Mój nowy kwiatek o którym teraz opowiem
Już dawno planowałam, by uzupełnić braki kwiatów na parapecie naszego domku. Ostatnio storczyki cherlawo się zachowywały, zresztą były wiekowe. Jak na razie, na nowe nie miałam ochoty. Potrzebna była zmiana. I przyszła w Biedronce. Zatrzymałam się przy stoisku z kwiatami i zauważona niewielka cena nad doniczkami ładnie kwitnących zieloności spowodowała, że kwiatek wylądował w moim wózku. Z radości nie zwróciłam uwagi, że jest to cena stojących nieopodal maleńkich kaktusów a nie mojej donicy. I fajnie, bo nie miałam nawet jednej chwili zawahania. I szczęśliwa że jestem posiadaczką nowego kwiecia wylądowałam w domu i wtedy poczytałam to, na paragonie. Cena nabytej rośliny była trochę wyższa, ale szybko uznałam, że za jej urodę można było zapłacić więcej.
Teraz cieszą jej żywo soczyście zielone ale delikatne lancetowate liście i lejkowate trzy brudno blado różowe kwiaty. Niestety nazwa wyczytana na dołączonej plakietce brzmi obco i nieładnie – Zantedeschia. Zajrzałam więc od razu do netu i znalazłam polski odpowiednik tej nazwy – kalia lub kalijka. Od razu pojaśniało w mej głowie, gdyż roślina ma kwiaty których kształt od początku wydał mi się znajomy. Tak, to kalia, kalia z mojego dzieciństwa.
I wszystko wróciło. Mam niewiele ponad 3 lata i razem z kuzynem- Cześkiem z dumą niesiemy przez pół Trzcianki Lubuskiej wielometrowy welon ślubny jego siostry- Jadzi Majewskiej do kościoła i pod ołtarz. Jestem bezradna co począć dalej. I wówczas wiedziona nagłym impulsem, odwracam się od ołtarza, wdzięcznie ujmuję brzegi spódniczki i wykonuję piękny dyg przed rodziną i ciekawymi ślubu ludziskami . Jestem wtedy malowniczą” krakowianką”. Wystrojoną w czarny aksamitny gorsecik z kolistym cekiniastym wzorem pięknie wyszytym przez Mamę , wg projektu Taty , z wstążkami na ramionach spływającymi wzdłuż ciała oraz niebezpiecznie dźwięczącymi, już trochę potłuczonymi koralami z prawdziwego kolorowego cieniutkiego szkła. Już nie ma tamtej dziewczynki, Mama dawno nie żyje, a ja o tym opowiadam moim dzieciom i wnukom…a może opowiadam tylko sobie…
Ale miało być o kaliach . Jak zwykle odbiegłam od tematu, bo cisną się wspomnienia i pomimo tego, że już kiedyś o tym pisałam, domagają się by ponownie tu je wrzucić.
Jadzia miała bukiet z białych kalii, których urody nie zapomnę. Wydawały się jakby z papieru utworzone, nie wierzyłam, że są naturalne. Dopiero w domu, już po ślubie, na paluszkach zakradłam się do pokoju, gdzie w wazonie stał ten bukiet. I dotknęłam. Był prawdziwy…

Zdjęcie ślubne kuzynki Jadzi Majewskiej z Józkiem Lisem. Wczesne lata 50 ubiegłego wieku. Kalie…Moi kochani poznaniacy. Gdy ich odwiedzałam w czasach studiów poznańskich, oczywiście bez zapowiedzi , zawsze znajdowali dla mnie jakieś obiadowe posiłki. Jak zauważyłam, Jadzia po prostu wtedy z nami nie jadła. Już dawno nie żyje, We wspomnieniach pozostali piękni i młodzi….

Czytam w necie, że kalia należy do rodziny obrazkowatych. Fajna, nietypowa nazwa rodzinna- obrazkowate . Uśmiecham się. Ich miejscem urodzenia jest środkowo- południowa Afryka, a stamtąd została rozwieziona i hodowana w nieomal wszystkich krajach świata, za wyjątkiem Antarktydy. I tu uśmiech- jakoś Antarktyda w ogóle z roślinami się nie kojarzy, ale jak widać Wikipedia jest sumiennie detaliczna. Do Europy została przywieziona w XVII wieku a w wielu miejscach tak ekspansywnie zawładnęła terenem, że zaczęła wypierać roślinność rodzimą i potrafi osiągać 1,2 m wysokości. Kalie mają łodygę podziemną zwaną bulwą lub kłączem, z których dopiero wyrastają korzenie. Liście są zielone, czasem biało nakrapiane. Wszystkie części cantedeskii zawierają kryształki szczawianu wapnia oraz toksyczne alkaloidy. Nie ma jednak doniesień o zatruciach wśród ludzi, opisano jedynie uczulenia spowodowane kontaktem rośliny ze skórą. Obserwowano ciężkie zatrucia zwierząt, w tym bidulki króliki które po spożyciu tej zieleniny padały całkowicie sparaliżowane. Jedynie dziki i jeżozwierze, które chętnie zjadają kłącza tej rośliny z domieszką innych a ptaki- jej jagody, czują się dobrze. Na szczęście nie posiadam w domu żadnych zwierząt, a tym bardziej jeżozwierzy, więc eksperymentować nie będę.
Ale codziennie bladym świtem patrzę na mój parapet i gdy widzę kalię , moją kalijkę czule ją pozdrawiam. Miłego dnia……















.













