Na medycznej ścieżce. Historia szpitala przy Siennej / Śliskiej…

 

Wiedziałam, że historia mojego pierwszego szpitala była niezwykła .

Ale dopiero później dowiedziałam się o jej szczegółach.

Chociaż do tej pory mam niedosyt wiedzy na ten temat. Szukam jakiś wspomnień, czy innych dawnych śladów, ale jak na razie bezskutecznie. Odeszli ci, którzy mogli powiedzieć najwięcej, dym ich ciał wchłonęły bezkresne międzygwiezdne przestrzenie, tamtych Żydów już nie ma…..

Piszę więc to, co znalazłam w Wikipedii.

Szpital Dziecięcy Bersohnów i Baumanów w Warszawie przy ul. Siennej 60, był w latach 1878- 1942 żydowską placówką medyczną .

W latach 70 XIX wieku powstał pomysł, by wybudować taką placówkę dla biednych dzieci żydowskich.

W 1873 roku dwie bogate rodziny : Majer i Chaja Bersohn oraz Salomon Bauman zakupiły teren pod budowę szpitala. Był on położony pomiędzy dwoma równoległymi ulicami: Sienna i Śliską- stąd podawany jest podwójny adres- Śliska 51 albo Sienna 60.

Całość zabudowy zaprojektował Artur Goebel .

W latach 1876- 1878 powstał ten urodziwy kompleks szpitalny.

Podczas I wojny światowej uległy zmianie zasady zapisów testamentowych , ograniczono możliwość sponsorowania i sytuacja finansowa szpitala zmieniła się dramatycznie.

W rezultacie , w roku 1923 szpital został zamknięty.

Walką o ponowne jego uruchomienie podjęła lekarka Anna Braude- Hellerowi.

Dzięki niej Zarząd Fundacji Bershonów i Baumanów przekazał te zabudowania szpitalne Towarzystwu Przyjaciół Dzieci.

W szybkim czasie rozbudowano kompleks szpitalny w oparciu o finanse gminy żydowskie oraz organizacji Joint.

Podczas II wojny światowej szpital ocalał.

W 1940 roku znalazł się w granicach getta warszawskiego.

Gdy ograniczono tereny getta, w sierpniu 1942 roku, szpital wraz z pacjentami przeniesiono do budynku znajdującego się na rogu ulic Leszno i Żelazna. Jednak trzy dni później nagle Niemcy zlikwidowali  ten szpital a cały personel i chorych wywieźli  do Treblinki.

    Jeszcze w czasach wojny, w opuszczonych zabudowaniach szpitala przy Siennej, ulokowano Klinikę Dziecięcą, która działała do czasów Powstania Warszawskiego.

Od  sierpnia do października 1944 roku szpital był jedyną profesjonalną placówką medyczną w centrum Warszawy.

    Po wojnie, w okresie 1946-1952 na terenie szpitala mieściła się siedziba Centralnego Komitetu Żydów Polskich.

Potem powrócono do idei szpitala w tym miejscu i hospitalizowano tutaj dzieci chore zakaźnie.

Placówce nadano piękną, pełną wyrazu nazwę: Szpital im. Dzieci Warszawy. 

Byłam dumna, że  mogę pracować w szpitalu tak pięknie refleksyjnie nazwanym.

Byłam świadkiem uroczystych obchodów 100 lecia szpitala.

Później, już po moim odejściu , 20 kwietnia 2001 roku na ścianie budynku ulokowano tablicę pamiątkową poświęconą pamięci Anny Braude-Hellerowej, lekarza i w latach 1930-1942 dyrektora szpitala.

 

Na medycznej ścieżce. Jestem dumna, że pracuję w takim zespole.

Oddział neuroinfekcji, którego ordynatorem przed rokiem 1968 była wspomniana dr Gecow,   zachował  bardzo dobrą szkołę pediatryczną.

Pani doktor Monika Czachorowska godnie pielęgnowała tradycje. Jak już kiedyś pisałam, była urocza ciepła, matczyna nieomal, ale twardą ręką prowadziła swój zespół  . 

 Jeszcze w latach, kiedy tam zaczynałam pracę, tj. w 1975 roku był on jedynym w Warszawie , w którym odbywali obowiązkowe szkolenia lekarze specjalizujący się w pediatrii i neurologii.

Opinia o fachowości ludzi tutaj pracujących  utrzymywała się przez długie lata nawet w Klinikach Akademii Medycznej .

Nie zapomnę  pewnego telefonu od lekarza z Kliniki Pediatrycznej, który prosił o przyjęcie dziecka, uzasadniając to słowami- bo u nas nie ma neurologa.

A po drugiej stronie łącza siedziałam ja, młody lekarz bez specjalizacji. Oczywiście wspierał mnie na dyżurze doświadczony lekarz tego szpitala, który jednak też nie posiadał specjalizacji z neurologii. Ale wiedzę to on miał ogromną i doświadczenie wielkie . Wszyscy lekarze tego szpitala byli starannie przygotowani praktycznie do wykonywanej tutaj pracy, potrafili pięknie przeprowadzać badanie neurologiczne, wyciągać z niego odpowiednie wnioski i wkrótce tego samego nauczyli nas, młodych.

Zawsze na prośbę lekarzy z innych szpitali przyjmowaliśmy od nich pacjentów…

Na medycznej ścieżce. „Żyd, wieczny tułacz.”..

Po tej przydługiej dygresji wracam do mojego szpitala przy ul . Siennej a właściwie Śliskiej, która z północnej strony przylegała do szpitala.

Lekarze- Żydzi w roku 1968 opuścili Polskę. Wyjeżdżali z Dworca Gdańskiego, zwykle z uczuciami wygnańców, nierzadko lały się łzy i zawsze były rozpaczliwe pożegnania z pozostającymi tutaj kolegami, którzy tłumnie przybywali na Dworzec by odprowadzić zaprzyjaźnionych przed ich drogą w nieznane.

Część z nich znalazło się w Izraelu, ale większość lekarzy wyjechało na Zachód- lekarze z Siennej do Szwajcarii. Tam się szybko zagnieździli  i wkrótce nawiązywali kontakt z przyjaciółmi z Polski.

Tutaj pozostawili swoje duchy, mądrość i wiedzę medyczną.

     Z niejakim sarkazmem opowiadano, że ordynator oddziału neuroinfekcji , dr Gecow , przed pamiętnym rokiem 1968, często urządzała  przyjęcia w swoim przepięknym mieszkaniu w Warszawie przy ul. Brzozowej. Ta uliczka jest położona na wysokim zboczu Skarpy Wiślanej, okala Stare Miasto i z okien położonych tam domów pięknie widać Wisłę i leżącą poza nią Pragę.

W czasie przyjęć właścicielka mieszkania otwierała szeroko okna i zapraszała wszystkich by podziwiali widok i wdychali zapach rzeki.

Była nawet w pewnym stopniu egzaltowana w swoich zachwytach .

Gdy znalazła się nad jeziorem di Como, w Szwajcarii, takie same zachwyty nad tą nową okolicą przekazywała w listach do koleżanek.

Teraz one opowiadały o tym, jak łatwo było Żydom,  wszędzie się adaptować . Ich sarkazm właśnie z tego wynikał. Żadnych sentymentów do przeszłości, tęsknot.

Ale może wcale tak nie było, może one wszystkiego nie wiedziały. ….

Na medycznej ścieżce. Zasady szpitalne w tamtych latach.

W opowieściach lekarzy zachowały się wspomnienia o dawnych lekarzach, którzy tam pracowali.

Do nich należał Janusz Korczak, a po wojnie zespół był złożony przeważnie z ocalałych Żydów.

Byli bardzo wykształconymi lekarzami. Przeważnie kończyli  studia w Paryżu albo Berlinie. Wprowadzili tutaj niebywały reżim sanitarny, surowe obyczaje dotyczące zasad kontaktowania się z pacjentami i ich rodzicami.

W obecnych czasach jest to niewyobrażalne, by zabierać dziecko od rodziców w czasie badania w Izbie Przyjęć i zamykania bez rodziców w oddziale. Wielokrotnie widywałam rodziców, którzy stali na ulicy Siennej, pod Szpitalem i wpatrywali się w zakratowane okna, za którymi cierpiały ich dzieci.

Ale wówczas wydawało się to koniecznością i nie budziło nawet oporu. Jednak widok był przejmujący.

O dziwo, dzieci odłączone od rodziców zachowywały się nieprawdopodobnie dojrzale. Pewnie zamykały się w sobie, po wstępnych płaczach i rozpaczy były spokojne, opanowane i nawet radosne.

Jaka była cena takich reakcji, jakie następstwa w późniejszym życiu, pomyślano dopiero po wielu latach , i w efekcie  w późnych latach 80 ubiegłego wieku przełamano dawne zasady i dopuszczono rodziców do opiekowania się w szpitalu swoimi dziećmi i towarzyszenia im w czasie wszystkich nieomal zabiegów. Wówczas już pracowałam w Centrum Zdrowia Dziecka i początkowo budziło to niechęć personelu. Tym bardziej, że wobec różnych zachowań rodziców, tłumnie rezydujących w stosunkowo niewielkich salach szpitalnych, zdawało się, że wywołana sytuacja sanitarna jest istotnym zagrożeniem dla szpitala i chorych. W ogólnym chaosie pielęgniarki nie zawsze potrafiły opanować wielokrotnie rozhisteryzowanych rodziców, nie dawało się kontrolować ich działań, jak chociażby karmienie dzieci posiłkami przywożonymi z domu, które nie zawsze nadawały się jako dieta chorych dzieci. Zaniedbywano pewne zabiegi pielęgnacyjne, zdając się na działania nieporadnych często rodziców. Ale powoli sytuacja się normalizowała. Pielęgniarki nauczyły się współpracy z rodzicami, dyskretnego ich kontrolowania i panowały nad sytuacją.

 

Na medycznej ścieżce. Duchy szpitalne.

Zawsze gdy wchodziłam do tego szpitala czułam duchy, które tam kiedyś zamieszkały. Nasilało się to uczucie w czasie dyżurów, kiedy szpital był jakby uśpiony a może tylko zamyślony.  Za szczelnymi drzwiami oddziałów zamknięte były bolesne traumatyczne przeżycia chorych dzieci. Wtedy wielkie puste ciemnawe korytarze , wysokie schody widoczne z holu, wijące się wzdłuż przeszkolonego wysokiego wykuszu wypełniały się dawnymi cieniami ludzi, którzy tutaj pracowali , pacjentów zdrowiejących albo odchodzących w tym miejscu w  zaświaty.

Szpital był położony na terenach gdzie było getto , miał burzliwą historię i tutaj zamknięto  wiele łez i cierpień małych pacjentów i ich rodziców.

Każdy z lekarzy tam pracujących, czy pielęgniarek też zostawił tam swój ślad. Przetrwały o nich różne humorystyczne opowieści, pozostały zwyczaje medyczne i świetna szkoła pediatryczna

Wielka szkoda, że kilka lat temu został zlikwidowany i teraz stoi opuszczony, piękny jak kiedyś i pewnie czeka na swoją kolej losu, może nawet wyburzenia, bo jego posesja jest piękna, położona w samym sercu Warszawy, nieopodal Dworca Centralnego.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie o moim pierwszym dyżurze….

I tego dnia kiedy miałam pierwszy dyżur, mijały godziny.

Jedna za drugą wlokły się niesamowicie.

A ja stale czekałam na wezwanie.

Dowiadywałam się , czy naprawdę nikogo nie ma w Izbie Przyjęć.

Nikogo nie było.

 I tak minęło popołudnie, wieczór i cała noc.

Nikogo na Izbie Przyjęć, cisza.

A ja , cała spięta, w pełnej gotowości, rynsztunku bojowym, nawet fartucha nie zdjęłam, nawet oka nie zmrużyłam. Wreszcie nadszedł świt. Miałam okazję obejrzeć jak piękne są świty…od tego czasu uwielbiam….jeszcze przed ósmą czekałam. Bywało, że najwięcej się działo na przełomie dwóch dyżurów.

Ale nic się nie wydarzyło.

Przed ósmą,  całkowicie skotłowana tym dyżurem napisałam raport.

Tak jak trzeba, w tabelce, którą zawsze malowałyśmy, w książce dyżurowej w rubryce dotyczącej ruchu chorych, w pozycji- do Izby Przyjęć zgłosiło się….itd…napisałam zero. Wielkie jednoznaczne zero…

Potem podrałowałam do gabinetu dyrektora na poranną odprawę, w czasie której zdawaliśmy raport z dyżuru.

Odczytałam swoją informację.

Wszyscy na mnie patrzyli, bo byłam młoda i niedoświadczona, byli ciekawi jak sobie poradziłam, a nie wszyscy wiedzieli o dziwnym przebiegu mojego dyżuru.

Wyciągali więc ucho, by dobrze usłyszeć co powiem.

Ależ oni mieli miny, gdy skończyłam….

Pani dyrektor ówczesna , dr Oziemska podniosła głowę znad biurka, popatrzyła na mnie podejrzliwie i spytała- czy naprawdę nikogo nie było? Odpowiedziałam speszona- nikogo….

Miała taką minę, jakbym popełniła jakieś przestępstwo- Izbę przyjęć zamknęła na klucz, albo ludzi sprzed izby przepędzała. Nawet poczułam się winna w swej niewinności…

Podobno takiego dyżuru od czasu jak szpital istniał jeszcze nie było…..

 

.

Na medycznej ścieżce. Doswiadczone pielęgniarki podporą młodego lekarza.

Ale wracając do mojego pierwszego dyżuru.

Z wielkim napięciem oczekiwałam pierwszego wezwania do Izby Przyjęć.

Nasłuchiwałam, wyciągałam ucho nieomal, by nie przegapić głośnego dźwięku telefonu.

Czas się dłużył bardzo.

Siedziałam w napięciu przez pierwszą godzinę, potem poszłam do Izby przyjęć sprawdzić, czy jednak ktoś się nie zjawił, a mnie nie powiadomiono. Pani pielęgniarka mnie uspokoiła, że czuwa i na pewno mnie w odpowiednim czasie poprosi. Zapoznałam się z paniami pracującymi w Izbie Przyjęć. Były dwie- starsza niska i dość pulchna pani Janeczka Peciak   i wysoka, szczupła , ciemnooka i ciemnowłosa Pani Basia Kwiatkowska.

Obie były przemiłe, delikatne , miały duże doświadczenie zawodowe i potrafiły wspierać młodego lekarza w sposób dyskretny i wysoce fachowy.

Bez ich pomocy w późniejszym okresie , w wielu przypadkach miałabym większe dylematy dotyczące rozpoznania, postępowania . Gdy wchodziłam do izby Przyjęć od razu cichutko doradzały, że dziecko wg nich jest jednak bardzo chore i wymaga ostrożnej oceny. Miały tzw nosa , wyczucie stanu pacjenta.

Oczywiście zawsze miałam swoje zdanie, ale ich uwagi były cenne.

Znakomicie pobierały krew do badań  , często wyręczając lekarza, potrafiły umiejętnie trzymać dziecko w czasie nakłucia lędźwiowego i w ogóle były pewną i wiarygodną podporą szczególnie młodego niedoświadczonego lekarza.

Wkrótce się dowiedziałam, że syn Pani Janeczki , Janusz Peciak jest wybitnym polskim  pięcioboistą . Śledziliśmy jego karierę i byliśmy dumni, że pracujemy z jego mamą. Kiedyś pani Janeczka przyniosła nam jego złoty olimpijski medal, który mogliśmy obejrzeć i potrzymać w dłoniach szczerze jej gratulując. Syn Pani Basi, był wówczas mistrzem pływackim młodzików.

Przy nich, czułam się pewnie, jak we własnej rodzinie.

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dyżur.

I nadszedł ten dzień już wcześniej zaplanowany, kiedy to rozpoczęłam dyżurowanie….

Zapoznałam się już ze strukturami szpitala, jego zasadami i miałam ogólne wyobrażenie jakich pacjentów należy do niego przyjmować .

 

Było to w drugim miesiącu mojej  pracy na Siennej .

 Pierwszy dyżur  rozpoczęłam z wielkim przejęciem i namaszczeniem.

Oczywiście nigdy potem też nie traktowałam dyżurów jak zwykłą kromkę chleba. Zawsze były dla mnie dużym przeżyciem i wyzwaniem.

Ale ten pierwszy był najważniejszy.

Jak wszyscy młodsi, otrzymałam przydział do Izby Przyjęć.

O godzinie 15 zajęłam naszą magiczną dyżurkę, która mieściłą się na parterze, na wprost głównego wejścia do szpitala. Ostrzeżono mnie, bym się nie zamykała na noc. Było to zalecenie przestrzegane rygorystycznie. Widocznie już były wcześniejsze doświadczenia z lekarzami, którzy w czasie dyżuru zapadli w głęboki sen i nie reagowali na żadne telefony i dobijanie się do drzwi. Jakoś nikt o tym nie opowiadał, ale było to jedyne sensowne wytłumaczenie tego zwyczaju.

Lekarz dyżurny  otrzymywał własną pościel, którą przechowywano w szufladzie wielkiej dyżurowej komody.

W tych czasach mieliśmy sytuację komfortową, gdyż przydzielano nam bezpłatne posiłki przygotowywane przez znakomity zespół kuchni szpitalnej. Panie były niezwykłe. Przejęte swoją rolą, sumienne i miały fantazję. Lekarzom przygotowywały smakowite dania, wcale nie drogie, ale wymagające większego wkładu pracy. Bywały więc jakieś paszteciki do fantastycznego barszczyku oczywiście na przygotowanym w kuchni zakwasie, niewielkie ale smakowite porcyjki tatara, jakieś pasty z ryb czy jajek. W przaśnych latach 70 ubiegłego wieku, gdzie kunszt kucharski nie był w modzie- nawet wykwintne restauracje przygotowywały jeno podstawowe , mało wyszukane dania, żywienie w tym szpitalu było zjawiskowe. Wspominałam posiłki w Szpitalu Bielańskim, gdzie dyżurowałam w czasie stażu. Tam przynoszono nam po jednym jaju i pytano, czy je ugotować.

Obiady można było kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze, z czego korzystałam, bo do domu wracałam późnym popołudniem i ledwie zdążałam przygotować coś do jedzenia Mirkowi, który nie lubił żywienia zbiorowego poza domem.

Kolacja dyżurna na Siennej to było misterium. Oczywiście nie zawsze mieliśmy czas, by się spotkać razem z kolegą dyżurującym w oddziałach, ale zawsze do tego dążyliśmy. Czasami było to jedyne spotkanie na dyżurze, bo pracy było dużo.

Nie zapomnę pierwszego posiłku. Gdy zasiedliśmy do kolacji przy niskim stole-ławie, nie zauważyłam sztućców. Okazało się, że oczywiście są. Koleżanka wskazała przytwierdzone długim łańcuchem do kranu umywalki aluminiowy zestaw sztućców. Coś takiego zobaczyłam po raz pierwszy w życiu. Oczywiście głośno się zdziwiłam, ale dla koleżanki było to już normalką.. Zabawny to był widok, gdy pobrzękując łańcuchami wiosłowałyśmy po swoich talerzach.

Na medycznej ścieżce. Praca w oddziale neuroinfekcji,

W oddziale neuroinfekcji, w którym teraz pracowałam obowiązywał określony rytm pracy.

Po zapoznaniu się z nowymi chorymi, i detalicznym przeanalizowaniu stanu leżących dłużej rozpoczynały się zabiegi.

Tutaj nauczyłam się jak pobierać płyn mózgowo- rdzeniowy, płyn podtwardówkowy i wkłuwać się do komór bocznych. Te ostatnie nakłucia wykonywano u noworodków z ropnym zapaleniem opon, by podać tam odpowiednie leki. W przypadku takich dzieci bardzo szybko dochodziło do zablokowania komór i powstania ropogłowia z uszkodzeniem mózgu. I w celu zapobieżenia takiej sytuacji wykonywaliśmy nakłucia komór bocznych mózgu. Należało wprowadzić  bardzo długą  igłę przez ciemię w głąb główki, kierując koniec w kierunku nasady nosa. I po uzyskaniu płynu, pobierano go do badania i podawano do tej przestrzeni leki. Zabieg powtarzano po przeciwległej stronie noska dziecka. Był straszliwy, ale nie było wyjścia.

Oczywiście w tych zabiegach bardzo były pomocne pielęgniarki.

Zwłaszcza, gdy wykonywało się zabieg odmy śródczaszkowej.

W tej połowie lat 70 XX wieku nikt nie słyszał do USG, tomografii komputerowej ani rezonansie.           By uwidocznić komory boczne mózgu przy podejrzeniu wodogłowia należało wkłuć się do kanału kręgowego, pobrać dość dużo płynu mózgowo- rdzeniowego a na to miejsce podać powietrze. I potem niezbędna była specyficzna działalność siostry oddziałowej, która umiała najlepiej ze wszystkich, tak kołysać dziecko, by powietrze przedostało się do komór. W ten sposób w wykonanym następnie zdjęciu rtg czaszki uwidaczniały się komory, ich kształt czy jakieś ubytki mózgu.

Teraz takie zabiegi wydają się średniowieczem. Ale tak było i to pamiętam.

Zabiegi zajmowały sporo czasu, ale dawały mi sporo adrenaliny.

Wszystko było ciekawe i niezwykłe.

Najważniejsze było to, że przy intensywnym leczeniu z reguły widać było korzystne, nieomal błyskawiczne efekty.

Wielką radością było patrzeć jak ciężko, dramatycznie chore dzieci wracają do życia i zdrowia….

Na medycznej ścieżce. Izba Przyjęć.

Większość dzieci trafiających do oddziałów  już miało zlecenia, gdyż obowiązkiem lekarza dyżurnego Izby Przyjęć była rozmowa z rodzicami, badanie dziecka, wykonanie odpowiednich badań, w tym zwykle  nakłucia lędźwiowego w celu pobrania płynu mózgowo- rdzeniowego a dopiero po uzyskaniu wyników zaordynowanie odpowiednich leków.

Do czasu uzyskania wyników z laboratorium dziecko pozostawało w Izbie Przyjęć.  

Nie muszę pisać, że dzieci kwalifikowane do przyjęcia szpitalnego najczęściej były w ciężkim stanie. Wysoko gorączkowały, wymiotowały, bywały pobudzone, miały zaburzenia świadomości, drgawki. Te stany należało opanować w Izbie Przyjęć.

Oczekiwanie na wyniki badań wydawało się wiekiem. Stresu , który był  nieodłącznym towarzyszem naszych dyżurów w Izbie Przyjęć nie da się opisać słowami….

 

Izba Przyjęć mieściła się w niewielkim budyneczku, od strony ulicy Siennej, oddalonym od głównego budynku szpitalnego. Tak więc, po kąpieli i badaniach należało chorego  tam przenieść .  Odbywało się to na rękach personelu. Gdy dziecko było niewielkie, to nie był  duży problem, ale często z pielęgniarką i gdy była na dyżurze salowa razem dźwigaliśmy ciężkiego nastolatka, wielokrotnie brnąc w kopnym śniegu i nocnej zadymie.