Na medycznej ścieżce. System pracy w poradni już na pełnym etacie.

Rano odprowadzałam dziewczynki do przedszkola, potem zabierałam, a 7 miesięczny Marcin spokojnie pełzał po domu.

Praca w przychodni zajmowała mi znacznie mniej czasu niż późniejsza w szpitalach. W poradni , na miejscu były tylko cztery godziny pracy, a reszta czasu była przeznaczona na wizyty domowe.

Do przychodni dojeżdżałam jednym autobusem, był to nr 103, który kończył bieg pod Hutą Warszawa. W  tym czasie wybudowano nową jasną przychodnię, która mieściła się bliżej tej trasy autobusowej.

Wizyty domowe z reguły załatwiałam szybko- było ich 3-5 , oczywiście nie licząc znacznie większego natężenia w okresie grypowym.

W rezultacie ok. 15 byłam w domu. Dwa razy w tygodniu pracę zaczynałam o 15, ale wizyty załatwiałam przed południem.

Wszystko jakoś dało się pogodzić.

 

Na medycznej ścieżce. Wracam do pracy.

List ten przeczytałyśmy razem z Mamą.

Kierownik mojej poradni zwracał się z bardzo uprzejmą prośbą, bym wróciła do pracy, bo on ma trudności personalne.

Nie zdążyłam zareagować, gdy Mama obwieściła, że takie spokojne dziecko jak Marcin może pozostawać pod ich opieką .

Ich, czyli moich Rodziców, a ja powinnam wrócić do pracy.

Miałam wątpliwości, czy mogę Rodziców obciążać obowiązkiem opiekowania się dziećmi. Ale dziewczynki już chodziły do przedszkola, więc w domu pozostawał jedynie Marcinek. Faktycznie był dzieckiem bardzo spokojnym, chętnie i wielkim apetytem  zjadał wszystkie posiłki i w ogóle nie sprawiał żadnych kłopotów.

Tak więc po przedyskutowaniu z Rodzicami i Mirkiem, zdecydowałam się na powrót do pracy.

Na medycznej ścieżce. Krótkie delektowanie się macierzyństwem.

Tym razem miałam urlop macierzyński, więc czułam pełen luz.

Po urodzeniu Justyny wróciłam na zajęcia po 7 dniach, a po pojawieniu się na świecie Ewy po 2 tygodniach.

Tak więc ówczesne państwo nasze ludowe na mnie trochę zarobiło, gdyż nie naraziłam nikogo na fundowanie mi urlopu macierzyńskiego.  

Teraz delektowałam się czasem spędzanym z dziewczynkami i maleństwem.

Planowałam roczny urlop bezpłatny , nawet go zaczęłam i chyba zaliczyłam ok. 3 miesięcy.

Ale pewnego dnia ktoś zadzwonił do drzwi.

Otworzyłam , był tam goniec z mojej poradni z listem od szefa.

Na medycznej ścieżce. Słodkie oblewanie syna.

Potem Mama opowiadała jak to było wieczorem , gdy po porodzie czekałam bezskutecznie na przybycie męża.

Było tak: Mirek długo nie wracał , ale to się nierzadko zdarzało, gdyż jego firma prowadziła budowy w terenie i często tam wyjeżdżał.

Ale gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, Tato otworzył i ukazał się Mirek w całej okazałości. Wszedł wprawdzie na własnych nogach, ale podtrzymywany przez dwóch kolegów. Gdy zobaczyła go Mama,  od razu skierowała ekipę  do pokoiku, gdzie złożono młodego ojca na wygodnym tapczanie po czym zapadł on w głęboki rozkoszny chrapliwy sen.  

No cóż, syna należało solidnie oblać.

To oblewanie opisał nawet syn Andrzeja Kalwasa , ówczesnego radcy prawnego w Kablobetonie,  w swojej książce – był wtedy podrastającym chłopcem i  stał ( jak pisze – zwyczajowo stojakował )  w oknie i widział gdy tego dnia jego ojciec wraca krętą drogą do domu.

Takie to były słodkie  koleżeńskie czasy gdy rodziły się nam wszystkim dzieci …

Na szczęście  w moim domu widziano Mirka w takim stanie tylko raz.

Synek przyszedł na świat 30 marca 1973 roku, jest zodiakalnym Baranem i nazywa się Marcin

Na medycznej ścieżce. Poród trzeciego dziecka …

Jeszcze po południu odwiedził mnie Mirek. Tzn niezupełnie odwiedził, bo nie można było wchodzić do takich oddziałów osobom postronnym . Więc gdy usłyszałam wołanie zza okna, to wyjrzałam na zewnątrz .Na szczęście  oddział mieścił się na parterze, a pod okna można się było dostać przez dziurę w płocie szpitalnym. Jeśli ktoś nie wie, to przypominam, że wtedy nie było telefonów komórkowych, a pojedyncze automaty telefoniczne na korytarzach zwykle nie działały. Ucieszyłam się, że zobaczyłam Mirka. Pogadaliśmy przez chwilę, ale ja miałam już bóle, o czym mu nie powiedziałam. Obiecał , że wstąpi  rano jadąc do cukrowni w Glinojecku, którą właśnie budowała jego firma o dźwięcznej melodyjnej nazwie Kablobeton .

Moja akcja porodowa rozwijała  się bardzo dynamicznie, więc w pewnym momencie podeszłam do pielęgniarki i zameldowałam, że już. Widząc mnie, uwierzyła i zaczęła sprowadzać na blok porodowy, który znajdował się poniżej oddziału patologii ciąży. Już na schodach przysiadałam i informowałam, że tutaj urodzę. Dość przerażona pielęgniarka ciągnęła mnie na siłę. Na progu sali porodowej rozglądałam się za wolnym łóżkiem, ale niestety wszystkie były zajęte. I wówczas położne zwlokły dziewczynę, która się wiła na najbliższym łóżku. Zapamiętałam jej nieprzytomne zdumione i przerażone oczy. Próbowała się zapierać, ale bez rezultatu. Posadzono ją  obok łóżka na krześle a mnie położne pomogły wdrapać się na to wyro. Nie czekałam ani chwili, w końcu nie wypadało zajmować nie swojego łóżka za długo i natychmiast  urodziłam.

Powiedzieli , że syn. Byłam szczęśliwa. Dziecko pięknie wrzeszczało, a mnie przerzucili  na płaski wózek , gdzie sobie spokojnie leżałam i  odpoczywałam.

Uczynna salowa podała mi ich służbowy telefon, który na szczęście miał bardzo długi przewód i zadzwoniłam do domu.

Mirek był w siódmym niebie i natychmiast , mimo późnej pory pognał do moich rodziców i przekazał wiadomość. Dziewczynek na szczęście nie budził.

Ja po dwóch przepisowych godzinach zostałam wywieziona  na salę położnic.

Mirek rano przed pracą wstąpił , liścik radosny  przekazał.

Oj, te panie salowe miały raj. Bardzo chętnie ganiały na izbę przyjęć, gdzie po drugiej stronie barykady czekał szczęśliwy tata i przenosiły paczki oraz listy. Każdy liścik oznaczał  drobny datek za usługę, więc pewnie w sumie zarabiały więcej niż pielęgniarki i położne razem wzięte.

W zwrotnym liściku do Mirka prosiłam o dostarczenie jakiś płynów do picia, bo mnie straszliwie suszyło po tych emocjach.

Obiecał, że wstąpi w drodze powrotnej z budowy.

Czekałam długo i cierpliwie ale się nie doczekałam . Nie były to czasy, kiedy w miejscowym sklepiku można było kupić wodę czy jakiś sok . Chyba nawet nie było miejscowych sklepików. Trwałam więc w swoim poporodowym wysuszeniu żłopiąc straszliwie zimną lurowatą lepką od cukru herbatę, którą ktoś litościwy mi podał do łóżka.

Mirek przybył dopiero następnego dnia , dostarczył jakieś domowe kompoty i inne wiktuały i było wszystko ok.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie jestem pełnoprawnym lekarzem.

Rok stażowy minął szybko.

Dopiero wówczas otrzymałam tzw. prawo wykonywania zawodu.

Wkrótce urodziłam Marcina. Oczywiście nie wiedziałam, że będzie syn. Ale sobie pomyślałam, że jeśli moje dziewczynki rodziły się w Klinice przy ul.Starynkiewicza, to zmiana miejsca porodu może przyniesie chłopca. Ale to były takie sobie żarty.

Niby żarty, a  okazały się prawdą.

 Ponieważ jak w poprzednich ciążach poród nie nadchodził w terminie, to gdy minęły kolejne dwa tygodnie jak zwykle znalazłam się na oddziale patologii ciąży. Już nie rozpaczałam jak poprzednio, wiedziałam , że taki jest system . Jednak tym razem nie skłuli mi pupy straszliwie bolesnymi zastrzykami z hormonów przygotowujących do porodu, czyli porodu nie prowokowano,  bo po dwóch dniach już rano czułam, że chyba się zacznie.

Na medycznej ścieżce. Przerażenie….

Po kilku latach, gdy pracowałam już w szpitalu zakaźnym przy ul. Siennej, usłyszałam na raporcie porannym, że właśnie do oddziału biegunkowego przyjęto Grzesia M. Nazwisko miał na tyle nietypowe, że pomyślałam jedynie o moim maleńkim pacjencie z Bielańskiego Szpitala.

Zajrzałam do dyżurki lekarskiej, wszystko w dokumentach się zgadzało, i dom dziecka i tamten pobyt na Bielanach…

Pognałam więc na 2 piętro , wpadłam do sali, gdzie leżał ten chłopiec.

I cóż ujrzałam….to, co ujrzałam było przerażające.

Na  środku sali stało spore łóżeczko  a właściwie klatka. A w niej miotał się zupełnie nieświadomy miejsca i czasu człowiek.

A właściwie niby człowiek.

Raczej dzikie stworzonko.

Wydawał dziwne odgłosy, nie patrzył w oczy, może cierpiał, ale ocena jego stanu była niemożliwa.

Nie mogłam się poruszyć, stałam jakbym wrosła w podłogę, jak słup soli.  

Wpatrywałam się w tę twarz, która nosiła ślady dawnej urody i piękne rzęsy były jak kiedyś i wykrój oczu…ale głowa niewiele urosła przez te lata.

To klasyczny przykład małogłowia, powiedziała lekarka z oddziału, która dłuższy już czas stała obok mnie, czego nie zauważyłam.

Tak, powiedziałam, i sobie poszłam unosząc tamte myśli i marzenia by mój syn był taki piękny.

Nikomu o tym jeszcze nie opowiadałam, bo było zbyt przerażające.

Po latach ktoś ze starych pediatrów powiedział, że niemowlęta o takich pięknych rzęsach zawsze budzą jego niepokój….

 

Na medycznej ścieżce. Śliczny chłopczyk.

Był  przełom roku 1972/ 1973.

W tym czasie byłam już w trzeciej ciąży.

Chcieliśmy mieć dużą rodzinę i bardzo się cieszyliśmy z tego faktu. W podtekście trochę miałam nadzieję, że urodzę chłopca. Wszak zwykle każda matka chce mieć potomków różnej  płci. A u nas w domu były już dwie małe córeczki. Justyna miała wtedy 3 lata a Ewcia 2 lata .  Ta ciąża, jak i poprzednie  była bezproblemowa, więc dzielnie chodziłam do pracy.

W czasie stażu na oddziale pediatrycznym, będąc już w wysokiej trzeciej ciąży  często zaglądałam do sali, gdzie leżało śliczne niemowlę. Był to dwumiesięczny  chłopczyk z zapaleniem płuc. Niestety to dziecko było porzucone przez rodziców i stało się  rezydentem domu dziecka. .

Chłopiec miał śliczną twarz cherubinka z pięknymi ciemnoniebieskimi oczętami i rzadko spotykanymi u niemowląt czarnymi , długimi gęstymi , wywiniętymi rzęsami.

Myślałam sobie, że może urodzę chłopca , który będzie taki ładny.

 

Na medycznej ścieżce. Już wiem, że chcę zostać pediatrą.

W poradni dla dzieci były inne zwyczaje, niż na internie.

Codziennie rano spotykały się wszystkie lekarki w małym gabineciku szefowej- ślicznej hożej dr Moszczyńskiej.  Omawiano tam wszystkie przypadki schorzeń , które ostatnio występowały w tym rejonie. Był czas na ponowne zastanowienie się, przedyskutowanie. Również na bieżąco, już gdy dziecko było w gabinecie, zawsze mogłam liczyć na wsparcie którejś  ze starszych lekarek .

Najczęściej dotyczyło to różnego rodzaju wysypek.

Tak mi się spodobała praca z dziećmi, że złożyłam podanie w dyrekcji ZOZ-u , by mnie pozostawiono w tej poradni. Zobowiązywałam się , że rozpocznę  specjalizację z pediatrii,  na tzw. wolontariacie- tzn. w ramach własnego czasu.

Wiedziałam, że czasami lekarze tak zdobywali specjalizację.  

W czasie stażu specjalizacyjnego  miałabym przyjmować w przychodni jedynie w godzinach popołudniowych  i wieczornych a przed południem działać w  różnych oddziałach pediatrycznych obowiązujących dla zaliczenia stażu specjalizacyjnego.

Oczywiście wszystko miałoby się odbywać w ramach jednego etatu.

Zdawałam sobie sprawę z trudów jakie będę musiała ponosić przy takim systemie pracy, nie mówiąc już o czasie zabranym własnym dzieciom.

Miałoby  to trwać co najmniej 2 lata .

Na szczęście  jednak wkrótce dostałam negatywną odpowiedź z mojego żoliborskiego ZOZ-u . Bardzo przeżyłam, gdy na odwrocie mojego podania dyrektor oznajmił,  że niestety są duże braki personelu lekarskiego   w poradni internistycznej i w takich warunkach nie może zabierać internisty by oddać tego człowieka pediatrom.

I w ten to sposób nadal pracowałam jako internista.

Było to trochę beznadziejne, ale  wiedziałam że mam umowę z ZOZ-em na okres 3 lat po stażu , więc już nie podejmowałam kolejnych prób przeniesienia się do poradni dziecięcej.

Jednak  zaprenumerowałam pismo pt. „Służba zdrowia”, gdzie były zamieszczane ogłoszenia o ofertach pracy.

Na medycznej ścieżce. Pierwsza samodzielna praca w przychodni pediatrycznej.

W tym czasie pracowałam też w poradni  pediatrycznej, dokąd mnie przeniesiono z przydzielonej mi  przychodni internistycznej. 

Przyczyna była prozaiczna, gdyż zachorował ktoś z pediatrów i zdecydowano , że muszę tam zapełnić przysłowiową dziurę.

Swoją drogą , to była odwaga, by podjąć taką decyzję i pozwolić na samodzielną bardzo odpowiedzialną pracę z małym pacjentem tak niedoświadczonej lekarce.

Jedynym argumentem, jak mniemam , był fakt, że posiadałam już dwoje dzieci i byłam w ciąży z trzecim co być może  stanowiło jakąś gwarancję nadziei że sobie poradzę a przede wszystkim nie przegapię jakiejś poważnej choroby.