Naparstnicowe wspomnienie…

SAM_6334.JPG 

 

 

 

Właśnie niedawno zauważyłam, że zakwitła naparstnica. Jej kwiatki białe i różowe w ciapki kształtu naparstka, ułożone na jednej łodyżce, grzecznie, według wzrostu, wyglądają  niewinnie i milusio. Ale to pozory. Ta roślinka potrafi leczyć ale też śmiertelnie zatruć…

 

     I zawsze gdy ją widzę, przychodzą do mnie wspomnienia. Już kiedyś o tym pisałam, ale ten temat stale  do mnie wraca i pozwalam sobie przypomnieć w tym miejscu. Myślę, że zostanie mi to wybaczone….

 

Były wczesne lata 70 XX wieku , a ja raczkowałam w zawodzie i  właśnie z wielkim przejęciem rozpoczęłam pierwszą  pracę w przychodni rejonowej na Wrzecionie.

 

To bielańskie osiedle pod Hutą Warszawa zamieszkiwały różne ciekawe osoby. Od pospolitych drobnych handlarzy na miejscowym bazarze, drobnych złodziejaszków, pijaczków do ludzi z dyplomami i ciekawym życiorysem. Poznawałam ich problemy, bo chętnie się zwierzali, lekarz rejonowy był czasem niby spowiednik. I dobrze, bo znając przynajmniej częściowo ich życie, można było zrozumieć różne dolegliwości.

 

Mieszkały też tam  stare samotne kobiety. Całkiem niedawno zostały wysiedlone  z własnych domeczków z podwarszawskiego Annopola, bo tam powstawały blokowiska. W zamian  otrzymały kawalerki i tam sobie mieszkały wśród uratowanych  ukochanych zwalistych starych mebli, polegiwały na szerokich łożach zajmujących pozostałą powierzchnię jedynego pokoju  i pewnie czekały końca. Biedne były te panie , przesadzone  z ogrodów na kamienną cuchnącą spalinami i dymami z pobliskiej huty pustynię.

 

Odwiedzałam je , bo miałam pod opieką blok, w którym mieszkały, pamiętam nazwę ulicy i numer domu, ale nie podam, bo może żyją tam jacyś ich potomkowie, chociaż  one już dawno przemierzają zielone ogrody rajskie .

 

Starałam się jak umiałam, młodziutka byłam wtedy, ledwie po studiach i stażu.

 

Biegałam na wizyty domowe te zgłoszone przez chorych i planowe  tzw. patronażowe  do ludzi niesprawnych i starych . Badałam, wypisywałam  recepty, najczęściej na takie leki,  które zalecił im jakiś specjalista. Aż któregoś dnia odkryłam, że nie wiedzą jak brać leki a w dodatku nie czytają tego, co im na karteczkach inni lekarze a potem ja wyraźnie pisałam. Naprawdę się starałam, by moje zwichrowane pismo wyrównać uporządkować.

 

Stało się to wtedy gdy jedna z pań wylądowała w szpitalu i wróciła z rozpoznaniem zatrucia naparstnicą. Tak, tą miłą roślinką, która właśnie sobie dziko zakwitła pod płotem naszej działki nad Bugiem. I wówczas doszłam do może mylnego  wniosku, że te panie chyba w ogóle nie umiały czytać. Bo pokazywałam owe karteluszki z zaleceniami lekarskimi, prosiłam o przeczytanie a one nic. A tekst z książeczki do nabożeństwa czytały. Może jednak znały go na pamięć – tak sobie dzisiaj rozmyślam. Tak więc niezależnie od tego, czy umiały czytać czy nie chciały, leki sobie dawkowały wg własnego pomysłu. Nalewkę z naparstnicy, która musiała być bardzo precyzyjnie dawkowana, w bardzo małych dawkach- max 7 kropli dziennie myliły z innymi tzw. lekami nasercowymi, które pewnie przynosiły usłużne sąsiadki. Bo na szczęście były sąsiadki, widywałam je, pomagały staruszkom i było to budujące dla mnie. Nigdy jednak nie widziałam u nich dzieci czy wnuków, może nie miały, nie pytałam przez delikatność. Otóż staruszki te chcąc się ratować, wkraplały sobie preparat z naparstnicy zamiast owych 7 kropli, solidne co najmniej 30 jak w tych innych lekach nasercowymi też popularnie zwanymi. Chyba chronił je Anioł Stróż, bo żadna nie zakończyła  życia, były sobie dalej po swojemu szczęśliwe czy nieszczęśliwe. Tylko jedna wylądowała jak napisałam w szpitalu. Muszę jeszcze raz wspomnieć, że tych kropli z naparstnicy ja nie zlecałam, bo ja byłam od jakiś prostych uznanych za mało szkodliwe leków a jedynie kontynuowałam zalecenia kardiologa .

 

    I po tym wydarzeniu, któregoś dnia  pomaszerowałam na kolejną wizytę do którejś z pań i zebrawszy się w sobie, poprosiłam o zgodę na zajrzenie do szafki nocnej, bo zapytana, odpowiedziała, tam trzyma leki. W tamtych czasach , tj ponad 40 lat temu ludzie sobie wzajemnie ufali i pacjenci lekarzom i lekarze pacjentom. Nikt nawet nie pomyślał , że istnieje ochrona danych osobowych czy jakiś innych zachowań zastrzeżonych we wzajemnych kontaktach. Świat był czystszy, prostszy, jedynym wspólnym wrogiem dla większości społeczeństwa byli komuniści ….

 

    Tak więc, bez specjalnych oporów zapytałam tę panią, czy mogę zajrzeć do jej szafki, gdzie trzyma leki. Po otwarciu drzwiczek wysypały się pudełka, pudełeczka, buteleczki oraz kartki na których inni lekarze zapisywali dawkowania leków. Rozpoczęłam mrówczą pracę, by wybrać tylko te leki, które jeszcze miały aktualną datę ważności, a następnie tylko te, które były potrzebne w tym czasie. Pozostałe zapakowałam osobno oczywiście informując panią, że może kiedyś się przydadzą, o czym ją z pewnością poinformuję. Na lekach rysowałam kolorowymi długopisami ( przypomniałam teraz sobie, że wtedy jeszcze nie było flamastrów) szerokie wyraźne paski. Leki które należało spożywać rano były zaznaczone na różowo, na czerwono południowe i czarne na noc…..i okazało się, że to zadziałało….wszyscy byli zadowoleni o czym dowiedziałam się w czasie następnej wizyty…

 

     Ależ się rozpisałam, a miało być o naparstnicy.

 

    Właśnie kwitnie sobie dziko na obrzeżach działek. Należy do rodziny babkowatych ( Plantaginaceae) i obejmuje ponad 20 gatunków. Uwielbia Afrykę Północną, ale też chętnie gości w Europie i Azji. Najbardziej popularnym gatunkiem jest Digitalis purpura czyli naparstnica purpurowa ( pomimo takiej nazwy najczęściej bywa biała lub różowa) .  Jest byliną, ale czasem żyje jedynie dwa lata. Kwitnie od czerwca do września i dlatego teraz mogłam ją sfotografować nad moim Bugiem.

 

Cała roślina jest trująca ale w małych dawkach ma  własności lecznicze . Odkrył je w  XVIII wieku szkocki lekarz Whitering. Poza saponinami i śluzami posiada ona przede wszystkim glikozydy o działaniu nasercowym z których najsilniej działa digitoksyna stosowana w leczeniu nerwic i chorób serca. Glikozydy kumulują się w mięśniu sercowym gdzie wpływają leczniczo zwalniając pracę serca i poprawiając jego wydajność ale spożyte w większych dawkach powodują zaburzenia rytmu serca a nawet zapaść i zejście śmiertelne.

 

Do niedawna w dni słoneczne zbierano liście, suszono a następnie przygotowywano nalewki.

 

Aktualnie nie jest stosowana w ziołolecznictwie, gdyż niewielkie przekroczenie dawki było bardzo toksyczne. Teraz są jeszcze wykonywane preparaty lecznicze z mniej niebezpiecznej  naparstnicy wełnistej ale najczęściej podawane są  odpowiedniki syntetyczne o kontrolowanym  składzie i działaniu …

 

Tak więc powoli opisywane przez mnie wydarzenia sprzed prawie półwiecza związane z tą miłą rośliną przechodzą do lamusa…podobnie zresztą jak osoba, która wspomina….

 

Gdy jak co roku zakwitnie naparstnica  może ktoś przypomni sobie tę młodą , pełną entuzjazmu i zaangażowania lekarkę. A może nikt nie wspomni…..….najpewniej tak będzie….

 

 

SAM_6336.JPG

 

 

SAM_6338.JPG

 

 

Digitalis_lanata_003.JPG

Naparstnica wełnista. W odróżnieniu od pozostałych, to zdjęcie jest z Wikipedii.

 

 

SAM_6335.JPG.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *