Na medycznej ścieżce. Religijność zaprzyjaźnionej rodziny.

Kiedyś się dowiedziałam, że cała rodzina Kieniewiczów  jest bardzo religijna.

Nie wiem jak pozostali synowie Profesora, ale Antoni i Marzenka byli bardzo zaangażowani w działalność w jakiejś grupie przykościelnej.

Dowiedziałam się właściwie przypadkowo. Któregoś dnia wspomniała o tym Marzenka jakby mimochodem, przy okazji  rozmów o chrzcie najmłodszego syna- Mateusza.  Dla nas to wydarzenie było zadziwiające. Podobno ten niezwykły chrzest Mateusza, odbywał się w ich kościele, przy ul. Gdańskiej, w czasie świąt Wielkiejnocy i trwał przez całą noc. Dla nas taki obrzęd był nieznany i zdumiewał. Ale wkrótce uznaliśmy, że to ich problem i tylko podziwialiśmy ich zgodność  w tym temacie.  

Nigdy nie narzucali swoich przekonań ani nie próbowali nas zachęcać do zaangażowania w tej samej co oni sprawie.

Gdy najstarszy syn- Piotr był w klasie maturalnej, porzucił swoją dziewczynę i wstąpił do seminarium duchownego. Widuję Go czasami w TV gdy wypowiada się w tematach związanych z kościołem, wiarą jako ksiądz Salezjanin. Chyba jest wykładowcą na jakiejś katolickiej uczelni. Kiedyś mi zaimponował, bo utworzył grupę walczącą o skrócenie kazań. Proponowali oni, by były skondensowane, mądre, ale ograniczone do 10 minut. Chyba jednak nic z tego nie wyszło, bo gdy czasami oglądam mszę w TV , kazania nadal są przewlekłe i wkrótce działają nasennie, a jeśli nawet nie, to i tak szybko gubi się wątek a myśli w tym  czasie ulatują gdzieś daleko, w odległe krainy….

 

Na medycznej ścieżce. Rodzina Marzenki Kieniewicz.

Wkrótce poznałam męża Marzenki,  wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.

Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i  drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. 

Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.

Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .

Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz. 

Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.

Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.

Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.

 

Na medycznej ścieżce. Reakcje pacjentów.

Marzenka Kieniewicz była już w moim mniemaniu doświadczonym internistą z półrocznym stażem w przychodni i zawsze uczynnie służyła mi radą.

Przychodziłam ze swoim problemem, króciuteńko omawiałam stan pacjentki lub pacjenta i zadawałam kardynalne pytanie- jaki lek można jeszcze podać.

Z rozpoznaniem z reguły nie miałam trudności, ale poza podstawowymi lekami, niewiele wiedziałam o całym wachlarzu możliwości terapeutycznych .

Oczywiście natychmiast uzyskiwałam odpowiedź i nieomal biegiem wracałam do swojego mikrego gabinetu, tym bardziej, że słyszałam gniewne pomruki pacjentów oczekujących na korytarzu. Już idąc w stronę gabinetu koleżanki, przepraszałam, że tylko na chwilę. Ale pewnie nikt temu nie dawał wiary. Czegokolwiek bym nie powiedziała, to pewnie i tak myśleliby, że wybywam do koleżanki na ploty . Wychodząc i wracając wielokrotnie  przepraszałam oczekujących  . Nie jestem pewna, że ktoś to zaakceptował, ale potem , będąc już w gabinecie, z reguły każdy starał się być uprzejmy.

Bo były to czasy, kiedy ludzie czuli się  onieśmieleni w kontakcie z lekarzem i właściwie nigdy nie wyrażali swojego niezadowolenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie…

 

Na medycznej ścieżce. Marzenka Kieniewicz, mój ważny nauczyciel.

W mojej przychodnianej pracy, dość często miałam dylematy dotyczące rozpoznania ale częściej leczenia. Wówczas  biegłam po pomoc i poradę.

Przeciskałam się pomiędzy kozetką z zalegającym na niej pacjentem , biurkiem i ścianą , potem z trudem otwierałam drzwi skutecznie barykadowane przez pacjentów i przeciskając się pomiędzy kolanami siedzących na ciasno ustawionych krzesłach korytarzykowych wbijałam się do gabinetu koleżanki.

A tutaj, cóż za rozkosz.

Miałam szczęście, bo w tym samym czasie, w sąsiednim gabinecie urzędowała  przemiła bardzo spokojna okularnica. Za szybkami jej okularów widziałam uśmiechnięte ciemne błyszczące oczęta o czarnych gęstych i figlarnie wywiniętych rzęsach . Pomiędzy nimi siedział króciutki nieco zadarty nosek a poniżej na biurku układał się faliście dość duży biust lekarki. Była niewysokiego wzrostu ale miała minę generała rozgrywającego ważną bitwę i z dużą pewnością siebie udzielała mi porad, nigdy nie pudłując. Jej wskazówki stanowiły dla mnie bardzo ważny element edukacji.

Gdy wpadłam do tego gabinetu po raz pierwszy,  przedstawiłam się , okazało się, że ona tutaj pracuje już pół roku i nazywa się Marzenka Kieniewicz.

Potem się dowiedziałam , gdy już byłyśmy w wielkiej komitywie i przyjaźni, że jest synową wielkiej sławy historyka, profesora Stefana Kieniewicza.

Pan profesor mógł być dumny z takiej synowej .

Na medycznej ścieżce. Degeneracja pisma lekarzy.

Po pewnym czasie zaczęły mi się także tworzyć zagłębienia od długopisu w palcach prawej  ręki. Pisania bowiem było bardzo dużo, należało zapisywać wszystkie dane z wywiadu i badania przedmiotowego oraz rozpoznanie licznych zwykle chorób a także zalecone leczenie, badania dodatkowe i terminy następnej wizyty .

Oczywiście zapomniałabym o wypisywaniu zwolnień na 3 egzemplarzach sławnych druków L4. Te karteluszki były przedzielone dość zużytymi kalkami, więc nasze skrobanie musiało być dokładne i przy użyciu dużej siły. 

W efekcie mój charakter pisma całkowicie się degenerował i wkrótce przestałam się dziwić, że mam kłopoty z odczytaniem poprzednich wpisów dokonanych przez innego lekarza, który podobnie jak ja po prostu bazgrolił.  

A czytałam wszystkie te informacje sumiennie.

Wkrótce i mój charakter pisma, uprzednio starannie deformowany w czasie studiów, gdy należało w szybkim tempie zapisywać  treści rozlicznych wykładów, w czasie pracy w przychodni nabrał zadziwiającego kształtu i wkrótce  sama miałam trudności z przeczytaniem własnego pisma. Przestałam się dziwić dziwnym znaczkom w historiach chorób. W późniejszym okresie lekarze, którzy pisali starannie, równym nieomal kaligraficznym pismem budzili moją zadumę i odwieczne pytanie-  jak to jest możliwe, że w takich warunkach uratowali swoje pismo.

Muszę nadmienić, że dziennie przyjmowałam średnio 20- 25 pacjentów, a w czasie gdy szalały infekcje nawet 60 i 80.

Na medycznej ścieżce. Moja dziupla w przychodni.

Wracam do opisu mojej pierwszej przychodni.

Zajmowała ona kilka maleńkich pomieszczeń, których okna wychodziły bezpośrednio na chodnik okalający przychodnię.

Tak więc należało zawsze mieć zasłonięte a najlepiej także zamknięte okna, by przechodnie nie słyszeli i nie widzieli tego, co się dzieje w gabinecie.

A gabinet był ciupeńki i duszny.

Siedząc przy biureczku, nie musiałam wstawać, by zbadać pacjenta.

Obok była kozetka, na której lokował się delikwent i wszystko było w zasięgu ręki.

Umiałam badać pacjenta, więc badałam, uprzednio zbierając bardzo starannie wywiady. Jednak tłum kłębiący się za drzwiami napierał i wszystko musiało się odbywać równocześnie. Pacjent musiał odpowiadać na pytania, równocześnie się rozbierać a potem szybko wkładać ciuchy, w czym nawet czasami pomagałam.

Bo przecież większość moich pacjentów to byli ludzie w podeszłym wieku, przeważnie otyli i niesprawni.

Zgłaszali dolegliwości ze strony nieomal wszystkich narządów, tak więc rozpoczynaliśmy od głowy a kończyliśmy na omawianiu haluksów albo ostrogi piętowej.

Ponadto dokonywałam pomiaru ciśnienia tętniczego używając manometru rtęciowego , który posiadał bardzo twardą gruszkę do pompowania mankietu. Zaciskając zęby, pompowałam co sił, a w drodze powrotnej do domu rozcierałam zdrętwiałe palce.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze recepty.

O godzinie 12 leciałam do swojej przychodni. Mieściła się ona wówczas przy ul. Wrzeciono , w maleńkim niskim okrąglaku, czyli budowli umieszczonej wewnątrz osiedla pod Hutą Warszawa, gdzie było także Dzielnicowe Pogotowie Ratunkowe  i Apteka.

Bliskość tej apteki była bardzo ważna, bo tam najczęściej zaopatrywali się moi pacjenci w leki. I w przypadku źle wypisanej recepty, co niestety się zdarzało , można było nanosić poprawki. Dzięki temu poznałam farmaceutkę, która tam pracowała- Marysię Zieniewicz. Była to duża i sympatycznie pulchna dziewczyna, która w tajemnicy przed swoją surową kierowniczką, wpadała do gabinetu, gdzie urzędowałam  i przynosiła nieudolnie wypisaną receptą , instruowała jak należy ją prawidłowo wypełniać i po naniesieniu poprawki wracała do pacjenta, którego uprzednio grzecznie posadziła przy aptecznym stoliku.

Bo tak naprawdę miałam niewielkie pojęcie o wszystkich zasadach  wypisywania recept,np. dozwolonej dawce leku na jednej rp, itd. Dzięki Marysi  szybko się tego nauczyłam, i uniknęłam konfliktów z pacjentami i swoją szefową.

Marysia Zieniewicz była niezwykłą osobą. Wspominam ją zawsze bardzo serdecznie, nie tylko dlatego, że chroniła moje przysłowiowe cztery litery w tamtych czasach, ale też dlatego, że swoją pogodą ducha , dobrocią i miękkim dużym ciepłem ogrzewała nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi, z którymi się kontaktowała. 

Potem przyjaźniłyśmy się dość długo, odwiedzałyśmy się w domach, nasze dzieci bawiły się razem. Po latach straciłam z nią kontakt, bo i praca była już w innym miejscu i mieszkała dość daleko ode mnie.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni pracy.

Pierwszego dnia mojej pracy,  pojawiłam się w oddziale interny, który był połączony  z oddziałem neurologii. Mieścił się na parterze lewego skrzydła szpitala, i miałam stamtąd przepiękny widok na Lasek Bielański.  Jednak nie wyglądałam przez to okno zbyt często, bo od razu zostałam zawalona papierami. Moja praca polegała na uczestniczeniu w porannym obchodzie z jednym lekarzem, codziennym wpisywaniu obserwacji w historiach choroby każdego pacjenta oraz wklejaniu wyników badań dodatkowych.

Na analizę stanów chorobowych pozostawało mało czasu, gdyż o 12 musiałam pospiesznie opuszczać oddział i gnać do swojej przychodni.

Zaprzyjaźniłam się z przemiłą dr Puławską, która była wielką blondyną, z obfitym kokiem i macierzyńskim spojrzeniem. Była istnym wulkanem ciepła i stanowiła dla mnie wyrocznię w problemach internistycznych. Poza nią było jeszcze kilka lekarek o wyglądzie  myszowatym i nawet nie zapamiętałam ich nazwisk.

W zespole neurologicznym królowała Dr Dowgiałło. Naprawdę wyglądała jak królowa. Była wysoka, smukła i piękna. Miała ciemne oczy i koronę z grubego warkocza  misternie upiętą na głowie. Po latach poznałam jej wnuczkę, która była młodziutką lekarką na ginekologii w Klinice, w której pracuje moja synowa. Ucieszyłam się bardzo, zresztą i ona też, gdy wspomniałam jej babcię.

Na medycznej ścieżce. I jest upragniona praca…

W ten to sposób otrzymałam stosowny papier na którym jak byk widniało skierowanie do pracy w tzw. wtedy Zespole Opieki Zdrowotnej na Żoliborzu. Działo się to w marcu 1972 roku , czyli 9 miesięcy po uzyskaniu dyplomu. Służba zdrowia przeżyła wówczas pierwszą istotną reformę, która polegała na wspólnym zarządzaniu szpitalami i przychodniami w każdej dzielnicy co właśnie zostało nazwane Zespołem Opieki Zdrowotnej.

Następnego dnia zgłosiłam się do dyrekcji ZOZ-u, która mieściła się w Szpitalu Bielańskim i otrzymałam przydział do Przychodni Rejonowej na Wrzecionie.

Zasada stażu podyplomowego w tych czasach polegała na 4 godzinnej porannej pracy w kolejnych podstawowych oddziałach szpitalnych a następnie odpracowanie trzech godzin w przydzielonej przychodni w charakterze internisty.

Po roku należało zdać stosowne kolokwia na internie, chirurgii, pediatrii i ginekologii.

I wówczas pozostawało się na etacie tylko przychodnianym, przymusowo odpracowując przez 3 lata ten roczny staż

Na medycznej ścieżce. Poszukiwanie pracy…

Ja codziennie biegałam do Pełnomocnika ds. Zatrudnienia w Dziekanacie Akademii Medycznej , by sprawdzić, czy nie ma on jakiejś oferty pracy.

W Warszawie nie znałam żadnego lekarza, w rodzinie nie było tradycji medycznych i nie wiedziałam o innych możliwościach załatwienia stażu podyplomowego.

Dopiero później się dowiedziałam, że wielu moich kolegów załatwiło sobie samodzielnie lub raczej przy pomocy znajomości tę pierwszą pracę.

Gdy po bezskutecznym dowiadywaniu się o miejsce stażowe, zapisałam się na osobistą rozmowę z pełnomocnikiem, ten nie mógł się nadziwić, że tak mi spieszno do pracy. Próbował przekonywać, że mam pracującego męża i małe dzieci, więc ten czas powinnam poświęcić rodzinie. Zupełnie nie rozumiałam jego sposobu myślenia, dopiero po latach przyznałam mu rację.

Wreszcie któregoś dnia, rozmawiając z koleżanką, dowiedziałam się, że nasza wspólna znajoma, która mimo stałego miejsca zamieszkania w Krasnymstawie, bez trudu otrzymała staż w Warszawie, ma zamiar z niego zrezygnować z powodów zdrowotnych. Pognałam natychmiast z tą wiadomością do Pełnomocnika , który nie mógł się już wykręcać brakiem miejsc , przyznał, że ma już podanie tej dziewczyny i wobec tego mogę łaskawie zająć jej miejsce.