Na medycznej ścieżce. Tzw straszna baba…

By realizować swój plan zawodowy, na początek  znalazłam opiekunkę dla swoich córeczek. W tamtych latach nie było to łatwe, gdyż wszyscy mieli pracę i jedynie bardzo starsze panie podejmowały się trudnej roli opiekowania się cudzymi dziećmi. W grę wchodziły też dziewczyny z dalekiej prowincji, ale wówczas należało im zapewniać lokum. Nasze mieszkanie było stosunkowo niewielkie . Miało 56 m kwadratowych i składało się z dość dużego przedpokoju – co było jego najjaśniejszym punktem oraz trzech pokojów- 20 , 11 i 8 m. Ponieważ dodatkowo bardzo często przebywali u nas moi Rodzice, nie mieliśmy możliwości zakwaterowania opiekunki do dzieci. Zresztą Mirek nie wyobrażał sobie wspólnego mieszkania z obcą osobą, czemu zresztą trudno się dziwić.

Nasza pani, która obiecała zajmować się dziećmi była bardzo gruba i dość brzydka.

Ale była, więc czułam wielką radość.

Miała zwyczaj przesiadywania w bardzo wąskiej kuchni pod ciepłą rurą centralnego ogrzewania i głośno czkać.

Gdy opuszczaliśmy dom, pewnie zajmowała się dziewczynkami, ale gdy wracaliśmy  – sprawiały wrażenie , że są  przerażone.

 

Na medycznej ścieżce. Marzę o pracy…

Gdy otrzymałam dyplom ukończenia studiów, mieliśmy już dwie małe córeczki, którymi powinnam się zajmować, ale ja parłam do przodu.

Koniecznie chciałam już dostać pracę i rozpocząć prawdziwe dorosłe życie. Wychowana byłam w etosie pracy. Moja Mama zawsze pracowała zawodowo,  łącząc obowiązki domowe i nauczycielskie. I ja uważałam, że kobieta powinna się realizować zawodowo. I wtedy pojawiła się dysharmonia mojego myślenia. Dom jakoś sam się toczył- pewnie siłą rozpędu, a ja marzyłam o obowiązkach lekarskich. 

Ile było w tym myśleniu  chęci udowodnienia Mamie, że dałam radę, a ile moich własnych ambicji, dokładnie nie wiem . Widziałam , jak bardzo Mama się bała, że po wyjściu za mąż porzucę studia. Zresztą takich przykładów było dookoła wiele. Nie trzeba było daleko szukać. Mój ukochany brat studiował długo, kilka razy nie zgłaszał się na egzaminy, więc go wyrzucali ze studiów. Potem zdawał ponownie, dostawał się, mimo, że w tamtych czasach też nie było łatwo. Wielu młodych ludzi chciało studiować a i roczniki opóźnione w edukacji przez  wojnę  zapełniały miejsca w studenckich ławach.

 I dlatego , gdy podjęłam decyzję o założeniu rodziny, nie dyskutowałam z Mamą , ani z nikim innym, nie przekonywałam , nie obiecywałam, ale się zaparłam w sobie, zacisnęłam zęby i  milcząc postanowiłam, że się nie dam życiu ….

 

Na medycznej ścieżce. Otrzymuję dyplom lekarza.

Ponieważ Ewcia urodziła się 15 grudnia, a planowane zajęcia odrobiłam wcześniej, miałam , jak mi się wtedy wydawało, bardzo długi okres, kiedy mogłam się cieszyć dzieckiem. Wróciłam na zajęcia po świętach, gdy Mała miała ok. 3 tygodni. Zajęć było już niewiele, bo był to 6 rok studiów. Trochę ćwiczeń i wykładów oraz kolejne egzaminy. W ogólnym galimatiasie, niewyspaniu i zapracowaniu wszystko pozaliczałam. Najważniejsze było to, że babcia Leoszko obiecała pozostać do dnia, kiedy ukończę studia. Już wcześniej zapowiadała, że jest bardzo potrzebna swojej córce, która mieszkała w Gubinie i miała kilkoro drobnych dzieci.

Czasami bywali u nas moi Rodzice, wspierając ciocię , która miała dużo  zajęć z naszymi córeczkami.

Oczywiście gdy wpadałam do domu, zakasywałam rękawy i zamieniałam się w niańkę, sprzątaczkę , pocieszycielkę strapionych, czyli jednym słowem stawałam się gospodynią domową usiłując dopieszczać także mojego męża, by nie czuł się odrzucony. Jak z tego wynika, wszystko działo się pół gwizdka, w niedoczasie i nic dziwnego, że osoba wrażliwsza w tej rodzinie mogła się czuć opuszczona lub pominięta.

Nadszedł czerwiec 1971 roku, indeks był zapełniony wpisami, oddany do dziekanatu i wkrótce uzyskałam informację, że jestem lekarzem.

Oczywiście to jeszcze nic nie znaczyło, gdyż praw do praktyki lekarskiej nabywało się dopiero po rocznym stażu.

Teraz jest jeszcze gorzej, gdyż po stażu zdaje się jeszcze jeden egzamin tzw. LEP i niestety nie wszyscy go zaliczają. Jakżeż to musi być tragiczne, gdy edukacja przedłuża się w nieskończoność. W tym czasie ludzie innych zawodów stają już na nogach, nabierając wprawy w pracy zawodowej.

Ja miałam szczęście, że jeszcze wtedy takiego egzaminu nie wprowadzono. Zresztą i teraz słychać głosy o jego likwidacji. Na pewno konieczna jest głęboka reforma  całego systemu nauczania medycyny, czego wzory można znaleźć zupełnie niedaleko poza granicami naszego kraju.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni, tygodnie i miesiące z Ewcią…

Zdjęcie wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz w dniu  7.02.1971 roku. Ewcia ma 6 tyg.

Justyna przyjęła Ewę radośnie, miała wówczas 1 rok i 2 miesiące, dreptała wokół łóżeczka z noworodkiem i powtarzała z zachwytem dzidzia, dzidzia.

Nam się wydawało, że jest już całkiem dużym samodzielnym człowieczkiem i niewątpliwie była przez nas traktowana jak bohater drugiego planu.  

Bo pierwszy plan zajęła  Ewcia. Ten maleńki człowieczek dawał się nam srodze we znaki.

Po powrocie ze szpitala wykonała wielki kich i wówczas  zobaczyliśmy z przerażeniem, że wykichała z nosa ogromny kłąb ropy. Ale ona się tym nie przejmowała, miała w dzień całkiem dobry humor, który kompensowała nocnymi rykami. Zmywałam makijaż etapami do godziny 24, od 3 zaczynałam malowanie powiek.

W międzyczasie usiłowałam nakarmić małą piersią, którą ona wypluwała z niesmakiem.  Zresztą awersję do mojej piersi demonstrowała już od 3 doby życia. Każda moja propozycja karmienia naturalnego kończyła się a właściwie zaczynała całkowitą odmową, wielkim wrzaskiem,  unoszeniem tułowia na piętach z podpieraniem na części potylicznej małej kształtnej główki. Uspokajała się natychmiast, gdy rezygnowałam z takiego sposobu karmienia. Ponieważ przy takim systemie odżywiania się, nie ubywała na wadze, było całkiem prawdopodobne, że troskliwe ciocie- pielęgniarki z oddziału noworodkowego dostarczały jej wielkiej przyjemności wlewając przez wielką dziurę w smoczku sztuczne mleko z butelki.

Ponieważ nawyk ten przeniosła na grunt domowy, po kilku bezskutecznych próbach podawania piersi, zrezygnowałam całkowicie, wlewając do jej dzioba mleko sporządzone z proszku. W tamtych czasach nikt nie słyszał o super mieszankach mlecznych, sterylnych i wymagających jedynie wsypania do butelki i zalania wodą. Wówczas było dostępne jedynie tzw. mleko niebieskie. Należało je długo mieszać z zimną wodą, potem gotować i na koniec cedzić, gdyż znajdowały się tam różne kluski ze źle rozmieszanego proszku a także dziwne czarniawe paprochy o trudnym do ustalenia rodowodzie. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam   w kuchni gotując tę strawę, albo uspokajając wrzeszczące niemowlę. Nie wspomnę już o  praniu i gotowaniu oraz prasowaniu pieluch tetrowych, których dziennie schodziło ponad 40.

Katar Ewci  minął  po miesiącu, a do tej pory wyciągałam gruszką ropę z nosa i odwiedzałam lekarkę rejonową, by oceniła stan dziecka. Ta uważała, że noworodek jest w znakomitej formie i żadnego leczenia nie wymaga. W końcu lekarka powiedziała, że jestem studentką medycyny i muszę sobie sama radzić, bo ona ma wielu pacjentów i jest zajęta. Od tej pory starałam się sama radzić sobie z problemami zdrowotnymi dzieci z różnym oczywiście skutkiem. No cóż, nauka nie idzie w las.:)

Na medycznej ścieżce. Z niewielkimi przygodami urodziłam drugą córeczkę.

Po zaliczeniu internatu, zgłosiłam się do Kliniki przeze mnie wybranej i tam zostałam przyjęta jako ciąża przeterminowana. Miałam już doświadczenie, bo tak było z pierwszym porodem. Rozpoczęły się przygotowania do wywołania porodu. I w końcu wyznaczono dzień, kiedy to znajdę się na porodówce , założą mi kroplówkę i będziemy czekali na efekty. Leżałam na twardej leżance, a moja córeczka fikała w brzuchu  koziołki, nie miała zamiaru ustawić się główką do dołu, bano się , że wypadnie rączka lub nóżka i będzie kłopot. Wobec tego zalecano leżenie na wznak, co było straszliwą udręką. Dodatkowo zabroniono mi jeść, gdyż dalszy przebieg porodu mógł zadecydować o konieczności cesarskiego cięcia. Mijały godziny , stopniowo rozwijała się jakaś słaba akcja porodowa. Po południu odwiedzili mnie całą chmarą koledzy, którzy odbywali w tej klinice internat. Mieszkali w pomieszczeniach piwnicznych i chyba to miejsce działało na nich tak depresyjnie, że musieli się wzmacniać napojami procentowymi. Gdy więc nagle wpadli na porodówkę, wionęło świeżym podmuchem ich oddechów, obsiedli moje łóżko i chcieli jakoś pomagać. Ja poprosiłam o kawałek suchego chleba, gdyż mimo cierpień po prostu umierałam z głodu. Przynieśli mi chyłkiem swoją kolację, którą połknęłam najszybciej jak mogłam a w tym czasie koledzy zagadywali położną, żeby nie zauważyła mojego przestępstwa.

Poczułam się  od razu lepiej, ale za to nagle wystąpił drugi okres porodu, który u mnie przebiegał jak nawałnica, po prostu huragan. Skurcze parte mojej macicy były gwałtowne i zjawił się lekarz, który przykazywał, bym je wstrzymywała, bo rozwarcie szyjki jest jeszcze niewystarczające. Jednak czy komuś udało się wstrzymać tsunami. Mnie się nie udało i wkrótce, po 13 godzinach całości wydarzenia, wyskoczyła Ewa, decydując się w ostatniej chwili na skok na główkę, cała zdrowa i rozwrzeszczana. Ja tak popękałam, że zlitowali się nade mną i uśpili do szycia. Na szczęście mój przepełniony żołądek stanął na wysokości zadania i cierpliwie utrzymał zawartość w czasie znieczulenia.

Ewa nie była planowaną córką. W ogóle ta ciąża nie była planowana. Ale jeśli już kolejne dziecko, to uważaliśmy zgodnie, że tym razem będzie to chłopiec i otrzyma imię Marcin. Podobnie było też z pierwszym dzieckiem. Imię dla dziewczynki nie było wybrane, chciałam, by nazywała się Marta, ale odwiedziły mnie koleżanki, m. in Jola o której już pisałam, które autorytatywnie stwierdziły, że Marty są nieszczęśliwe więc moje dzieciątko  powinno się nazywać Ewą. Mnie właściwie było wszystko jedno, cieszyłam się, że jest już na świecie, cała i zdrowa.

I jesteśmy zadowoleni, że została Ewą, myślę, że ona też. Pasuje do niej, do tego wulkanu energii i wiecznej pierwotnej młodzieńczości, mimo, że w grudniu tego roku ukończy 42 lata.

 

Na medycznej ścieżce. Internat z ginekologii i położnictwa.

Nastał grudzień, a moje drugie dziecko nie miało zamiaru się rodzić. Miałam już doświadczenie z Justyną, która urodziła się 2 tyg po terminie porodu. I  wtedy pomyślałam, że teraz będzie podobnie i powinnam wcześniej odbyć internat z ginekologii, który był zaplanowany na czas wiosenny. Wiedziałam, że w tym okresie , mając już dwoje małych dzieci moja tygodniowa nieobecność w domu będzie problemem. Udałam się więc do Kliniki przy ul. Karowej, gdzie otrzymałam przydział z prośbą o przyjęcie mnie właśnie teraz.  Udało się, wprawdzie przyjęli mnie z oporami, udowadniając, że z tak wielkim brzuchem nie uda mi się tych zajęć zakończyć. Zadowolona z możliwości zaliczenia internatu jeszcze przed porodem, spakowałam więc ciuchy na ten tydzień , pożegnałam rodzinkę i małą córeczkę i zapudliłam się w tej klinice.

Starałam się być na wszystkich zajęciach, mimo pewnych trudności z wciskaniem swojego brzucha we wszystkie drzwi. Ale czułam się dobrze, byłam przecież całkiem młodą kobiet a ten stan nie był przecież żadną chorobą.

Potem spotykałam na korytarzu Murzyna, który był tam asystentem i zawsze słyszałam od niego- Ty masz taki brzuch, że powinnaś rodzić, kładź się na oddział. Niewzruszenie odpowiadałam , że planuję urodzić w konkurencyjnej klinice przy ul. Starynkiewicza. Tam rodziłam Justynę a Klinika ta wśród pacjentek miała opinię lepszą niż ta, w której odbywałam internat. Słynęła ze stosowania metod przyspieszających tempo porodu oraz leków przeciwbólowych. Na Karowej preferowano porody naturalne, a kierujący Kliniką Prof. Roszkowski był niemiły i mimo niskiego wzrostu uzupełnianego wielkim białym stożkowatym czepcem na wzór ubioru lekarzy radzieckich, budził grozę. Gdy wpadał na porodówkę, przy pierworódce, która miała około 30 lat i powyżej nawet się nie zatrzymywał, zupełnie nie zważając na wijącą się nieszczęsną z bawolim wzrokiem pełnym nadziei utkwionym  w Profesora , przebiegał obok i  machał ręką, że jest za stara.

Zajęcia na położnictwie odbyłam starannie. Wzywano mnie do porodów równie często jak inne nie ciężarne koleżanki. Wprawdzie nie mieliśmy prawa aktywnie uczestniczyć w porodach. Byliśmy właściwie jedynie obserwatorami, ale akcja była dla nas tak niesamowita, że nawet koledzy nabierali powietrza i parli gdy miała to czynić rodząca. Widok był prześmieszny. Ale ja też tak reagowałam, usiłując wspierać nieszczęsną. Jedynie w gabinecie poradni ginekologicznej dopuszczano nas do badania pacjentek, co nie było dla nich miłe, ale cóż , nie miały wyjścia. Przecież przyszły do poradni przyklinicznej i studenci byli  nieodłącznym elementem w jej pejzażu.

Mimo przewidywań moich szefów, internat zaliczyłam zdając nawet końcowe kolokwium i opuściłam mury tej kliniki.

Tak się złożyło, że teraz moja synowa jest adiunktem w tej klinice a wszystkie nasze wnuki tam przychodziły na świat.

Piękna jest ta klinika,  mieści się w stylowym budynku ze zręcznie wkomponowaną nową częścią.  Magiczne jest do niej dojście. Z Krakowskiego Przedmieścia na wysokości Hotelu Bristol odbija ul. Karowa, która potem spada schodami po zboczu skarpy i doprowadza do tego szpitala.  U stóp tej skarpy rozkłada się śnieżny budynek a u jego stóp  pluszczcze szeroka Wisła i szumi Wisłostrada.

Na medycznej ścieżce. Przygotowania do egzaminu z pediatrii

Po zdaniu interny nie dało się odsapnąć, bo została jeszcze pediatria , neurologia i pomniejsze, jak psychiatria, laryngologia , okulistyka.

Do pediatrii uczyłyśmy się z Jolką. Mieszkała stosunkowo niedaleko od nas, też na Żoliborzu, przy ul. Dymińskiej obok Dworca Gdańskiego. Dojeżdżałam tam tramwajem.  Egzamin był w połowie listopada 1970 roku, a termin porodu końcu tego miesiąca. Jolka miała miłe niewielkie mieszkanko a za oknami często słychać było turkot moich ulubionych pociągów. Siadywałyśmy na kanapie i po chwili Jolka dziwnie milkła. Wówczas patrzyłam na nią i widziałam, że z całych sił usiłuje opanować dziwne opadanie powiek. Oddychała miarowo, posapując i niebawem wpadała w objęcia boga snu . Usiłowałam ją obudzić, co mi się nawet na krótko udawało.

Wstawałam, podchodziłam do okna i po chwili  myślami błądziłam w marzeniu o dalekiej podróży właśnie odjeżdżającym pociągiem. A z tego dworca odchodziły pociągi daleko, np. do Moskwy…. Jolka zwlekała się z kanapy , podchodziła do mnie, zapalała papierosa i po chwili wracałyśmy do naszych książek.

Zapomniałabym o tych czasach, ale całkiem niedawno przypomniała mi o tym Jolka. Nawet miała poczucie wstydu, że wymagała cucenia i to w dodatku przez koleżankę w wysokiej ciąży…

.Egzamin z pediatrii zdawałyśmy w Klinice przy ul. Działdowskiej. Było tam sympatycznie. Na egzaminie praktycznym mój asystent- dr. Gryglewski, obecnie profesor, zadał mi pytanie nt  tężyczki. Znałam ten problem, lubiłam zaburzenia gospodarki wapniowo- fosforanowej, co pozostało mi do tej pory i bez trudu zbadałam dziecko, stwierdzając obecność wszystkich objawów, rozwinęłam temat , podsumowałam przed Profesor Lejmbachówną uzyskując jej aprobatę.

 Następnego dnia był test. Zasiedliśmy na małych sportowych ławeczkach w sali gimnastycznej na terenie Kliniki . Obok mnie usadowił się Marek K. Zajmowałam dużo miejsca, siedząc bokiem, gdyż przeszkadzał mi ogromny brzuch i Marek był tuż tuż.  Dostaliśmy protokoły testowe, pytania wydawały mi się dość łatwe. Jak mogłam ratowałam Marka, który labiedził pod moim bokiem J.I po latach Marek mi przypomniał, że gdyby nie moja pomoc, nie zdałby tego egzaminu. Dostałam 5 i czas leciał dalej….

Na medycznej ścieżce. Egzamin końcowy z interny,

Przed przeprowadzką wstawiliśmy do naszego nowego mieszkania łóżeczko polowe i tam czasami zostawałam, by uczyć się do egzaminów końcowych.

 Egzamin z interny  składał się z 3 elementów- części praktycznej gdzie należało ustalić rozpoznanie choroby, na którą cierpiał przydzielony nam pacjent. Postępowanie diagnostyczne rozpoczynaliśmy od zebrania wywiadu , badania przedmiotowego i analizy badań laboratoryjnych o które trzeba było zapytać mając już jakiś plan w głowie. Asystent podawał dane, a potem wysłuchiwał naszej relacji.

Następnie wędrowaliśmy przed oblicze  profesora Orłowskiego i tam odbywał się bardzo szczegółowy egzamin  dotyczący tego przypadku, różnicowania etc. Udało mi się przejść ten etap bezboleśnie, chociaż widziałam kwaśne miny egzaminujących, które świadczyły o nie akceptacji studentki w ciąży.

Potem był test pisemny. Tutaj w gromadzie kolegów nikt nie patrzył na mnie niechętnie, po prostu mój brzuch stawał się jakby niewidoczny. Zdałam całość na 4, co było niezłym wynikiem biorąc pod uwagę okoliczności rodzinne.

Na medycznej ścieżce. Siły witalne mogą czynić cuda.

 Do interny, którą zdawałam w październiku 1970 roku  czasami  uczyłam się z Teresą Mroczek. Albo w jej mieszkaniu na Sadybie albo w naszym nowym jeszcze pustym mieszkaniu.

Teresa dobiła do naszego roku studenckiego po rocznym pobycie w szpitalach. Nie obyło się bez różnorodnych ciekawych powikłań o których opowiadała ze śmiechem. Ma niesamowitą pogodną naturę, co pozwala jej przetrwać straszliwe kataklizmy. Wstępnie rozpoznano u niej obustronny przerost nadnerczy .  W tamtych czasach możliwości diagnostyczne były niewielkie i endokrynologia była właściwie w powijakach. Była jedną z pierwszych pacjentek kliniki w Szpitalu bielańskim, gdzie rozpoczęto rozpoznawać tę  chorobę a następnie jedną z pierwszych pacjentek z takim rozpoznaniem, które operował prof. Nielubowicz. Dopiero po wielu latach zorientowano się , że pierwotną przyczyną był gruczolak przysadki, którą usunięto jej z dostępu przez nos, co było w Polsce operacją pionierską. Muszę przypomnieć, że w końcu lat 70 ubiegłego wieku nikt nie słyszał o tomografii komputerowej ani rezonansie magnetycznym.

Teresa przez całe życie musiała spożywać hormony i przysadki i nadnerczy. Tabletki te czasami nie zawierały w ogóle leku. Manifestowało się to m.in. spadkami ciśnienia tętniczego, wstrząsem i szeregiem straszliwych objawów. Teresa była żywym testerem leków Polfy, gdyż po jej objawach orientowano się, że z lekami coś nie jest w porządku. Rozpoczynano badania i okazywało się, że faktycznie serie leków są nieczynne.

W czasie, gdy się razem uczyłyśmy, wielokrotnie obserwowałam, że Teresa nagle zapadała się, traciłam z nią kontakt i wówczas gwałtownie ją potrząsając przypominałam, że pewnie zapomniała zabrać leki. Gdy zdołała połknąć swoje pigułki , po chwili wszystko wracało do normy.

Nie wychodzę z podziwu i radości, że pomimo tych wszystkich problemów, w roku 1981 urodziła syna. Opiekujący się nią profesorowie, bardzo pragnęli , żeby miała dziecko. Długo nie zachodziła w ciążę, ale Mirek przy każdym spotkaniu, mówił, że trzyma za nią kciuki. Byłam zniesmaczona jego brakiem delikatności, ale gdy po latach udało się, Teresa się zaśmiewała, że zaszła w ciąże przez kciuki Mirka. Chłopiec jest wspaniały, a Teresa z mężem i wielkimi plecakami wędrują po świecie.  Nadal pracuje, wybrała specjalność diagnostyki laboratoryjnej i jest specem w ocenie szpiku. Dzięki jej badaniom, rozpoznawane są różne schorzenia , w tym białaczka oraz możliwe jest monitorowanie efektów leczenia.

Kiedyś . przed wielu laty rozmawiałam z naszą wspólną koleżanką Heleną i wyrażałam niepokój o zdrowie Teresy. I wówczas Helena powiedziała znamienne słowa. Ty się martw o siebie, a nie o Teresę….

Teresa jest dowodem, jak wielka jest moc siły witalnej i pozytywnego myślenia.

Na medycznej ścieżce. Internat i moje zabawne spadanie.

Potem odbyłam jeszcze tzw internat z  rehabilitacji . Internatem nazywano  zajęcia trwające  nieustannie przez 7 dni i nocy  w klinikach . W tym czasie studenci mieszkali w pokojach na terenie kliniki i stale byli do dyspozycji lekarzy.

Nie ukrywam, że koledzy czasami balowali, ja jednak z racji ciąży nie nadawałam się by uczestniczyć w imprezach . Właściwie byłam z tego zadowolona.

Gdy zakończyliśmy ten internat w podwarszawskim Konstancinie, w znanym ówczas ośrodku rehabilitacji zwanym Stocer, wychodziłam z dużą torbą- workiem  i na stromych schodach się poślizgnęłam. Spadałam , trzymając stale worek z ciuchami  , stopień po stopniu, aż znalazłam się na dole. Usłyszałam śmiech koleżanki- Teresy M. , która wychodziła za mną.  Powiedziała , że widok był tak zabawny, że nieomal posikała się ze śmiechu. Stała jeszcze na szczycie schodów i  widziała tylko dwie wielkie spadające kule- moją torbę i brzuch. Ponieważ bardzo ją lubiłam i uwielbiałam jej poczucie humoru a w dodatku nic mi się nie stało przy tym spadaniu, też byłam rozbawiona. Wróciłam do domu i faktycznie nic mi się nie stało, bo dziecko urodziło się i tak 3 tygodnie po terminie, bez specjalnych komplikacji.