Ta książka otworzyła mi oczy.

w-imie-dziecka-b-iext30337561.jpg

 

 

Ta książka otworzyła mi oczy.

Może trochę przesadzam, ale jednak. Muszę się przyznać wszem i wobec, że długo tkwiłam w poczuciu, że jedynie w moim zawodzie jest tak blisko dramat ludzki cierpienie i śmierć. Gdy przez ponad 50 lat zajmowałam się chorymi miałam zamknięte oczy na dookolny świat. Tylko pacjenci byli we mnie. Przyznaję. Pochłonięta tylko jednym nie myślałam o innych zawodach.

 I dopiero  teraz ujrzałam jak na dłoni, że są inne, chyba trudniejsze, bardziej nawet obciążające psychikę z powodu konieczności wyborów moralnych. . Lekarz miał tylko pacjenta i jego chorobę w której miał pomagać a taki np. sędzia a szczególnie rodzinny jedną decyzją definiował  życie nie tylko jednostki ale też całej rodziny.

I to się stało, stało się to otwarcie moich oczu dzięki temu, że emerytura przyniosła wolny czas na lektury i przemyślenia a kilka dni temu przemiłe Panie  z michałowickiej biblioteki podały mi  książkę Iana Mc Ewana „ W imię dziecka”, mówiąc zwyczajowo to dla pani.

To był kamień milowy i pełne moje zrozumienie.

Przed kilku laty  córka przyjaciół , która przez wiele lat była sędzią rodzinnym zmieniła zawód i została notariuszem. Nie wytrzymała, mówili jej rodzice. Przyjęłam to dość obojętnie, chociaż tkwił we mnie ten fakt bo zasiał myślenie. Wprawdzie nie miałam z tą dziewczyną bliższych kontaktów ani czasu na rozmowy, wracało pytanie : Jak to jest być sędzią rodzinnym.

Ale dopiero lektura tej książki wypełniła to myślenie treścią , obrazami, przykładami które odsłoniły  trudy tego zawodu.

     Angielski, 68 letni obecnie pisarz Ian Mc Ewan nie jest prawnikiem. Jest tylko pisarzem, którego wiele książek sfilmowano.

Historie które opisuje w swojej książce „ W imię dziecka” zna z opowieści pełnokrwistego sędziego rodzinnego.

Z przenikliwą znajomością psychiki ludzkiej wpisanej w wykonywanie tego zawodu dzierga swą powieść.

Niezwykłą dla mnie.

Fiona Maye jest sędzią sądu najwyższego, specjalistką od prawa rodzinnego. Znana  z błyskotliwej inteligencji, sumienności i wrażliwości” .

Jest też kobietą,  kobietą bezdzietną, bo nie było czasu, bo praca zawodowa, kariera. Teraz ma 59 lat i jej mąż tyleż samo. Pewnego dnia mówi do niej, że chce jeszcze pożyć normalnie, z fascynacją i seksem. Odchodzi.

Ona zostaje w pustym mieszkaniu ale z dokumentacją swoich rozpraw. To jej życie. Odrębne, nie jego. On tego nie zna.

Żadnej łzy, rozpaczy, tylko praca. Zdeterminowana, jakby pogodzona wymienia zamki w drzwiach.

Któregoś dnia on czeka z walizami na schodach. Mówi, że kocha , że tam, z inną kobietą była pustka.

Ponownie więc mieszkają razem, omijają się, potem wymieniają grzeczności.

W snach przychodzą do niej sprawy w których podejmowała decyzje. Decyzje życia i śmierci. Nieodwołalne, sprawiedliwe, ale bolesne.

W powieści opisane są te sprawy dokładnie, przejmująco, obrazowo. Trafiają do serca czytelnika i przynoszą zrozumienie.

Ona nigdy nie przekracza granicy pomiędzy swoją funkcją a intymnością ludzi którym feruje wyroki.

Do czasu.

Nagle włącza swoją aktywność zwyczajną ludzką, by przekonać do swojej racji. Otwiera młodego człowieka o którego życiu ma zadecydować. Odwiedza go w szpitalu, pomna swojej młodości, rozmawia. To rozmowa, której nikt z młodym nie odbywał. On czyta swoje wiersze, potem jest muzyka, a  nawet śpiew.

Ów młodzieniec, otwarty przez nią na życie, rezygnuje z zasad swojej religii, nie ogląda się na wolę rodziców. Jest uratowany .  

Jednak to nie szczęśliwy koniec tej historii.

Okazuje się bowiem, że po pewnym czasie  ten już  teraz 18 letni chłopak jej nadal potrzebuje. Stała się dla niego jedyną kotwicą, więc jej szuka , odnajduje . Chce bliskości macierzyńskiej innej niż z matką fundamentalistką,  prowadzenia za rękę, rozmów, wspólnych chwil z poezją i muzyką.

Ale ona wtedy go odrzuca. Wie, że nie może być blisko . Nie może jako prawnik. Ale mogłaby jako zwykły człowiek.

Tragedia się staje.

I gdy przychodzi noc, ona wreszcie płacze , płacze po raz pierwszy . Jak zwykła kobieta. Przytula się do męża….

 

Naprawdę warto sięgnąć po  tę książkę, to tylko 250 stron, jeden dzień czytania.

Książkę inną niż większość.

Nietypową.

Interesującą i wzruszającą.

Dobrze napisaną i przetłumaczoną.

Dziękuję moim Paniom Bibliotekarkom z michałowickiej biblioteki za zakup tej książki, bo One decydują o wyborze  i wybranie z półki ze słowami- to dla pani….

I dziękuję autorowi, bardzo dziękuję….

 

 

Ianmcewan.jpg.

pisarz Ian Mc Ewan. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

Nadążyć za Jackiem Dehnelem.

I przerwa w Opowieści Sylwestrowej się wydłuża, bo przyfruwają inne tematy i bardzo chcą się tu znaleźć. Tak mam, jakiś wewnętrzny imperatyw przychodzi z którym nawet nie usiłuję walczyć. Ale potem wrócę do tamtego, co rozpoczęte czeka. Pewnie tamto wspomnienie będzie już wypłowiałe, ale to nic…..

     Przed kilkoma dniami zadzwoniła Grażyna ( bratowa Mirka ) i otrzymałam od Niej „ głaski”. To ponoć określenie psychologów, jak mówi mój rodzinny, najmłodsza córka Paulina. Głaski są potrzebne, by żyć i czuć się dobrze. Oczywiście mogą być fałszywe głaski, ale nie chcę tak myśleć, odrzucam także teraz takie myślenie o tym co powiedziała Grażyna- Że lubi moje miękkie teksty w blogu ( bezwartościowe w mojej ocenie pisanie )  że czyta i coś Jej to daje. Chcę Jej wierzyć. Było też w rozmowie z Nią o książkach. Kiedyś butnie utworzyłam tu rozdział pt. Książki. Dużo czytam dzięki ukochanej michałowickiej bibliotece i przemiłym Paniom ( ukłon i podziękowanie w Ich stronę) , bo wyjmują książki z regału i mówią, że to dla pani….Potem się zacukałam, jak mawiają niektórzy i przestałam pisać o książkach. Bo wszak krytykiem nie jestem ani znawcą literatury. Nie mam prawa. Ale Grażyna mnie wsparła i namówiła. Pisz jak czujesz, tak też można. Ona jest osobą fachową, oczytaną, zorientowaną, dla mnie „ z wyższej półki” i w dodatku przez wiele lat była redaktorem PWN- wyjaśnienie dla młodych- bardzo poważnego Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Tak więc gdy Grażyna mnie” głaskiem „ ośmieliła, piszę…. Tym razem będzie  o „Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.

 

 DehnelOkładka.jpg

Jacek Dehnel upozowany na Autoportret Rembrandta…

 

 

Dzienników nie lubię czytać. Nie czytam bo nie lubię. A może nie lubię bo nie czytam. Przyznam, że nawet próbowałam Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza a nawet Mój wiek Aleksandra Wata. Za trudne dla mnie, za dużo wiedzy której nie ogarniam. Niestety dziesięciolecia spędzone z „literaturą „ medyczną są stracone dla rozwoju. Może też natura nie dała mi pamięci do szczegółów: nazwisk, wydarzeń historycznych itp. Już na wstępie się w tym gubię …

Tym razem okazało się inaczej. Zabrałam się za Jacka Dehnela”  Dzienniki roku chrystusowego”. Dehnela lubię po jego Lali, Saturnie i Matce Makrynie. I teraz mam za swoje. Galopuję za nim, usiłuję dopędzić tego 33 letniego młodzieńca i dostaję zadyszki. Jego dni wypełnione po brzegi. Może, gdybym kiedyś opisywała  swoje też by tak było. Oczywiście się nie porównuję, bo porównywanie tych dwóch jakości i smaków  życia  byłoby świętokradztwem w stosunku do Dehnela.
I Dehnel pędzi przez ten swój wiek chrystusowy, młodzieńczy z urokiem i wdziękiem. Czego tam nie ma. Zmiksowane w każdym dniu . Złe określenie, zmiksowane. Tylko dobrze wymieszane tak jak się działo. Codzienność jedzeniowa, knajpiane barowe i wytworne międzynarodowe smaki, widać, że lubi się tym delektować , stroje, przebrania, szczegóły remontu starej pięknej kamienicy , spotkania autorskie w kraju i zagranicą różne, czasami z jednym słuchaczem który śpi albo w ostatniej chwili ucieka, bo okazało się, że to nie ten pokój do którego miał się udać. Czasami dyskusyjne, szerokie.

Życie w pociągach.

Podróże, barwne szczegóły pejzażu, kraje ( dla mnie niesamowite o Islandii i Indiach ) i miasta, które aż chciałoby się zobaczyć oczami autora, porównać z własnym oglądem  a może podyskutować . Oj, gdybym była młodsza, pojechałabym Jego śladami z kopią tego co napisał. Ale tak nie będzie już, pozostaje klimat w oczach i pamięci.

 I są tam ludzie, ludzie których i tak nie znam i nie poznam. Obcokrajowcy wpisani w swój krajobraz i spotykani w Polsce, nieznajomi z pociągów i przyjaciele . Czasami tylko ich inicjały, dla znajomych z tej Dehnelowej śmietanki pewnie do rozszyfrowania.

Ładnie o pisaniu Pawła Huelle ( lubię ), źle o Ninie Andrycz. I Brzydko , czego nie lubię, o „Ostatnim rozdaniu” mojego ukochanego i bardzo szanowanego Wiesława Myśliwskiego. Dlaczego? Pewnie szczerze, ale do bólu . Nie lubię tak, nie ma niczego o tej książce, co się podoba Dehnelowi . Jednostronna, prześmiewcza nawet opinia. No cóż, młodość krytyczna, bezkompromisowa. Skąd ja to znam. Jakieś cienie z przeszłości się kłaniają. Ale teraz myślenie, że przecież zawsze można znaleźć pozytywnego, choćby dla równowagi. Tutaj moja gwiazda przewodnia- Waga się kłania. Ale tu Dehnel nic dobrego o Myśliwskim . Szkoda. I pozostaje pytanie, czy młodzik 33 letni może zrozumieć dobrze , odczytać myśli, rozważania, problemy  86 latka jakim jest Myśliwski. Czy ma w ogóle prawo oceniać ?

I wracając do  ksiązki o której miało być. Coś innego. Dehnel ciepło o Pietii  , od 10 lat ich związek i czułość . Nie ma o seksie, więc nie myślę. Tylko romantyczny homoseksualizm. Zero  brutalności, brzydkich słów i określeń.  Tylko przytulanie i bliskość, przyjaźń, wspólne zainteresowania. Ładnie. Powoli przychodzi do mnie zrozumienie, że  może być prawdziwa miłość do osoby tej samej płci .

I do tego bystry ogląd świata. O polityce i zakłamaniu kleru z czym się w pełni zgadzam . Aż dziw, że tak zapędzony nadąża, widzi, komentuje. No, cóż młody jest po prostu.

Poza tym ta  książka jest pełna muzyki .  Zanurzenie w muzyce. Zakochanie w niej od dzieciństwa. I  zrozumienie muzyki, podobnie jak malarstwa, ubiorów.

Oj, czego nie ma w  tym „ Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.

    Jednym tchem trudno wymienić, bo zadyszka moja wiekowa się włącza. Ale brnę przez tę lekturę i czuję powiew młodości, skrzydło jej mnie muska . Nie drażni mnie niejaka zarozumiałość autora. Dużo już w życiu zdziałał , poezje, portale, organizacje,  nagrody, powieści , więc ma prawo. Do tego prawo nieomylnej  młodości . Tu znowu moja wrodzona wyrozumiałość, a może starcza, się włącza. Ale nie drażni mnie jego pewność siebie. Jest miły.

Ciekawe jaki będzie jego dziennik np. osiemdziesięciolatka, no może siedemdziesięciolatka , jeśli taki napisze .

Ale jedno jest pewne, że  już tego nie przeczytam…..Na razie  jest dobrze…..

 

800px-Jacek_Dehnel.jpg

Jacek Dehnel sprzed kilku lat. Zdjęcia z Wikipedii….pewnie takie lubi Jego matka. Sam pisze, że krytykuje te upozowane…

Stres bojowy Grażyny Jagielskiej.

Jagielska_Aniolowiejedza_500pcx.jpg

 

 

 

 

Muszę się przyznać ze wstydem, że nie przebrnęłam przez książkę  korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego bo natłoczenie faktów, nazwisk szybko mnie znużyło. Może czytałam w złym okresie życia? Nie wiem. To jedyna książka, której nie doczytałam. Może jeszcze raz spróbuję.

Spróbuję na pewno z powodu książek jego żony- Grażyny Jagielskiej. Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam o niej, informacje, wywiady z nią jakoś mnie ominęły.

Gdy zupełnie przypadkowo sięgnęłam na półkę biblioteczną wyjmując „ Korespondenta” dopiero wtedy zapoznałam się z autorką. To pierwsza książka tej pisarki, wydana w 2004 roku. Z gąszczu początkowo niezrozumiałych nazw miejscowości i wydarzeń gdzie przebywa małżeństwo korespondentów wojennych ukrywających się pod nazwiskiem  Matyasowie powoli wyłonił się obraz Indii i sąsiednich konfliktów zbrojnych . Biję się w piersi, że jestem na bakier z historią. Nie mam pamięci i jakby zainteresowania.

Ale w tej książce odnalazłam nastrój .

Specyficzny intensywny pokazujący  jak  wir wydarzeń wsysa korespondentów, zabiera im prywatność, właściwie staje się ich życiem i gna dalej i dalej i jakieś radości niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników przynosi…

Zachęcona piórem pani Grażyny wypożyczyłam jej ostatnie książki. Napisane po 10 latach od tamtej. To „ Anioły jedzą trzy razy dziennie” i  „ Miłość z kamienia”.

I znowu spotykamy się tamtą, poznaną przed 10 laty parą korespondentów wojennych. Tym razem autorka mówi już we własnym imieniu . Odnajdujemy  te same miejsca w Delhi, hotele do których wracali, ulice, widoki, ludzie spotykani na ulicy- niby ci sami, ale już kolejni, tylko podobni. I smuta tego finału. Choroba psychiczna żony. Ostatecznie nazwana  stresem bojowym i leczona w ośrodku zamkniętym z żołnierzami którzy wrócili z Afganistanu.

    Ona żyła w ciągłym  lęku o męża. Zakochani byli, zjednoczeni zainteresowaniami , początkowo wyjeżdżali razem, potem rodziły się dzieci i ktoś musiał pilnować domowego ogniska. To była ona.

A on wychodził z domu, jak do zwykłej pracy  nie mówiąc przedtem by się na zapas nie martwiła. I jechał w świat. A przecież ona zawsze wyczuwała, że już niedługo wyjedzie. Przecież widziała jego niepokój, jak kręcił się po domu, szukał nieodłącznego podróżnego plecaka. Myślał, że ona tego nie wyczuwa, nie widzi bo ogląda telewizję czy zajmuje się pracami domowymi.  Potem było spokojnie, on też pozornie uspokojony, wyciszony aż ona na chwilę zapominała  o tym co widziała przedtem ,  budowała dom, opiekowała się dziećmi,  było normalnie. I właśnie wtedy on nagle wychodził z domu z tym przedziurawionym kiedyś kulą plecakiem .

A ona zapadała się w kąt pomiędzy piecykiem kuchennym a szafką i tam tkwiła w znieruchomiałym lęku.

Któregoś dnia  wracał, zawsze wracał  i mówił po prostu- jestem.

A ona w tym czasie umarła. Umarła w niej kobieta żona matka tylko żył jej ten wielki strach. Każdy telefon miał przynosić informację,  że mąż zginął. Każdy telefon Napięcie w niej było tak wielkie, że w końcu zaczęła marzyć by tak się stało, by skończyło się to pasmo czekania.

A męża dalej gnała jego pasja, wymogi Angory- redakcji, której jest korespondentem wojennym ale przede wszystkim gna go bakcyl który się zagnieździł w jego głowie by tam być, gdzie coś się dzieje, gdzie strzelają z ukrycia, gdzie krew, trupy znajomych i nieznajomych. To jest jak choroba na którą nie ma lekarstwa. Ale jeśli człek nie chce się leczyć to i lekarstw nie szuka.

Wojciech Jagielski, mąż autorki  ww. książek uczestniczył w 53 wydarzeniach wojennych na świecie.

Aż któregoś dnia ona się odzywa:

” Mój mąż zginął wczoraj-powiedziałam pielęgniarce. Wiedziałam że to nieprawda”.

I jest hospitalizowana w klinice leczenia stresu bojowego.

Spotyka tam  ludzi którzy zachorowali niejako na własne żądanie wyjeżdżając  do Afganistanu na wojnę. Gdy wracają  do domu, do zwykłego życia stale są przy nich zmarli koledzy, ciała rozszarpane, straszliwie okaleczone, zabite dzieci niewinne i wrogowie do których sami strzelali. Nocą i w dzień są z nimi tamci . Nie mogą normalnie egzystować aż trafiają tutaj, do tego ośrodka. I leczą swój  stres bojowy. Niesamowite jest  dotknięcie tej choroby. Przejmujące spotkanie z duszą człowieczą. Bliskie przejmujące.

Nie będę dalej opowiadała, bo naprawdę warto poczytać te książki Grażyny Jagielskiej.

Nigdy nie znalazłam się tak bezpośrednio w środowisku ludzi z chorą psychiką.

Zawsze interesowała mnie psychiatra, ale nie wybrałam tej specjalizacji. Zostałam pediatrą, gdzie wszystko było prostsze, dotykalne, jakoś rozwiązywalne.

I od czasów przeczytania :” Obłędu” Krzysztonia , kiedy to stałam się  świadkiem tego, co opowiada chory na schizofrenię  autor . Co czuje, przeżywa, w jakim świecie żyje.  Do niego choroba przyszła nie zaproszona. A ci ludzie sami wybrali wyjazd na wojnę.  To pierwsza dla mnie książka która tak wyraziście, nie tylko obrazowo porusza emocje. Odkrywa zakryte karty meandrów duszy człowieka. Zaprasza tak blisko, najbliżej aż prawie do identyfikacji ….

Naprawdę warto sięgnąć po książki Grażyny Jagielskiej by słyszane w mediach dość suche określenie- zespół stresu bojowego, nabrało właściwego wymiaru….

 

Jagielska_Milosczkamienia_popr2_500pcx.jpg

 

Lepiej zrozumieć Andersena.

SAM_9158.JPG

 

 

Bajki Andersena to moje dzieciństwo. Ale nie tylko moje, nawet teraz, gdy rynek księgarski zalewa morze przeróżnych kolorowych książek dla  dzieci , Andersen jest stale obecny.

Nie zapomnę łez, które wylałam nad dziewczynką z zapałkami.

A tymczasem okazuje się, że sam Andersen uważał, że jest to bajka optymistyczna, bo dziewczynka umiera z ufnością. Zresztą był oburzony, gdy uważano że adresatem jego bajek są tylko  dzieci. Mówił, że te bajki przypominają pudełko. Dzieci oglądają je z zewnątrz a dorośli zaglądają do środka.

Tego się właśnie dowiedziałam , gdy w  weekendowej Wyborczej znalazłam artykuł Jarosława Mikołajewskiego ( sekretarza Wisławy Szymborskiej)  o  niedawno wydanych

„ Dziennikach” Hansa Christiana Andersena w znakomitym wyborze i tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej. Mikołajewski pisze, że to  „dla mnie jedna z najważniejszych książek wydana po polsku w ostatniej dekadzie”.

…postanowiłam sobie zapisać to, co znalazłam w ww artykule a także w necie. Bo pewnie po 700 stronicowe wydanie „ Dzienników” nie sięgnę. Ale kto wie? Na pewno teraz  inaczej będę myślała o Andersenie, bo przecież nic nie dzieje się w próżni. Niewielu  potrafi piękne bajki pisać. A jego bajki to” światło odbite z mrocznej , pełnej zahamowań natury i trudnego życia”.

        Hans Christian Andersen urodził się w 1905 roku w najbiedniejszej dzielnicy miasteczka Odense, na Duńskiej wyspie Fionia, w biednej ale kochającej się rodzinie. Ojciec był szewcem a matka, niepiśmienna, zajmowała się domem. Ojciec czytał mu bajki a matka musiała być osobą odważną jak na tamte czasy, bo gdy syn się poskarżył na złe traktowanie w szkole przeniosła go do szkoły żydowskiej pomimo nasilających się już nastrojów antyżydowskich w Europie.

Klimat miasteczka był niezwykły, bo pomimo tego, że było drugie co do wielkości w Danii, w odróżnieniu od Kopenhagi zachowało i pielęgnowało  mnóstwo  ludowych zwyczajów jak barwne okolicznościowe pochody, prowadzenie wołu ubranego w girlandy kwiatów itp. Było rozległe, miało niską trochę bajkową zabudowę z górującą strzelistą gotycką katedrą św. Kanuta z powtarzającymi się  architektonicznymi motywami stopni do nieba…

     Andersen był samotnikiem, unikał zabaw z rówieśnikami, uwielbiał czytanie. Bawił się zabawkami, które mu robił ojciec, szył im ubranka, stworzył sam dla siebie teatrzyk kukiełkowy. W krainę baśni, poza ojcem wprowadziła go matka ojca, z którą  odwiedzał przytułek dla chorych, bo tam zajmowała się ogrodem a potem przebywał tam jego chory psychicznie dziadek.

Gdy Andersen miał 11 lat, wskutek powikłań zdrowotnych po udziale w wojnie napoleońskiej 1816 r, zmarł ojciec. Matka zmarła z powodu alkoholizmu, ale przedtem bardzo się starała, by  zapewnić byt synowi, więc  zarabiała jako służąca i praczka a dziecko wysłała  do pracy w fabryce sukna.

Chłopiec lubił śpiewać, więc w ten sposób umilał sobie pracę. Gdy jeden z robotników uznał, że to dziewczyna, inni zdarli z niego ubranie, by sprawdzić. To wydarzenie miało wpływ na jego późniejsze zahamowania. Ponadto gdy miał 13 lat, matka wyszła ponownie za mąż i syn był świadkiem burzliwego życia seksualnego odbywającego się w maleńkim mieszkaniu. Potem doszedł lęk przed chorobami wenerycznymi i w efekcie nigdy nie ułożył sobie życia osobistego.

Gdy miał 14 lat zapragnął zostać aktorem, więc sam powędrował do Kopenhagi. Chciał wstąpić do trupy Teatru Królewskiego , próbował grać, ale ostatecznie go nie przyjęto. Uczęszczał do szkoły baletowej, kontynuował śpiew ale po mutacji głosu stracił swój wysoki sopran. Jednak stale fascynował go teatr. Postanowił zostać autorem sztuk teatralnych. Pierwsza, „ Miłość na Wieży Mikołaja” napisana w  1829 r. została nawet wystawiona , potem napisał   ich sporo , ale z powodu braku wykształcenia, popełniał wiele błędów ortograficznych , stylistycznych co m.in. było powodem odrzucania ich przez krytyków.

Debiutował wcześniej, bo w  1822 r. zbiorem utworów pisanych pod pseudonimem William Christian Walter, pt ” Młodzieńcze próby”.

W tym samym roku otrzymał stypendium królewskie, dzięki czemu mógł kontynuować naukę a potem studia. Oczywiście uważał, że to niezwykłe społeczeństwo duńskie opiekuje się młodymi zdolnymi, ale tak naprawdę pomagał mu Jonas Collins, który od początku wierzył w talent młodego człowieka. Andersena  wydał kilka tomów wierszy, wiele opowiadań, szkiców, powieści , a także dziennik swojego życia.

W 1851 r. uznano jego wiedzę i zasługi i przyznano mu tytuł profesora.

       Do pisania dla dzieci początkowo nie przywiązywał wagi, traktując je jako pisanie dla dorosłych. Jak wspomniałam na wstępie, zastrzegał, że jego baśnie są jak pudełka: dzieci oglądają opakowanie, a dorośli mają zajrzeć do wnętrza. Zżyłamał się gdy określano te bajki jak twórczość wyłącznie dla dzieci, nie widząc ich głębszego sensu. Jednak to one przyniosły mu wielki rozgłos. Pierwszy ich zbiór wydano w Kopenhadze w 1835 r,.  a potem , aż do r.1872, ukazywały się ich kolejne tomy. „To on był brzydkim kaczątkiem, dziewczynką z zapałkami, umarłym dzieckiem, choinką. Był tymi, o których pisał. Miał nadzwyczajną umiejętność mówienia od środka każdej postaci, którą powołał na bohatera baśni: z wnętrza ludzi, zwierząt, przedmiotów. Jego moc była tu czarnoksięska…

….O czym tak naprawdę jest bajka „ Dziewczyna z zapałkami”, czy o nieszczęściu biedy czy o szczęściu umierania w ufności? ” mówił.

        Na licznych zdjęciach zwracają uwagę bardzo długie stopy, i jak pisze jego przyjaciel William Bloch: „ramiona i nogi miał nieproporcjonalnie długie i chude, dłonie płaskie i szerokie, a stopy tak gigantyczne, że z pewnością nikt nigdy nie próbowałby mu ukraść butów. Miał tak zwany rzymski nos, ale był on tak nieproporcjonalnie wielki, że zdawał się dominować nad całą twarzą…podczas gdy oczy , jasne i bardzo małe, głęboko schowane w oczodołach, do połowy przykryte powiekami, nie zostawiały żadnego wrażenia…” i dalej napisał Bloch: ” z jego wysokiego otwartego czoła i wyjątkowego wykroju ust emanowały dusza i piękno..”

     Powoli poprawiała się  sytuacja materialna Andersena, co pozwoliło mu na liczne podróże po Europie. Był ciekawy świata i ludzi, stale niespokojny duchem , samotny, z licznymi kompleksami, ze skomplikowanym charakterem, nadmierną wrażliwością i skupieniem na sobie. To nie pozwalało mu na stabilizację życiową.  Martwił się, że oszaleje jak dziadek, miewał stany depresyjne. Wg biografów miał naturę biseksualną, o czym świadczą listy do przyjaciół, np. „ Moje uczucia do ciebie są takie, jak uczucia kobiety. To moje kobieca natura musi pozostać tajemnicą…”

Miał wielu sławnych znajomych jak Bertel Thorvaldsen, Karol Dickens czy bracia Grimm .

„ Dzienniki” zaczął pisać w roku 1825, gdy porzucił marzenia by zostać aktorem.

     „ W Muzeum Andersena w Odensie są fotografie, pierwsze wydania książek, rękopisy, listy i buty. Są  kwestionariusze zadawane sobie na zasadzie hasło- skojarzenie. Hasło ulubiony kolor – błękit. Pejzaż- morze. Zmysł orientacji-przeciętny. Pobożność i miłość do dzieci-ogromne. Gdyby nie był tym, kim był, chciałby być Andersenem. Czyli sobą. Chciałby mieszkać w Rzymie. Najpiękniejsza rzeźba- „ Jazon” Thorvaldsena. Słuch- doskonały. W ludziach lubił dobroć, nienawidził kłamstwa….są także nożyczki- wycinał nimi sylwetki….dla zabawy własnej i dla dzieci zaprzyjaźnionych rodzin.” Tu Jarosław Mikołajewski, wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej widzi” jakieś pokrewieństwo pomiędzy ich  bajecznością a poetyckim purnonsensem wycinanek Wisławy Szymborskiej …wycinanka jako prywatny list poza słowami….”.

 

   I w ten sposób mam nowy temat do rozmyślań. Rozmyślań  nad losami człowieka. Nad jego dolą i niedolą, nad siłą, mądrością, konsekwencją. Postanawiam wrócić do dziecięcej lektury Bajek Andersena , ponownie przeczytać, tym razem ze zrozumieniem właściwym dla bardzo dorosłego człowieka i w świetle tego, co teraz wiem o autorze… To było ważne spotkanie z Andersenem…dziękuję panu Jarosławowi Mikołajewskiemu za ten artykuł

 

 

SAM_9158.JPG

 

 

Tadeusz Konwicki zaprasza.

 

Tadeusz_Konwicki_by_Kubik.JPG

zdj z Wikipedii

 

Najbardziej zapamiętałam piękny jak sen  film „ Kronika wypadków miłosnych” wg scenariusza Tadeusza Konwickiego. Lubię czytać jego książki.  Lubię też jego chrypę , wileński zaśpiew  , sentyment do tamtych stron który towarzyszy moim uczuciom związanym z tą odległą rodzinną krainą.

Ale chciałam napisać o Konwickim, niedawno przez mnie odkrytym- Konwickim  rysowniku. Otóż  wypożyczyłam w miejscowej bibliotece jego książkę pt. „ Nowy Świat i okolice”. Ukazała się w 1986 r. po 10 letniej nieobecności w oficjalnych wydawnictwach. A tam  poza świetnymi tekstami opowiadań  znalazłam ryciny wykonane ręką autora. Do tej pory jakoś nie dotarło do mnie, że też rysuje. Fajne są te rysuneczki, klimatyczne. Zrobiłam ich zdjęcia i wrzucę na zakończenie tego wpisu. Jednak tytułem ogólnej informacji o autorze chcę wspomnieć jego sylwetkę, którą oczywiście wygrzebałam w necie.

Tadeusz Konwicki urodził się 22 czerwca 1926 r w Nowej Wilejce. Mieszkał z rodzicami w Kolonii Wileńskiej. Edukację w wileńskim Gimnazjum im. Zygmunta Augusta przerwała mu II wojna światowa w czasie której pracował jako robotnik kolejowy uczęszczając równocześnie na tajne komplety w czasie  których zdał maturę. Był żołnierzem AK, brał udział w akcji „ Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej. Po wojnie studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, później na Uniwersytecie Warszawskim.

Debiutował w 1946 roku jako reportażysta, krytyk literacki i filmowy a także jako  rysownik. Na przełomie lat 40 i 50 XX wieku stał się jednym z literatów i publicystów socrealistycznych . Krótko pracował jako robotnik przy budowie Nowej Huty.

Jednak już w pierwszej połowie lat 50 odchodził od nurtu socrealistycznego i w swoich tekstach wielokrotnie podejmował problematykę wolności słowa.

Poza publikacjami zajmował się twórczością filmową, początkowo jako scenarzysta. Po przełomie październikowym( 1956 r.)  który był dla niego wstrząsem, kręcił filmy przepełnione nastrojem egzystencjalnym.

Od lat 60 ubiegłego wieku narastał jego konflikt z komunistami. Wielokrotnie podpisywał listy protestacyjne w obronie praw człowieka za co został usunięty z PZPR. Publikował wtedy najczęściej w  wydawnictwach tzw. II obiegu i londyńskich.

Od 1947 roku mieszka w Warszawie na tyłach Nowego Światu , skąd ma widok na Pałac Kultury i okoliczne życie towarzyskie i kulturalne.

 Był stałym bywalcem słynnego lokalu w podziemiach redakcji” Czytelnika „ przy ul. Wiejskiej a potem zajmuje nieodmiennie ten sam stolik w kawiarni  Bliklego . Razem z  Andrzejem Łapickim i Gustawem Holoubkiem stanowili nieodłączne trio rozdyskutowanych i rozbawionych przyjaciół. Odchodzili kolejno. Stolik pustoszał.

Widywałam ich tam czasem, zaglądając przez uchylone drzwi pachnącego słynnymi pączkami lokalu. Któregoś dnia ujrzawszy, że nie ma tam tych Wielkich , zajęłam ich miejsce wypiłam bardzo smakowitą kawę , chłonąc atmosferę tego miejsca. Jeszcze wtedy żyli.

Tekst ten napisałam całkiem niedawno, a dzisiaj już ta słynna Trójka pewnie znalazła  odpowiedni stolik w klimatycznym lokalu pod bokiem Pana Boga, bo gdzieś muszą kontynuować swoje niekończące się dysputy.

Jest nadal w tym samym miejscu owa słynna kawiarnia gdzie pewnie czasem zaglądają Ich duchy świetliste a my możemy  zanurzyć się w atmosferze innego świata, Nowego Świata a potem spojrzeć na  Warszawę  oczami Tadeusza Konwickiego…bo jak pisze Piotr Bratkowski „ z brzydkiej Warszawy zrobił miasto mityczne. Sprawy banalne przekuwał w dramaty egzystencjalne. Umeblował nasze głowy taj, że wciąż żyjemy w Polsce Konwickiego.”

Spotkajmy się u Bliklego na Nowym Świecie nasyceni lekturą Jego książek, z obrazami filmowymi pod powiekami i spróbujmy polubić to, co nas otacza. Liczę na takie spotkanie, kochani….

 

 

SAM_6157.JPG

 

 

SAM_6179.JPG

 

 

SAM_6173.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6180.JPG

 

 

SAM_6169.JPG

 

a poniżej wileński sen

 

SAM_6175.JPG

 

 

SAM_6166.JPG

 

 

SAM_6160.JPG

 

 

SAM_6159.JPG

„Sońka” z miłości utkana…

PB270127.JPG

 

 

 

 Nie przepadam z czytaniem książek, które są jeszcze ciepłe po wydaniu, szeroko omawiane, chwalone lub ganione, ale będące w kręgu ogólnego zainteresowania. Lubię, gdy już znajdą się w bibliotece i tam, zmęczone minionym szumem , spokojnie czekają na kogoś, kto weźmie  do ręki, wypożyczy , poczyta lub tylko przekartkuje. Czasami są zapomniane, opuszczone niepewne losu. I takie lubię. To jak odwiedziny u osoby samotnej.

   Tym razem, pomimo tego, że nieomal wczoraj przebrzmiały echa wypowiedzi licznych krytyków literackich nad niedawno wydaną „ Sońką” Ignacego Karpowicza, nad wielkością i niezwykłością autora a już pani w bibliotece podała mi tę powieść. I na przekór zasadom przyniosłam ją do domu. Może ulegałam, bo tytuł był mi bliski, a może zwyciężyła ciekawość tego, co może zawierać ta niewielka , bo licząca zaledwie 198 stron, ładnie wydana książka. Rozłożyłam się zwyczajowo na kanapie, otworzyłam i wpadłam. Piękny język, wprawdzie dużo słów ale potrzebnych dla oddania klimatu i tekst nieczęsto spotykany. I tu pozwalam sobie na liczne cytaty, bo nie da się tego streścić.

„Sonia wolniutko ruszyła….za krasulą…Potem pod górę- trzeba przystanąć ze trzy razy, ażeby oddech dogonił człowieka, oddech albowiem, twierdziła Sonia, człowiekowi kroku nie dotrzyma, a jak człowiek za bardzo pędzi, to potrafi swój oddech zgubić…”. Tak sobie rozmyślając podążała do obejścia. I nagle ujrzała, że nieopodal jej chałupy, jednej z nielicznych zamieszkałych w Królowym Stojadle na Podlasiu, zatrzymał się elegancki samochód na białostockich lub warszawskich numerach. Sońka przystanęła a Krasula –

 „ Łaciata mleczarnia, samobieżna i nabrzmiała w wymionach, spojrzała na Sonię najbrązowszym brązem swoich oczu…”

Z samochodu  wysiadł młody człowiek, który bardzo się spodobał staruszce i bezradnie, bezskutecznie usiłował złapać zasięg telefonu komórkowego. I zaprosiła go do siebie na świeże mleko . Jeszcze nie wiedziała i chyba nigdy się nie dowiedziała, że on, „Igor Gryfowski cierpi, i to głęboko jak jaskinia i szeroko jak ocean…cierpi na twórczą impotencję …Nie widzi sensu w świecie, nie widzi w życiu celu, mimo aplikacji pomocowych : narkotyków, pornografii, literatury filozoficznej”. Można się domyślić, że autor się z nim utożsamia, bo w rozmowie z Sońką wraca do swojej przeszłości i staje się na powrót Ignacym.

Zrezygnowany zamknął pilotem zepsuty samochód i spojrzał w twarz babinki.  „ I aż oniemiał….twarz Soni bowiem to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy już się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony….a zmarszczek ma chyba pierdylion, mieliby chirurdzy plastyczni zajęcie….wystarczyłoby im niepotrzebnej skóry na przynajmniej trzy nowe twarze”,  „ pojął w ułamku sekundy, iż stoi przed nim istota, na którą czekał całe życie….Sonię nieodkrytą i zapomnianą…gdy niebiesko oko staruszki na nim , choć skroś Igora, spoczęło..”.

Wszedł, zdjął buty i obejrzał wnętrze chałupy. Ładne wnętrze było.  „ Pani nie ma kanalizacji?- zapytał.- Po szto?- odpowiedziała – Żeby mi chałupa zgniła od zlewu w kuchni? Żeby spać pod jednym dachem z własną kupą?”.

Popatrzyła raz jeszcze na gościa.

I wtedy zrozumiała, że to anioł śmierci : „że będzie mogła opowiedzieć  swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie”.

„…szczęśliwa, nalała mleka do emaliowanego kubka, na stole postawiła ahładki, smażone rano mączne placki, pyszki, z kredensu wyciągnęła swój największy skarb…metalowe pudełko z czekoladkami….kupiła bombonierkę trzy lata temu…a wcześniej patrzyła i wyobrażała sobie, że znajdzie ona miejsce u niej w kredensie, na szydełkowanej serwetce, obok zębów”.

I noc przyszła i czas rozmów, a raczej opowieści Sońki. A on słuchał i już widział swoją przyszłą sztukę , którą realizuje na deskach teatru z Sońką w roli głównej i dojrzewał i posuwał w wieku.  A ona, młodniejąc,  ciągnęła opowieść o przerażającym dzieciństwie,  wojnie i  losach letniej sukienki w błękitne kwiatki teraz wydobytej z kufra ze zbrązowiałą plamą krwi. Opowieść ta okrutna, ale pozostająca w dziwnej dysharmonii z  poetyckim, czasem nieomal baśniowym duchem, który unosi się nad książką, jakby mniej przerażająca bo oglądana jak przez mgłę , zawoalowana. Bo nad nią góruje i tętni prawdziwym życiem historia jedynej pierwszej miłości Sońki.  Zakazanej miłości do esesmana, który pewnego dnia wojny pojawił się we wsi…

i jest jeszcze  mądra, zniewalająca czytelnika takiego jak ja, miłość męża Sońki…

i trudno komentować, bo słów odpowiednich brakuje, opisywać, bo treść można znaleźć w necie albo po prostu przeczytać tę powieść. Przeczytać warto a nawet trzeba. Jestem pewna, że do tej lektury wrócę, gdy zimowe dni senne , gdy zatęsknię za pejzażem i białoruską mową, której sporo w książce, za podlaskim klimatem i Sońką, utkaną z miłości….

 

 

2007.05.19._Ignacy_Karpowicz_by_Kubik.jpg

 

Ignacy Karpowicz, 2007 r. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

W jakimś wywiadzie  telewizyjnym Ignacy Karpowicz, opowiadał o  swojej ostatnio wydanej  książce zatytułowanej ” Sońka”. Dawno, dawno temu  jej ziarno zasiał jego wuj, malarz Leon Tarasewicz  opowieścią o  mieszkance sąsiedniej wsi, która w czasie wojny miała romans z Niemcem. I długo dojrzewała ta opowieść aż wreszcie urodziła się książka, długo jeszcze „ ociosywana” by uzyskać swoistą kondensację treści w niewielkiej objętości.

Ignacy Karpowicz to postać nietuzinkowa wśród pisarzy młodego pokolenia.

Urodził się w 1976 r., pierwsze lata dzieciństwa spędził we wsi Słuczanka, a potem przeniósł się  z rodzicami do Białegostoku. Ukończył Międzywydziałowe Studia Humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, zajmował się głównie iberystyką i afrykanistyką. Zadebiutował w 2006 r. powieścią „ Niehalo”, po roku wydał  „ Cud”, w 2009 r.- „ Gesty „,  w 2010 r.- „ Balladyny i romanse” , w zeszłym roku- „ Ości” a w 2014- „ Sońkę”. Jego powieści zdobywały Paszport Polityki i nagrody Nike. Poza tą niesamowitą płodnością literacką, jest tłumaczem  literatury pięknej z języka angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego ( język semicki z grupy etiopskiej).

    Ale  wracam do „ Sońki”, muszę wrócić .Na 8 stronie pod tekstem autor pisze:

„ Jeszcze do niedawna na Podlasiu, zwłaszcza tym wiejskim i małomiasteczkowym, istniały obok siebie dwie rzeczywistości językowe: polska i białoruska. Trwały osobno, strzegąc swej odrębności, lecz równocześnie były dla siebie nawzajem doskonale zrozumiałe. Ten czas niestety nieodwracalnie dobiega końca. Dlatego zdecydowałem się w jednym miejscu, na końcu książki, zebrać słownictwo białoruskie, nie tyle dla objaśnienia, ile- i to jest chyba znacznie ważniejsze- aby dać okazję do zanurzenia się w innym, równoległym świecie językowym, egzotycznym, a jakże bliskim” . A oto kilka białoruskich zdań, przetłumaczonych przez autora:

„ Tfu, myśli Sonia, prystanuli i buduj scać”  ( tfu, zatrzymali się i będą sikać)

Gdy schował telefon i stał bez ruchu…” Musi jaki durak, bez struka”( Pewnie jakiś głupek, bez penisa), itd., itp.

 

Tak, kochani.” Sońka” to bliskość z powodu, że noszę to samo imię ale przede wszystkim klimat krainy wywołującej ciepło w  sercu, bo wszak cała rodzina Taty jak i On urodzili się  na tamtych ziemiach …tam są nasze  korzenie…

 

 

Zauroczenie Kaliną Jędrusik.

SAM_8929.JPGKalina Jędrusik i Stanisław Dygat- fotografia zdjęcia z książki Magdy Dygat pt. ” Rozstania” Wydawnictwo Literackie,2001

 

 

 

Ta opowieść wywodzi się z nagłego przypomnienia spowodowanego przypadkowym ( jak zwykle zresztą) wydobyciem z bibliotecznej półki książki „ Rozstania” Magdy Dygat, jedynej córki pisarza z pierwszą żoną, zdolną , kiedyś znaną aktorką Wandą Nawrocką. Chociaż nie przepadam za biografiami, ale tę wypożyczyłam. Niewielka objętościowo, z  klimatycznymi zdjęciami rodzinnymi i krótkimi opowieściami o życiu ojca, obu jego żon, czasach, gdy wszyscy- matka z nowym mężem, ojciec z młodą żona oraz dziecko zajmowali jedno niewielkie mieszkanie. Dziewczyna rosła w przedziwnej atmosferze domu  ludzi stale wolnych jak ptaki, beztroskich  i nietuzinkowych. Znajdujemy tam ciekawą korespondencję rodzinną  i ze znanymi ludźmi (m.in. Hłasko, Miłosz, Brandys, Polański, Wajda). Książka Magdy Dygat jest chyba próbą ostatecznego rozliczenia, uporządkowania wydarzeń swojego dzieciństwa, a przede wszystkim zrozumienia dlaczego tak było?

     Czytam więc i odwija się w mojej głowie film z lat młodości. Najpierw więc o tym, że znany pisarz- Stanisław Dygat i młodsza do niego o 17 lat Kalina Jędrusik stanowili małżeństwo, które w drugiej połowie XX wieku zajmowało wiele miejsca w plotkach warszawskich. I myśmy tym żyli, bo byli ludźmi niezwykłymi. Można sobie wyobrazić co by się działo, gdyby to wszystko działo się  teraz. Pewnie tabloidy zalałyby nas informacjami, zdjęciami, aż do obrzydliwego przesytu. Kalina  Jędrusik była aktorką  dla niektórych kontrowersyjnej urody i odmiennego , niespotykanego do tej pory w Polsce stylu. Mieszczuchy uważały, że emanowała bezwstydnym seksapilem, choć  przyznawały, że talent miała potężny. Panowie wpatrywali się ekrany telewizorów oczekując kiedy wreszcie Kabaret Starszych Panów się pojawi a z nim oczywiście gwiazda naczelna, wyuzdana, z dużym krzyżykiem leżącym pomiędzy dwiema półkulami okazałego nieomal odsłoniętego biustu. I chociaż panie pruderyjnie i zawistnie na to samo patrzyły, jednak ulegały magii jej zachrypniętego dziecięcego głosu, prawie szeptu. No cóż, jedyną taką aktorką była. Przyznawaliśmy, że wielką . Jak można się domyślić na podstawie  tego, jak napisałam o Kalinie Jędrusik, miałam te same ambiwalentne odczucia jak większość kobiet. Teraz, po latach gdy już zostały tylko stare z nią filmy i piosenki z  Kabaretu  Starszych Panów, wspominam tamte czasy z rozczuleniem i uwielbiam oglądać i słuchać jak śpiewa i zachowuje się Kalina Jędrusik…

    Tamten okres ociepla wspomnienie które powoduje, że  Kalina a przez nią i Dygat są mi bliscy. A to za sprawą pewnego spotkania . Mieszkaliśmy na Żoliborzu, nieopodal ul. Krasińskiego ( gdzie teraz grób ks. Popiełuszki) jest maleńka, poprzeczna do wymienionej, ulica Kochowskiego. Zaglądałam tam często, bo sklep z art. gospodarstwa domowego był na jednym rogu, z tkaninami na przeciwległym a obok  mięsny. I któregoś dnia , gdy kupowałam jakieś płyny do mycia naczyń, nagle , z wielkim rozmachem otworzyły się drzwi sklepu i coś za mną zaszumiało . Odwróciłam się i stanęłam nieomal oko w oko z najprawdziwszą żywą Kaliną. Popatrzyła na mnie wielkimi obojętnymi oczami i poszła w głąb sklepu. Poczułam dreszcz od jej spojrzenia. Było magnetyczne, wsysające. A ja zdmuchnięta jakby, oszołomiona, całkowicie zagarnięta w jej krąg oddziaływania stałam gapowato. Ona zawłaszczyła wszystkich i całą przestrzeń sklepu. Tak, czytając wspomnienia jej pasierbicy mogę potwierdzić to, że Kalina miała w sobie jakąś zniewalającą otoczenie siłę. I nic dziwnego, że jak pisze Pani Magda Dygat, gdy macocha pokazywała swoją małą stopę z krótkimi paluchami mówiąc, że jest najpiękniejsza na świecie- wszyscy wierzyli. I w cień odchodziły inne autentycznie piękne smukłe  stopy. W czasie gdy ją zobaczyłam, była  niską ale za to obszerną kobietą, miała na głowie kapelusz z dużym rondem i długą zamaszystą spódnicę. Nie zwracając uwagi na potulną kolejkę, już od drzwi chrypiąc i sapiąc o coś pytała ekspedientkę. Sapała, tak, wyraźnie miała duszność. Żal przyszedł do mnie, że już chora i podziw i zachwyt, że los mi zesłał tę mieszkankę starej , ukrytej za szczelnym murem willi, która znajdowała się przy ul . Kochowskiego, nieopodal sklepów. Potem wielokrotnie widywałam ją na ulicy, gdy posuwistym krokiem zawłaszczała  cały chodnik a ludzie ustępowali jej miejsca. Nie pomnę jakie to były lata, czy jeszcze żył jej mąż, Stanisław Dygat ( zmarł w 1978 r.), a może już nie . Starszy od niej , po przebytym w dość młodym wieku zawale serce,  pożegnany z tego powodu z seksem- o czym sam pisał, musiał być pogodzony z tym, że jest właściwie jak ojciec swojej żony. Jego pisze córka , Kalina jemu się żaliła, że została porzucona przez kolejnego kochanka, nie ukrywała przygód łóżkowych, które zresztą odbywały się ich domu. Wiele znamienitych osób opisuje spotkania w tym domu, ich urok intelektualny i nie tylko…Co czuł pisarz, bardzo wrażliwy człowiek ? Bohaterami jednego z jego opowiadań – „ Męka zaślepienia” jest pewne małżeństwo. Gdy mąż  wielokrotnie widuje żonę z mężczyzną w sytuacjach sugerujących ich bliskość,  przyjmuje jej tłumaczenia, byle jakie. Wierzy bo chce wierzyć, że jest niewinna …

    Gdy teraz czytam to, co pisze córka pisarza o swoim życiu, o nienawidzącej  jej macosze, wśród zimnych faktów czuję ciepło zrozumienia. Kalina była nieszczęśliwa. Wiecznie spragniona  miłości, akceptacji jako superkobiety. Niespełniona jako matka, gdyż jedyne urodzone dziecię zmarło tuż po porodzie a ona przeszła poważną operację, która wykluczała posiadanie potomka spędzała czas u boku mężczyzny , który ją kreował, wspierał, ale nie mógł dać tego wszystkiego czego oczekiwała. Nie spełniał, bo nie mógł. Była nienasycona. Gdyby nie Dygat, pewnie cierpiałaby na modną teraz wśród gwiazd depresję. A jednak cierpiała. Świadczą o tym jej listy wysyłane do pasierbicy po śmierci Dygata, pełne żalu, smuty , błagania o wsparcie duchowe. Nie wiem jak naprawdę wyglądało jej życie, gdy nagle odszedł samotnie w żoliborskiej willi przy ul. Kochowskiego a ona żyła jeszcze 13 lat. Podobno całkowicie oddała się kościołowi.

    I to tyle wspomnień, które uruchomiła wybrana właściwie przypadkowo z półki bibliotecznej książka Magdy Dygat pt. „Rozstania”. To nie tylko jej rozliczenie z własnym życiem, ale też barwny opis epoki i doli niezwykłych ludzi. Ciekawe jak ją odbierają ci,  którzy nigdy nie poznali magnetycznego spojrzenia Kaliny. Ja jestem nieobiektywna, bo poznałam i uległam….

 

 

SAM_8927.JPG

 Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat. Fotografia zdjęcia zamieszczonego we wspomnianej  książce Magdy Dygat

 

 

 

Ciekawe….

MariuszSzczygieł.jpg

Zdjęcie ekranu TV, właśnie Mariusz Szczygieł rozmawia z Agatą Młynarską w programie Świat się kręci na temat książki , o której poniżej….

 

 

 

 

Tym razem chcę się podzielić  tym, co mnie ostatnio  bardzo zainteresowało i pozostawiło duże wrażenie . Jeśli już to czytaliście, proszę o wybaczenie.

    

Otóż  w dodatku Duży Format do „ Gazety Wyborczej” z 6 marca 2014,  przeczytałam rozmowę Katarzyny Brejwo z Mariuszem Szczygłem , autorem antologii „ 100/XX”.

Właśnie ukazało się to dwutomowe dzieło, liczące prawie dwa tysiące stron, ważące ponad 3 kg, wydane przez Czarne, w Warszawie. Autor współpracował z Julianną Jonek. W radzie programowej  zasiadali: Hanna Kral,  Małgorzata Szejnert, Elżbieta Sawicka, prof. Kazimierz Wolny- Zmorzyński.  

 

  Nie wiem, czy kiedyś kupię tę książkę, a jeśli nawet, to czy dam radę przeczytać. Ale mam podskórne odczucia, że chyba warto.

Trudno sobie wyobrazić jak żmudna była to praca, ile trzeba było przejrzeć dzieł wydanych, opublikowanych artykułów, ile to zajęło czasu by dokonać wyboru tych 100  najciekawszych reportaży dwudziestego wieku.

      Szczygieł mówi :

” – na początku był pomysł, żeby stworzyć reporterską kronikę XX wieku. Szybko musieliśmy go porzucić, bo okazało się, że nie wszystkie wydarzenia doczekały się dobrych reportaży, a po drugie, to by wykluczało teksty, które są fantastyczne , ale traktują o rzeczach błahych. Na przykład reportaż Konrada Turowskiego z 1977 roku

„ Nie ma się z czego śmiać”- o człowieku, który wpadł do szamba w mieście Łódź, bo zarwał się pod nim sedes w miejskim szalecie. Nikt go nie chciał stamtąd wyratować, aż zlitował się pewien nieznany człowiek. I Turowski, reporter, postanowił tego człowieka znaleźć, umieszczając ogłoszenie w prasie.”

     Dziennikarka pyta  czy „ To lektura dla wyznawców czy dla każdego?”, na co autor odpowiada  :

 „ To zależy jak się będzie czytać. Ktoś, kogo interesuje reportaż, sprawdzi, jak pisali różni autorzy i jak zmieniał się ten gatunek na przestrzeni lat….myślę, że fajnie przejrzeć się w takim lustrze”.

    W innym miejscu wywiadu  Mariusz Szczygieł mówi :

 „ -Pierwszy polski reportaż napisał w 1895 roku Władysław Reymont, który miał wtedy 27 lat. … ale do antologii wybraliśmy inny wybitny tekst Reymonta, już z XX wieku: o strasznym losie polskich grekokatolików , którzy byli prześladowani i  przymusowo  nawracani. Scena, jak grekokatolicy wyrywają sobie z prawosławnymi z rąk trupa kobiety, którą każdy chce pochować według swojego obrządku. Hollywood by tego nie wymyślił „

      Wywiad zamieszczony w Gazecie Wyborczej nosi tytuł : ” Czapka z głowy, papieros z pyska, reporterze”.  A oto wyjaśnienie autora.

„ – To cytat z Janusza Korczaka. A przy okazji ładne motto dla wszystkich, którzy chcą uprawiać ten zawód”.

  Korczak był reporterem ?- pyta dziennikarka. Szczygieł odpowiada :

„ –  urządzał sobie wycieczki do najbiedniejszych dzielnic Warszawy – dziś nazywalibyśmy je wycieczkami do slumsów- i opisywał to, co zobaczył . Narzucał sobie przy tym reporterską metodę: nie oceniać, nie narzucać się z pytaniami, z biednymi rozmawiać jak równy z równym – stąd właśnie ta „ czapka z głowy i papieros z pyska”. A że miał zacięcie dydaktyczne, reportaż kończył pouczeniem, jak należy pomagać- nie dawać pieniędzy, ale zapewnić najbiedniejszym edukację i oświecenie. Bardzo mnie ten Korczak zachwycił. A odkryliśmy go- jako reportera- właściwie przypadkiem, szukając tekstów napisanych na początku wieku”.

      Z niejaką przyjemnością znalazłam też  o kuzynce mojej babci- Stanisławy z d. Rodziewicz, kontrowersyjnej pisarce- Marii Rodziewiczównie.

Autor mówi w cytowanym  wywiadzie :

„ Rodziewiczówna napisała w życiu tylko jeden reportaż , ale za to wybitny i uczestniczący. Latem 1915 roku rosyjska armia wycofuje się i goni też na wschód ludność. Maria obserwuje ten exodus ze swojego majątku na Polesiu, gdzie przychodzi jej gościć  kilkaset osób.

 „ Swołocz” obrywa jej wszystkie owoce z sadu, wyżera miód i niszczy ule, a potem rzuca się na opuszczoną gorzelnię, pić wódkę, która spływa do rowów. Wojsko , które szybko gorzelnię odbija, postanawia zatruć ten wyciek fekaliami. Rodziewiczówna opisuje, jak ludzie, zupełnie tym niezrażeni, wysysają  tę wódkę z ziemi razem z gnojem: Oto wielkość człowieka XX wieku”. W tej scenie widać, że miała fantastyczny zmysł do wyciągania szczegółów, które od razu stają się ważne. Zupełnie jak Kapuściński”.

     I jeszcze jedna historia przytoczona w wywiadzie przez Mariusza Szczygła. Dziennikarka mówi

: Iłłakowiczówna była przy Narutowiczu, kiedy zginął .

Autor antologii :

 „ Poetka trzymała na kolanach jego głowę i martwiła się, że umierający prezydent patrzy cały czas w oczy zamachowcowi, bo ten usiadł sobie na ławce, naprzeciw leżącego prezydenta. Na jej prośbę zamachowca wyprowadzono do innej Sali, w której- jak notuje- wisiał

 „ Grunwald”.

 Więcej szczegółów tego wywiadu już nie będę  przytaczała ….jednak zdecydowałam, że kupię to dzieło XX wieku. Cena w necie nie zwala z nóg, zamawiam „100/XX „.

     Osoba Mariusza Szczygła, którego reportaże felietony i powieści czytam z przyjemnością jest rękojmią tego dzieła . Idę jak w dym….a może kiedyś jeszcze napiszę o tym co tam znalazłam …..

” Opowieści afrykańskie” Doris Lessing, niedawno zmarłej noblistki.

Gdy usłyszałam, że niedawno zmarła noblistka, Doris Lessing, przypomniałam sobie, że latem przeczytałam jej „ Opowieści afrykańskie” i napisałam sobie  minirecenzję  jednego opowiadania . Wprawdzie nie przystaje ona do  aktualnej listopadowej szarości, ale postanowiłam ją wrzucić w takim kształcie w jakim pierwotnie powstała….

Doris Lessing pochodziła z rodziny brytyjskiej która wędrowała po świecie.

Urodziła się w 1919 roku na terenach dawnej Persji (obecnie Iranu) gdzie pracował jej ojciec, urzędnik bankowy . Matka była surową osobą, pielęgniarką. W Persji minęło  dzieciństwo pisarki . 

W latach dwudziestych XX wieku zamieszkała w Rodezji, gdzie jej rodzice kupili farmę. Tam spędziła młodość.

W 1948 roku przeprowadziła się do Anglii.

Doris Lessing miała burzliwe życie osobiste. << …Choć jej rodzina nie była katolicka, była wysyłana do szkoły zakonnej, gdzie siostry straszyły ją wizjami piekła. Od 13 roku życia sama organizowała sobie edukację. Od niezbyt szczęśliwego dzieciństwa uciekała w lekturę- z Londynu przychodziły paczki z książkami: Dickensem, Scottem, Stevensonem i Kiplingiem ale też Turgieniewem. „ Mając 14 lat- wspominała- potrafiłam oporządzić zwierzęta w obejściu, warzyć piwo imbirowe, polować na ptaki, a nawet prowadzić samochód”. Opuściła rodzinę, by pracować jako pomoc domowa. Zaczęła pisać, teksty wysyłała do gazet. Jako 19 latka wyszła za mąż i urodziła dwoje dzieci….itd. >> to tyle przeczytałam we wczorajszej Gazecie Wyborczej.

Napisała ponad 40 książek, w których dominuje problematyka obyczajowości i psychologii kobiet, kilka z nich należy do gatunku science- fiction. Stała się symbolem marksizmu, który ją fascynował w młodości, feminizmu, antykolonializmu i sprzeciwu wobec apartheidu.

Wikipedia

 

 

OpowieściAfrykańskie.JPG

 

 

A oto co sobie napisałam latem tego roku

 

Widocznie stale za krótko żyję, by przeczytać wszystkie ciekawe książki , które ujrzały światło dzienne. Zabrzmiało to dla mnie optymistycznie, gdyż wynika z tego, że długa przede mną droga na tym ziemskim padole.

I tak oto całkiem niedawno   odkryłam pisarstwo Doris Lessing. A stało się to najzwyczajniej. Poszłam do naszej michałowickiej biblioteki i sięgnęłam na półkę. Książka sama „ weszła mi w ręce”.

I właśnie jestem po lekturze.

W te wyjątkowo upalne dni lata 2013, „ Opowieści Afrykańskie” są lekturą bardzo odpowiednią. Pięknie napisane, lekkim stylem bez widocznego wysiłku autorki, smakowite i pozornie lekkostrawne. Tutaj oczywiście się rozpędziłam w określeniach. Otóż nie jest to lektura  lekkostrawna. Po przeczytaniu chce się do niej  wracać, rozmyślać nad tekstem i ponownie smakować. Opowieści zawierają wiele gorzkich prawd podanych  w sposób jakby zawoalowany, co nadaje im lekkość . Treści, emocje, bujne obrazy, autorka zamyka w niewielu słowach.

Ale po co ja to piszę- przecież komitet noblowski jest jednoznacznym autorytetem i pewnie poza walorami poznawczymi docenia jej pióro.  

Jednak nie zawsze odpowiada mi lektura książek innych noblistów. Oczywiście reprezentuję poziom czytelnika znajdującego się pod poprzeczką określającą średnią. Ale mam własne odczucia, zdania które z pewną nieśmiałością przedstawiam. Oczywiście może ktoś się z nimi nie zgodzić, ale cóż postrzeganie świata a nawet interpretacja wydarzeń jest filtrowana przez oczy, serce i umysł każdego człowieka.

Jak tytułowa nazwa „ Opowieści afrykańskie „”wskazuje,  wszystkie historie opowiadane przez panią Lessing dzieją się w  Afryce na przestrzeni kilku lat .

 Nie przepadam za dziełami literackimi , które są ubrane w krótkie formy. Tak więc do zbioru opowieści afrykańskich podeszłam z nieufnością.

Właśnie zbliżał się wyjazd letni, urlopowy. Na ten czas  lubiłam  zabierać grubaśne dzieła, w których akcja może czasem leniwie ale posuwa się do przodu i zapewnia codzienne wieczorne czy plażowe  zatapianie się w lekturze.

Po przeczytaniu „Opowieści afrykańskich” jestem pewna, że owe wielgaśne dzieła to strawa na zimowe dni, a gdy upał powoduje spłycenie oddechu i pot zalewa oczy, wyśmienite są  krótkie formy , jak te, napisane przez panią Lessing. Każda opowieść ma wartką akcję i ciekawe czasem niespodziewane zakończenie.

Doris Lessing opowiada o ludziach, którzy tutaj przybyli, często rozbitkach  życiowych , szukających nie zawsze z sukcesem swojego miejsca na ziemi. O relacjach białych zaborców z  prawowitymi mieszkańcami tego lądu. Mówi o pogardzie białych ale częściej wspólnej z czarnymi ciężkiej pracy na farmach . Oczywiście w tej wspólnej pracy każdy spełnia tam swoją nakreśloną przez białych rolę i nie może przekroczyć ustalonej granicy.

 Autorka rysuje słowem  portrety tych ludzi używając  delikatnej miękkiej  kreski. Poza ciekawą galerią portretów psychologicznych jest tam o warunkach życia, i o modzie także lokalnej , o urządzaniu domów  i jak już napisałam o pracy ciężkiej czasami bezowocnej.

A wszystko to na tle pięknych czasem zamglonych obrazów afrykańskiego pejzażu, bujnego buszu czy suchej doliny  zwanej tam vlea, która potrafi się  nagle wypełnić się wielką wodą, gdy przyjdą ulewne deszcze…

 

Jedna z opowieści trafiła do mojego serca szczególnie , bo znalazłam w niej cień swojej młodości a właściwie dorastania. Oczywiście wszystko było inne i działo się gdzie indziej i w czasie późniejszym,  ale dziewczyńskie odczucia a nawet pewne zachowania są mi bliskie i pewnie ponadczasowe. Mniemam, że te doznania były udziałem autorki, bo nikt kto tego nie przeżył nie mógłby tak wiernie opisać.

Opowieść ta nosi  tytuł „ Farma Starego Johna”.  

Wśród afrykańskiego krajobrazu znajdujemy starą farmę. Jest to jedna z  licznych afrykańskich farm,  niby podobna do innych , ale nietypowa , bo naznaczona jakimś piętnem. W niepojęty sposób zamieszkanie w niej determinuje dalsze losy mieszkańców. Ludzie, którzy ją wybierają, myśląc, że będzie to ich miejsce na ziemi, nieświadomie przyjmują na siebie owo fatum. I po krótkim czasie okazuje się , że ich decyzja była nietrafiona.

Okoliczni mieszkańcy śledzą przybyszów, ale już  z góry wiedzą, że ktokolwiek tutaj przybędzie z zamiarem osiedlenia się na stałe, w krótkim czasie opuszcza to miejsce. Po prostu nie jest w stanie tutaj zapuścić korzeni, wtopić się w społeczność i po wielu próbach, srodze zawiedziony wyjeżdża.

Obserwatorem zdarzeń jest dorastająca  miejscowa biała dziewczyna, Kate. Nie jest już dzieckiem, więc zajęcia w tej grupie ją nie interesują, a w towarzystwie dorosłych też nie jest mile widziana. Rówieśników w okolicy nie ma, więc Kate samotnie dojrzewa, uczestniczy w życiu towarzyskim, ale nie akceptowana  krąży sobie po obrzeżach spotykających się grup ludzi.

I gdy pewnego razu pojawiają się kolejni chętni do zamieszkania na tej farmie, Kate oczywiście interesuje się tymi ludźmi, obserwuje ich z daleka. Jest to rodzina z jednym małym dzieckiem. Z zapałem urządzają swoje nowe mieszkanie, przywożą ciekawe meble organizują przyjęcia powitalne zapraszając wszystkich białych z okolicy. Kate oczywiście uczestniczy w tych imprezach wielce wszystkim zainteresowana.

I  zakochuje się , pewnie pierwszą w swoim życiu taką miłością. Pewnie nie miłość to, ale pierwszy  taki zachwyt i uwielbienie dla pani tego domu, pięknej dojrzałej kobiety i matki. Podziwia jej oryginalną urodę , swobodny sposób bycia i  ekscentryczne stroje . Ta osoba jest zupełnie inna od sąsiadów.  Kobieta początkowo zachowuje się jak gwiazda, ale powoli gaśnie, gdy  wreszcie dostrzega swoją odrębność i  obojętne a potem nawet wrogie spojrzenia mieszkańców. Rozpaczliwie, ale bez efektu,  próbuje nawiązać kontakty towarzyskie. Powoli odsuwają się od niej starzy mieszkańcy okolicy …

Kate jest bacznym obserwatorem tych zdarzeń, krąży wokół tej farmy, czuje magnetyczne przyciąganie, fascynację i dąży do spotkań, rozmów by lepiej poznać intrygującą sąsiadkę . Kiedy tylko nadarza się okazja, opiekuje się dzieckiem tej kobiety wbrew jej  woli a któregoś dnia porywa  niemowlę. Napięcie rośnie, czytelnik spodziewa się jakiegoś dramatycznego wydarzenia, ale nic takiego się nie dzieje, Kate chce po prostu poprzytulać to dziecię, ukołysać  w ramionach…

Po pewnym czasie nowi mieszkańcy farmy czując dookolną wrogość, rezygnują z prób wtopienia się w to środowisko i ostatecznie postanawiają opuścić to miejsce.

Przy kobiecie pozostaje jedyna osoba, zawsze wierna Kate. Dochodzi do ostatniej ich rozmowy. I tylko ona jedna , bo dorośli kręcą, wymigują się od odpowiedzi, odsuwają się tylko niechętnie, tylko ona  potrafi śmiało i prosto w oczy i mądrze odpowiedzieć na pytania, które zadaje ta kobieta. Zadaje pytania, bo nie rozumie, dlaczego nie została zaakceptowana przez pozostałych mieszkańców, a przecież bardzo się starała.  

Dziewczyna szczerze, bez owijania w przysłowiową bawełnę , stanowczo i odważnie odpowiada  , że kobieta powinna stąd wyjechać, bo tutaj nie ma szans.

I że powinna szukać miejsca wśród sobie podobnych…. 

Młodzieńcza odwaga, prawdomówność, potrzeba czułości, zauroczenie na granicy miłosnego oczarowania starszą ale urodziwą i ciekawą kobietą i budzące się uczucia macierzyńskie…

skąd ja to znam….potem już wszystko staje się uporządkowane, sympatie do określonej płci, poczucie własnej seksualności i wreszcie realizacja własnego macierzyństwa.

Kate jest właśnie w okresie wykluwania , kształtowania się kobiecego ego . Przy rozstawaniu się ze swoją pierwszą miłością, a właściwie wielkim zauroczeniem , w atmosferze chłodu i obcości nagle dziękuje tej pani, że mogła ją poznać….

„ Opowieści afrykańskie” to miniatury pięknej narracji, obrazów upalnego buszu i spotkanie z ciekawymi ludźmi. Warto, naprawde warto było sięgnąć przypadkowo na półkę biblioteki michałowickiej i spędzić kilka dni na lekturze takiej pozycji….

 

 

 

 

 

” Obłęd” Jerzego Krzysztonia to zaproszenie do innego świata…

obled_zdjecie.jpg

 

 

„Obłęd” Jerzego Krzysztonia to książka tylko dla tych, którzy są na nią przygotowani: poznali biografię pisarza i są zainteresowani światem ludzi chorych psychicznie. To chyba jedna z nielicznych tego typu książek na świecie, bo napisana przez pacjenta. To kawał pięknej autentycznej prozy…

Jeszcze było lato , gdy weszłam do biblioteki , stałam przed regałami i nagle , jakby odruchowo, wyjęłam tę książkę . Nazajutrz się dowiedziałam , że w tym czasie umierał mój brat.

Kiedyś się zachwycał „Obłędem „ Krzysztonia , ale wtedy nie przeczytałam . Teraz trzymam w ręku stareńkie wydanie z 1979 roku . I rozmawiam z nieżyjącym bratem i z koleżanką , którą namówiłam, by też wypożyczyła . I jesteśmy jakby w zamkniętym zaczarowanym kręgu tej książki…

Ale najpierw o autorze, to co podaje Wikipedia :

 <<Jerzy Krzysztoń, ur. w 1931 w Lublinie , prozaik i dramaturg. W latach 1940-1942 przebywał (na zesłaniu- moja uwaga ) w Kazachstanie i Uzbekistanie , później w Iranie, Indiach i Afryce. Ukończył anglistykę na katolickim Uniwersytecie Lubelskim . Debiutował w 1953 roku  „Opowiadaniami indyjskimi” , za które otrzymał nagrodę Młodych im. Pietrzaka. W 1965 za całokształt twórczości słuchowiskowej otrzymał nagrodę Polskiego Radia….. , a potem wiele innych nagród za twórczość literacką  >>

W ostatnich latach życia zachorował i wielokrotnie przebywał w szpitalu psychiatrycznym . W okresie remisji choroby napisał niezwykłą książkę , uważaną za autobiograficzną , pt .

„ Obłęd „ . Są to trzy niewielkie tomy . W pierwszym, zatytułowanym : „Tropiony i osaczony” bohater powieści- Krzysztof , reporter radiowy, zwykły ojciec i mąż , pewnego dnia doświadcza wielkiej odmiany . Niespokojnie krąży po mieście. A my  pędzimy za nim. Jakże zmienił się nasz świat dookolny . Zwykłe ulice , szarzy przechodnie , proste słowa nabierają innych wartości. Jest bardziej kolorowo, tajemniczo, znajdujemy jakieś znaki, symbole , przekazy sił wyższych i ich imperatywy .
 Wreszcie , umęczeni , pełni lęków i wzniosłych uczuć , razem z bohaterem lądujemy w jego mieszkaniu. Tam dzieje się coś tak niezwykłego , że w efekcie dostajemy się szpitala psychiatrycznego. I tutaj  też wszystko jest inne , niezwykłe . Otaczają nas ludzie o dziwnych zachowaniach  , a Krzysztof  nadaje im imiona dawno zmarłych  postaci historycznych . I widzimy  jego , który spętany pasami , uważa , że płynie po morzach jak Odys , szukając swojej Itaki i jak Odys jest „ Przywiązany do masztu „ . To tytuł drugiego tomu powieści.
Z trudem poddajemy się stosowanej terapii i bardzo wolno wracamy do rzeczywistości . Jest jakaś normalna i nieciekawa . Po prostu zdrowiejemy. Oglądamy z dalekiej perspektywy swoje poprzednie doświadczenia . Odwiedzamy  go w jego domu , gdzie pod księżycem  wschodzącym na wprost łoża pod oknem , Krzysztof właśnie kończy swoje pisanie .To ostatni, trzeci tom powieści pt. „Księżyc nad Epidaurem „…

Byliśmy razem z nim, zauroczeni , zaangażowani , przerażeni i zachwyceni równocześnie. Aż nastał dzień ostatni .  Krzysztof ma nawrót choroby . 16 maja 1982 roku popełnia samobójstwo . Stało się tak jak chciał, od dawna planował. Jak on potrafił opowiadać  o śmierci……

A tak mówił o  chorobie , która go dotknęła . Jego słowa czytamy na początku  pierwszego  tomu powieści :

„ nikt nie wie , co trzeba przeżyć , aby obłęd dojrzał i ogarnął człowieka bez reszty. Ileż to razy ludzie przeżywają tak koszmarne rzeczy , że powinni natychmiast postradać zmysły. Tymczasem wcale nie wariują….A innym wystarczy zwykłe, szare życie i – krach. Już się smażą w ogniu obłędu !. Kim są , zanim staną się obłąkani?…Bo to są takie kłębuszki wrażliwości . Świat dla nich jest cały z kolców. Usiłują się przystosowywać , ale to daremne. Albowiem jeszcze nie wiedzą , że Odys w nich śpi, że róża wykwita z cierni, a klejnot jest w lotosie . Amen. I że nikt nad nimi nie płacze ! Aż przychodzi ostatnia rozpaczliwa próba i – uciekają w szaleństwo…..Sam obłęd jest destrukcją albo nie wyjaśnioną grą lęków , rozpaczy, trwóg i udręk , chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia. Iluminacje . Błyski tak nieprawdopodobne , jakby otwierała się przed człowiekiem tajemnica stworzenia !….Przed chwilą nazwałem obłęd destrukcją i uczyniłem to zbyt pochopnie. Tak może wydawać się komuś , kto patrzy z zewnątrz. Obłąkany tak nie uważa . Żyje on pełnią obłędu, żyje i wyżywa się w nim – świat bowiem przeistoczył się na dobre, stał się pełen nie przeczuwanych znaczeń, groźnych bądź radosnych albo zarazem groźnych i radosnych niezwykłości , wielkich postaci , którym można uścisnąć rękę, pokłonić się , zachłysnąć, czasem gorzko ze szczęścia zapłakać…I w tym przeistoczeniu wziąłem udział całą wyobraźnią , sercem i rozumem…..”.

Wielkiej sławy psychiatra, profesor  Antoni Kępiński , którego dziełami „ Schizofrenia „i „ Melancholia” zaczytywałam się w okresie studenckim , sugerował , że leczenie ludzi chorych na schizofrenię jest dlatego takie trudne, bo ich świat jest ciekawszy od rzeczywistości.

 I dlatego nie chcą do nas wracać…

 

 

Tekst własny opublikowany w portalu Moje Miasto Gorzów pod nickiem Klarka w 2011 roku.