jest Maciek.

Maciuniu, gdzie jesteś zawołała przerażona, nie widząc syna w zasięgu wzroku. Nie odpowiedział, bo on przecież nic nie mówił. Wydawał tylko nieartykułowane dźwięki, które ona jedna jedyna na tym świecie rozumiała.

A Maciuś siedział spokojnie w kącie i wpatrywał się przez szyby drzwi wiodące na taras , wpatrywał się w przestrzeń, nieruchomo, tak potrafił, godzinami wpatrywać się w coś co tylko on sam widział. Nikt nie docierał do jego świata. Poza nią….. cdn.

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ?czyli rzecz o zmartwychwstaniu (3 i ostat)

Oto trzecia i ostatnia część mojej opowieści opartej na kilku faktach przedstawionych przez JTM.  I z Jego inspiracji urodzony w mojej głowie, a właściwie przez kogoś we mnie. Tekst dość długi, ale mówiliście, Kochani, że „dacie radę” przeczytać 🙂

Chrystusik Frasobliwy na terenie naszego miejsca na ziemi. To rzeźba nieżyjącego już pana Gilowskiego ( twórcy ludowego z Godziszki- beskidzkiej wsi, gdzie urodziła się moja Mama). zdj. własne.

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu ( 3 i ostatnia) .

Tymczasem Cudem Ocalony wybudzał się na sali pooperacyjnej a dookoła wszyscy mówili, jak trudna była rekonstrukcja twarzy, jak długo trwała, aż musieli chirurga stomatologa do pomocy neurochirurgowi i chirurgowi tzw. plastycznemu sprowadzać na cito, ale się udało. A może wcale mu nie opowiadali, tylko z rurkami w różnych częściach ciała leniwie patrzył spod opuchniętych powiek, jak kapie krew z worka zawieszonego nad jego głową. Cieszył się, że widzi, że może patrzeć bo powoli wracała świadomość tego co przeżył. Jednak jego najważniejszą myślą było, jak podziękować panu Bogu, w którego łaskę nigdy nie zwątpił, za swoje cudowne ocalenie. Potem przyszli policjanci i chcieli o coś pytać. Nie odpowiadał bo nic nie wiedział. Posiedzieli więc i poszli. Ale któregoś dnia usłyszał , jak sobie gawędzą pielęgniarki, wprawdzie cicho, ale usłyszał. Pewnie myślały, że śpi, maszyny informujące o funkcjach życiowych pacjenta informowały różnymi miarowymi pikaniami, że jest ok., kroplówka spływała bezszelestnie a chory posapywał spokojnie. Więc myśląc, że nie słyszy, gadały. Jednak podobno człowiek, nawet w śpiączce będący, wszystko słyszy, a cóż dopiero on, cudem ocalony i jedynie prawie śpiący snem sprawiedliwego. I nieco nadstawiając uszy wyglądające spod bandaża, którym był spowity , słyszał jak one mówią. Bo usłyszał swoje imię i o szczotkach. Ach, gdzieżeście moje ukochane szczotki, nie martwcie, wrócę do was i jeszcze bardziej będę się wami opiekował, bo jesteście moje, tylko moje. Tak sobie marząc o szczotkach a także i o pędzlach , które wyrabiał, słyszał przenikliwy szept lub półgłos pielęgniarek , które właśnie piły zasłużoną kawę, zresztą kolejną na tym dyżurze. Że policja trafiła na ślad. Że ktoś widział jego samochód opuszczający miasto, ktoś inny, że  skręcał on w boczną drogę leśną. Dziwne, że potem ten samochód wracał tą samą drogą. Wydawało się tylko, że nie on był za kierownicą. A przedtem widziano, chyba jego syna na siedzeniu obok kierowcy . Jeżeli pojechał z synem, dlaczego syn wracał sam. A inni znali dwóch młodych ogolonych drabów, którzy za parę puszek z piwem byli gotowi zrobić wszystko. I okraść i zdemolować, co trzeba, i matki swoje nawet pobili, bo nie dawały ani grosza ze swojej skromnej wprawdzie, ale co miesięcznej renty, więc może to oni bestialsko pobili , bo chyba sam syn by nie dał rady. Był niższy od ojca i jakiś cherlak, a jego ojciec,  chociaż smukły i wysoki, ale miał mięśnie starannie ćwiczone na siłowni, bo dbał o zdrowie. Tak więc po przysłowiowej nitce policja dotarła do kłębka. Draby , spanikowane wielce, ale ucieszone, że  denat ożył , więc kara będzie mniejsza, od razu od razu się przyznały.  Zresztą na zimę, która się zbliżała , komfortowe warunki które zapewniało więzienie były wysoce pożądane, draby więc same się przyznały, wybierając tę inną wolność , przynajmniej cieplejszą i pełną strawy niż ich chałupa z matką sknerą. Opowiedziały detalicznie jak było i co najważniejsze, że otrzymali zlecenie. Z dumą wyjaśniali władzom,  że wynajął ich syn poszkodowanego, sowicie nagrodził i wprawdzie nie był zadowolony z dalszego przebiegu zdarzeń, gdyż ojciec ocalał, wcale nie żądał zwrotu pieniędzy. Szlachetny to pan, ten syn zleceniodawca, powtarzali. Syn przyparty do muru, bo nie wpadł na pomysł ucieczki za granicę wskazał na główną pomysłodawczynię tego czynu, którą była jego matka. Mówił o tym z dumą, że zawsze słucha mamy, bo bardzo ją kocha i jest najmądrzejszą oraz najpiękniejszą kobietą na świecie. Mama zaś, zajęta liczeniem spadku, nie zauważyła nawet co się dzieje w mieście. Gdy po nią przyszli, jeszcze była w papilotach i wytwornym szlafroku , który figlarnie się rozchylał ukazując jej piękny , nic to, że solidnie podparty silikonem , zafundowany przez kochającego męża, biust. Na nic biust buchający  kokieteryjnie spoza dekoltu, panowie władza byli niewzruszeni i zabrali w kajdanach na komisariat. Potem była rozprawa sądowa, dowody oraz zeznania się zgadzały i jednoznacznie wskazywały związek przyczynowo- skutkowy. Mamusia z synem poszli siedzieć i jak wszystko wskazuje , dalej snuli i snują nadal, na co wskazuję jej słowa opowiedziane komuś tam, scenariusz kolejnej zemsty na swoim panu i władcy. Ale o tym się dowiedział  później, gdy już go wypisali ze szpitala. Nie mógł się pogodzić z tym, co przygotowali mu najbliżsi, w swoim umyśle już nieco zamąconym zespołem psychoorganicznym wywodzącym się doznanego urazu, bo tak nazywali jego stan neurolodzy, a szczególnie pewien biegły sądowy , który zadziwiająco dla wszystkich o niego walczy, nie mógł się pogodzić z tym co mu zrobili najbliżsi . Czy ten biegły , który tak bardzo się stara, by go ochronić, czy mu współczuje, tego nikt nie wie. Pewnie lubi ludzi, a może uwierzył w swoją misję zesłaną przez bliżej mu nieznanego pana Boga, tego nikt nie wie, co czuje w swoim sercu i umyśle ów biegły. Gdy o tym opowiada swojemu przyjacielowi, nie potrafi zdefiniować, na czym rzecz polega. I ten przyjaciel też nie umie.

Jedno jest pewne, o czym świadczą kolejne fakty z życia ocalonego, nadal on bezgranicznie wierzy Boga, swojego dobrego Boga. To Bóg go ocalił, darował mu życie po to, by mógł rozgłaszać chwałę bożą wszem i wobec. Więc tak czyni. Jednocześnie idąc za wewnętrznym imperatywem lub poradą jakiejś życzliwej osoby z kręgów kościelnych, uważając, że skoro on był wierny żonie aż do śmierci, a ona postąpiła tak jak postąpiła, pomimo tego, że też przysięgała , on może wystąpić do sądów kościelnych o unieważnienie tego małżeństwa. Jak czuł tak postąpił, sąd widząc jego wielką miłość do Boga, znalazł odpowiednie paragrafy i unieważnił tamten ślub. Teraz Ocalony Cudem był czysty i tak obnażony pytał swojego Stwórcę co ma robić. A ten odpowiedział, idź za głosem serca, bo tego nauczyła cię matka. Myślał o matkach tamtych zbrodniarzy , że nie potrafiły im przekazać miłości do Najwyższego a także miłości do człowieka. Uznał, że są bardzo przez to ubodzy duchem i nawet się nad nimi litował. A może było jakoś inaczej, bo już ujrzał na chórze kościelnym piękną kobietę, która wyglądała i śpiewała jak anioł. I uwierzył w swojej dobroci i wierze, które to przymioty dostał od mamusi oraz umyśle nieco zamąconym zespołem psychoorganicznym, że życie zostało mu darowane, więc musi żyć. I dlatego doprowadził do unieważnienia pierwszego nieszczęśliwego małżeństwa, witając z ulgą wyrok sądu kościelnego, że to wcale nie było małżeństwo, wkrótce stanął na ślubnym kobiercu z kolejnym Aniołem , którego spotkał w życiu. Bo należy dodać, że ta pierwsza też wydawała mu się początkowo Aniołem…

Żył sobie z tym swoim drugim Aniołem szczęśliwie, z tkliwością dotykał jego brzucha gdy poruszały się tam jego kolejno przychodzące na świat dzieci. Bo urodziło mu się dwoje następców, pewnie myślał, że też pokochają jak on szczotki i pędzle. Może tak nie było, tylko tyrał, by móc zabezpieczać godny byt tej nowej rodzinie. W tym czasie , tak tyrając nawet nie pomyślał o tym jaki sam jest, jak się zachowuje w domu. Myślał pewnie, że wystarczy sama jego obecność i pieniądze, które napełniały konta bankowe. A może jednak szedł tropem swojego tatusia, a nie łagodnej i dobrej mamusi, bo miał jego geny i zakodowaną agresję ojca. Tego nie wiemy i pewnie już nam Ocalony nie opowie, bo na cóż takiemu z zespołem psychoorganicznym jakiś psycholog? Ma przypiętą łatę i tak go traktuje każdy napotkany człowiek, w tym lekarz i sąd. Jedynie dlaczego ten biegły sądowy, neurolog o nim myśli i mu pomaga opiekując się tak, jak tylko to umiała robić śp. Mamusia. Bo jest dobrym litościwym współczującym człowiekiem, a może tylko bardzo uczciwym lekarzem, który wyważa jego dobre i złe strony, wybierając te pierwsze. Widzi w nim człowieka, a nie przedmiot. Cudem Ocalony na pewno tak nie myśli, bo myślenie ma uszkodzone urazem, ale może tak czuje. Gdy stawia się do sądu w sprawie rozwodowej która zgłosiła jego druga żona, ten kiedyś dobry niebiański Anioł, który jednak okazał się zwykłym ziemskim i w dodatku był szatanem z maską anioła, jest rozdygotany, boi się ludzi, sądów, pytań, na które nie zna odpowiedzi i całej tej niezasłużonej szopki. Broni go ten jego lekarz, jedyny biegły, który przekonuje nieugiętych urzędników, że Ocalony jest człowiekiem i to człowiekiem chorym. Na nic te apele, męki przesłuchań trwają i ostateczne decyzja rozwodu zapada. Jest znowu sam. On już nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, bo boi się Boga. Jak stanie przed Nim na Sądzie Ostatecznym, co Mu pokaże, jaką twarz i uczynki. Więc biega do różnych kościołów, by tam błagać Boga o wybaczenie, rozmawia przekonuje, że chciał dobrze, że mamusia go nauczyła, że Rezurekcja, że każdy ma prawo wstać, iść i czynić dobro. I on tak chce, tylko jego ziemska powłoka jest mu nieposłuszna, hamuje, trzyma a może inni ją trzymają, sam nie wie. I opowiada ludziom, przypadkowym, mówią, że jest lepki i wariat mówią. A on swoje, nawet to, że ta druga zabrała mu dzieci i żąda pieniędzy za widzenie z nimi. Pewnie już nikt go nie słucha gdy opowiada o swoim Panu Bogu….i swoim życiu Cudem Ocalonego…a on wierzy, że mamusia z dalekiej gwiazdy, nie tatuś z pejczem, a mamusia przyjdzie kiedyś do niego i zabierze za rękę i pójdą na Rezurekcję i będą wtedy biły dzwony….

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony? czyli rzecz o zmartwychwstaniu.(2)

W poprzednim wpisie wyjaśniłam w jakich okolicznościach powstały te opowieści…..oto ciąg dalszy…

 

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu. (2) 

 

Chciał tu zostać, gdzie jest, byle nie przestać śnić o tamtym czasie, matce, kościele, dzwonach, Rezurekcji z dymami kadzideł, gdy ludziska śpiewali a on w białej komży podawał księdzu dzbanuszek z winem.

  Zostać w tamtym czasie, usnąć na wieki, pójść do matki, by przytuliła. I nagle znowu fala przytomności, rozpaczliwe więc wygrzebywanie się z dołu, dobrze, że płytki wykopali. Leniwcy pomyślał, on pedant, nie chciało im się nawet wykopać przyzwoicie głębokiego dołu na moje ciało. Wzdrygnął się , gdy tak pomyślał. Wykopali dla mnie grób, stałem nad tym dołem, gdy tłukli, zasłaniałem głowę rękoma i wznosiłem oczy do nieba, do mojego Boga…a syn mój jedyny gdzie?- nagle pomyślał z lękiem. Może i jego pobili. Czy zdołał uciec? Przecież jechaliśmy poza miasto, w jakimś tam celu, może chciał porozmawiać, powiedzieć coś ważnego, a może razem chcieliśmy obejrzeć nową siedzibę naszej firmy, gdzie wyrabiamy najlepsze szczotki i pędzle, które wysyłamy nawet za granicę. Takie są dobre, te nasze pędzle, te go golenia z miękkiej borsuczej sierści i nigdy, przenigdy nie wypadają im włosy. Rozmarzył się wygrzebując spod zwału piasku. Tak, moje pędzle bardzo ludzie lubią, piszą takie piękne opinie, dzięki nim jeździmy z żoną i synem na długie wycieczki naszym wypieszczonym Mercedesem. Jesteśmy tak bardzo kochającą się rodziną a ja im , tym najbliższym stwarzam warunki dla dostatniego życie. Uff, wreszcie się wygrzebałem, pomyślał, gdy już wschodziło słońce. Bogu niech będą dzięki i modlił się do tego swojego Boga , dziękował za cud życia, uratowanie , swoją własną prawie Rezurekcję….tracąc przytomność pełzł więc pomiędzy krzewami jałowca, nawet nie czuł jak kłują jego igiełki. Tak, zbierał czasem czarne jagody, by wędzić szynkę dla rodziny na Wielkanoc i wtedy mocno kłuły w palce. Pełzł dalej, dzwony biły jakoś słabiej, coś w nim pulsowało, myślał, że serce. Jak dobrze, że ma serce, dostał je od matki. Znaleziono go na skraju szosy. Ktoś przejeżdżając nieopodal lasu ujrzał szary tłumok i w pierwszej  chwili pomyślał, że znowu jakiś śmieciuch zostawił swój worek z brudami. Ale coś go tknęło, może poczuł palec boży, który jaśniał nad owym tłumokiem, może jednak odezwało się własne sumienie. Zatrzymaj się, sprawdź co tam leży przy tej mało  uczęszczanej drodze. Zrobił więc dokładnie tak, jak mu powiedział głos i bo poczuł  imperatyw. Może imperatyw ów pochodził  z góry? Gdy podszedł bliżej, coś się poruszyło i zajęczało. O Boże, to jest człowiek. Zszargany , pobity, krwią zalany , nie widać twarzy, bo tylko krwawa maska, chyba nieprzytomny. Więc telefon, jak dobrze, że już era tych komórkowych. Po kilku minutach pogotowie ratunkowe na sygnale, gdyż wezwanie było dramatyczne. I niebawem policja. Chwilę postał, dokładnie opowiedział jak było, nie mówił, że może Bóg mu kazał się zatrzymać, bo to śmieszne i nikogo zresztą nie interesowało. Spisano dokumenty, pojechał do domu i opowiedział żonie. Ta już wiedziała, bo właśnie wróciła z dyżuru nocnego  w szpitalu . Gdy nadjeżdżało Pogotowie Ratunkowe, swoim zwyczajem, chyba ze zwyczajnej ciekawości się zatrzymała, a nawet wróciła do Izby Przyjęć. I na podstawie dokumentów, bo był nierozpoznawalny, ustalono, że to miejscowy biznesmen. Małoż to porwań, mordów, nawet niewinnych ludzi. A ten był na celowniku, nie wszyscy go lubili ale za to wszyscy zazdrościli jak się bogaci i myśleli, że nic nie robi a Mercedesem jeździ. Bo zwykle się wydaje, że inni nic nie robią a dobrze zarabiają a my co? szaraczki, najwyżej parę groszy do kieszeni od hojnego pacjenta. Ot, trudny jest los salowych, tak mówiła żona, gdy ten co uratował jadł jajecznicę popijając bawarką , której nie lubił, ale za to lubiła ją jego żona…..cdn.

Opowieści o ziemskich Aniołach. Cudem ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu. ( 1 )

Nawiązując do poprzedniego wyjaśniającego wpisu, proponuję lekturę w odcinkach ( by nie  zalać tekstem moich czytelników). Nie na darmo gonia napisała w komentarzu , kopiuję :

 ·  dodano: 10 lipca 2017 23:05

Zawsze mówiłam, że siedzi w Tobie Rodziewiczówna 🙂

autor gonia

 

Tak pisanie , takie luźne, pełne fantazji uwielbiam, co przeczuwałam w sobie już  w szkole średniej, ale odkryłam w pełni dopiero wtedy, gdy  „ uwolniłam się od medycznych tekstów” i  przyszedł czas emerytury.  Jakże się cieszę, powtarzam sobie codziennie przed świtem, że już nic nie muszę. Chociaż nie jest to do końca prawda, bo jednak coś tam muszę, ale tamto życie stale napięte do granic wytrzymałości mam za sobą. Dom pełen dzieci, starzy , umierający długo rodzice, choroby, i praca praca tak intensywna, że głowa boli gdy o tym myślę. Oczywiście „ głowa boli” to przenośnia, bo na szczęście jak dotychczas bólów głowy nie miewam.

I tak sobie teraz  piszę , na cudnym luzie, szczególnie od 4 rano, gdy wszyscy śpią , a  nawet ptaki jeszcze też nie wstają, bo już jest lato ….Tak, ta 4 rano to była moja magiczna godzina, gdy byłam na 2 roku studiów , jeszcze w Poznaniu, zwalałam się do łóżka o 22, nastawiając uprzedni budzik na 3 czy 4. Wstawałam o tej godzinie, zakuwałam do 5 by  potem nastawić budzik na 6 . Wtedy to ostatecznie wstawałam i gnałam na basen a potem na zajęcia. Na szczęście zapadałam w sen szybko, co mi do tej pory zostało. Wybudzanie i zasypianie przychodzi mi łatwo i jest fajnie.

Stale mi się zdaje, że to nie ja piszę, tylko ktoś we mnie, bo nie filtruje tego mój umysł i nie rozmyślam nad tekstem. Sam przychodzi, wystarczy tylko kilka słów które ktoś powie i łapię je w sidła tego kogoś, kto siedzi we mnie. A może to faktycznie kuzynka Babci- Maria Rodziewiczówna sobie robi ze mnie żarty i podrzuca swoją rozwlekłość, rzewność i chyba wrażliwość. Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Chyba, że się kiedyś spotkamy po drugiej stronie życia i wreszcie pogadamy. Ale baba to była ponoć ostra, więc nie wiem czy dam radę w dyskusji. No cóż, czas pokaże….

Tekst poniższy podrzucił mi JTM  o którym było w poprzednim wpisie, jeśli kto ciekaw może tam zajrzeć . Było  to zaledwie parę słów  o człowieku którego zna i który uszedł z życiem a dalszy jego los to pasmo nieszczęść zatopionych w wielkiej religijności tego człowieka i oczywiście niezrozumieniu przez innych. Jurek jako neurolog jakoś się do niego przywiązał, na tyle, że w mailach wspominał  o nim kilkukrotnie mówiąc, napisz o nim. W końcu załapałam tę „ rybkę” jak nazywają tzw. twórcy poezji czy piosenek ten gwałtowny impuls i wylał się ze mnie  ten oto tekst :

 

P5131951.JPG

 Chrystusik Frasobliwy dłuta godziszczańskiego, niestety już nieżyjącego Człowieka, którego nazwisko gdzieś mi się zaplątało w pamięci. Przed naszą chałupką we wsi gdzie urodziła się moja Mama….

 

Opowieści o ziemskich aniołach

 

Cudem Ocalony ?

czyli rzecz o zmartwychwstaniu. ( 1 )

 

Usłyszał dzwony które  biły długo i jakoś boleśnie, ale jednocześnie i radośnie.  Pomyślał, że Rezurekcja za chwilę. Wyskoczył z łóżka, było zimno, ale dygocąc już był w łazience, zanim weszła do pokoju matka. Tak, bardzo ją kochał, bo miała w sobie łagodność i doświadczał jej bezinteresownej miłości na co dzień. Nigdy nie krzyczała, nawet gdy coś nabroił, jak to dziecko,  w odróżnieniu od ojca, który często sięgał po pas i łoił skórę, aż długo bolały pręgi na plecach i pupie. Może ojciec go kochał, ale po swojemu i dla dziecka niezrozumiale. Bo jakimże grzechem było włażenie do sadu sąsiada by zdobyć smakowite zielone jabłka, albo nie nauczyć się wiersza, albo bazgrolić na ścianie . Matka była samą dobrocią, uwielbiał jej głos i zapach i smukłą, zwiewną  sylwetkę zwieńczoną bardzo ciemnymi,  gładko zaczesanymi włosami, gdy nadchodziła z zakupami. Miał takie same ciemne włosy, powtarzała, gdy go głaskała po głowie. Zawsze mu coś przyniosła, jakiś smakołyk, wiedziała co lubi. A po karze od ojca, przytulała chyłkiem, lękliwie, by ojciec nie widział  i mówiła kocham cię synku, kocham nad życie, jesteś mój i tylko mój. Nie myślał wtedy , że ona jest kobietą , może zwyczajną jakich wiele na świecie. Była jego skarbem. Jej wizerunek nosił w sobie, gdy już dorosły spotykał się z innymi. O wszystkich myślał, że są takie anielskie jak jego mama.

Dzwony nadal biły, coraz bardziej boleśnie, gdy się ocknął i przestał śnić na jawie. Pamiętał tylko tamto, z dzieciństwa, w ramionach matki, która go kołysała.  Chciał otworzyć oczy, powoli więc otwierał i przez szparkę pomiędzy powiekami  zobaczył niebo. Wisiało nad nim wielkie , tajemnicze, całe granatowe , no nie całe, bo mrugały tam  gwiazdy.  Jeszcze pomyślał, że na jednej mieszka jego mama i za chwilę przyjdzie i przytuli. Z tą myślą, zapadł się w zły sen. Wydawało mu się, że jest w grobie. Skąd taki sen . Leżał skulony, bezbronny jak płód w łonie matki ,  czuł coś lepkiego na ustach i powoli uniósł rękę. Tę lewą, bo mniej bolała. Dotykał swojej twarzy i czuł coś miękkiego, kleistego i bardzo bolało. Więc już nie dotykał. Przytomniał . Nie wiedział gdzie jest i co się z nim stało. Ten sen o grobie, to był tylko sen uspokajał sam siebie.

Ale skąd piasek pomiędzy zębami , pomacał swoją klatkę piersiową, gdzie serce, odgarniał jakiś piasek, zwały piasku. A serce się wyrywało do matki, która zamieszkała na jednej z gwiazd. Odgrzebywał swoje ciało, coraz szybciej i gwałtowniej, pomimo bólu , który w nim  wszędzie, przytomniał i wtedy poczuł, że chyba dodał mocz, bo spodnie mokre. Nie wiedział dlaczego, ale nagle sobie przypomniał jak ktoś go walił po głowie, tak , to ze strachu , pomyślał. I znowu ciemność, i nieprzytomność. Gdy świtało, wróciła świadomość, jeszcze mglista, ale jaśniejąca. Aż sam się zdziwił , że jakiś nowy film widzi, dwaj łysi młodzi walą go maczugami po głowie i wszędzie. Prosi nie bijcie, to boli a potem błagał swojego Boga, by pomógł. Bóg, którego kochał od dziecka, tak bardzo jak swoją matkę, która uosobiała wszystkie kobiety świata, nie pomógł, tylko te mokre spodnie….

Przerażenie, przerażenie narastało gdy wracała pamięć. Cisza była wszędzie, tylko ptaki już obudzone i te dzwony rozhuśtane. Tak, to on dzwonił uwieszając się sznurów, gdy pozwolił pan kościelny, mały człowiek jakim wtedy był  lubił, gdy serca dzwonów widział nad sobą a one dzwoniły radośnie. Jak słodko było wtedy. Chciał tu zostać, gdzie jest, byle nie przestać śnić o tamtym czasie, matce, kościele, dzwonach, Rezurekcji z dymami kadzideł, gdy ludziska śpiewali a on w białej komży podawał księdzu dzbanuszek z winem. Zostać w tamtym czasie, usnąć na wieki, pójść do matki, by przytuliła…..cdn.

 

 P5021580.JPG

„Teatrum” nad Skalitem, górze w beskidzie śląskim, sąsiadującej z naszą chałupką.

Oba zdj własne.

 

 

 

Opowieści o ziemskich Aniołach.

ja tyłem, ew awatar.JPG

 

 

Objaśnienie  

 

Inspiracją do pisania tekstów, którym nadałam powyższy tytuł,  był  JTM – kolega z czasów pierwszych trzech lat studiów, które przebyłam w Poznaniu. ( 1965-1968). Kiedyś się przyjaźniliśmy, może to zbyt duże słowo –więc napiszę – że chyba lubiliśmy się i spędzaliśmy niejako razem drugi rok AM ( teraz Uniwersytet Medyczny). Potem każdy poszedł w swoją stronę. Oczywiście muszę przyznać, bo tu wszyscy są mi bliscy i  bez pruderii się odsłaniam,  że odejście jego z moją przyjaciółką było bolesne, ale szybko się pozbierałam i rozpoczęłam nowe życie, piękne, dorodne w czwórkę dzieci wnuki radość czułość przywiązanie i same dobre chwile. Bo w takim kontekście któż by pamiętał o tych chwilach gorszych, które są przyprawą tej potrawy zwanej życiem…..

Po pół wieku zaczęłam intensywnie myśleć o tej przyjaciółce, bo jednak pierwszy rok studiów spędziłyśmy razem i było nam bardzo fajnie…Byłam ciekawa jaka ona teraz jest…Pogrzebałam więc w necie, wreszcie na FB szukając jakichkolwiek kolegów. Oczywiście dziewczyny pozmieniały nazwiska, więc niemożliwością było je znaleźć , ale odszukałam namiary bardzo miłego kumpla Leszka, napisałam, odezwał się nieomal od razu. Właściwie  bez mojej akceptacji podał moje namiary innym. Odezwał się wtedy ów JTM,  o którym na wstępie. Pomiędzy nami zaiskrzyło . Może to zbyt duże słowo- wytworzyła się czy odtworzyła więź przyjaźni z tamtego, jakże odległego czasu. Na moje pisanie zwrócił uwagę, gdy wysłałam kolegom pamiętniki ze studiów, które planują wydać. Potem podrzucał tematy i szkice artykułów na które miał zamówienia z jakiś tam redakcji, a ja się rzucałam jak głodny na kawałek chleba , bo lubiłam pisanie w czasach LO, chociaż były to tylko wypracowania szkolne, choć polonistka po próbnej maturze orzekła, że napisałam felieton a nie wypracowanie 🙂  ale jednak dała tzw. maxa  . . Przez cały okres studiów i pracy zawodowej to zamiłowanie siedziało sobie w ukryciu i dopiero teraz „ wylazło „ ze mnie. 

Wczoraj gadałyśmy sobie z najmłodszą, psychologiem, skąd u mnie się to wzięło. Mama opowiadała i pisała pięknie, teksty kształtne, ciekawe, zawsze z puentą ( jak wspomina rozmowy z Mamą , Grania,  bratowa Mirka- redaktor PWN). Ale Mama trzymała się jednego tematu i nie było tam nawet śladu rozwlekłości. Nasza rodzinna psycholog przychyla się więc do tego, co ja w sobie znalazłam, że to jednak jakiś gen Rodziewiczówny Marii, wszak kuzynki mamy mojego Taty. Oczywiście do prawdziwego pisarstwa nie dorastam ani nigdy nie dorosnę, ale coś we mnie wykiełkowało z tamtych korzeni. …

Po tej dygresji, należy karnie wrócić do  JTM i zadawanych tematów.  Studiowałam  przysłany temat i pisałam, pisałam,  przestawiałam jego teksty , czyli redagowałam – oczywiście po swojemu.  JTM  chwalił i wysyłał gdzie trzeba oczywiście zawsze jako pierwszy autor, wszak jego był pomysł.  Pisywałam więc z żarem czy raczej współpisywałam z nim artykuły,  prezentacje zjazdowe etc.

I narodził się u niego pomysł, bym napisała o jego pacjentach. Przedstawił trzech w kilku zaledwie słowach a mnie wyrosły skrzydła . Jednym słowem pofrunęłam na skrzydłach fantazji, pisząc to co wylewało się ze mnie bezpośrednio poprzez palce na klawiaturę ( nie wiem  skąd się to brało- czy z umysłu czy z serca) ? Na pewno nie było filtrowane przez racjonalną część mózgu, nawet nie uświadamiane sobie. Czy pisane sercem – też nie . Po prostu samo się pisało i tyle…..

 

To na razie tyle tytułem objaśnienia.

W następnym wpisie zaproszę Was, Kochani do lektury mojego pisania….

 

Używam tutaj jedynie  inicjałów kolegi ( bo nie wiem czy by sobie życzył, by podawać Jego dane osobowe) ,  którego  słowa stały się  zachętą i inspiracją …i za to Mu serdecznie dziękuję….