Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- Andrzej.

Andrzej

 

Dr Andrzej Pelc był przystojnym mężczyzną. Miał czarną czuprynę i błyszczące niebezpiecznie oczy.

Nic dziwnego, że któregoś dnia wydarzyła się pewna historia której był adresatem. Po pewnym czasie wszystko nam opowiedział.

 Otóż matka leczonego przez Andrzeja niemowlaka nagle zapałała do tego lekarza burzliwym uczuciem. Tak dalece  prześladowała go swoją adoracją, że w końcu doszła do wniosku, iż on jest ojcem jej dziecka. Biedny Andrzej wywijał się jak mógł, by jej nie spotykać, ale nie było to możliwe, gdyż dziecko jeszcze wymagało hospitalizacji .

 Sytuacja od początku wydawała się rodem ze szpitala psychiatrycznego.

Na szczęście któregoś dnia przyszedł mąż tej kobiety i wyjaśnił, że niedawno sama przestała  brać leki z powodu rozpoznanego wcześniej schorzenia i we wzbudzonym nawrotem choroby  manifestującej się niespodziewanym szałem  miłosnym  ponownie trafiła do swojego oddziału i teraz on będzie się informował o stanie zdrowia dziecka. Zresztą wkrótce przybył ze swoją mamą i zabrali zdrowe już dziecię do domu.

Oj, niewesoła to była historia i w tym wszystkim biedny , skołowany Andrzej.

Mam nadzieję, że był to jedyny taki przypadek w jego życiu zawodowym.

Ale nie można było wykluczyć powtórki, bo powszechnie było wiadomo, że mężczyźni lekarze, a szczególnie pediatrzy bywali obiektem westchnień mamusiek ich małych pacjentów. ..

 

Na medycznej ścieżce. Szpital -Sienna- klub na korytarzu.

Klub na korytarzu

 

W czasie przerwy kawowej z reguły rzadko schodziliśmy do wspólnej dyżurki na parter. Panował tutaj zwyczaj przesiadywania na korytarzu, gdzie było wyniesiony stolik i kilka krzeseł, więc czuliśmy się tam jakby w miniklubie. Przypominam, że były to zgrzebne czasy drugiej połowy lat 70 ubiegłego wieku i tylko nasza wyobraźnia ubierała różne surowe wnętrza. Tak więc i tym razem wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy co najmniej w kawiarni Hotelu Europejskiego. Tym bardziej, że rozmowy były fajne, luźne i człek czuł się tam swobodnie. Nie było zwyczaju omawiania w porze kawowej pacjentów ani zwyczaju poruszania spraw służbowych. Po prostu fajny 30 minutowy luz…

Dr Truchanowicz opowiadała o swojej młodości. O tym, ze wyszła za mąż za wspaniałego człowieka- wdowca z dwiema córkami. Młodsza córeczka tego pana zakochała się z wzajemnością w swojej pani doktor, którą była właśnie dr Zofia. Ta miłość udzieliła się jej ojcu i postanowili się pobrać. Było to bardzo czułe i troskliwe stadło. Mieli jedynie problem ze starszą córką, która nie akceptowała macochy. Sprawiała im sporo kłopotów, ale gdy dorosła i wyszła za mąż, sytuacja zmieniła się diametralnie. Nagle wróciła do domu, była dobrą kochającą miłą córką i miała świetny kontakt z macochą. Ta opowieść do mnie powracała, gdy miałam kłopoty z moją pierworodną i była dla mnie optymistycznym pocieszeniem….

Z Panią dr Truchanowicz wiąże się jeszcze jedna Jej śmieszna opowieść. Gdy nadchodziła późno jesienna i zimowa pora Pani Doktor przybywała w swoim nieśmiertelnym, zupełnie przyzwoitym  paltocie. Zawsze komentowała swój wygląd, oświadczając, że znowu nikt się nie włamał do jej mieszkania i nie wyniósł tego płaszcza. Bowiem marzy o tym by nagle zniknęło gdyż inaczej nie potrafi się z nim rozstać…

 

Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- oddziały biegunkowe.

Oddziały biegunkowe

 

Na szczęście nie musiałam jeszcze osiadać na nudnych dla mnie żółtaczkach.

Miałam przed sobą jeszcze kilka miesięcy pracy w oddziałach biegunkowych.

Tutaj królowała zawsze uśmiechnięta, duża i kordialna dr Zofia Truchanowicz. To ona zastępowała dyrektora, wówczas, gdy spięta i przejęta po raz pierwszy zgłosiłam się na Sienną, w odpowiedzi na gazetowy  anons o konkursie na stanowisko młodszego asystenta. Polubiłyśmy się wtedy od pierwszego wejrzenia i chyba ona zdecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Nie jestem pewna, czy surowa dr Oziemska podjęłaby sama taką decyzję.

Tak więc teraz znalazłam się pod skrzydłami dr Zosi.

Oddziały biegunkowe były właściwie dwa. W jednym skrzydle pracował dr Andrzej Pelc, Marysia Gajda i lekarz, który się szkolił. W tym wypadku ja. Po drugiej stronie pracowała  dr Alicja Wiśniewska. Ciemnooka, ciemnowłosa, niejednokrotnie z eleganckim cienkim papierosem była wzorem opanowania. Podziwiałam ją, że po dyżurach udawała się do kosmetyczki, gdzie podobno znakomicie odpoczywała. Miała już dwie prawie dorosłe córki, więc pewnie też mniej pracy w domu. Tak myślałam, gnając do mojej czerdaki i wiecznie rozbałaganionego mieszkania. Ale nawiasem mówiąc, nie chodziłam na żadne zabiegi kosmetyczne, bo najzwyczajniej  tego nie lubiłam.

Druga lekarka z tej części oddziału to Maria Chmielewska- Jakubowicz, nazywana tutaj Basią.  Była żywiołowa, miewała różne humory. Ale zawsze mnie ciekawiły Jej opowiadania o esperanto. Znała ten język, dzięki temu miała wielu znajomych na świecie, których czasami odwiedzała. Ciekawa to kobieta myślałam, a tymczasem polubiłam jej sposób noszenia biżuterii, który do dzisiaj naśladuję. Otóż na jednym palcu gromadziła różne pierścionki, zresztą fajnie dobrane.

Zapomniałabym o dr Krystynie  Kołodziejczyk. Spokojna, zrównoważona, czasami smutnawa, potrafiła się ładnie uśmiechnąć a jak trzeba ochrzanić. Raz mi się to zdarzyło, miała rację i potrafiła zwrócić mi natychmiast uwagę. Wiem, że uwielbiała narty i zimą zawsze znikała na tydzień lub dwa. Widywałam ją po powrocie, zdarzało się wcale nierzadko, że siedziała przy swoim biurku z wyciągniętą pięknie zagipsowaną nogą.

Oczekiwaliśmy jej powrotu z gór usiłując zgadnąć, czy tym razem wróci cało…

Wiem, że miała syna i urodził jej się wnuk, który otrzymał imię Bolesław. Fajne imię, szczególnie w tamtych czasach, odważne.

Myślę, że jego rodzice mogli być ciekawymi ludźmi, z  fantazją.

 

Na medycznej ścieżce. Szpital im.Dzieci Warszawy,ul. Sienna /Śliska

Przymusowe  rozstanie z Oddziałem Neuroinfekcji

 

Po trzech miesiącach niestety zakończyłam zaplanowany okres szkolenia w Oddziale Neuroinfekcji.

Polubiłam jego specyfikę , dynamikę i ludzi, którzy tutaj pracowali. Czułam się tutaj jak ryba w wodzie.

Już nigdy potem nie doświadczyłam takiego żaru, zaangażowania i młodzieńczego entuzjazmu, nie było już takich zachwytów i emocji.

Pozostało jedynie  co najwyżej zaciekawienie trochę ubarwione poczuciem, że robię coś ważnego dla chorych dzieci.

To miejsce w szpitalu było  w pewnym sensie elitarne, gdyż z uwagi na problematykę i poziom wiedzy tylko tutaj  odbywali staże do specjalizacji z pediatrii i neurologii lekarze z innych szpitali.

Tak więc pozostanie tutaj było wyróżnieniem , jednak ja nie miałam szans, gdyż obowiązywały sztywne zasady. Jak już pisałam, od początku  byłam przydzielona  do żółtaczek

Opuszczałam więc mój wymarzony, ale nieosiągalny Oddział Neuroinfekcji z żalem, niechęcią i prawie łzami.

Chyba coś we mnie zostało z tego  zauroczenia problemami neurologicznymi a właściwie neuroinfekcyjnymi.

Chyba miałam w sobie jakieś  geny ułatwiające tę fascynację i przekazałam dziecku a może tylko mój mały syn właśnie wtedy  zaraził się moją pasją, gdy opowiadałam w domu  o specyfice tego oddziału . Bo lubił słuchać. Nie wiem.  Fakt jednak był taki, że po latach po ukończeniu studiów medycznych,  zupełnie dla mnie niespodziewanie , został neurochirurgiem.

Była to ponoć jego wymarzona specjalizacja, zadziwiająco  pokrewna  tej, która była moją niespełnioną miłością….

 

Na medycznej ścieżce. O Hani Peńsko- Zawadzkiej.

O Hani Peńsko- Zawadzkiej

 

Koleżanka z Siennej, którą bardzo polubiłam, ciepła i miła Hania była bardzo opiekuńcza, a ponieważ w tym okresie jeszcze nie założyła swojej rodziny, miała mnóstwo dzieci chrzestnych.

Gdy urodziłam najmłodsze dziecko, Paulinę, też wybrałam Hanię na Mamę chrzestną .

Sądząc po zakłopotanej minie, nie była tym uszczęśliwiona, ale zgodziła się od razu.

Kiedyś miałyśmy razem dyżur, i Hania mi się zwierzyła, że zapisała się na Rajd Świętokrzyski, lubiła takie łazęgi. Był początek maja, jeszcze zimno na dworze i nie miała ochoty tam się wybrać. Przekonywałam jak umiałam, i wreszcie dała się namówić.

Gdy wróciła, była rozpromieniona i zmieniona.

Od razu wyczułam, że coś tam się wydarzyło.

Okazało się, że na tym rajdzie, w kieleckim poznała chłopaka, Zygmunta, którego nigdy tutaj nie spotkała, mimo, że w Warszawie mieszkali niedaleko.

Wkrótce wzięli ślub, który odbył się wczesną jesienią w magicznej atmosferze podwarszawskich Lasek. Chyba była związana z siostrami, które prowadziły tam Ośrodek  dla Dzieci Ociemniałych, być może jeszcze przez rodziców, bo po Powstaniu Warszawskim chroniły wielu uciekinierów z miasta.

Był i chyba jest tam jeszcze cudny maleńki, czarniawy, modrzewiowy kościółek.

O tej porze roku był cały spowity jasno błękitnym kwieciem  klematisów.

Hania była ubrana w stylu ludowym, zapamiętałam ogromną, kolorową chustę w kwiaty na jej ramionach.

Byli piękną i bardzo zakochaną parą. Hania od tej pory nosiła nazwisko męża- Zawadzka. Potem czasami bywali u nas w domu ze swoją córką Kingą.

Gdy rodziłam czwarte dziecko, najstarsza- Justyna miała 10 lat i ropień piersi. Hania zajęła się nią jak córką, była przy niej w nocy, gdy była po zabiegu w Szpitalu Chirurgicznym, w tzw. Omedze, której już nie ma. Dzięki temu mogłam być spokojna o losy najstarszej.

 Gdy z kolei w 5 roku życia, ciężko zachorowała Paulina, i leżała w CZD, też poprosiłam Hanię na pomoc. Zorganizowała konsultacje u dr Oziemskiej z Siennej, bo obraz choroby Pauliny był niejasny.

Tak, Hania zawsze była przy mnie w najtrudniejszych moich momentach, zawsze mogłam na nią liczyć.

Potem nasze kontakty się rozluźniły, miałyśmy swoje problemy rodzinne i niewiele czasu na spotkania.

Ale wiedziałam, że wystarczy mój telefon i będzie przy mnie Hania.

 

Po latach się dowiedziałam, gdy już dawno nie pracowałam na Siennej, że Hania długo chorowała i odeszła….jaki los jest niesprawiedliwy, że zabiera nam przedwcześnie tak wspaniałych ludzi….

Na medycznej ścieżce. Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji…

Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji

 

Doskonale pamiętam nasz gabinet w Oddziale Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej, w którym pracowałam od 1975-1981 roku.

Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rezydowałyśmy tam wszystkie.

Pod oknem siedziała piękna i eteryczna blondynka o wielkiej sile charakteru – dr Romualda Szlachetko. To ona, w tych trudnych warunkach, gdzie tyle się działo, dziergała doktorat. Promotorem była Prof. Niżnikowska z Dziekanowa, bo nasz szpital nie miał uprawnień do prowadzenia doktorantów.

 Nie zapomnę, jak sumiennie siedziała za biurkiem prowadząc starannie historie choroby pacjentów, uciszając nas , gdy chciałyśmy pogadać .Potem znikała w miniaturowej szatni, gdzie zgromadziła mnóstwo historii chorób wypisanych już pacjentów i na ich podstawie opracowywała materiał kliniczny swojego doktoratu. Jej męża , nazywaliśmy docentem od tulipanów, bo pracował naukowo w jakimś Instytucie , prawdopodobnie przedmiotem jego badań były właśnie tulipany. Szkoda, że nie dowiedziałam się szczegółów tej pracy, bo na pewno była ciekawa.

Na  wprost niej rezydowała  dr Zosia Madejczyk, o której już dużo napisałam,  a  po lewej , bliżej  wejścia Hania Peńsko.

O Hani opowiem niebawem, bo była dla mnie bardzo ważna. Spokojna, wrażliwa bardzo zaangażowana w życie i zdrowie pacjentów, pedantyczna,  była dla mnie wsparciem nie tylko w pracy ale i w domu.

   A naszym gabinecie , tuż obok drzwi rezydowała Anula Ipnarska. O niej napisałam całe tomy wspomnień. 

Ja siedziałam tyłem do wszystkich, kątem oka mogłam obserwować śliczną zapracowaną dr Romę, z drugiej strony widziałam wejście do gabinetu a na wprost było biurko, które czasami zajmowała  uwielbiana przez nas dr Czachorowska. Wprawdzie miała swój gabinet, ale bywała z nami na porannym omawianiu dzieci i czasami później.

Wszystkie miałyśmy służbowe czarne wełniane peleryny na pięknej kraciastej barwnej podszewce.

Były potrzebne w czasie dyżurów, gdyż wędrówka do Izby Przyjęć , zwłaszcza nocą i w kopnym śniegu powodowała szczękanie zębów. A dodatkowo były naprawdę twarzowe i malownicze.

Wyjątkowo ładnie wyglądała w swojej pelerynie  dr Roma, gdyż wielokrotnie w zimnawym gabinecie, siedząc pod wielkim i nieszczelnym oknem, marzła. Zawijała się w nią uroczo i przypominała piękną bohaterkę jakiś romantycznych filmów.

 

Na medycznej ścieżce. Niezwykła kobieta , lekarz i szef – Dr Czachorowska

Po niewielkiej przerwie spowodowanej wycieczką do Uniejowa wracam do opowieści o mojej medycznej ścieżce .

Od 1975 roku  pracuję w nieistniejącym już Szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul. Siennej / Śliskiej. Tutaj uczę się pediatrii, zachwycam wiedzą i wielką klasą pracujących tu od dawna lekarzy….

 

 

Raz jeszcze o doktor Czachorowskiej.

 

Dr Czachorowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji,  była dla mnie idolem , wzorem lekarza, nieograniczonej wiedzy, mądrości i doświadczenia. Budziła respekt i  szacunek . A równocześnie była ciepłą emanującą czarem i radością kobietą .

Poznałam Ją jako przystojną  zadbaną blondynkę o ślicznych ciemnych , czasami bardzo poważnych oczach . Ale bywało, że zapalały się w nich żartobliwe ogniki  albo zwykłe matczyne ciepło.

Opowiadano mi, że po jakiś problemach życiowych bardzo szybko się pozbierała, diametralnie zmieniła swój, jak to się teraz mówi, image , rozkwitała w ramionach swojego wybrańca,  który ją często odwiedzał , czekał pod szpitalem by odwieźć do domu. Miała dwoje dzieci, które pędziły ciekawe, mądre i zaangażowane zawodowo życie.

Bez Niej Sienna nie miałaby takiego kolorytu, Ona była ozdobą tego szpitala, dumą i nadawała mu niepowtarzalny klimat.

Nie miała zwyczaju zwracania uwagi lekarzom w obecności innych, gdy zauważyła jakiś błąd. Robiła to dyskretnie, zapraszała do swojego gabinetu i pouczała. Doświadczyłam tego kilka razy i byłam wdzięczna, że tak to się odbywa. Nigdy nie obmawiała nikogo kto właśnie   wyszedł z gabinetu, jak to widziałam później . Potrafiła wywalić prawdę prosto w cztery oczy . Marzyłam by pracować w Jej oddziale, ale były to marzenia nierealne. …

 

Na medycznej ścieżce. Nie wolno tracić nadziei.

 

W tym szpitalu nauczyłam się też jednego.

Nie należy nigdy myśleć, że choroba jest beznadziejna, bo zdarzają się nieomal cuda.

Przykładem była maleńka, kilkumiesięczna wtedy dziewczynka Klaudia K. ( doskonale pamiętam nazwisko, ale oczywiście celowo nie podaję).

 Cierpiała na tzw. zespół Westa, który manifestował się napadem skłonów. Wyglądało to dramatycznie. Spokojnie leżące dziecko, a nawet śpiące, w napadzie nagle zupełnie unosiło tułów i przyginało go do nóżek. Potem znowu opadało do poprzedniej, leżącej pozycji. Potem następował kolejny skłon. Powtarzało się to rytmicznie, kilkakrotnie w czasie kilku minut. Dziecko było wyczerpane, słabiutkie, było bardzo opóźnione w rozwoju  psychoruchowym.   Nie było skutecznych leków na to schorzenie a i napad trudno było przerwać typowymi lekami przeciwpadaczkowymi.

W tej sytuacji konieczna była diagnostyka centralnego układu nerwowego. Jak już pisałam poprzednio w tych czasach, tj. późnych latach 70 ubiegłego wieku nie było USG, tomografii komputerowej , nie mówiąc o rezonansie.

Jedynym badaniem, w którym można było uwidocznić struktury mózgu i przestrzeni płynowych była odma czaszkowa.

Już wspominałam o tej technice, ale powtórzę w tym miejscu. Należało wykonać nakłucie lędźwiowe, upuścić sporo płynu mózgowo- rdzeniowego a następnie podać taką samą objętość powietrza. Dalszy etap należał do siostry oddziałowej, która umiała jak nikt w tym szpitalu tak kołysać dziecko, by powietrze dostało się do komór bocznych mózgu . Potem wykonywano zwykłe zdjęcie rentgenowskie czaszki na którym powietrze uwidaczniało te przestrzenie, gdzie się dostało. Oczywiście przy prawidłowej budowie mózgu i komór bocznych obraz był jednoznaczny, taki jak w atlasach anatomicznych.

U maleńkiej Klaudii takie badanie wykonywałam po raz pierwszy w życiu, oczywiście pod nadzorem pani Ordynator.

Wszystko się udało.

Niestety obraz uwidoczniony na podstawie tego badania był przerażający. Ta dziewczynka miała bardzo poszerzone i nieregularne przestrzenie płynowe i zniszczone znaczne partie  mózgu . Obraz był jednoznaczny na tyle, że opadły mi ręce.

Wydawało się, że w tej sytuacji nic i nikt nie pomoże temu dziecku.

Bardzo to przeżywałam, dziewczynka została wypisana do domu i od tej pory obraz tego biednego dziecka zatonął w powodzi innych wydarzeń.

Po kilku – chyba trzech latach , jak zwykle  rano wchodziłam do oddziału.

Zobaczyłam dr Czachorowską, która na korytarzu rozmawiała z jakąś panią a obok podskakiwała radośnie pięknie rozwinięta dziewczynka. Mogła być pokazywana na okładkach czasopism dla dzieci jako okaz zdrowego malucha.

Pani dr Czachorowska mnie zatrzymała i zapytała czy pamiętam Klaudię K. Odparłam, że nigdy nie zapomnę. A Ona na to z uśmiechem- właśnie to jest ta sama Klaudia.

Zatkało mnie na moment, ale przytomnie oznajmiłam, że super, że bardzo się cieszę i jaka fajna z niej wyrosła dziewczyna ….

Od tej pory uwierzyłam, że w medycynie zdarzają się cuda. I że nigdy nie należy ferować ostatecznych wniosków.

Po latach , gdy już pracowałam u Pani Prof. Wyszyńskiej w CZD spotkałam się też z jej podobnym spojrzeniem.

Zawsze podkreślała, że nawet najbardziej chorym pacjentom nie należy mówić, że nie mają szans. ….

Bo nie można przewidzieć jak zadziała ręka losu…

Na medycznej ścieżce. Anula zostaje asystentem w CZD…

Plamy, plamy i nasza pedantyczna dyrektor

 

Anula wypiła z nami kawę, która zostawiła świeżą plameczkę na barwnej mozaice nad biustem jednolitej pierwotnie sukni.

Wstała, wystawiając zalotnie bardzo ładne nogi, tym razem obute w nowe czółenka, takie lekkie buty  wyjściowe , charakterystycznym ruchem wygładziła suknię  i ruszyła do boju….

 

Byliśmy ciekawi jak wygląda ta rozmowa z naszą kostyczną zasadniczą  i pedantyczną panią dyrektor. Nie zazdrościliśmy Anuli tego spotkania. Długo trwało i w końcu mieliśmy wątpliwości rezultatu . Ale kamień spadł nam z serca, bo

po godzinie a może dwóch  Anulka zadzwoniła do nas z portierni i beztrosko lecz poważnym nieco przejętym ale nobliwym tonem, poinformowała nas że już jest po rozmowie z Panią Profesor i od pierwszego podejmuje pracę w CZD.

Tak, Anula roztaczała wokół jakiś czar, emanowała inteligencją i przewrotną błyskotliwością umysłu. Ona po prostu zniewoliła naszą panią dyrektor…

Spotykałam ją potem czasami, gdy gnała korytarzami CZD, zawsze zaangażowana, w naszym lekarskim turkusowym i była szczęśliwa. Uwielbiali ją mali pacjenci i personel tego oddziału.

Czasami wracałyśmy razem autobusem do Dworca Centralnego. Ona miała stamtąd  jeszcze co najmniej godzinę jazdy kolejką WKD, ale nie narzekała. Opowiadała, że warto spędzać 4 godziny dziennie w podróży do i z pracy, by się znaleźć wieczorem w zapachach ogrodów Podkowy…

Potem odeszła na emeryturę.

Gdy ja też już wyszłam na wolność i zamieszkałam w Michałowicach, spotkałam się z Anulą, zaprosiłam do naszego domu.

Przybyła wytworna, wyszczuplona, świetnie ubrana w nowiutkie , jak spod igły  , nieskazitelnie czyste ciuchy  i jak zwykle radosna….

Na medycznej ścieżce. Anula i epikryzy.

Anula i epikryzy

 

 Zastanawiałam się w duchu nad tym, dlaczego dr Czachorowska protegowała Anulę do pracy w klinice Rehabilitacji  CZD.  Myślę, chyba dr Czachorowska chciała dać szansę Anuli, by spełniała się jako lekarz przywracający chorym dzieciom nadzieję na dobre życie. W naszych oddziałach pobyt trwał zwykle krótko , wykonywano potrzebne zabiegi, leczono, ale potem wracały do domów lub właśnie przebywały w oddziałach rehabilitacji.

Anula była niestrudzona w ostrych akcjach, w opiekowaniu się chorymi dziećmi, spędzała przy ich łóżkach cały wolny czas, ale nie znosiła pracy papierowej . Do nich należało pisanie i wklejanie do historii chorób epikryz.

Dobrze zapamiętałam z okresu, gdy pracowałam na Siennej biurko Anuli i jej kąt w maleńkiej wspólnej szatni. Z każdego miejsca, wysypywały się teczki z historiami chorób dzieci wypisanych do domu. 

W tym szpitalu  panował zwyczaj, który wg mnie  nie należał do właściwych. Po zakończeniu leczenia, dziecko wychodzące do domu otrzymywało lakoniczną kartę wypisową, w której nie było informacji o przebiegu choroby , czyli tzw. epikryzy.

Nie wiem, czy chodziło o zachowanie tajemnicy lekarskiej, do tej pory nie rozumiem. Ale tak było. Epikryzę pisało się już dopiero potem. Należało to wykonywać na bieżąco, by uniknąć spiętrzenia pracy.

Jednak w nawale codziennych zajęć , zwykle odkładałyśmy to na później. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, jakieś godziny nocne w czasie dyżurów.

Pisało się na maszynie, wycinało i wklejało do historii choroby, która wędrowała na biurko pani ordynator a dopiero po jej akceptacji do archiwum. Nie zapomnę, jakie miałam trudności z ułożeniem krótkiego rzeczowego opisu choroby. Właściwie nigdy nie pisałam w ten sposób. Zawsze moje teksty były zbyt kwieciste, ubrane w niepotrzebne czasem słowa i widać było wysiłki piszącej, by oddawać atmosferę zdarzenia. Pani dr Czachorowska spędzała ze mną sporo czasu, by to wszystko uporządkować, ułożyć a przede wszystkim streścić tak, by były tam tylko suche fakty. Potem już jakoś poszło i byłam dumna z siebie, gdy akceptowała moje epikryzy bez poprawek. Te nauki bardzo mi się przydały w późniejszej pracy, w CZD, gdzie napisałam sporo prac naukowych wykorzystując ten lapidarny styl, którego nauczyła mnie dr Czachorowska.

Można się łatwo domyślić, że Anula po prostu się nie wyrabiała z pisaniem epikryz na bieżąco. Ukrywała te historie choroby w głębi biurka, wysypywały się z szuflad, były utknięte a jakiś kątach i mimo upomnień, próśb , a nawet podejmowanych prób przez panią ordynator wspólnego z nią pisania tych epikryz, Anula twardo wybierała ciekawsze zajęcia szpitalne.

Gdy dr Czachorowska zdecydowała się na oddanie ulubionej asystentki w ręce prof. Goncarzewicz, dyrektora CZD, chyba umożliwiła jej realizację tego co Anula kochała najbardziej….tam  prace biurowe w tamtych czasach wykonywały sekretarki, a lekarze leczyli….i mogli spędzać więcej czasu przy łóżku chorego co było ich właściwym powołaniem ….