Kalia, kalijka czyli Zantedeschia.

SAM_8921.JPG Mój nowy kwiatek o którym teraz opowiem

 

 

Już dawno planowałam, by uzupełnić braki kwiatów na parapecie naszego domku. Ostatnio  storczyki  cherlawo się zachowywały, zresztą były  wiekowe. Jak na razie, na nowe nie miałam ochoty. Potrzebna była zmiana. I przyszła w Biedronce. Zatrzymałam się przy stoisku z kwiatami i  zauważona niewielka cena nad doniczkami ładnie kwitnących zieloności spowodowała, że kwiatek wylądował w moim wózku. Z radości nie zwróciłam uwagi, że jest to cena stojących nieopodal maleńkich kaktusów a nie mojej donicy. I fajnie, bo nie miałam nawet jednej chwili zawahania. I szczęśliwa że  jestem posiadaczką nowego kwiecia wylądowałam w domu i wtedy poczytałam to, na paragonie. Cena nabytej rośliny była trochę wyższa, ale szybko uznałam, że za jej urodę można było zapłacić więcej.

Teraz cieszą jej  żywo soczyście zielone ale delikatne lancetowate  liście i lejkowate trzy brudno blado różowe kwiaty. Niestety  nazwa wyczytana na dołączonej plakietce brzmi obco i nieładnie – Zantedeschia. Zajrzałam więc od razu do netu i znalazłam polski odpowiednik tej nazwy – kalia lub kalijka. Od razu pojaśniało w mej  głowie, gdyż roślina ma kwiaty których kształt od początku wydał mi się znajomy. Tak, to kalia, kalia z mojego dzieciństwa.

    I wszystko wróciło. Mam niewiele ponad 3 lata i razem z kuzynem- Cześkiem z dumą niesiemy przez pół Trzcianki Lubuskiej  wielometrowy welon ślubny jego siostry- Jadzi Majewskiej do kościoła i pod ołtarz.  Jestem bezradna co począć dalej. I wówczas wiedziona nagłym impulsem, odwracam się od ołtarza, wdzięcznie ujmuję brzegi spódniczki   i wykonuję piękny dyg przed rodziną i ciekawymi ślubu ludziskami .  Jestem wtedy malowniczą” krakowianką”. Wystrojoną w  czarny aksamitny gorsecik z kolistym  cekiniastym wzorem  pięknie wyszytym przez Mamę , wg projektu Taty , z wstążkami na ramionach spływającymi wzdłuż ciała oraz niebezpiecznie dźwięczącymi, już trochę potłuczonymi koralami z prawdziwego kolorowego cieniutkiego szkła. Już nie ma tamtej dziewczynki, Mama dawno nie żyje, a ja o tym opowiadam moim dzieciom i wnukom…a może opowiadam tylko sobie…

Ale miało być o kaliach . Jak zwykle odbiegłam od tematu, bo cisną się wspomnienia i pomimo tego, że już kiedyś o tym pisałam, domagają się by ponownie tu je wrzucić.

Jadzia miała bukiet z białych kalii, których urody nie zapomnę. Wydawały się jakby z papieru utworzone, nie wierzyłam, że są naturalne. Dopiero w domu, już po ślubie, na paluszkach zakradłam się do pokoju, gdzie w wazonie stał ten bukiet. I dotknęłam. Był prawdziwy…

 

Zdjęcie-0554.jpg

 Zdjęcie ślubne kuzynki Jadzi Majewskiej z Józkiem Lisem. Wczesne lata 50 ubiegłego wieku. Kalie…Moi kochani poznaniacy. Gdy ich odwiedzałam w czasach studiów poznańskich, oczywiście bez zapowiedzi , zawsze znajdowali dla mnie jakieś obiadowe posiłki. Jak zauważyłam, Jadzia po prostu wtedy z nami nie jadła. Już  dawno nie żyje, We wspomnieniach pozostali piękni i młodzi….

 

 SAM_8922.JPG

 

 

     Czytam w necie, że kalia należy do rodziny obrazkowatych. Fajna, nietypowa nazwa rodzinna- obrazkowate . Uśmiecham się. Ich miejscem urodzenia jest środkowo- południowa Afryka, a stamtąd została rozwieziona i hodowana w nieomal wszystkich krajach świata, za wyjątkiem Antarktydy. I tu uśmiech- jakoś Antarktyda w ogóle z roślinami się nie kojarzy, ale jak widać Wikipedia jest sumiennie detaliczna. Do Europy została przywieziona w XVII wieku a w wielu miejscach tak ekspansywnie zawładnęła terenem, że zaczęła wypierać roślinność rodzimą i potrafi osiągać 1,2 m wysokości. Kalie mają łodygę podziemną zwaną bulwą lub kłączem, z których dopiero wyrastają korzenie. Liście są zielone, czasem biało nakrapiane. Wszystkie części cantedeskii zawierają kryształki szczawianu wapnia oraz toksyczne alkaloidy. Nie ma jednak doniesień o zatruciach wśród ludzi, opisano  jedynie uczulenia spowodowane  kontaktem rośliny ze skórą. Obserwowano ciężkie zatrucia zwierząt, w tym bidulki króliki które po spożyciu tej zieleniny padały całkowicie sparaliżowane.  Jedynie dziki i  jeżozwierze, które  chętnie zjadają kłącza tej rośliny z domieszką innych  a ptaki- jej jagody, czują się dobrze.  Na szczęście nie posiadam w domu żadnych zwierząt, a tym bardziej jeżozwierzy, więc eksperymentować nie będę.

Ale codziennie bladym świtem patrzę na mój parapet i gdy widzę kalię , moją kalijkę czule ją pozdrawiam. Miłego dnia……

 

 

SAM_8918.JPG

Modrzewiowy sen…

SAM_8891.JPG

 

 

Jest rok 1962, mam 15 lat, rodzice w sanatorium w Szczawnicy. Jak zwykle. Zmęczeni wojną, schorowani, aż dziw, że wrócili do życia i jeszcze córeczkę sobie urodzili…tzn . mnie. Brat buja gdzieś w świecie, bo starszy o 13 lat, przedwojenny. Ja powojenna, ale samodzielna , bo właśnie choroby, sanatoria rodziców, praca ich zawodowa. Tym razem pewnie są wakacje, więc wynajmują mi pokoik w Szczawnicy, w domku posadowionym na górce  przy ulicy o przedziwnej nazwie Języki. Muszę tam codziennie wbiegać , co wtedy nie stanowi problemu i równie szybko zbiegać by moczyć nogi w strumyku o równie dziwnej nazwie Bryjarka. Odwiedzam też rodziców czytam książki i wdycham żywiczne górskie powietrze. Jest pięknie. Ot, taka migawka z życia. Ale miało być o modrzewiach. Otóż tam właśnie, w Szczawnicy się dowiaduję, że powietrze nasycone  żywicą modrzewiową jest najzdrowsze, i lekarze zalecają spacery wśród  licznie rosnących tu tych drzew. Więc wdycham…i na zawsze zapadają mi w pamięć te dziwne miękkoiglaste drzewa, z małymi szyszeczkami, które ponoć na zimę zrzucają igły….to tam właśnie zwróciłam na nie uwagę.

    Potem już ogród nad Bugiem i oczywiście obowiązkowe modrzewie. Maciupkie przed 35 laty, rosły bardzo dynamicznie i teraz sięgają nieba, gałązkami kruchymi gdy wiatr sypią . Nie zapomnę, gdy w 1992 roku, odwiedziła nas córka z najstarszą wnuczką. Weronika miała wówczas  7  miesięcy, wzięłam ją na ręce i stanęłyśmy pod modrzewiowymi gałęziami. Były bujne i kołysane wiatrem wyglądały jak wielkie kosmate łapy. Dziecko  pokazywało je paluszkiem z trwogą wielką. Odeszłam z tego miejsca,  ale po chwili  wróciłam. Weronika zareagowała tak samo jak za pierwszym razem.  Wówczas to, po raz pierwszy zauważyłam, że takie małe dzieci mają wyobraźnię. Wstyd się przyznać, bo pediatrą już byłam, i swoją czwórkę odchowałam, a tu nagle wnuczka oczy mi otworzyła….

    I teraz modrzewie towarzyszą nam w Michałowicach, jeszcze niewielkie, ale już mają zadatki na wysokie drzewa. I są listopadowym złotem, chyba ostatnim na drzewach, bo brzozy, lipy, klonik i kasztanowiec już śpią snem zimowym. Patrzę więc na owe złoto, zdjęcia robię i wspominam pierwsze z nimi spotkania, młodzieńcze zauroczenie trwa. I dobrze jest. Niebawem  dobranoc im powiem, bo zima  przybędzie niechybnie i pójdą spać, by wiosną zachwycić…..

 

 

SAM_8899.JPG

 

 

SAM_8916.JPG

 

 

SAM_8892.JPG

Uśmiech klematisa…

 

P8060120.JPG

 

 

W sierpniowy, trochę pochmurny jak na razie  poranek powitał mnie w ogródku klematis. Zakwitł niespodziewanie, bo całkowicie zaniedbany sprawiał wrażenie , że poszedł sobie gdzieś w świat. Pędy miał jakby zaschnięte a listeczki wątłe. I tutaj nagle wielki cudny rozkwit. Jak to w życiu bywa, z niepozornego młodzieńca wyrasta piękny dorodny mężczyzna, a z myszowatej dziewczynki bujna kobieta. Tak rozmyślając, witam się z moim klematisem ciepło i oczy sycę urodą jego kwiatów.

Polska jego nazwa to po prostu powojnik ( Clematis)  a wywodzi się z rodu jaskrowatych

( Ranunculaceae) która obejmuje ok. 500  gatunków. Spotkać go możemy w krajach gdzie klimat umiarkowany i ciepły, ale najliczniej w Chinach i Japonii.

Potrafi rosnąć do 8 metrów, płożąc się po ziemi a gdy znajdzie w pobliżu podporę, wspina się cierpliwie ku niebu owijając się wokół niej przy pomocy ogonków liściowych. Rodzi piękne kwiaty i zadziwia owocami ukrytymi w puchowej kulce które spokojnie trwają do zimy w tym samym miejscu gdzie się urodziły.

Warto pamiętać, choć nie sądzę, by ktoś miał ochotę na konsumpcję jego liści czy kwiatów i owoców , że roślina jest lekko trująca….

Natomiast roślina jest świetną odżywką dla zbolałej melancholijnej duszy, czego miałam okazję doświadczyć. Widok kwiatów niespodziewanie pojawiających się na wielkiej masie zieleni wywołuje zachwyt i uśmiech , taki na cały dzień. Dobrego dnia więc….

 

 P8060115.JPG

 

 

P8060116.JPG

 

 

P8060121.JPG

 

 

P8050113.JPG

Mój klematis posiada bardzo wytworne imię , nadane mu przez hodowców ” The President „…

Tekst na podstawie zdjęć, niewielkich myśli i odczuć własnych oraz  wiedzy czerpanej z Wikipedii…

 

Jest taki krzew a nazywa się Lantana …

 

 

W lipcowy poranek siedzę w kącie tarasu, pod parasolem, bo daszku nie ma a kapie z wielkiej lipy wczorajszy deszcz. Niestety wyczerpały się możliwości łapania internetu przez moje stareńkie urządzenie mobilne a zamówione nowe nie dojechało przed weekendem. Ale dobrze, że chociaż w tym dość niewygodnym miejscu mam kontakt ze światem. Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć o bardzo ciekawym krzewie spotykanym w cieplejszym klimacie…..

 SardyniaDziwneKwiatyOwoce.jpg

Zdjęcie lantany przywiezione z Sardynii…

 

 

 

 

 

Wokół wszystko zielone, kwitnące, szalejące pszczołami zmierza do nieuchronnego końca barwnego sezonu . Tak mamy klimat…

    A ja  oglądam zdjęcia różnych kwiatów które wykonałam przez ostatnie lata i znajduję dziwny krzew. Zawsze gdy byłam w krajach basenu Morza Śródziemnego mnie zadziwiał. Bowiem na jednym pędzie zakwitały równocześnie dwie barwy podczas gdy obecne były także  owocki  jednolitego eleganckiego  granatowego koloru. Taki fajny barwny melanż.

Zajrzałam więc w końcu do netu w poszukiwaniu nazwy i informacji o tym niewielkim krzewie. I znalazłam….

   Krzew ten a właściwie jak Wikipedia go nazywa- półkrzew został nazwany lantana , należy do rodziny werbenowatych ( Verbenaceae) pierwotnie zamieszkujących Amerykę Środkową. Tam osiąga wysokość do 3 m, a miękka, słabo zdrewniała łodyga pokryta jest nielicznymi haczykowatymi cierniami. Liście są pomarszczone i owłosione, jajowatego kształtu, a po roztarciu nieprzyjemnie pachną i drażnią skórę.

Roślina ta uwielbia upalne lato, w porze chłodniejszej i deszczowej marnieje. Kwiaty są początkowo żółte , potem zmieniają barwę na pomarańczową a potem czerwonopurpurową. Owoce są granatowoczarne. Jednak nie napisano tam, że wszystko to można zaobserwować  na jednym pędzie .

Tak więc poznałam  roślinę, na której są  wszystkie barwy roku w jednakowym czasie.

 Aż żal, że u człeka czas zaciera ślady młodości i nanosi swoje stygmaty by ostatecznie bezpowrotnie zmieść nas z ziemi . No , cóż nie jesteśmy lantaną ….

Naparstnicowe wspomnienie…

SAM_6334.JPG 

 

 

 

Właśnie niedawno zauważyłam, że zakwitła naparstnica. Jej kwiatki białe i różowe w ciapki kształtu naparstka, ułożone na jednej łodyżce, grzecznie, według wzrostu, wyglądają  niewinnie i milusio. Ale to pozory. Ta roślinka potrafi leczyć ale też śmiertelnie zatruć…

 

     I zawsze gdy ją widzę, przychodzą do mnie wspomnienia. Już kiedyś o tym pisałam, ale ten temat stale  do mnie wraca i pozwalam sobie przypomnieć w tym miejscu. Myślę, że zostanie mi to wybaczone….

 

Były wczesne lata 70 XX wieku , a ja raczkowałam w zawodzie i  właśnie z wielkim przejęciem rozpoczęłam pierwszą  pracę w przychodni rejonowej na Wrzecionie.

 

To bielańskie osiedle pod Hutą Warszawa zamieszkiwały różne ciekawe osoby. Od pospolitych drobnych handlarzy na miejscowym bazarze, drobnych złodziejaszków, pijaczków do ludzi z dyplomami i ciekawym życiorysem. Poznawałam ich problemy, bo chętnie się zwierzali, lekarz rejonowy był czasem niby spowiednik. I dobrze, bo znając przynajmniej częściowo ich życie, można było zrozumieć różne dolegliwości.

 

Mieszkały też tam  stare samotne kobiety. Całkiem niedawno zostały wysiedlone  z własnych domeczków z podwarszawskiego Annopola, bo tam powstawały blokowiska. W zamian  otrzymały kawalerki i tam sobie mieszkały wśród uratowanych  ukochanych zwalistych starych mebli, polegiwały na szerokich łożach zajmujących pozostałą powierzchnię jedynego pokoju  i pewnie czekały końca. Biedne były te panie , przesadzone  z ogrodów na kamienną cuchnącą spalinami i dymami z pobliskiej huty pustynię.

 

Odwiedzałam je , bo miałam pod opieką blok, w którym mieszkały, pamiętam nazwę ulicy i numer domu, ale nie podam, bo może żyją tam jacyś ich potomkowie, chociaż  one już dawno przemierzają zielone ogrody rajskie .

 

Starałam się jak umiałam, młodziutka byłam wtedy, ledwie po studiach i stażu.

 

Biegałam na wizyty domowe te zgłoszone przez chorych i planowe  tzw. patronażowe  do ludzi niesprawnych i starych . Badałam, wypisywałam  recepty, najczęściej na takie leki,  które zalecił im jakiś specjalista. Aż któregoś dnia odkryłam, że nie wiedzą jak brać leki a w dodatku nie czytają tego, co im na karteczkach inni lekarze a potem ja wyraźnie pisałam. Naprawdę się starałam, by moje zwichrowane pismo wyrównać uporządkować.

 

Stało się to wtedy gdy jedna z pań wylądowała w szpitalu i wróciła z rozpoznaniem zatrucia naparstnicą. Tak, tą miłą roślinką, która właśnie sobie dziko zakwitła pod płotem naszej działki nad Bugiem. I wówczas doszłam do może mylnego  wniosku, że te panie chyba w ogóle nie umiały czytać. Bo pokazywałam owe karteluszki z zaleceniami lekarskimi, prosiłam o przeczytanie a one nic. A tekst z książeczki do nabożeństwa czytały. Może jednak znały go na pamięć – tak sobie dzisiaj rozmyślam. Tak więc niezależnie od tego, czy umiały czytać czy nie chciały, leki sobie dawkowały wg własnego pomysłu. Nalewkę z naparstnicy, która musiała być bardzo precyzyjnie dawkowana, w bardzo małych dawkach- max 7 kropli dziennie myliły z innymi tzw. lekami nasercowymi, które pewnie przynosiły usłużne sąsiadki. Bo na szczęście były sąsiadki, widywałam je, pomagały staruszkom i było to budujące dla mnie. Nigdy jednak nie widziałam u nich dzieci czy wnuków, może nie miały, nie pytałam przez delikatność. Otóż staruszki te chcąc się ratować, wkraplały sobie preparat z naparstnicy zamiast owych 7 kropli, solidne co najmniej 30 jak w tych innych lekach nasercowymi też popularnie zwanymi. Chyba chronił je Anioł Stróż, bo żadna nie zakończyła  życia, były sobie dalej po swojemu szczęśliwe czy nieszczęśliwe. Tylko jedna wylądowała jak napisałam w szpitalu. Muszę jeszcze raz wspomnieć, że tych kropli z naparstnicy ja nie zlecałam, bo ja byłam od jakiś prostych uznanych za mało szkodliwe leków a jedynie kontynuowałam zalecenia kardiologa .

 

    I po tym wydarzeniu, któregoś dnia  pomaszerowałam na kolejną wizytę do którejś z pań i zebrawszy się w sobie, poprosiłam o zgodę na zajrzenie do szafki nocnej, bo zapytana, odpowiedziała, tam trzyma leki. W tamtych czasach , tj ponad 40 lat temu ludzie sobie wzajemnie ufali i pacjenci lekarzom i lekarze pacjentom. Nikt nawet nie pomyślał , że istnieje ochrona danych osobowych czy jakiś innych zachowań zastrzeżonych we wzajemnych kontaktach. Świat był czystszy, prostszy, jedynym wspólnym wrogiem dla większości społeczeństwa byli komuniści ….

 

    Tak więc, bez specjalnych oporów zapytałam tę panią, czy mogę zajrzeć do jej szafki, gdzie trzyma leki. Po otwarciu drzwiczek wysypały się pudełka, pudełeczka, buteleczki oraz kartki na których inni lekarze zapisywali dawkowania leków. Rozpoczęłam mrówczą pracę, by wybrać tylko te leki, które jeszcze miały aktualną datę ważności, a następnie tylko te, które były potrzebne w tym czasie. Pozostałe zapakowałam osobno oczywiście informując panią, że może kiedyś się przydadzą, o czym ją z pewnością poinformuję. Na lekach rysowałam kolorowymi długopisami ( przypomniałam teraz sobie, że wtedy jeszcze nie było flamastrów) szerokie wyraźne paski. Leki które należało spożywać rano były zaznaczone na różowo, na czerwono południowe i czarne na noc…..i okazało się, że to zadziałało….wszyscy byli zadowoleni o czym dowiedziałam się w czasie następnej wizyty…

 

     Ależ się rozpisałam, a miało być o naparstnicy.

 

    Właśnie kwitnie sobie dziko na obrzeżach działek. Należy do rodziny babkowatych ( Plantaginaceae) i obejmuje ponad 20 gatunków. Uwielbia Afrykę Północną, ale też chętnie gości w Europie i Azji. Najbardziej popularnym gatunkiem jest Digitalis purpura czyli naparstnica purpurowa ( pomimo takiej nazwy najczęściej bywa biała lub różowa) .  Jest byliną, ale czasem żyje jedynie dwa lata. Kwitnie od czerwca do września i dlatego teraz mogłam ją sfotografować nad moim Bugiem.

 

Cała roślina jest trująca ale w małych dawkach ma  własności lecznicze . Odkrył je w  XVIII wieku szkocki lekarz Whitering. Poza saponinami i śluzami posiada ona przede wszystkim glikozydy o działaniu nasercowym z których najsilniej działa digitoksyna stosowana w leczeniu nerwic i chorób serca. Glikozydy kumulują się w mięśniu sercowym gdzie wpływają leczniczo zwalniając pracę serca i poprawiając jego wydajność ale spożyte w większych dawkach powodują zaburzenia rytmu serca a nawet zapaść i zejście śmiertelne.

 

Do niedawna w dni słoneczne zbierano liście, suszono a następnie przygotowywano nalewki.

 

Aktualnie nie jest stosowana w ziołolecznictwie, gdyż niewielkie przekroczenie dawki było bardzo toksyczne. Teraz są jeszcze wykonywane preparaty lecznicze z mniej niebezpiecznej  naparstnicy wełnistej ale najczęściej podawane są  odpowiedniki syntetyczne o kontrolowanym  składzie i działaniu …

 

Tak więc powoli opisywane przez mnie wydarzenia sprzed prawie półwiecza związane z tą miłą rośliną przechodzą do lamusa…podobnie zresztą jak osoba, która wspomina….

 

Gdy jak co roku zakwitnie naparstnica  może ktoś przypomni sobie tę młodą , pełną entuzjazmu i zaangażowania lekarkę. A może nikt nie wspomni…..….najpewniej tak będzie….

 

 

SAM_6336.JPG

 

 

SAM_6338.JPG

 

 

Digitalis_lanata_003.JPG

Naparstnica wełnista. W odróżnieniu od pozostałych, to zdjęcie jest z Wikipedii.

 

 

SAM_6335.JPG.

 

 

 

Była sobie kupa…

SAM_6396.JPG

 

 

 

Była sobie kupa.

Pozostawiona samotnie na wielkiej łące, smętna bo niepotrzebna nikomu. Nawet krowa jej nie chciała, tylko niedawno bezwzględnie wydaliła .

Jednak długo się nie smuciła, bo nagle zaszumiało, zabrzęczało i nadleciało muszysko, potem kolejne i zrobiło się rojno i gwarno. Ucieszona kupa przysiadała z nadzieją, że wreszcie ktoś się na niej poznał, że budzi zainteresowanie.

Muchy były pięknie przez kogoś nazwane i dumnie się przedstawiały kupie- jesteśmy Rudzice nawozowe.  

Wdychały upojny zapach które wyczuły już z daleka przy pomocy swoich superczułych receptorów węchowych .

Początkowo zagilgotały kupę swoimi odnóżami, bo spożyły lekki posiłek z jej zawartości a potem przystąpiły do pracy. Musiały się spieszyć, bo wiosenne słońce grzało mocno i wysysało wodę z kupy tworząc pancerny na niej kożuch, którego muchy nie umiałyby przegryźć.

Za paniami muchami nadleciały panowie, którzy w aurze zapachów kupowych poczuli wielką jurność i nawet podjęli walkę o panie . Walka ta była gwałtowna, brutalna i zawzięta. Wreszcie się stało, wszystkie panie zadowolone z zalotów, nasycone szybkim seksem i zapłodnione jak natura przykazała złożyły jajka we wnętrzu kupy.

Uff, udało się. Teraz pora odpocząć. A z jajek już zaczęły wyglądać larwy. Ich mamy i ojcowie odlecieli w poszukiwaniu dalszych przygód, zostawiając swoje dzieci w miejscu, gdzie miały bardzo dużo pożywienia . Resztki jedzeniowe, częściowo już strawione, nasycone pożytecznymi bakteriami stanowiły dla larw smakowite i pożywne jedzonko. I w ten to oto sposób łaskawa matka przyroda uwolniła rodziców małych musząt od obowiązku karmienia.

    Kupa była zadowolona, pomimo tego, że jej objętość malała, ale tym się nie przejmowała,  spełniła swój obowiązek bo stworzyła warunki dla nowego życia i mogła spokojnie zniknąć z trasy, gdzie turyści z obrzydzeniem ją omijali. Czuła się spełniona czysta i szlachetna.

Do zaschniętych jej resztówek spokojnie podążyły śliczne żuki gnojowniki i dopełniły dzieła unicestwiania…

   I gdy nadeszła dziewczynka- Zuzia , spytała mamę- dlaczego muchy lubią kupy. A mama napisała do pana Wojciecha Mikołuszko a ten pan odpowiedział na łamach Wyborczej z 13.06.2014 roku podpierając się wiedzą zawartą w książce „ Owady polskie” prof. Marka Kozłowskiego . Pan ten objaśnił dziewczynce właśnie to co przedstawiłam powyżej , jeno ozdobiłam, nieomal personifikacji dokonałam  a także wspomniał o tym, że w przyrodzie jest rozpowszechniony zwyczaj zjadania kup. Jednak nigdy  zwierzęta nie zjadają kup swoich pobratmców. Za dużo w nich bowiem wirusów, bakterii i pasożytów, które są związane z przewodem pokarmowym jednego gatunku. Dlatego też np. psy nie zjadają kup psich ale gdy potrzebują witamin, zjadają odchody innych osobników  też pełne odżywczych składników ale dla nich czyste . Jaka odwieczna, zachwycająca to mądrość przyrody. Nic, tylko się zachwycić.

Poczytawszy ten artykuł, właśnie doznałam takiego uczucia.

Jedynie informacja o uzyskiwaniu  ulubionego przez mnie miodu spadziowego nie budziła mojego entuzjazmu. Otóż dowiedziałam się, że są to kupy mszyc, zjedzone przez pszczoły i potem przez nie zwymiotowane. Brr…jednak postanawiam nie zapamiętać tej informacji i może jesienią zapomniawszy poliżę łyżeczkę wypełnioną ciemnym słodkim ulepkiem. Nie wiem zresztą jak to będzie jesienią, ale kto to wie co będzie jesienią….

 

„Pancernik Fuleco- maskotka mundialu”

SAM_6254.JPG

 

 

 

 

Pancernik Fuleco- maskotka mundialu

 

W Wyborczej z 11.06.2014 r. przeczytałam o tym niezwykłym zwierzaku. W podrozdziale „ Słodziak tygodnia” Margit Kossobudzka króciutko przedstawia pancernika kulowatego.

     Pancernik kulowaty ( Tolypeutes tricinctus) jest ssakiem z rodziny pancerników . Razem z leniwcami i mrówkojadami należy do rzędu szczerbaków i żywi się głównie mrówkami i termitami. Gdy namierzy te owady, buszuje w gnieździe , wkłada tam nos i lepkim językiem wydobywa je z kryjówki.

Jest niezbyt duży, waży 1,5 kg. Jego cechą charakterystyczną jest pancerz złożony z elementów, który pokrywa nieomal całe ciało za wyjątkiem spodniej części tułowia i wewnętrznych stron kończyn. Elementy pancerza mogą się obracać w zależności od zamierzonego ruchu, bo pomiędzy łuskami ma bardzo elastyczną skórę, która działa jak przegubowiec. Jest samotnikiem. Zagrożony, nie ucieka, ale  składa się w kulę. W ten sposób chroni się przed atakami innych zwierząt,  ale oczywiście wówczas dla  ludzi jest łatwą zdobyczą do pieczenia na grilu.

    Pancernik kulowaty występuje  jedynie na terenie Brazylii. Zamieszkuje  m. in. suche tereny północno wschodnie kraju, pokryte sawanną kolczastą tzw katingą.  Stanowi ona 10% obszaru Brazylii.

     W 1994 roku pancernika kulowatego zaliczono do kategorii „ zagrożony wyginięciem”, co potem złagodzono do „ narażony na wyginięcie”. I tak jest do dziś, w ciągu ostatnich 10 lat jego liczebność obniżyła się o ponad 30% i wciąż spada. Naukowcy przewidują , że jeśli się nie zahamuje wyniszczania tego „słodziaka”, w ciągu  10 lat zwierzę zniknie z powierzchni ziemi.  Wprawdzie już kiedyś stwierdzono, że  wyginął, a w latach 90 XX wieku ponownie go znaleziono , należy mu się szczególna ochrona. Ochrona tego pancernika to przede wszystkim zabezpieczenie obszaru, gdzie mieszka. Jednak do tego potrzeba znacznych sum pieniędzy.

     W 2012 roku Brazylijczycy wybrali go jako maskotkę właśnie rozpoczętego mundialu i nazwali go „ tatubola” . Nadali mu imię Fuelco powstałe z połączenia „ futbolu” i „ ekologii”. Gdy FIFA i władze brazylijskie ogłosiły swoją akceptację tego pomysłu, motywując charakterystyczną kulistą urodą chroniącego się przed agresorem  zwierzątka ale głównie ideą pomocy w jego ochronie , odezwało się wielu miłośników przyrody- przeciwników pomysłu . Uważają oni, że  należy dać mu spokój,  odwrócić od niego uwagę ludzi,  bo może to przynieść jeszcze większe dla niego zagrożenie.

Władze przeznaczyły  45 tys. dolarów na ochronę terenów gdzie mieszka pancernik, co jest  sumą zbyt niską, by rozwijać ten projekt.

Spodziewana jest wielka popularność i sprzedaż maskotek i gadżetów z wizerunkiem tatuboli.

Liczono także , że  FIFA przeznaczy  drobny, nieznaczący dla niej  procent ze sprzedaży maskotek na ochronę pancernika. Jednak jak to w życiu bywa, nie spełniła oczekiwań i nie włączyła się do ochrony tego gatunku.

     W kwietniu kilku emerytowanych brazylijskich naukowców złożyło ciekawą propozycję. W piśmie „ Biotropica” wezwali prezydenta Brazylii Wilmę Rousseff do objęcia ochroną 10 km kw. lasów Katangi za każdy strzelony gol podczas mundialowych meczy. Jak dotąd uczeni nie dostali żadnej odpowiedzi….

    Gdy pokazują w TV sceny mundialowe  wypatruję tego fajnego zwierzaka, ale jak do tej pory nie zauważyłam…pozostały więc zdjęcia i nadzieja, że przetrwa w swoim środowisku, bo jest śliczny i z pewnością pożyteczny, jak zresztą wszystkie zwierzęta, które przyroda włączyła w wielki  łańcuch biologiczny….

 

 

Brazilian_three-banded_armadillo_(Tolypeutes_tricinctus)_2,_Natural_History_Museum,_London,_Mammals_

 

 

800px-EdmontonZooArmadillo.JPG

 

Zdj z  Gazety i z Wikipedii…

Zatrzymać ten cudny czas….

 2.jpg

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

 

 

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

    A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.  

    Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji…. 

    Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.  

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

   Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …   

    A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

A.JPG

 

 

I.JPG

 

 

K.JPG

 

 

E.JPG

 

 

„Manna z nieba” i tamaryszek

Sardynia, tamaryszki.jpg

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

 

 

 

 

     Ostatnio przeczytałam, że z polecenia  boga Jahwe  tamaryszek  nakarmił manną wygłodzonych Izraelitów, którzy uciekali z egipskiego domu niewoli i zmierzali do swojej  Ziemi Obiecanej.

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

     Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

      Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

       Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

     Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

    I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę….

 

 

T,1.JPG

 

 

T.JPG

 

 

T,2.JPG

 

 

T,4.JPG

 

 

T,6.JPG

 

 

.