Pieskie życie i zwierzęce serca.

 

SAM_8951.JPG

Zawsze razem. Leza z synkiem. Czas przed jej operacją .

 

 

Dzisiaj na chwilę przerwałam wędrowanie po Japonii, bo zadziwił nas mały Polo. I teraz rozmyślam nad domowymi pupilami i ich zachowaniem w trudnym dla kogoś czasie.  

    Nigdy nie mieliśmy w domu zwierząt, poza jednodniowej obecności w gorzowskim domu kota. Jak to było, już kiedyś opowiadałam. I pewnie żal, że nigdy nie doświadczyłam zwierzęcej przyjaźni. Za to teraz z uwagą neofity i rozrzewnieniem śledzę  różne zachowania zwierząt świadczące o ich wielkich sercach. Miło, że w końcu tego doświadczam, jak widać nigdy nie jest za późno na naukę.

    Najpierw wciska mi się w głowę powiedzenie: pieskie życie. Nie wiem skąd się wzięło.

Pewnie dotyczy tych biednych, porzuconych, błąkających się po okolicy i czekających na tego, który zabierze, przygarnie i pokocha.

Ale te, które mają szczęście by przebywać u boku dobrych ludzi są wierne, oddane i dają z siebie ogrom ciepła, przyjaźni. Nie sposób nie kochać swoich zwierzątek.

     Pomnę spotkanie z umierającą kobietą, której kotek w czasie naszej wizyty uciekł na górne szafki kuchenne. I tam krążył nad swoją panią z zadziwiającą delikatnością omijając wazony i inne szklane przedmioty tam ustawione. Opowiadała, że gdy nasilały się dolegliwości, kot układał się na niej dokładnie w miejscu które było najbardziej bolesne. I wtedy czuła się znacznie lepiej. Może tak działało ciepło jego ciała, może jakieś prądy a może tylko zwykła bliskość, której ta kobieta łaknęła jak nigdy w życiu….

      A teraz o pieskach. Było to przed laty, kiedy to Fortaleza, zwana skrótowo Lezą , miniaturowy biały sznaucerek miała może pół roku. Dzieci zostawiły ją u nas na czas wyjazdu na narty. Przywieźli jej posłanie, na którym od razu się ułożyła do snu. Jednak w nocy zauważyłam, że się przemieściła. Cierpiący po radioterapii gospodarz, często wstawał do łazienki i musiał omijać śpiącego przy jego łóżku pieska. Piesek zrywał się i czekał na powrót pana. Dlaczego tak zrobił. Nie wiem. Ale nie wybrał swojego posłania, ani też, jak potem zawsze bywało, nie spał obok mojego tapczanu. Jest tylko jedna odpowiedź. Leza współczuła i chciała pomóc …

     Wspominam ten czas dzisiaj, gdy właśnie wczoraj Ewa zadzwoniła i opowiedziała jeszcze jedną historię. Otóż Leza pół roku temu urodziła synka- jedyne jej późne dziecko. Jest starą, bo 9 letnią matką. I z uwagi na niebezpieczeństwo kolejnego macierzyństwa oraz grożącego ropomacicza, właśnie wczoraj miała operację. Baliśmy się, że żywiołowy jej synek- Polo będzie ją jak zwykle zaczepiał, atakował zachęcając do zabawy. Jest bardzo młodym pieskiem, właśnie skończył pół roku. Ale stało się coś dziwnego.

Gdy  Leza wróciła od lekarze i zawinięta w koc leżała na kanapie, źle się czuła, miała dreszcze i pewnie bóle , tłumione lekami które otrzymała. Jej synek wbiegł z podwórka i bacznie obserwowany przez moje dzieci czy nie zaatakuje swoim zwyczajem, wszystkich zadziwił.

Podszedł powoli bardzo powoli do legowiska Lezy, nie wskakiwał na matkę, wspiął się jedynie na krawędź kanapy  i zaczął delikatnie lizać jej nos. Potem gdzieś pobiegł , czegoś szukał a po chwili przyszedł ze swoją ulubioną piłeczką i bardzo spokojnie położył ją obok pyska matki. Było to tym bardziej zadziwiające, bo do tej pory nikomu nigdy nie oddawał tej piłeczki.

Jestem do dziś zdumiona i jakieś ciepło w sercu zagościło…..

 

Może coś w tym jest?

 

P7280041.JPG

 

 

 

Przed kilkoma dniami „ Politykę „ sobie kupiłam, by pochmurność bezgórską w górach zamienić w leżakowanie pod kocem. W radio podają, że na północy Polski ładnie i ciepło, tu 16 stopni , wilgotność włazi w kości a w dodatku góry gdzieś diabli wzięli.

     I oto dorwałam artykuł , który początkowo mnie nie zainteresował, ale wróciłam i wyjęłam smaczniejsze kawałki. Nosi on tytuł „ Owczy plusk” i jest autorstwa Jarka Szubrychta.

Na wstępie czytam :  „ Wystarczy wiadro lodowatej wody, telefon z kamerą wideo i dostęp do Internetu, by świat stał się odrobinę lepszym miejscem…”

   Faktycznie już od pewnego czasu zauważyłam, że w TV ( nawet w dostojnych dziennikach ) pokazują  dziwne zwyczaje polewania się wodą, pomimo tego, że śmigus dyngus przed pół rokiem się odbywał. Robią to różni ludzie sławni, politycy  i celebryci takoż. Ponoć cele są szczytne, gdyż jest to akcja charytatywna i nie wypada wypaść z szeregu. Podobno tylko Donald Tusk się uchylił deklarując od razu wpłatę pewnej kwoty na ów szczytny cel, bez tej wodnej błazenady.

   Jak czytam w ww artykule, od ponad roku krąży w necie Cold Water Challenge i splash, czyli „plusk’ jako odmiana Ice Bucket Challenge .

Pierwszy taki swój film wrzucił do netu amerykański golfista Chris Kennedy 14 lipca łącząc zabawę z polewaniem zimną wodą z zachętą do datków na rzecz fundacji zajmującej się chorymi na stwardnienie zanikowe boczne. Potem ruszyła lawina.

Nie pomagają chłodne argumenty, że należy oszczędzać wodę, etc.

Ludziska się wciągnęli tak jak do wysyłanego i rozsyłanego  kiedyś internetowego łańcuszka szczęścia( czy grożącego nieszczęścia w razie nie wysłania dalej).

 Jak się okazuje zabawa ta nie jest nowa.

      Do dziś zachował się dokument z VI wieku, który rzekomo przywędrował do nas z zaświatów. „ Mówiono na nie –listy z nieba-. Miały być pisane przez samego Boga albo przez Jezusa czy Matkę Boską . Jak mówi prof. Waldemar Kuligowski, antropolog kultury z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu-„ Jest to zjawisko prawdopodobnie tak stare jak chrześcijaństwo”.

„ Listy z nieba” początkowo krążyły w Rzymie, i szybko zjawisko ich wysyłania rozprzestrzeniło się na inne kraje, docierając w XVI wieku do Polski. Listy miały często formę modlitwy- za świat, za rodzinę, za kraj…a nie wysłanie ich dalej- nie rozesłanie do kilku odbiorców było grzechem a nawet przynosić miało nieszczęście.

Oczywiście czytali i pisali ludzie którzy nie byli analfabetami, czyli pochodzący z co najmniej z klasy średniej.

Zjawisko opisał  w 1935 roku etnograf Jan Stanisław Bystroń w art. „ Łańcuch szczęścia”. Ponoć kościół je zwalczał , ale istniało też podejrzenie, że sporządzane były przez niektóre klasztory dla sprawdzenia poziomu wiary w społeczeństwie.

„ W połowie XII wieku krążył po Europie „ List prezbitera Jana do królów europejskich”, w którym ów Jan, tajemniczy władca potężnego wschodniego państwa, za rozsyłanie go obiecywał pomoc w walce z muzułmanami. Ponoć Marco Polo dwieście lat później stracił sporo czasu na poszukiwanie Janowego królestwa….niestety bez efektu”

„W XX wieku pojawiły się nowe warianty listów, odwołujące się nie do sił nadprzyrodzonych, ale dóbr materialnych. Nie tylko obiecujące bogactwo, ale wręcz gwarantujące jego zdobycie. Jak mówi prof. Kuligowski- należało przesłać komuś złotówkę i wysłać kopię listu z prośbą o kolejną złotówkę do pięciu znanych sobie adresatów. I dalej  autor artykułu cytuje Bystronia- „ w 1935 roku rozpętało się w Polsce absolutne szaleństwo, wyliczono, że zaangażował w się w tę grę milion Polaków. Przede wszystkim mieszkańców Wielkopolski, których zwykle posądzano o zdrowy rozum. Władze  próbowały nawet tego zakazać, ale bezskutecznie”.

„W czasach PRL również funkcjonowały podobne łańcuszki szczęścia, niektóre były zaczątkiem znanych nam piramid finansowych, pojawiły się też łańcuszki dla podlotków

( „jeśli roześlesz ten list do dziesięciu osób, to on zaprosi ciebie na randkę”. )…

    Kiedyś też otrzymywałam  takie pocztówki, bo o Internecie nikt nawet nie marzył. Nie wierzyłam w takie czary mary, ale przyznam, że czasami miałam wątpliwości…a nuż szczęście przejdzie obok. Ale zwyciężał zdrowy rozsądek i tu muszę się przyznać, wrodzone lenistwo. Ale koleżanki z zapałem skrobały kolejne pocztówki…

    Jak na razie  o polewaniu wodą jakoś w TV rzadziej- bo ileż można.

A swoją drogą co teraz wymyślą…pożyjemy, zobaczymy…

 

Złudzenie…

goni..jpg

 

 

 

Kiedyś otrzymałam od goni takie zdjęcie.

Najpierw się zastanawiałam co ono przedstawia, czy wielki bardzo symetryczny baobab na tle chmurzastego nieba, czy inne drzewo. Gdy nasyciłam wzrok przedziwną urodą tej  fotografii i oprzytomniałam z tego pierwszego wrażenia,  usiłowałam sobie wyobrazić, jak  ją wykonała. Może z  lustrem pracowała  albo wykorzystała jakiś super program .

Ale gdy  po prostu  odwróciłam je na bok,  okazało się zupełnie inne, też piękne, ale zwyczajne. Moje cudne jezioro lubuskie ujrzałam , tak dawno nie oglądane, ale wytęsknione i niebo cudne i odbicie lasu i chmur w wodzie ….

Teraz jestem  pod wrażeniem, nie tylko tej migotliwej podróży do krainy mojego dzieciństwa ale głównie tym, jak zmiana projekcji wpływa na nasz ogląd….

Mogę sobie wyobrazić co widzi pilot gdy wyczynia podniebne akrobacje, jaki inny zjawiskowy świat. Pewnie dlatego zarażeni tą pasją nie mogą przestać latać. Ale czy oni w swoim wielkim pędzie są w stanie oglądać ziemię? Nie wiem…

Dla mnie, istoty pełzającej po ziemi, jedynie zdjęcie potrafi zmienić mój świat…

 

 

goni..jpg

To nie bajka…

Uff, przeżyliśmy atak hakerów, którzy jak się okazało zainstalowali wirusy zaburzające pracę poczty i mozilli w ogóle a w dodatku umożliwiały im korzystanie z mojego internetu…leczenie kosztowało sporo moich nerwów a także uszczupliło portfel…i jak powiedział” pan od komputera”- z tego żyjemy. No cóż, takie czasy, taki klimat…Teraz mam używać internetu sporadycznie, wyłączać gdy inne prace z komputerem się wykonuje i w ogóle lepiej nie oddychać…Nawet bałam się do blogu zaglądać, ale przełamałam lęki i oto jestem…

 

To nie bajka…

 

SAM_6070.JPG

 

 

 

 Całkiem niedawno przeczytałam w Wyborczej artykuł Izabeli Żbikowskiej zatytułowany

„ Ostatni polski pegeer hula”.  

      Jest to zadziwiająca opowieść o jedynym przetrwałym PGR-rze i przypomina bajkę . Dlatego tutaj pozwalam sobie ją streścić.

    Dla młodych moich należy się wyjaśnienie , że w poprzedniej epoce Państwowe Gospodarstwa Rolne w skrócie PGR-y były wzorowane na radzieckich kołchozach ( kolektywnych chaziajstwach ).

Gdy na szczęście upadł realny socjalizm, upadły i one. Na nieszczęście nikt się  nie zajął losem ludzi,  którzy tam mieszkali, pracowali i nagle zostali na lodzie.  Pozostawieni sami sobie  stworzyli enklawy zagubionych w naszej rzeczywistości bezrobotnych .

Na tym tle opowieść o Kombinacie Rolnym Kietrz położonym na Opolszczyźnie wydaje się bajką nie z tej ziemi.

    Powstał on w 1961 roku z połączenia dziewięciu innych podobnych gospodarstw.  Jego zadaniem  było wyżywienie górników ze śląskich kopalń. Po znamiennym 1989 roku gospodarstwo przekształcono w spółkę z o.o. ze stuprocentowym udziałem skarbu państwa i dziś Kietrz jest największym producentem buraków cukrowych w Polsce i Unii.

     Jeszcze w czasach komuny wieloletni dyrektor Aleksander Marszałek zwany przez pracowników „ wielkim” lub „ budowniczym” zdecydował, by w szczerym polu postawić elewatory, nowoczesne budynki dla bydła , laboratorium. Wybudowano też osiedla dla pracowników ,”.. wprowadzał innowacje i sam opieprzał ludzi, gdy coś mu się nie podobało.. Najbardziej nie lubił nieporządku. Podobno do jednego z profesorów wizytujących PGR powiedział : K…, zaraz masz to posprzątać, wskazując na zmiętą paczkę po papierosach, którą naukowiec rzucił na ziemię…”

   W nowych czasach, kiedy uważano że PGR są niechlubnym reliktem przeszłości, na rozparcelowanie ziemi, prywatyzację a także zakup ziemi przez Niemców nie zgodził się solidarnościowy rząd…

    Teraz ten Kombinat zajmuje 8,5 tys ha i właściwie należy go zwiedzać jeepem a okolicę można podziwiać z wysokości silosów które wyglądają jak wielkomiejskie bloki . Dziennikarce umożliwiono by  wdrapała się na sam szczyt. Widać stamtąd horyzont wypełniony polami, a we wnętrzu  silosów widziała nie tylko ziarno ale różne wentylatory, termometry i jak jej objaśniono- przekaźniki danych. U  podnóża silosów w małym budyneczku  dyżuruje pracownik, który nieustannie sprawdza co się dzieje ze zgromadzoną kukurydzą i reguluje temp, a także może wyrzucić złą część ziarna z silosu….

      Pola uprawne są monitorowane niezależnie od pogody czy pory dnia przez satelitę ( zakupiono własną stację GPS) a bydło przez kamery.

Dlatego traktory używane do zasiewów są kierowane nawigacją i precyzyjnie unikają zasianych już partii pola a także nawożą ziemię, która aktualnie tego wymaga.

Monitoruje się też skład gleby. Co pewien czas na pola wyjeżdżają pojazdy podobne do quadów z lufami skierowanymi w dół, które pobierają próbki ziemi. Te dane trafiają do laboratorium gdzie są komputerowo opracowywane a wyniki udzielają jasnych instrukcji, w którym miejscu ziemia jest gotowa na przyjęcie odpowiedniego ziarna. Tu siać rzepak, tu kukurydzę, a tu trzeba coś poprawić w składzie.

     To tyle o uprawach, ale gdy czytam opowieść o krowach , przecieram oczy.

Hoduje się tu ponad 3000 krów przeznaczonych ostatecznie na ubój albo tylko na mleko.

Wszystkie są traktowane po ludzku- co tam mówię, ludziom takich warunków brakuje….

Otóż zauważono, że krowy są bardzo delikatne, boją się ostrych krawędzi. Dlatego obory i korytarze mają łuki zamiast kątów prostych. Ponieważ nie widzą barwy czerwonej, lampki umożliwiające stały nadzór, które się palą w nocy mają ten kolor, by nie przeszkadzać krowom w spaniu..

Zwierzęta te nie lubią hałasu, dlatego pracownicy w dojarni włączają  im łagodną muzykę zagłuszającą  dźwięki, które mogłyby  im przeszkadzać. Chętnie słuchają muzyki klasycznej a w święta Bożego Narodzenia obowiązkowo kolęd…

Znudzone przebywaniem w oborach krowy mogą sobie same fundować masaż grzbietu, ustawiając się pod specjalnie zamontowanymi w tym celu ogromnymi szczotkami. Chętnie z tego korzystają…

Ale to nie wszystko. Każda krowa ma na sobie urządzenie zwane edometrem które analizuje liczbę ich kroków. Jeśli zrobi ich więcej w ciągu dnia, to znaczy, że ma ruję i szuka byka a jeśli mniej- to może ma kłopoty zdrowotne.

     Dziś z ziemi kombinatu  utrzymują się 302 rodziny. Nigdy nie było zwolnień grupowych. Zmniejszanie liczby pracowników a zwiększanie mechanizacji odbywa się w sposób naturalny. Jeśli ktoś odchodzi na emeryturę, nie przyjmuje się nikogo na jego miejsce a zastępuje go maszynami. Nie ma już tradycyjnych traktorzystów- kierowców. Ciągniki prowadzi automatyczny system, którym nadzoruje i jeśli trzeba  coś w nim zmienia , operator- analityk w kabinie….

     I oto  koniec tej niewiarygodnej opowieści o tym co w Polsce, nie w jakimś bardzo cywilizowanym zachodnim kraju …..

Można?, jak widać można. Tylko dlaczego tak się stało przed wielu laty, kiedy wolność przyszła, że ten PGR został uratowany a inne padły? Jak pisze dziennikarka, uratował go rząd solidarnościowy. Dziwne, że nie uratował innych, czyżby tak zaniedbane nie rokowały nadziei na przyszłość, czy może działały tam jakieś inne siły. Nie wiem, i komentować nie będę dalej. Poczytam sobie jeszcze raz tę bajkę, nie bajkę przecie….

 

A ” Kiedy znów zakwitną białe bzy…”

 

 

1.JPG

 

6.JPG

 

 

„Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem…”

 

Pośpiewać sobie można za Foggiem, Połomskim i innymi, którzy też polubili tę piosenkę i umieścili w swoim repertuarze , ale „tych lat nie odda nikt…”. Było, minęło.

Pozostały jednak dawne sentymenty do tamtych czasów. Młodzi byliśmy, jeszcze tacy młodzi. Ale wówczas człek sobie nie zdawał sprawy z urody tego czasu , pędził za każdą chwilą, czas przeciekał pomiędzy palcami i wszystko wtedy wydawało się normalne, zwykłe. I ta sprawność i piękne ciało i tylko uczucia latały pod niebo by czasem boleśnie spadać na ziemię…..a potem znowu te wzloty płomienne…

   Teraz jest inaczej.

Jest dużo wolnego czasu a lustro jednoznacznie mówi to co mówi.

Ale też przyszła ochota na smakowanie życia, rozkoszowanie się każdym danym jeszcze do przeżycia momentem i przyszła też pora na wspomnienia. Np.  pierwszy rok warszawskich studiów , kiedy już mężatką  byłam a Piotrek Sz. na poranne zajęcia wpadł nieco spóźniony z naręczem bzów jeszcze mokrych od rosy, pewnie pod drodze wyłamanych z jakiegoś krzewu i życzenia imieninowe składał….spotkałam go po bardzo wielu latach i zobaczyłam bardzo zmęczonego życiem człowieka. Ale w mojej pamięci pozostał tamtym szalonym czarnym chłopakiem z płonącymi oczami…

Jakie czary potrafi wyczyniać pamięć. Przechowuje to co piękne, chwile mniej ciekawe wybiela a o złych zapomina lub zamazuje ich kontury, wygładza, łagodzi. Jestem jej za to wdzięczna, że właśnie taka jest….

    Bardzo lubimy  bzy, te szalone krzewy, ich bujną wiosenną zieleń i wielkie wiechcie kwiatów. Tę istną burzę w ogrodzie rozsiewającą zapachy….

    A pomyśleć, że przywędrował do naszego kraju dopiero w XVI wieku, z Turcji przywieziony. Fajnie , że nie żyjemy w wieku  XV albo i wcześniej jeszcze,  bo jakiż uboższy byłby nasz wiosenny świat….świat bez bzu…Jego rodziną są lilakowate i pomimo, że nazywamy go bzem nie należy do rodziny piżmaczkowatych jak bez czarny czy ligustr…. Miłe nazwy tych rodzin….ktoś kiedyś wymyślił a dawno już zniknął , nawet nie znamy jego imienia. Ale pozostał w bzach, co kwitną majowo …Człowieczy los rozdaje karty w grze zwanej życiem, zapamiętaniem….ale już odkładam na bok te rozmyślania….

… bo właśnie niedawno zakwitł w naszym ogródku….bez….piękny i wilgotny…

 

 

5.JPG

 

 

3.JPG

 

 

00.JPG

 

” Dmuchawce, latawce, wiatr”

 

Dmuchawce0.JPG

 

 

 

„… dmuchawce, latawce, wiatr.
Daleko z betonu świat…..”

Chciałoby się śpiewać za  Urszulą. Z wiatrem jesienno nieomal zimowym ale wiosennym bo majowym przychodzi ta melodia.

Patrzę na nasz przeddomowy trawnik , gdzie pozostawiono nieskoszone niby klomby z żółtymi mniszkami . Tak, wszyscy wiedzą, że je uwielbiam i dzisiaj sprawili mi taki piękny prezent, nie kosząc tam trawy….

A ja widzę mojego Tatę, Boże jak dawno to było- ponad 30 lat, który wsiewa do zakładanego właśnie nadbużańskiego trawnika małe spadochroniaste nasionka.

A może dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy zakwitły….a sąsiadka prosiła, żebyśmy ten chwast wykopali, bo zanieczyści jej ogród.

Teraz sobie przypomniałam, że już kiedyś o tym wspominałam…ale to takie miłe, że pozwalam sobie na powtórkę.

…a wówczas Tata  obrażony, zniesmaczony choć jak zwykle elegancko dyskretnie wyważony cicho spokojnie ale zdecydowanie odparł, że specjalnie zebrał nasiona na   Sadach Żoliborskich i tutaj je zasiał….

Moje piękne, wspomnienioworzewne wiosenne uśmiechy- mniszki pospolite …..

 

 

DmuchawceMlecze.JPG

 

 

Dmuchawce.JPG

 

 

Dmuchwace00.JPG

Santo subito….

 

 

P7220597.JPG 

 

 

„ Około 30 minuty transmisji z Rzymu wyłączyłem telewizor i poszedłem na spacer. Z poczucia całkowitej nieprzystawalności do tego, co widzę i słyszę, Z zawstydzenia samym sobą. Zmiażdżony skalą oczekiwań, jakie zgłoszono wobec świata, więc również wobec mnie….” Tak napisał Jarosław Mikołajewski w dzisiejszym felietonie pt. Biedny papież, zamieszczonym w Gazecie Wyborczej . I dalej cytuje słowa ks. Twardowskiego : ” Matka moja tak święta, że tylko przez skromność nie czyniła cudów”…..

       Zazdroszczę  wiernym, którzy do Rzymu z wielkim trudem przybyli i nie mogli oglądać bezpośrednio tej uroczystości, bo nie zostali dopuszczeni przed ołtarze. Skazani na sandały na obolałych nogach i telebimy cieszyli się jak dzieci z tego co nastąpiło. I nie przeszkadzało im to, że centralne wygodne miejsca zajęli różni oficjele w lakierkach. …

Zazdroszczę im tej wiary i dziecięcego entuzjazmu .

Jak mi do tego daleko, coraz dalej….

Postrzegam Kościół mój dawny,  zapamiętany oczami dziecka w coraz czarniejszych barwach. Przytłacza bezmiar grzechów księży , drażni pompa ich okryć , obrzędów , słów bez pokrycia. Nie rozumiem idei namnażania świętych , gdy widzę matki dzieci skazanych na wegetację, które są z nimi, walczą i w dodatku pomagają innym.

Gdzie się podziała moja dawna wiara? A może nigdy jej nie było?

       Mój kościół nadal pozostaje w koronach starych nadbużańskich sosen, w samotnych łazęgach  po wydmowym lesie i postojach gdy tylko szumna cisza jest towarzyszem. Tam jest mój Bóg….

I powtarzam końcowe słowa Jarosława Mikołajewskiego zawarte w wymienionym felietonie:  „ Wszystko jest takie jak było. Rewolucji chwilowo nie będzie. Ani we mnie, ani na świecie”.

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

5.JPG

 

 

P6080315.JPG

 

 

1.JPG

Zapatrzenie, zapamiętanie ( 3 )

Wedzia1.JPG

Weronika….

 

 

 

 

Oczy to podobno zwierciadła duszy. Może właśnie o tę duszę chodzi, o bratnią duszę, której stale szukamy. I spojrzenie może być właśnie spotkaniem dusz. ..

     Ale najpierw, jak to mam w zwyczaju  chcę wiedzieć co wiedzą lub  myślą inni  o tym co determinuje nasze wrażenie i emocje przy spotkaniu z drugim człowiekiem. Oczywiście myślę o oczach, więc o to pytam wyszukiwarkę.

Czytam to, co znajduję w internecie.

W portalu Odkrywcy.pl znajduję artykuł o oczach. Tak, to jest może coś, czego szukam.

Otóż  podobno naukowcy z Uniwersytetu Karola w Pradze prowadzili badania nad postrzeganiem drugiego człowieka na podstawie oceny jego fotografii. Wyniki opublikowali na łamach portalu „ Public Library of Science” .  

W ramach tej pracy poproszono 40 mężczyzn i 40 kobiet  o ocenę pierwszego wrażenia, jakie na nich sprawiają twarze osób na przedstawionych im zdjęciach . Zdecydowana większość badanych , niezależnie od płci, odpowiadała , że ich największe zaufanie budzą twarze osób  z brązowymi oczami . Ciekawe, bo myślałam, że będą to oczy niebieskie.

         Chciałoby się podyskutować z tymi badaczami nt wiarygodności ich badań. Zapytałabym czy  uważają, że ocena człowieka na podstawie zdjęcia może być kompatybilna z oceną w realu. Jestem raczej pewna że  nie, bo przecież  gdy widzimy drugiego człowieka na żywo  jednak zwracamy uwagę na pewną  grę tego  spojrzenia, jakiś  błysk, cień uśmiechu  czy nawet tylko bystrość lub odbieraną przez nas tępotę

 Jednak jeśli  badacze w założeniach pracy mieli  porównać postrzeganie człowieka jedynie na podstawie barwy oczu, to faktycznie należało użyć jedynie martwych fotografii.  Tak więc podyskutowałam sama ze sobą i pewnie znużyłam już czytelnika tego blogu.  

Poza barwą oczu badani zwracali uwagę na pozytywny wyraz osoby na zdjęciu która miała okrągłą twarz i pełne policzki i usta. I co ciekawe takie zdjęcia wybierali jedynie mężczyźni i nie były to zdjęcia tylko kobiet.. 

Gdy jednak pokazano badanej grupie mężczyzn i kobiet zdjęcia tego samego mężczyzny zmieniając mu kolor oczu z brązowego na niebieski oceniany był  tak samo  .

 

Tak więc mit, że tylko barwa ma znaczenie w postrzeganiu drugiej osoby, ostatecznie  upadł. Okazało się bowiem, że ważny jest kompleksowy odbiór całej twarzy tzn. jej kształt oraz barwa oczu.   

 

Ta prawda już jest mi bliższa, ale będę szukała dalej w necie, podobnych tematów,  bo to jednak za mało by oceniać człowieka i nawiązać lub nie z nim kontakt…

 

Czyli ostateczny wynik doprowadza do takich wniosków, jakie już wywiodłam powyżej jedynie na podstawie własnego dość prymitywnego myślenia…..

Zapatrzenie , zapamiętanie ( 2 )

 

 Oczy, oczy, oczy- tysiące, miliony spotkanych.

Nikt nie zliczy ile ich było w tym długim życiu

Brązowe, niebieskie, zielone spojrzenia.

Oczy ludzkie ale też i zwierzęce.

Oczy obojętnie mijane w pośpiechu .

Przelotne spotkania wzrokiem

 czasem zatrzymane na chwilę.  

Inne głęboko w pamięci zatopione.

 spojrzenia które wracają we śnie i na jawie…

 

 

 

 

oczy1.JPG

 

Zapatrzenie zapamiętanie…

 

 

ja18lat.jpg

Ja sprzed półwiecza.

 

Tego dnia szczególnie intensywnie rozmyślam o oczach.

Dotykam tego problemu wprawdzie  już  od dawna, ale najpierw powierzchownie i przelotnie ale ostatnio coraz częściej i coraz bardziej zanurzam się w czeluściach swojego prawie minionego  życia.

Tak mi jakoś przyszło w tym czasie michałowickim, emeryckim, dużowolnogodzinowym, poddomkowym .

Wracam więc do dni gorzowskich, poznańskich i tych ostatnich warszawskich.

I układają się wspomnienia , czasem nanizane jak paciorki w łańcuchu wydarzeń . A w nim widzę ludzi wprawdzie  zamkniętych jak w sieci czasu, zatrzymanych w kadrze ale stale żywych w mojej pamięci.

I zadaję sobie pytanie dlaczego tak się stało, że mam ich w oczach, w mózgu , dlaczego tak bardzo zapadli mi w pamięć.

I wiem, że to nie były tylko niezwykłe ich oczy, to była odnaleziona w tych oczach  dusza. Odnaleziona bratnia dusza.

Nic oryginalnego w tym co piszę, bo przecież ktoś już dawno powiedział, że oczy są zwierciadłem duszy…wybaczcie….