Śladami mojego Taty. Świat lalek Michaliny.

 

Lalka turecka.Zbiory własne.

 

Przysiedli na podłodze. Michalina kolejno przedstawiała Bolkowi swoje kukiełki. I o historii każdej umiała ciekawie opowiedzieć.

Nieomal wszystkie były jej dziełem.  

Oglądała obrazki w starych książkach i wynajdowała postaci, które mogła odtworzyć. 

Tym tematem interesowała się od wczesnej młodości a właściwie dzieciństwa. Początkowo pomagała jej mama, udzielając porad.

W ten sposób Michalina opanowała technikę  wyrobu lalek.

Twarzyczki a czasami całe korpusy ulepiała z ciasta, które po wysuszeniu malowała  na różne barwy. Niektóre lalki miały główki wyrzeźbione w drewnie, bowiem początkowo zaangażowała do pomocy starszego brata. Sama trochę się bała manipulowania dłutem, więc wolała zlecić to komuś innemu.

A że była stanowcza i umiała ładnie prosić, nikt nie odmawiał pomocy.

W ten sposób powstały lalki wzorowane na rycinach kobiet tureckich, sardyńskich , a nawet brazylijskich i kubańskich. Modeli zwierzątek nie musiała daleko szukać, ponieważ obserwowała przyrodę, która ją otaczała.

Potem układała różne historie, częściowo opierając się na bajkach, które opowiadała jej mama przed snem. Te wieczory z wczesnego dzieciństwa były bardzo ważne dla Michaliny, bo rozbudowały jej wyobraźnię. Zawsze myślała obrazami, które trwale zachowywała pod powiekami.

 

 

Lalki przywiezione z Brazylii

Śladami mojego Taty. Pasja Michaliny.

 

 

Tak więc Bolek wreszcie odkrył prawdziwą pasję swojej żony.  

Jeszcze przed ślubem, gdy studiował Księgę imion, znalazł informację na temat tego, co przynosi dziewczynie imię Michalina.

Właśnie wtedy zaintrygowała go informacja, że do pełni jej szczęścia jest potrzebny nie tylko zwykły rodzinny dom, ale także możliwość realizowania swojej pasji a nawet praca zawodowa.

I dlatego zastanawiał się, czym go zaskoczy Michalina. Krótko mówiąc spodziewał się z jej strony jakiejś niespodzianki. Był przygotowany na różne pomysły, nawet parokrotnie chciał zapytać, ale unikała takich rozmów, znajdując jakieś błahe wymówki, a najczęściej zmieniała temat rozmowy.

Ale, jak mówili jego dziadowie, co się odwlecze to nie uciecze i przyszedł wreszcie moment wyjaśnienia zagadki.

Gdy weszli razem na stryszek, zobaczył królestwo Michaliny.

W centralnym punkcie stała najprawdziwsza miniaturowa scena, teraz zakryta miękką, czerwoną kurtyną ze zwisającymi z obu jej stron złotymi sznurkami zakończonymi miękkimi pomponami.

Pod ścianami siedziały dość duże, kolorowe, szmaciane lalki.

Poubierane odświętnie, ze sznurkowymi włosami, w kapeluszach, chustkach lub wiankach na głowach przytulały się do szmacianych chłopaków o szczeciniastych rozwichrzonych włosach.

U ich stóp leżały niewielkie materiałowe pieski, smok, koty. Był też jeden papierowy wilk i mały kogucik z gliny .  

To było królestwo jego żony, jej własne niezależne tajemne terytorium.

Teraz odkrywał inne oblicze Michaliny.

W jej oczach zobaczył nieznane mu do tej pory uśmiechnięte ogniki.

Wprawdzie miała trochę niepewną minę, patrzyła badawczo na męża, może bała się, że wykpi jej pasję.

Dlatego mu nigdy o tym nie opowiadała, bo to była w  końcu tylko zabawa. Zabawa lalkami, szmacianymi zwierzątkami, jednym słowem – kukiełkami.

Jednak Bolek nie zlekceważył tego, co ją interesowało. Był poważny, zaskoczony ale uśmiechał się radośnie i oglądał teatrzyk Michaliny z podziwem.

Podziwiał jej pomysłowość.

Bardzo mu się podobał teatrzyk Michaliny, ale najbardziej to, że już zdążyła zainteresować swoją pasją małe dzieci sąsiadów. Jak to się stało, przecież mieszkała tutaj od tak niedawna… 

 

Ze zbiorów własnych

Śladami mojego Taty . Tajemnica Michaliny zostaje odkryta .

 

 

Michalina nie mogła już dłużej ukrywać swojej tajemnicy. Wprawdzie wielokrotnie znikała na stryszku, ale wreszcie nadszedł dzień, kiedy wszystko się wydało.  

Któregoś dnia Bolek wyjechał do Wilna, miał wrócić wieczorem, ale szybko zrealizował zakupy, odbył zaplanowane spotkania i spieszył do żony. W efekcie znalazł się pod domem, gdy jeszcze słońce stało wysoko.

Już na ganku usłyszał jakieś śpiewy. Potem dziecięce głosiki coś głośno opowiadały, raz dziewczęcy cieniutki, za chwilę niewiele niższy, ale wyraźnie  chłopięcy. Naraz zaszczekał pies i wkrótce zapiał kogut. Wszystkie te odgłosy dobiegały ze stryszku.

Postanowił  się nie odzywać, jak zwykle przy powrocie do domu, tylko powoli, na palcach, wdrapywał się po drewnianych schodach. Ale nagle głośno zaskrzypiał wiekowy stopień i Bolek wstrzymał oddech.

Niestety, nie udało mu się ukryć swojej obecności, bo nagle na górze zapanowała cisza i chwilę później wyskoczyło troje małych dzieciaków, które nieomal zjechały po schodach, omijając osłupiałego Bolka i wkrótce zobaczył tylko ich gołe stopy.

Po chwili wyjrzała Michalina i zaprosiła go do wnętrza stryszku.

Była roześmiana, tuliła się przepraszająco do męża, a to wystarczyło, że poczuł się zupełnie rozbrojony.

Razem weszli do pomieszczenia na stryszku i wtedy Bolkowi się zdało, że znalazł się w krainie baśni.

W centralnym punkcie stała najprawdziwsza miniaturowa scena, teraz zakryta miękką czerwoną kurtyną ze zwisającymi z obu jej stron złotymi sznurkami zakończonymi miękkimi pomponami.

Pod ścianami siedziały dość duże , kolorowe , szmaciane lalki. Poubierane odświętnie, ze sznurkowymi włosami, w kapeluszach, chustkach lub wiankach na głowach przytulały się do szmacianych chłopaków o szczeciniastych rozwichrzonych włosach. U ich stóp leżały niewielkie, materiałowe pieski, koty, był też jeden wilk i najprawdziwszy kogut.

To było królestwo Michaliny….

 


Śladami mojego Taty. Obiad.

 

Michalina usłyszała głos Bolka i dopiero wtedy oderwała się od swoich tajemnych zajęć na strychu. I już po chwili przytulała się czule do swojego męża.

Przetrwała legenda rodzinna o tym, jak wspaniałym małżeństwem byli ci moi przyszli pradziadowie – Michalina i Bolek.

Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet nie zastanawiali się nad przyszłością. Zachwycali się sobą i przeżywali swoją wspólną, radosną młodość.

Michalina była zadowolona, że wcześniej przygotowała obiad.

Wykonywała to sprawnie, bo w domu mama ją zaganiała do prac domowych. Nie przepadała za takimi zajęciami, ale teraz dla swojego męża stawała na głowie, by wszystko było smaczne. Uwielbiała jak ją chwalił i rozkoszował się jedzeniem.

Gdy obiad był ugotowany, kolejno zdejmowała garnki z płyty kuchennej i wstawiała je do tzw. dochówki. Był to rodzaj piekarnika umieszczonego nad kuchnią, który  nagrzewał się silnie przy okazji palenia w piecu. Dania tam przechowywane zachowywały swój oryginalny smak i były długo gorące.  

Teraz Bolek otaczał ją ramieniem, opierała głowę na jego barku, czuła jego miłe ciepło i chętnie zmieniłaby kierunek trasy. Ale zamiast do sypialni, Bolek poprowadził ją do kuchni. Po wczesnym, lekkim śniadaniu burczało mu w brzuchu i był ciekaw, jakie potrawy przygotowała jego żona.

Teraz zniknęła za kłębami pary, która się wydobywała po otwarciu drzwiczek  dochówki.   

Od razu podskoczył do niej Bolek i wyręczał w dalszych czynnościach. Garnki ustawiał ponownie na płycie kuchennej, nabierał wielką chochlą czerwony barszcz. Przełykał energicznie ślinę, bo barszcz uwielbiał, a ten, który gotowała Michalina był niepowtarzalny. Jedną z tajemnic był zakwas, który przywiozła z domu rodzinnego. Sama go przygotowała pod kierunkiem matki, używając poza surowymi burakami, razowego chleba oraz dużej ilości czosnku. Po kilku dniach, zakwas był gotowy i w przezroczystych butelkach wyglądał jak wino o niepowtarzalnym kolorycie.

Po chwili na stole kuchennym, ustawionym przy oknie, przy którym tak bardzo lubili zasiadać młodzi, w niedużej wazie parował gorący barszcz.

W misce piętrzyły się gotowane, dymiące jeszcze ziemniaki, a na półmisku mielone kotlety, które dzięki temu, że była mroźna zima, doskonale się przechowywały a były przywiezione jeszcze z domu mamy Michaliny.  

Obydwoje bardzo lubili kwaśne mleko, więc Bolek pomaszerował do spiżarni, gdzie w glinianym naczyniu, przykrytym lnianą ściereczką dojrzewało znakomite, prawdziwe wiejskie mleko. Dobrze, że pamiętał, by jeszcze przed wyjazdem na ślub, przynieść je w dzbankach od sąsiadów, którzy hodowali krowy.  Teraz ostrożnie zdjął grubą warstwę śmietany a potem warstwa po warstwie, jakby krojąc nożem, zbierał łyżką cudnie pachnące najprawdziwsze kwaśne mleko.

W tym czasie do domu młodych dotarł już ksiądz Eustachy, ciesząc się, że mieszkali blisko plebanii. Zasiedli więc za stołem i z zapałem zajadali przygotowane dania.

Ksiądz z przyjemnością oglądał młodą urodziwą panią domu i kątem oka obserwował  rozanielony wzrok Bolka, który też śledził poruszającą się z gracją żonę.

To była jedna z pięknych chwil, które spędzali razem, w harmonii, zdrowiu i przyjaźni.

Nie zdawali sobie sprawy, że ta chwila jest ulotna.

Niedługo później ksiądz zachorował i rzadko opuszczał plebanię…

Śladami mojego Taty. Na strychu.

 


 

Salonik. Obraz Bronisławy Rychter-Janowskiej. !868

 

Po wyjściu Bolka, Michalina pognała na stryszek. Tam od razu zabrała się do rozpakowywania tajemnej paczki.

Powoli i bardzo delikatnie wyjmowała z niej niewielkie pakuneczki. Układała je na podłodze, w rogu stryszku.

Na samym końcu wydobyła jakąś konstrukcję. Ustawiła ją w centralnym miejscu stryszku,tak, by była widoczna z nieomal każdego miejsca.

Potem spokojnie rozpakowywała to, co kryło się w każdym odrębnym pakuneczku i układała tematycznie.

Zajęło jej to dość dużo czasu, nawet nie zauważyła, że Bolek wrócił do domu.

Biegł do swojej ukochanej jak na skrzydłach.

Wpadł do domu, rozejrzał się, ale nigdzie jej nie zobaczył. Dopiero gdy zaczął wołać, usłyszała go i zbiegła po wąskich schodkach do sieni.

Była zarumieniona, ożywiona, ale nie odpowiedziała na pytanie, co robiła na górze…

Śladami mojego Taty. Sielanka ….

 

Raniutko żegnała woźnicę, sanie i znajome konie. Czuła ucisk w okolicy serca, bo oddalał się ostatni znajomy fragment jej dawnego życia.

Ale szybko otrząsnęła się z nostalgicznego nastroju, wróciła radość z bliskości Bolka. Zasiedli jak zwykle w kuchni, przy stole specjalnie ustawionym blisko okna. Bardzo lubiła te wspólne poranne chwile, gdy dzień się dopiero zaczynał, rozmawiali wtedy o tym, jakie mają codzienne plany, pytała o to, co chciałby zjeść na obiad. Cieszyła się, bo zawsze z uśmiechem wybierał niespodziankę. Boże, jak ona kochała jego uśmiech, spokój, ramiona. Zawsze siadała naprzeciwko Bolka, by widzieć jego oczy. Pomiędzy nimi unosił się wonny obłoczek dymiącej kawy, specjalnie kładła ręce na stole i zawsze czuła, jak Bolek nakrywa je swoimi dużymi silnymi i bardzo ciepłymi dłońmi. Czuła wielkie zjednoczenie, pulsowanie krwi w jego tętnicach i wzajemne przenikanie ciepłych fal biegnących z ich ciał .

Długo siedzieli przy oknie kuchennym, obserwując widok zaśnieżonych drzew w pięknej ramie okiennej ozdobionej kwiatami, które malował mróz na szybie.

Po porannej kawie, Bolek niechętnie wychodził z domu, bo nie lubił opuszczać ukochanej. Przy niej czuł się tak dobrze, jak nigdy dotąd nie było… I ona pragnęła by zatrzymać na zawsze takie piękne poranne chwile.

Ale dzisiaj było inaczej. Dość szybko przypomniała Bolkowi o czekających obowiązkach, zaczęła zbierać talerze i kubki, aż niespokojnie popatrzył na żonę. Ale lubił ją zawsze, wtedy gdy leniwie poddawała się nastrojom i też wtedy, gdy krzątała się po domu.

Tak więc tego dnia, Bolek ociągając się, pomaszerował do Kościoła na poranną mszę.

Ona tylko na to czekała, upewniwszy się, że zniknął za zakrętem, szybciutko wbiegła na schody wiodące na strych…

Śladami mojego Taty. Historia moich pradziadków.Tajemnicza przesyłka .

 

Obraz Bronisławy Rychter-Janowskiej ( 1868-1953). Zdjęcie z internetu ze zgodą na upublicznianie.

 

 

 

Ale Michalina czekała na kolejny transport z domu. W ostatnich pakunkach znajdowała się jej tajemnica.  

I wreszcie któregoś dnia, gdy Bolek  poszedł  do kościoła na poranną mszę by piękne pieśni intonować i grać na organach , usłyszała szczekanie ulubionego psa i  trzaskanie z bata. To woźnica meldował swoje przybycie.

Wybiegła przed dom, narzucając jedynie chustę na ramiona.

Przed domem stały  duże  sanie, zrezygnowano bowiem z wozów, gdyż wszędzie jeszcze leżały wielkie śniegi.

Końskie oddechy zamarzały w powietrzu tworząc dziwne unoszące się nad nimi stwory. Zapatrzyła się na ten widok, bo było jak w bajce.

Ale niebawem oprzytomniała i natychmiast zajrzała pod grubą derkę. Wszystko było dobrze upakowane. Bowiem  na samym wierzchu była jej najważniejsza paczka.

Jak dobrze, że matka znała sekret córki  i umieściła przesyłkę  na samym wierzchu , by jej zawartość nie uległa zniszczeniu.

Natychmiast porwała tę paczkę i wtaszczyła ją po dość stromych schodach na stryszek. Dopiero potem zaprosiła woźnicę do domu, by mógł się ogrzać. Ale  chłopisko było przywykłe do wschodnich mrozów i wcale mu się nie spieszyło do ciepłego pomieszczenia. Od razu poznała że  po drodze się wzmacniał , by nie ulegać zmęczeniu i przemarznięciu, gdyż w pewnym momencie dmuchnął z całej siły i wtedy doleciał do niej zapach machorki i świeżego alkoholu.

Poznosili więc razem jeszcze kilka pakunków, najcięższe pozostały, gdyż były zbyt ciężkie i potrzebny był do pomocy drugi mężczyzna .

Czekając na Bolka, weszli w końcu do izby, i za chwilę woźnica siorbał z rozkoszą ulubiony kapuśniak. ….

Śladami mojego Taty. Wspólny dom w Rakowie.

 

Zamieszkali w swoim domu, który Michalina ozdobiła kwiatami. Było kilka mebli z dawnego domu Bolka i stary fortepian .Na ścianie powieszono obraz Grottgera, który przypominał nieżyjących rodziców Bolka.

Wkrótce nadjechały  dwa wozy przykryte brezentem. To rodzice Michaliny przysłali jej wyprawę. W wielkim ozdobnym kufrze była pościel, odzież, kilka par pantofli oraz zastawa stołowa.

W innym piękne patery  na ciasta i owoce, cukiernica, solniczka oraz  zestawy kieliszków i karafka. Poza kieliszkami do wina, wszystko było wykonane ze szkła w jednej tonacji .

Przyjechał też ulubiony okrągły stoliczek Michaliny , gdzie zwykle rozkładała swoje robótki ręczne, kolejny  do gry w szachy i ostatni z  tej serii- na którym ustawiano samowar .

Ponadto rozpakowano kilka obrazów o tematyce świeckiej i jeden przedstawiający Matkę Boską Ostrobramską. Ten obraz był najpiękniejszy, częściowo powlekany emalią i grubym złotem, jedynie księżyc, na którym opierała się sylwetka błyszczał srebrem. Bolek oglądał w zachwycie- to była ich Matka Boska, kresowa, wileńska i Jej obecność zapewni rodzinie spokój i szczęście, myślał…..

Śladami mojego Taty. Polonez.

A o północy zapowiedziano poloneza. W tym momencie ożyły serca Polaków….

Nastąpiła przerwa. Panowie pomimo mrozu , wyszli na ganek, gdyż nie wypadało przy pannie młodej palić  modnych już wówczas papierosów a tak naprawdę liści tytoniowych zwyczajowo zwanych tutaj machorką .

W tym czasie panie pomknęły do sąsiedniego pokoju.

Podejrzewam, że w tym, co nastąpiło  potem maczała przysłowiowe palce mama Michaliny. Wszystko obmyśliła zawczasu i uzgodniła z gośćmi. Weselisko miało być nowoczesne, panowie we frakach, panie w długich kreacjach. I tak było do czasu…

Panna młoda zniknęła w swoim pokoju, chyłkiem wymknął się też pan młody. Muzyka grała cicho, unosiły się jakieś wariacje nt Chopina.

I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy znaleźli się ponownie w głównym pokoju, gdzie było centrum uroczystości.

Ksiądz Eustachy, który był bardzo wyczerpany , z wrażenia  zdrzemnął się na chwilę za stołem. Gdy otworzył oczy, nie dowierzał. Ujrzał bowiem  obraz jak z ubiegłego wieku.

Do poloneza ustawiały się pary.

Ci sami ludzie, ale jak zmienieni.  Zdążyli się przebrać. Teraz byli ubrani w stare, wyjęte z rodowych kufrów kontusze. Przecież tradycji musiało się stać za dość. Byli szlachtą, to nic, że większość tylko zaściankową. To był najprawdziwszy polski ślub , ślub polskiej szlachty.

Pachniało naftaliną, mieniły się kolory.

Panna młoda w swoim stroju przybranym tradycyjnym białym futerkiem, z cudną linią kroju, cieniutka w talii patrzyła zdumiona na Bolka. Ubrany w tym samym , szlacheckim stylu wpatrywał się w oczy swojej żony z uwielbieniem i bezgraniczną radością. Była najpiękniejsza i była jego. Na wieczne czasy….

Poloneza czas zacząć.

I ruszyły pary .

Ksiądz Eustachy przez zamglone ze wzruszenia oczy oglądał to widowisko. Wydało mu się, że czas się cofnął. Widział czasy napoleońskie, gdy marzenia o Polsce nabrzmiewały jak wiosenne pąki a ludzie z przejęciem tańczyli ten magiczny taniec myśląc o swoim kraju, wolnym i szczęśliwym…..

Nie wiadomo, czy Bolek  tej nocy zobaczył swoją żonę w cudnej nagości, jak to sobie wyobrażał patrząc niedawno na rzeźbę Rodina. Może dopiero później…..

 

Kontusz,strój szlachecki. XVIII wiek, zdjęcie z Wikipedii

 


 

 

Śladami mojego Taty. Weselisko, weselisko

 

Walc angielski. Zdjęcie z Wikipedii.

 

Gdy dom rodziców Michaliny parował zapachami, dźwiękami, buchał radością można było odnieść wrażenie, że uniesie się jego dach i mury nie wytrzymają natężenia emocji.

Ale po pewnym czasie przed domem zadzwoniły dzwonki. Ktoś usłyszał i na chwilę zapanowała cisza.
Po poślubnej przejażdżce, para młoda wróciła do domu. Wszyscy wybiegli z rozgrzanego wnętrza, ciepło wypływało na ganek, roztapiał się śnieg na daszku i spadał wielkimi płatami na nosy. Jedynie wielkie sople jeszcze się trzymały, odbijały refleksy światła, które dzieliły na poszczególne barwy i generowały tęczowe  bajkowe błyski.

Rozpoczęły się powitania, wiwaty i radosne okrzyki. Oczywiście pan młody przeniósł swoją ukochaną przez próg domu, co nie było trudne, bo była drobna i lekka jak puch.

Rodzice Michaliny witali ich chlebem i solą.

Jeszcze jedno przemówienie i nareszcie nadeszła upragniona przez gości chwila. Zaproszono do stołów. Wszyscy ochoczo zajmowali wyznaczone miejsca i od razu rzucali się na półmiski. Miło było patrzeć, jak  łapczywie, głośno ciamkając oraz mrucząc z rozkoszy pochłaniali rozmaite potrawy. Nic dziwnego, bo goście byli wygłodzeni, gdyż specjalnie nic nie jedli od rana, by potem mieć lepsze apetyty.

Państwo młodzi konsumowali skromnie, żyli jeszcze wrażeniami, które dodawały im skrzydeł.

Mieli wielki apetyt na życie, więc nie zwracali uwagi na sprawy kulinarne, uważając, że są zbyt przyziemne.

Alkoholu nie pili w ogóle, mimo toastów biesiadników, pewnie markowali , by nie urazić nikogo i opróżniali kieliszki napełnione wodą. Wszak przed nimi stała specjalna karafka.

Dom tętnił muzyką. Panowie muzykanci początkowo grali cicho,  by nie przeszkadzać w rozmowach, potem coraz odważniej. Było ich kilku, mieli różne instrumenty, grali już wcześniej na innych weseliskach i wiedzieli co cieszy ludzi. Rodzice Michaliny długo zbierali informacje na ich temat, ale gdy podjęli decyzję zaproszenia, nie żałowali. 

Po wstępnym napełnieniu żołądków, weselnicy ruszyli na deski.

Otoczyli kołem nowożeńców. Jacy piękni byli ci młodzi, gdy wirowali w rytmie walca angielskiego, ukazywali się spoza ulotnej mgiełki, którą tworzyła unosząca się biała ślubna suknia Michaliny.

Walc angielski, niedawno tutaj dotarł, bo był tańcem młodym, wszak został wymyślony w 1815 roku a teraz mieliśmy zaledwie rok 1873.

Nuty tego tańca zdobył jak zwykle niezawodny ksiądz Eustachy, a Bolek podrzucił je orkiestrantom. Mieli trochę czasu na ćwiczenia, więc teraz grali gładko, harmonijnie. Wszak ludziom kresowym muzyka była bliska, mieli ją w duszach. Właśnie teraz grały ich dusze.  

Miejscowi się zadziwiali, że teraz tak się tańczy, ale jeśli nawet mieli wątpliwości, to po chwili gapili się w zachwycie.

Młodzi byli utalentowani muzycznie, lubili tańczyć, więc budzili podziw w otaczającym ich kręgu…