Na medycznej ścieżce. Blok operacyjny.

Kiedyś zajrzeliśmy na blok operacyjny neurochirurgii. W odróżnieniu od dość hałaśliwej sali operacyjnej chirurgii ogólnej , tutaj panowała  przeraźliwa cisza. Na stole leżał pacjent z obnażoną czaszką  a  u wezgłowia nieomal nieruchomo siedział neurochirurg . Wyglądał jak przybysz z dalekiej nieznanej planety, w zielonej czapce i dziwnymi okularami na nosie. Zamiast zwykłych szkieł, okulary posiadały jakby lunety. Lekarz był sam, nie widać było asysty , i  skupiony dłubał w mózgu. Niewiele widzieliśmy, bo pole operacyjne było bardzo małe.  I dlatego wkrótce nam się znudziło obserwowanie tej  operacji.

Wróciłyśmy na naszą  chirurgię ogólną , gdzie zawsze dużo się działo. Operacje, wszystkie ciekawe, odbywały się równolegle na dwóch salach i zawsze mieliśmy trudny wybór, na której sali pozostać. A tam wykonywano  zda się proste zabiegi usunięcia zropiałego wyrostka robaczkowego, resekcje jelit ,  wycinanie  pęcherzyka żółciowego.

Widząc skuteczność , prawie natychmiastową, takiego działania lekarskiego, nieomal wszyscy zapałaliśmy namiętnością do chirurgii. Każdy sobie wyobrażał, że kiedyś też zostanie bardzo sprawnym  zabiegowcem . Miałam wątpliwości, czy dam radę, czy np. nie zadrży mi ręka w nieodpowiednim momencie . Tak więc po pewnym, dość długim czasie wyleczyłam się z myśli wybrania takiej specjalności.

Nie da się ukryć, że łatwiej było zrezygnować z tej chirurgicznej namiętności, po obejrzeniu   amputacji nogi.  To chyba jeden z najbardziej przerażających zabiegów. Nacinanie tkanek miękkich nie robiło na nas specjalnego wrażenia, ale gdy pokazała się kość i chirurg rozpoczął długie piłowanie  poczuliśmy się nieswojo. A   potem jeszcze  okropny obraz obciętej nogi , którą chirurg podawał pielęgniarce.  Nikt z nas nie zemdlał, ale wyszliśmy pod dużym wrażeniem.

Na ranę już wówczas zakładano opatrunek gipsowy , który umożliwiał wczesne uruchomienie pacjenta i podobno zmniejszał częstość bólów fantomowych. To zadziwiający  rodzaj bólu- pacjent długo po amputacji ma wrażenie , że boli go cała noga, nawet ten odcięty fragment.  ….Do tej pory mam przed oczami ten blok operacyjny, układ drzwi wejściowych, stołu, wielkiej lampy nad nim i tę nieszczęsną samotną obciętą nogę.

 

 

Na med. ścieżce. Praktyka po pierwszym roku studiów.

Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor  Drews.

Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe  medyczne życie. 

Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami  siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale  również zapewniano, że nauczymy się  wykonywania zastrzyków .

I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych  .

Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .

Obejrzeliśmy  mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.

 Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był  przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy.  A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i  poruszył palcami. To dopiero była radość.  Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane  !

Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz  tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…

 

Na medycznej ścieżce. Morze…

Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza  zakuwaniem i wykradaniem czasu  na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .   

I nagle  do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy  pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki  spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół  oddalał  nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone  tło.  A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.

Ok. 4 nad ranem miałyśmy  przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.

Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron  . Jednak  po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .

Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.

O świcie witało nas  Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami ,  nigdzie nie widziałyśmy  żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to  miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.

A ono na nas czekało . Nagle otwierało  się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy  na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na  plaży potem przeniosłyśmy się  na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .

Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .

Było pięknie i czysto.

Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu   nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca  szłyśmy na wykłady.

Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….

Na med. ścieżce. Lekarstwo na stress…

 

 

I jeszcze wspomnienie o czasach z Moniką.  Obie miałyśmy rozwichrzoną fantazję  i  stanowiłyśmy piękny radosny duet . Niewiele dziewczyn z pierwszego roku medycyny potrafiło się wyzwolić spod jarzma stałego zakuwania. A my dość  często wyrywałyśmy się w świat , m.in.  chodziłyśmy do klubów studenckich.

Po zajęciach z anatomii, a więc już ciemnym wieczorem wsiadałyśmy do tramwaju, który nas unosił na piękne wzgórza , gdzie rozłożyło się osiedle studenckie. Był to  prawdziwy kampus. To magiczne miejsce nosiło nazwę niezwykłą i dwuznaczną- Winogrady. Wchodziłyśmy do dość obskurnego klubu, który zachęcał znamienną nazwą „ Nurt”. I  poddając się nurtowi studentów, wpływałyśmy do tętniącego muzyką wnętrza, obładowane  ciężkim tomem  Bochenka oraz wielkim atlasem anatomii . Czasami bywałyśmy w klubie  „Od Nowa” na Rynku Starego Miasta, gdzie już czasami występowała Kryśka Prońko- moja gorzowska szkolna koleżanka.

Podręczniki do anatomii nazywane przez nas pieszczotliwie   „Bochenki „ ., zalegały gdzieś na parapecie a my wpadałyśmy w wir zabawy.  ….

Na tle koleżanek z Uniwersytetu wypadałyśmy nieatrakcyjnie i blado.

One miały długie czerwone paznokcie. My krótko obcięte, gdyż asystent z anatomii tak zalecał.

Mówił , czy chcecie by ktoś , kto was całuje po rękach wyjadał resztki trupa spod paznokci. Raczej było to niemożliwe, ale kto to wie, wszak  wykonywałyśmy sekcje nie używając rękawic.

I mimo , że nikt nas  po rękach nie całował, na wszelki wypadek obcinałyśmy paznokcie do granicy opuszków palców…

Potem gorączkowo łapałyśmy piękne chwile, bo byłyśmy bardzo  młode, spragnione  poznawania życia  ale już doświadczone dotykiem ciał nieżywych ….i  te kluby, tańce , muzyka były dla nas jakby antidotum na traumę związaną z  zajęciami  anatomii czy  biologii ….

Wtedy jeszcze  był zwyczaj tańca w parach  .

Więc kołysałyśmy się przy cudnej muzyce .

Zapamiętałam tylko Niemena „ Pod papugami” albo „ Bo czas jak rzeka „ ….

A kiedyś  się dowiedziałam, że mam oczy jak dwa jeziora…..

 

Na medycznej ścieżce. Studium wojskowe. Dziurawe wojsko.

 

Od pierwszego roku studiów obowiązywało nas uczestniczenie w zajęciach wojskowych. Odbywały się w każdą sobotę od rana do 15.

Studium Wojskowe mieściło się na poddaszu budynku zwanego Anatomicum. Zanim docierałyśmy do tych pomieszczeń, roznosił się zapach przepoconych skarpet i wilgotnego sukna, który skutecznie zabijał fetor formaliny panujący na pierwszym piętrze. Dodatkową atrakcję  stanowili oficerowie- wykładowcy, którzy chyba jeszcze pamiętali szlaki spod Lenino, i zaciągali wschodnim akcentem.

Najpierw zabrano nas do magazynu z odzieżą. Każda z nas otrzymywała piękne spodnie, które teraz można by nazwać cygaretki,  krótką marszczoną w pasie bluzę z kieszeniami na piersiach i brązowe sznurowane skórzane półbuty. Do tego momentu byłyśmy skłonne ten ubiór zaakceptować. Całość wyglądała nieźle. Ale o zgrozo , za chwilę wyniesiono naręcza ogromniastych , ciężkich szyneli z wcięciem w pasie i wielkim rozkloszowaniem dołu . Z wielkim trudem dobrałyśmy sobie odpowiedni rozmiar, a mimo tego wyglądałyśmy groteskowo . Wdzięczne wcięcie w pasie maskował szeroki, gruby sztywny skórzany pas. Ale głównym punktem programu były maleńkie naleśnikopodobne zielone sztywne berety z antenką. Patrzyłyśmy na siebie pękając ze śmiechu. Bo trudno było płakać, chociaż niechęć i furia nami ciskała.

Po pokwitowaniu odbioru ekwipunku odesłano nas do domu. Wyszłyśmy z trudem dźwigając nasz mundur.

Na kolejne zajęcia należało przybyć w pełnym rynsztunku. Szłyśmy przez miasto , uginając się pod ciężarem szynela i ze wstydem łypałyśmy na przechodniów. Niestety budziłyśmy ogólne zainteresowanie. Ludziska  się uśmiechali, niektórzy trochę złośliwie i zawsze kilku młodych chłopaków wołało za nami, o idzie dziurawe wojsko….wmawiałyśmy sobie, że powinnyśmy być dumne, bo na żadnej uczelni dziewczyny nie nosiły mundurów, tylko my, medyczki dostąpiłyśmy szczególnego wyróżnienia. Ale to nie było szczególne pocieszenie…

Przez wiele godzin raczono nas wykładami z taktyki oraz szeregiem innych , których na szczęście nie zapamiętałam.

Jedynie praktyczne zajęcia z bronią były dość ciekawe. Każda z nas w czasie ćwiczeń otrzymywała  KBKS  a potem  KBK (bo chyba tak nazywały się karabiny i pistolety). Należało dokładnie poznać ich budowę,  a następnie uczyłyśmy się samodzielnie  rozbierać, składać i ładować tę broń.  Jedynie  czyszczenia jej było zajęciem obrzydliwym , gdyż używałyśmy jakiegoś paskudnego , tłustego i bardzo lepkiego smaru.  I po takich zajęciach z trudem udawało się doczyścić nasze bardzo delikatne dłonie.

Poza tym zdobywałyśmy wiedzę o granatach i takich innych wybuchających urządzeniach. No i oczywiście była musztra. Te zajęcia odbywały się na dziedzińcu Anatomicum i tutaj nas też nie oszczędzano . Z uporem ćwiczyłyśmy marsze i jakieś układy w szeregu. Potem dodatkowo różne   figury z bronią : Na ramię broń, prezentuj broń etc.

Kilkakrotnie wywożono nas na poligon w Ławicy a chyba raz do Biedruska. Tam ćwiczyłyśmy czołganie , nieraz w błocie , z bronią i bez broni.

    Ale najprzyjemniej  było pewnego dnia na poligonie w Biedrusku. Właśnie wstawał bardzo piękny i ciepły majowy, czy czerwcowy dzień. Poligon był ogromny, wielka pusta przestrzeń wydawała się nieskończona, bo znikała na horyzoncie .

I nagle  pełna fantazji  Monika „urodziła” przedni  pomysł,  ja zrozumiałam ją bez słów i  radośnie zaakceptowałam . Otóż wypatrzyła ona jedyną kępę dość gęstych drzew. I gdy zbliżałyśmy  się w szyku do tego zagajnika, dała sygnał i zgodnie zboczyłyśmy z trasy, nurkując pomiędzy drzewami. A tam był istny raj, zieleń, ptaki specjalnie cudnie śpiewały, słońce wyłaziło na niewielką polankę. Nie ociągając się, zdjęłyśmy bluzy zostając jedynie w stanikach i rozłożyłyśmy się wygodnie na trawie. Obudził nas ogromny uogólniony rechot. Gdy się ocknęłyśmy, ujrzałyśmy chłopaków w mundurach, którzy nas wypatrzyli i mieli radochę. Oj, mieli….Z wielkim wstydem ubrałyśmy się pospiesznie i wyskoczyłyśmy z drugiej strony lasku pędząc prosto w ramiona naszego oficera. Jednak nasze niewinne miny , tłumaczenia niedyspozycją i zawadiackie ale i kokieteryjne uśmiechy spod naleśnikowych beretów skutecznie zadziałały .  Zmiękło serce nieustraszonego oficera na widok takich dwóch kupek nieszczęścia w ogromnych szynelach i berecikach z antenką . Udało się, darowano nam te wagary. Jednak już nie powtarzałyśmy takich numerów…ale za to było co wspominać….

 :-)

 

 

Na medycznej ścieżce. Inne przedmioty.

 

Inne przedmioty nie sprawiały problemów. Była to matematyka z elementami statystyki, fizyka , chemia ogólna. Nie musiałam uczestniczyć w zajęciach lektoratu z języka łacińskiego, bo ten przedmiot miałam w LO , a uzyskana wtedy ocena bdb, zwalniała z zajęć na uczelni. Ponieważ jednak mogłam skorzystać z  dwuletniej nauki innego, dowolnego języka- wybrałam angielski. Miałam poczucie niedosytu, bo w domu nie przywiązywano wagi do nauki języków. W szkole podstawowej i LO był obowiązkowy rosyjski, w LO dodatkowo łacina. Po latach się dziwiłam, dlaczego Rodzice nie wysyłali mnie na naukę jakiegoś dodatkowego języka. Może zmęczeni czasami wojennymi, zmuszeni do życia za tzw żelazną kurtyną , w Polsce komunistycznej, przestali wierzyć, że po latach przed młodymi otworzą się  granice.

Więc teraz sama postanowiłam wziąć  sprawę w swoje ręce i nie idąc na łatwiznę ucząc się rosyjskiego, bo takie były możliwości , wybrałam zupełnie mi obcy język – angielski. Z przejęciem wkuwałam słówka, zwroty, jakieś elementy gramatyki. Nawet nauczycielka, wielka, z pomarszczoną buzią  jak suszona śliwka Pani Pietruszanka ( cóż za wspaniała wersja nazwiska- Pietrucha) była  zadziwiona postępami i po dwóch latach zdałam egzamin na czwórkę. Jednak niewiele z tej wiedzy zostało w mojej głowie, pewnie pora wstępnej nauki była za późna. Nauka języków obcych powinna się zaczynać we wczesnym dzieciństwie. Do końca mojej , wprawdzie niewielkiej kariery zawodowej, znajomość angielskiego było moją piętą Achillesową. Być może inaczej ułożyłyby się moje losy, gdybym nie spotykała na drodze tej bariery. A może byłoby tak samo jak było, bo ponoć nasz los układa ktoś z góry. I w efekcie Ten Ktoś   ułożył mój los bardzo dobrze…

 

Na medycznej ścieżce. Histologia.

 

Jednym z ciekawych przedmiotów , które przerabialiśmy na pierwszym roku studiów była histologia. To nauka o budowie zdrowych tkanek.

Zakład Histologii mieścił się na parterze, w lewym skrzydle gmachu Anatomicum. Podręcznik w porównaniu z siedmioma tomami anatomii pod red Bochenka , był niewielki, wiedza skondensowana i przystępna.

Przygotowano dla nas preparaty mikroskopowe. I w tych szkiełkach był zaklęty dziwny, niewidzialny gołym okiem świat komórek. Komórki każdego narządu człowieka różniły się wyglądem. Np. te  w tkankach gruczołów były obładowane substancją, które produkował gruczoł. W miarę poznawania tych tajemnic, zachwycaliśmy się Wielkim Budowniczym, który stworzył takie dziwy natury i obdarował je logicznym uporządkowaniem.

Po porannych wykładach , następowała kilkugodzinna przerwa przed wieczornymi ćwiczeniami. Ten czas spędzałyśmy różnie. Na tym etapie zawsze z Moniką .Uczyłyśmy się w Palmiarnii, wdychając urzekające zapachy i nasycając udręczony nauką mózg wonnym tlenem. Czasami jechałyśmy tramwajem do wielkiego monumentalnego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej , gdzie wśród kurzu wydobywającego się z książek, wbijałyśmy łokcie w pulpity ogromnych lakierowanych stołów i zakuwałyśmy.

Przed ćwiczeniami z histologii upatrzyłyśmy sobie  inne ustronne  miejsce . Był to korytarz Zakładu Histologii. I tam w ciszy, siedząc na dużych drewnianych ławkach z wysokimi oparciami, oddychając odpowiednią atmosferą pogrążałyśmy się w lekturze podręcznika.  

Czasami przemykał niewysoki człowieczek, o którym krążyła legenda na uczelni. Był to Kazio M. , profesor, kierownik Zakładu. Zawsze się wpatrywałyśmy niedowierzająco , gdyż jak głosiła fama, pewnego dnia w ferworze badań naukowych obciął sobie jądra, by mieć świeży materiał do dociekań histologicznych. Nie wiadomo, czy to była prawda, ale zawsze widząc Pana Profesora o tym myślałyśmy. Gdy przebiegał obok nas, wstawałyśmy grzecznie, mówiąc dzień dobry. Z ręką na sercu mogę przyznać, że nasze zachowanie nie miało żadnego podtekstu. Nie miałyśmy nawet w zamyśle by podlizywać się profesorowi. Był tak roztargniony i jakby nieobecny, że nie było nawet cienia szansy, by zapamiętał te gorliwe, pracowite i grzeczne studentki.

Ale przyszedł dzień egzaminu. Najpierw asystenci rozdali nam szkiełka z preparatami. Każdy z nas zasiadł przy przydzielonym mikroskopie , miał określony czas na obejrzenie, rozpoznanie i przygotowanie się do odpowiedzi.

Potem zapraszano  nas kolejno do wielkiej Sali wykładowej, gdzie w głębi siedział maleńki człowieczek. Zbliżałyśmy się uroczyście. I powoli mogłyśmy już rozpoznać znajomą twarz profesora. Tym razem  na jego twarzy zamiast nieśmiałego uśmiechu gościła mina iście marsowa.  

Usiadłam przed stołem egzaminacyjnym i wówczas nastąpił cud. Na twarzy Profesora Kazia ukazał się wielki szeroki uśmiech. Aaa to jedna z moich gorliwych studentek.  Uśmiechnęłam się , ale w duszy siedział lęk, czy nie jest to podstęp i za chwilę łagodny prof. Kazio zamieni się w ryczącego lwa który poluje na zwierzynę szukającą protekcji. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Egzamin przebiegał w dobrym nastroju obu stron. Na zadawane pytania dotyczące obejrzanych wcześniej preparatów odpowiadałam spokojnie i pewnie. Potem jeszcze kilka pytań z całości materiału. Na wszystkie odpowiedziałam . Profesor Kazio wstał, podał  mi chłodną i wilgotną rękę i podziękował. I jeszcze dodał, że życzy dalszych sukcesów a teraz z czystym sercem stawia piątką. Wtedy nie było 6, więc ocena była maksymalnie dobra. Wybiegłam , unosząc swój czerwony indeks z  ciężko zapracowaną piątką.

W niedługą chwilę potem wyszła z sali  Monika,  równie zadowolona jak ja.  

Cieszyłyśmy się jak dzieciaki…

 

Na medycznej ścieżce. Sekcja.

Zakończyliśmy naukę o kościach zwaną osteologią. Odpytywano nas  codziennie , stawiano oceny jak w szkole . Krok po kroku zaliczałyśmy znajomość fragmentów tego układu i pojedynczych  kości.

Gdy zapowiedziano , że teraz będziemy zdobywać  wiedzę o układzie mięśniowym,  padł wreszcie ten wyraz, który lękliwie  ukrywał się w zakamarkach naszych myśli.

Jutro będą zajęcia sekcyjne .

Jednak nadszedł ten moment. Moment budzący grozę ale i ciekawość. 

Sekcja , a więc jutro mamy zobaczyć po raz pierwszy zwłoki ludzkie.

Tego dnia byliśmy jak nigdy, zjednoczeni wspólnym podniosłym nastrojem .

Zwykłe  młodzieńcze wybuchy radości , głośne rozmowy i nawoływania zostały zamknięte we własnych  czeluściach .

Do Anatomicum wchodziliśmy nieomal na palcach i rozmawialiśmy szeptem.

A tam panował bardzo intensywny zapach, znacznie silniejszy niż zwykle . Niektórzy odczuwali  mdłości, które starannie hamowali .

Otworzyły się drzwi naszej sali.

Niepewnie zaglądaliśmy z daleka , koncentrując wzrok na zwykle pustym stole sekcyjnym.

Tym razem tam  leżał człowiek. Był nagi i bezbronny.

Ciemnoczerwone i bardzo wychudzone skurczone zwłoki nie przypominały istoty ludzkiej, a raczej chudą rzeźbę , pozbawioną życiodajnych soków i pokrytą brązowo- czerwonym lakierem.  

W buchających oparach formaliny, nieśmiało , bardzo wolno , zbliżaliśmy się do stołu.

Każdy z nas miał skalpel i pęsetę. Nie używaliśmy rękawiczek, może były za drogie, może nie uważano , że są potrzebne .

I zaczęły się zajęcia. Najpierw asystent preparował  pojedyncze mięśnie, potem każdy z nas wykonywał różne zadania  sekcyjne.

Wszak już wcześniej wszystko przerobiliśmy teoretycznie, studiując podręczniki i atlasy anatomiczne, więc koncentrowaliśmy się na tej wiedzy i czynnościach, które należało wykonać.

I wtedy już odszedł nabożny lęk, zostawiając miejsce na naukowe dociekania….

Gdy opuszczaliśmy gmach anatomicum, czuliśmy się jak po chrzcie, jaki przechodzą marynarze.

Nastąpił ten wyczekiwany moment , dostąpiliśmy największej tajemnicy- spotkania ze śmiercią.

I już na pewno staliśmy się studentami AM.

 

Jednak nie wszyscy wytrzymali napięcie i kilka osób zrezygnowało ze studiów. Dobrze, że na tym etapie…

 

Na medycznej ścieżce. Anatomia

 

Na zajęcia z anatomii czekaliśmy z drżeniem serc. Krążyło tyle  opowieści o tej królowej nauk medycznych.   Opowiadano o straszliwej objętości wiedzy, którą należało pochłonąć.  Ale przede wszystkim miało nastąpić  spotkanie z ludzkimi zwłokami . Pozornie udawaliśmy , że jesteśmy odważni, temat nie był poruszany w rozmowach . Ale  każdy zadawał sobie w duchu pytanie ,  czy jestem silny , czy wytrzymam. To miał być pierwszy test na  odporność i przydatność do wykonywania tego zawodu.  I najzwyczajniej w świecie odczuwaliśmy lęk . Przecież byliśmy bardzo młodzi i większość z nas zupełnie niedawno opuściło ciepłe skrzydła mamy. 

Zajęcia odbywały się w Anatomicum.  Nieopodal  była  piękna Palmiarnia z ławkami i tam często spędzałyśmy czas pomiędzy wykładami a ćwiczeniami , ucząc się gorączkowo.

Kontrast z tym co w Anatomicum a wonną kwiatami urodą Palmiarni był kosmicznie odległy. I wreszcie któregoś dnia weszliśmy do wnętrza cuchnącego budynku , w zupełnej ciszy z powagą , jak do kościoła i z namaszczeniem rozglądaliśmy się dookoła.

Podzieleni na niewielkie 10 osobowe grupki zapełnialiśmy nasze  sale. Na środku każdej był stół sekcyjny, kamienny . Mimo , że tym razem stół  był pusty budził niepokój . Stale zerkaliśmy na ten stół. Już jego obecność stanowiła inną wartość tej sali. Nową i tajemniczą.

Pod ściana, gdzie były drzwi wejściowe były regały, a na nich poustawiano  słoje . W tych słojach , w formalinie kołysały się  płody ludzkie,  w innych spokojnie tkwiły różne narządy jak serca czy płuca .

W rogu sali  stał milczący kościotrup. …

Po chwili  wszedł asystent i zaczęły się zajęcia. Już przedtem zapoznaliśmy się z zawartością atlasu anatomicznego i musieliśmy się nauczyć  szczegółów budowy kości.

Otrzymaliśmy pojedyncze kości ludzkie , na których musieliśmy znajdować to co pokazywał atlas a więc płaszczyzny, otwory i rowki  dla przebiegających tam nerwów i naczyń. Każdy otwór, wyrostek kostny  miał swoją nazwę anatomiczną polską jak i łacińską.

Ale chyba zaczynaliśmy od czaszki. Gdy po raz pierwszy trzymałam czaszkę w dłoni , wydawało mi się , że gdzieś w oddali pobrzmiewa pytanie Hamleta : Być albo nie być…..

Po zajęciach  wypożyczono nam kości , by móc w domu utrwalać wiedzę. Wówczas nie było  sztucznych fantomów.

Nie zapomnę uczucia, gdy siedząc w tramwaju kurczowo trzymałam torbę z pudłem , w którym wiozłam te kości na bardzo dalekie osiedle Warszawskie, gdzie wynajmowałam maleńki pokoik na górze  jeszcze niewykończonego domu.

W tym mieście, w tym tramwaju i tej torbie miałam szczątki człowieka, który kiedyś się urodził, żył jak każdy i umarł , pewnie bezimiennie. Może gdzieś tam, w zakamarkach jego czaszki został ślad jego radości, smutku,. Czułam , że może nawet trzymam fragment jego duszy.

Od tej pory ten nieznany mi człowiek,  zamieszkał w moim pokoiku na poddaszu. Już nie byłam tam sama.

Ale pęd do wiedzy i przejęcie tym nowym rozdziałem w życiu zacierało lęki a wydobywało tylko chęć poznania i odkrywanie nowych dróg. A ta droga była jasno wytyczona i miała tylko jeden kierunek.- do przodu….

 

 

Na medycznej ścieżce Pierwsze zajęcia.

 

Najpierw była biologia z parazytologią w pięknym budynku Uniwersytetu Poznańskiego. Nieopodal tańczyły kolorowe fontanny , elegancko ubrani ludzie spieszyli do Opery albo Auli Uniwersyteckiej , gdzie odbywały się koncerty.

A my tłoczyliśmy się przed salą do ćwiczeń. Wszędzie panował zapach dziwny zapach. Ktoś powiedział , że to formalina. Wreszcie podzielono nas na małe podgrupki i zaprowadzono do odpowiednich pomieszczeń.

 Z ciekawością oglądaliśmy  preparaty poustawiane na regałach. W słoikach z płynem kołysały się frywolne owsiki, w innych zda się drzemał ,  zwinięty leniwie , tasiemiec uzbrojony albo nieuzbrojony. Jakieś wątroby kąpały się w innym słoju, a w nich ulokował się smakowity bąblowiec.

 Ale nie zdążyłyśmy obejrzeć wszystkich dziwów, gdy przyszedł asystent i rozpoczęły się ćwiczenia.

 Po części teoretycznej , zawsze były zajęcia praktyczne.

Otrzymałyśmy deseczki z gwoździkami , na które pan laborant serwował różne nieżyjące już zwierzątka , które musiałyśmy rozpinać na owej deseczce a potem uwalniać ich wnętrzności i preparować głębiej i dalej, aż w końcu powstawał preparat , na którym można było pokazywać i nazywać kolejno, układ pokarmowy, nerwowy, moczopłciowy etc. Najbardziej zapamiętałam preparowanie glisty ludzkiej .

 Któregoś dnia pan laborant przyniósł nam jakieś wiadra. Byłyśmy ciekawe, co w nich jest. Zajrzałyśmy. A tam się kotłowały najprawdziwsze, żywe żaby.

 I teraz następował moment , który był straszliwy dla nas i dla żab. Tak straszliwy, że wreszcie po wielu latach  zabroniono wykonywania podobnych ćwiczeń.  Otóż należało wziąć żabę za tylne łapki, uderzyć głową o kant stołu i wprowadzić nożyczki do jamy ustnej, tak, by następnie odciąć  górną część głowy. Wykonywałyśmy te polecenia, bo nie było wyjścia. Nie wiem , jakie skutki wywołałby nasz protest.

Potem już nieżywą żabę rozpinałyśmy na deseczce, przypinając gwoździkami łapki oraz dwie połowy rozpłatanego brzuszka…….

Zajęcia z tego przedmiotu zakończyły się po 1 semestrze i egzamin z biologii był pierwszym egzaminem na tej uczelni. Postrach Zakładu, profesor Gerwel okazał się  zupełnie normalnym człowiekiem, może tylko ja go tak odebrałam. Zdałam na 4, co było notą nieczęsto spotykaną …