Wierzyć nie wierzyć czyli rzecz o czakramach i nie tylko…

 

 

A wszystko przez gonię, która w komentarzu do legendy o królu Popielu  wspomniała o czakramie, który znajduje się głęboko pod ziemią przy Mysiej Wieży. W ten to sposób uruchomiła moją ciekawość i zmusiła do grzebania w necie. Wprawdzie nie doświadczyłam jakiegoś szczególnego działania czakramu w tym miejscu, ale pewnie dlatego, że po prostu  nic o czakramie nie wiedziałam .

I tak pokrótce streszczam, to czego się dowiedziałam przed chwilą.

Czakram czyli ćakra oznacza koło, okrąg.

Zgodnie z religiami dharmicznymi ( hinduizm, buddyzm i inne ) które pochodzą z subkontynentu indyjskiego i wywodzą się z braminizmu czakram jest miejscem, w którym gromadzi się energia i krzyżuje  wiele kanałów energetycznych ( inną  wspólną cechą tych religii jest wiara w reinkarnację i karmę). Religie dharmiczne posiadają wielu wyznawców, a ich liczba jest tylko nieco mniejsza od  wyznawców religii  abrahamowych co stanowi o ich drugim miejscu na świecie.

Na wiedzy czy wierzeniach  religii dharmicznych opiera się m.in. joga czy bioenergoterapia .        Ponieważ wiedza o ćakrach  jest tajemna (łac.scientia occulta- okultyzm) , dostępna jedynie wybrańcom, ludziom uprzywilejowanym, przez naukowców traktowana jest z dozą sceptycyzmu albo zupełnej negacji.

Podstawową zasadą tej wiary jest postrzeganie ciała ludzkiego jako niezwykłego zbioru energii. Gromadzi się ona w 12 zbiornikach ( wg niektórych 5-7) ,  tzw. centrach mocy, które nie tylko ją pobierają, gromadzą ale też emitują na zewnątrz. Ułożone są  wzdłuż kręgosłupa , na całej jego długości, chociaż niektórzy twierdzą, że  są zlokalizowane w mózgu i mają związek z duszą.

W czakramach zgromadzona jest informacja o wszystkich naszych doświadczeniach życiowych. Ich stan energetyczny zależy od poziomu naszej świadomości, sposobu myślenia i jakości życia.

Energia zawarta w czakramach znajduje się w stanie stałego pobudzenia ( wiruje) . Im jest ono większe  tym sprawniej czakram czerpie kolejną energię i przekazuje dalej.

Gdy nasze czakramy działają prawidłowo to ciało jest zdrowe, a życie człowieka przebiega zgodnie z jego  zamierzeniami.

Zaburzenia w czakramach mogą być wynikiem stresu, traumatycznych doświadczeń a nawet istnieje możliwość ich zablokowania przez nasze poprzednie wcielenia. Skutkuje to złym stanem zdrowia i nieudanym życiem.

Ponieważ zakłócenie pracy poszczególnych czakramów prowadzi do wielu dolegliwości i chorób zaleca się odpowiednie ćwiczenia, które możemy znaleźć w portalu:

http://prawdaxlxpl.wordpress.com/2010/04/30/czakramy/

 

Podobno dzięki czakramom możemy czerpać energię zarówno z Ziemi jak i z kosmosu….cdn.

 

Kończąc ten odcinek wiedzy czerpanej z Internetu nt czakramu odezwały się myśli, które dawno się zalęgły w mojej głowie i przy lada okazji się ujawniają.

Otóż na przestrzeni ostatnich 30 lat   towarzyszyłam trzem bliskim mi Osobom dorosłym ( Teściowa a potem kolejno Rodzice) w odchodzeniu z tego świata .

I za każdym razem  doznawałam podobnie niesamowitego uczucia którego nigdy nie doświadczyłam na swojej długiej ścieżce medycznej.  Może to wynikało z faktu, że odejścia Tych Bliskich były nieuchronne a ja wyczerpałam wszystkie medyczne metody, by uchronić im życie  i mogłam już tylko  być obok, towarzyszyć i obserwować . Nie wiem. 

Przejście dorosłych w właściwie starców na drugą stronę było jednakowe, bardzo ostre, wyraźne. Odbywało się w ciszy i powadze . Gdy próbowałam coś mówić  słyszałam prośbę umierającego  o ciszę .

Każdy z odchodzących Bliskich był przytomny, ale w ostatnich chwilach bardzo  skupiony na czymś co już było  poza naszym światem. Wydawało się, że Coś widzi czy Kogoś słyszy. To było dla Nich ważne, najważniejsze. Wielkie skupienie  i wielkie milczenie. …

Potem zauważyłam ostatni oddech a właściwie długi przeciągły wydech.  I wtedy wyraźnie poczułam, że w tym momencie jakaś wielka energia, która napędzała całe życie, powodowała, że serce biło, krew krążyła, płuca oddychały i mózg nieustannie pracował  a każda komórka ustroju spełniała swoje naznaczone funkcje, opuszcza ciało.  A może to była dusza która uleciała w przestworza. Tak, jestem pewna, że ta energia właśnie duszą jest.

I pozostała  pusta powłoka ziemska, w której wprawdzie rozpoznawałam kiedyś Bliską i Ukochaną Osobę a teraz już obcą, bez znaczenia , opuszczoną przez swoją duszę , ostatecznie znieruchomiałą …. Znieruchomienie i opuszczenie…

i potem długo myślałam, gdy już pogrzeb się odbył i jeszcze teraz, po latach myślę, czym jest ciało bez swojej energii, duszy? I jest  tylko jedna jedyna odpowiedź – ciało bez duszy jest niczym ….

Odrywam się od tamtych dni, bolesnych, chociaż rozumowo logicznych rozstań z Bliskimi, bo była to nieuchronna chwila pożegnania.

Wracam do  prastarej opowieści o czakramach  i wyobrażam sobie, że powstała właśnie z obserwacji  takich jak ja  świadków umierania.

I jestem pewna , że najważniejsza jest zgromadzona w nas energia. To ona daje nam życie , siłę przetrwania  i warto ją pielęgnować, gromadzić wzmacniać . I wierzę, tak jak niektórzy, że ta energia jest duszą .

Gdzieś daleko w nieznanych nam zaświatach krążą te maleńkie cząstki energii, może naznaczone jakimś sekretnym odpowiednikiem naszego cielesnego DNA. I są to dusze naszych  Bliskich , którzy nas pilnują, ostrzegają i zatrzymują gdy chcemy zrobić jakiś życiowy błąd i czekają na nas ….a my przybędziemy  gdy nadejdzie  nasz czas….

Krótka historia Cyganów…

Pozwólcie, że będę Ich nazywała Cyganami a nie Romami. Tak jest dla mnie piękniej. Bo dlaczego nazwa Cyganie ma być pejoratywna, a Romowie , nie ?.  Zresztą Papusza zawsze podkreślała, że jest Cyganką a nie Romką.

I nadal będąc pod wrażeniem obejrzanego niedawno filmu „ Papusza”, który uruchomił moje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to widywałam szczęśliwych Cyganów, zagłębiłam się w ich historię podawaną w necie. Wybrałam to, co moim zdaniem najważniejsze i najciekawsze. I stało się to  przyczyną moich dalszych rozważań, wizji  i marzeń chyba nierealnych , które w następnym wpisie się znajdą…

Warto sobie przypomnieć o tym, co się działo z Cyganami na przestrzeni wieków skąd przybyli czym się zajmowali i jakie były ich relacje z władzami i mieszkańcami miejscowości, gdzie przybywali. A o oto opowieść:

W 1989 roku tak pisał Ficowski  o Cyganach :

” Osobliwy to lud, kontynuujący odwieczne koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie udzieliła nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie, jak ,  skąd i kiedy Cyganie przybyli, gdzie była ich praojczyzna”

Ale dalej tak pisze- Dopiero w XVIII wieku na podstawie badań językoznawczych odkryto, że ojczyzną Romów są Indie. I stamtąd 3 tysiące lat temu rozpoczęła się ich wędrówka do Europy ( Ficowski, 1989)

Romowie znaleźli się w  Europie nagle, niespodziewanie . Początkowo tłumaczono, że zostali wygnani z Egiptu. Oni  mówili o sobie, że są uciekinierami lub pokutującymi pielgrzymami. Jednak wkrótce okazało się, że przybyli  z „Małego Egiptu”, jak wtedy nazywano  Azję Mniejszą i stamtąd  podążali na zachód.

Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z IX wieku i mówią o ich obecności w Konstantynopolu.

W XIV wieku, mnich franciszkański opisał Romów spotkanych na Krecie. Rozprzestrzeniali się kolejno w Grecji, na wyspie Korfu, opanowali Peloponez. Stamtąd kierowali się ku Karpatom.

Na początku XV wieku  dotarli do Czech i Niemiec. Mieszkańcy wierzyli, że są oni pielgrzymami i darzyli ich szacunkiem , gościli i pomagali.

Jednak w czasie pięcioletniego ich wędrowania po Europie, po raz pierwszy,  w Bolonii uznano ich za plagę.  

Kiedy dotarli do Polski i jakimi drogami szli , dokładnie nie wiadomo. Niestety nie znaleziono odpowiednich zapisków kronikarskich . Badacze ustalają te fakty pośrednio,   na podstawie analizy znajdowanych w zapiskach nazwisk Romów, notowanych już w XV wieku.   Tak więc, pierwsi Cyganie przybyli do Polski z Węgier i pierwotnie znaleźli się w okolicach Sanoka.  Ponoć przybywali nie jako uzbrojeni najeźdźcy lecz jako pokutnicy z pokojowymi zamiarami. Zajmowali się wróżbiarstwem i kowalstwem. Pomimo tego, że cieszyli się przychylnością władz, wśród ludności budzili lęk związany z tajemniczością i zabobonami. Romowie włóczyli się od miasta do miasta , rozbijali swoje tabory w lasach i powoli porzucali kowalstwo na rzecz kradzieży.  Tak więc szybko wiara mieszkańców w to, że są pokutnikami zamieniła się w obawę przed kradzieżami oraz czarami.

W efekcie, w XVI wieku polski król Zygmunt August  wydał ustawę zalecającą wygnanie ich z kraju.

Jednak nie udało się jej zrealizować , zresztą tak jak i innych późniejszych.  

Cyganie wrośli w krajobraz Polski.

Wkrótce potem kancelaria królewska nadała naczelnikowi Romów władzę na wszystkimi taborami w Polsce i na Litwie. I jak pisze Ficowski , zapoczątkowało to trwające 150 lat „ królestwo cygańskie „ w Polsce.

W czasach Królestwa Polskiego wydano szereg korzystnych dla nich uchwał, które m.in. zapewniały im opiekę rządu. Już wówczas pojawiały się przepisy zakazujące im wędrówek, ale pomimo groźby aresztu, nie były respektowane . Ponieważ wędrując , już przekraczali prawo, więc tym łatwiej poświęcali się rozbojom i kradzieżom. Początkowo ukrywali się w lasach, ale potem wędrowali dalej szukając miejsc, gdzie mieli pełną swobodę.

Ta sytuacja nie trwała długo, bo w końcu XIX wieku napłynęły nowe tabory  z Rumunii i Węgier . Byli oni zamożniejsi od tych, którzy zamieszkiwali już Polskę. Zajmowali się rzemiosłem, kotlarstwem i hodowlą koni. Włóczęgi , żebractwo i kradzieże były im obce.

Wprowadziło to niesłychane nasilenie wędrówek różnych grup Cyganów.

Po pierwszej wojnie światowej nawet już nie próbowano oficjalnie  rozwiązywać ich problemów, gdyż efekty poprzednich działań w tym kierunku były znikome.

Gdy nadchodziła II wojna światowa, Cyganie, podobnie jak Żydzi znaleźli się na hitlerowskiej liście narodów zagrażających utrzymaniu czystości rasy. Zaplanowano ich całkowitą zagładę.

Od 1940 roku  umieszczano ich w gettach i obozach koncentracyjnych oraz wykonywano na nich masowe egzekucje. W Polsce utworzono centralny obóz zagłady dla całej Europy i tu przywożono wszystkich Romów. Takim wielkim centrum było getto warszawskie czy łódzkie. Skąd byli wywożeni do Treblinki czy Oświęcimia.

Po II Wojnie Światowej przetrwało ok. 30  tys Romów. Jednoczyli się w grupy rodzinne i rodowe i razem wędrowali. Tak więc tabor stanowiła grupa krewnych, którą zarządzał przedstawiciel rodu, jego głowa. To on był oficjalnym pośrednikiem pomiędzy społecznością romską a władzą państwową. Życie społeczne regulowały niepisane normy, zasady i tajemny kodeks Mageripen. Nazwa ta w języku romskim oznacza skalanie. Jest to jedno z najważniejszych pojęć w tradycji romskiej  , i dotyczy idei rytualnej „ czystości- nieczystości”. Ciekawe jest, że taka sama idea rytualnej czystości istnieje w tradycyjnej kulturze indyjskiej, skąd ten lud się wywodzi.  Osoba uznana za skalaną, czyli nieczystą jest karana w społeczności  nawet z wykluczeniem jej z życia społeczności. Wg cyganologów istnieją dwa rodzaje „skalań”- wielkie ( rom. bare mageripena  i małe. ( rom. tiknie mageripema ).  Najważniejsze sfery życia, które mogą powodować status skalania dotyczą: -relacji między kobietą a mężczyzną, – relacji z członkami własnej społeczności, -relacji z gadziami ( tak nazwano ludzi nie będących Cyganami ,- kontakt z przedmiotami uznawanymi za nieczyste ( np. wydzielinami ciała, dolnymi częściami ciała danej osoby), – kontakt ze zmarłymi bądź chorymi ludźmi i zwierzętami.

Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje orzekające o statusie skalania, jednak w wielu, w tym jak grupa Bergitka w Polsce, czy Romów węgierskich i słowackich nie ma takiej instytucji a jedynie status skalania reguluje umowa tej społeczności.

W powojennej Polsce , a konkretnie od 1952 roku wprowadzono surową politykę wobec Romów, która obowiązywała do połowy lat 80 ubiegłego wieku. Przeprowadzano wówczas akcje osiedleńcze i podjęto próby zmuszenia ich do pracy takiej, jaką wykonywali pozostali obywatele kraju.

Romowie zmuszeni do prowadzenia osiadłego trybu życia, zamknięci w   domach , długo nie potrafili się z tym pogodzić i właściwie nigdy tam nie czuli się dobrze. Wielu z nich także nie chciało podjąć stałej pracy.

I właściwie nie dziwne, że od 1980 roku nasiliły się agresywne zachowania antyromskie. Władze zaprzestały wówczas kontroli i stosowania przymusu.

W efekcie obserwowano powrót do tradycji i ożywienie tendencji do wędrowania.

Wówczas też nasilało się rozwarstwienie tej społeczności. Bogaciła się ich wprawdzie nieliczna elita  a biedni , zwykle bezrobotni, coraz bardziej tonęli w biedzie.

Oto historia tego tajemniczego ludu, który pogrążył się w zniewoleniu nędzy i beznadziei  zapominając o swoich tradycjach , zajęciach, marzeniach o wolności lesie i wietrze we włosach ….

Jeszcze o tym pięknie mówiła i pisała, chyba jedyna taka przedstawicielka tego narodu, Bronisława Wajs zwana Papuszą. Zmarła , zapomniana i  wyklęta przez pobratymców przed prawie trzydziestu laty. Ale żyje o niej pamięć, śpiewane są jej wiersze, powstała piękna książka i film .

I chcę wierzyć, że ten naród o tak długiej historii jeszcze się odrodzi i nadejdzie jasny dzień dla Romów….

Nigdy nie wiadomo co komuś w duszy gra….

Nie będę pisała o wielkim podziwie dla Jurka Owsiaka, Anny Dymnej, Ewy Błaszczyk i dla wielu  innych , którzy działają na rzecz drugiego człowieka. Wielki dla nich szacun- jak mówi dzisiejsza młodzież.

Dzisiaj chcę opowiedzieć o swoim niedawnym zadziwieniu .  

W moim dość bliskim otoczeniu jest osoba pozornie chłodna emocjonalnie, szorstka w obejściu i jakby nie zainteresowana problemami innych, nie dzieląca się z nikim swoimi zawodowymi sprawami , która od czasu do czasu potrafi mnie jednak zaskoczyć .

Tak było przed laty gdy bezinteresownie zadeklarowała pomoc komuś z rodziny i skrupulatnie dotrzymała słowa, pomimo tego, że  wymagało to znacznego wysiłku i zaangażowania.

 Kiedyś osłupiałam, gdy przypadkowo usłyszałam jak czule przemawia do swojego maleńkiego  wtedy synka . Działo się to w sytuacji, która  wydawała się  bezpieczna. Po prostu nie wiedział, że jestem w pobliżu i dopiero wtedy się otworzył.

I otóż ten pozorny twardziel , ostatnio wyraźnie pękł i przed kilkoma dniami  pokazał rodzinie list od polskiej zakonnicy która pracuje w ośrodku misyjnym w czarnej Afryce. Okazało się, że kiedyś usłyszał o akcji „Adopcja serca”. W tajemnicy przed wszystkimi zadeklarował comiesięczną niewielką pomoc finansową i teraz otrzymał odpowiedź. W liście znalazło się zdjęcie kilkuletniego chłopca, który został adresatem tej pomocy. Ma być   przeznaczona na jego edukację . Ciekawa jestem jak potoczą się losy tego bardzo biednego, chociaż na zdjęciu ładnie ubranego przez zakonnice, dziecka. Wierzę, że wyrośnie na dobrego człowieka i tego mu życzę z całego serca.

Gdy oglądam  zdjęcie przysłane MMS-em na moją komórkę, rozmyślam nad światłem, które ofiarował  ten twardziel  obcemu dalekiemu dziecku ale równocześnie wniósł je do swojego życia ….

 

P1061951.JPG

 

 

 

 

Przy okazji  dowiedziałam się od jego najbliższych którzy do tej pory też nie wiedzieli, że ten chłodny facet  już kiedyś angażował się w akcje charytatywne. Znam jego matkę, i wiem, że od wielu lat bezinteresownie niesie pomoc polskim dzieciom z rodzin patologicznych. I teraz pomyślałam, jak aktualne i mądre jest przysłowie że niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Chylę czoła przed takimi ludźmi.

Gdy piszę te słowa, nie po raz pierwszy  przychodzi do mnie uczucie wstydu i zadaję sobie pytanie, dlaczego  nie ja? dlaczego ja nie potrafię się zmobilizować , wyleźć ze swej skorupy i zacząć działać?….

 

 

Ptakom podobni….

 

I minął ten barwny korowodowy dzień Trzech Króli.

A teraz rzeczywistość i normalność skrzeczy za oknem.

Wychodzę więc przed dom, by złapać pierwszy poranny przestrzenny oddech . A potem człapię naszą ulicą wypatrując czegoś, na czym by oko zawiesić, wzbić się ponad powszechną szarość a nawet gdzieś  pożeglować ….

A tu wszędzie mazowiecka smuta. Tylko na pobliskiej brzozie gromada ptaków odpoczywa. Gdy nadchodzę wzbijają się z wielkim szumem.

Patrzę, jak odlatują unosząc swoją wolność….

Nie widzę żadnego człowieka na horyzoncie nawet. O tej porze dnia zniewoleni przymykają samochodami do pracy a tylko czasem jakaś osoba wolna jak ja z pieskiem się pojawia.

Dziś jestem sama pod tym wielkim niebem. Otwiera się nade mną wielkie szerokie  zawsze zachwycające. Bo tam zwykle coś się dzieje, jakieś teatrum z aktorami światła, chmur i słońca.  I jestem szczęśliwa, że mogę  codziennie to oglądać, czekać na kolejne odsłony .

Jeśli natura jest łaskawa i pokazuje na niebie swoje fantazje, odczuwam wdzięczność i dziękuję jej sekretnie za ten dar, dar pięknych zmieniających  się jak w kalejdoskopie widoków.

Trudno się temu dziwić, bo  przez minione  prawie 40 lat byłam więźniem miasta. Widywałam tylko  fragmenty nieba powycinane przez  wysokie żoliborskie bloki.

A teraz mam całe niebo, mam je prawie na własność.

I dzisiaj też odrywam wzrok od ziemi i widzę pięknie  wyrysowane białe ślady po samolotach chyba wojskowych.

I  widzę pilotów tych samolotów, ludzi młodych,  pełnych energii, zapału, którzy  realizują swoje marzenia . Bo zanim zostali pilotami, na pewno najpierw mieli marzenia , romantyczne niecodzienne i bardzo młodzieńcze, by się oderwać od ziemi i sięgnąć nieba.

I nie chcę dopuszczać myśli , że dzisiaj pewnie zmęczeni minionymi świętami, niezbyt chętnie wyszli z domu o bladym świcie, a nawet może w typowych o tej porze roku ciemnościach, dotarli do swoich maszyn i  wystartowali z jakąś misją wojskową. Bo że niedawno przefrunęły  tędy  samoloty wojskowe nie wątpię, gdyż wielkie ptaki pasażerskie które widzą  czasami nawet gromadnie na niebie nie zostawiają żadnych śladów widocznych gołym okiem.  

Teraz już nie widać tych skrzydlatych stworów , przemknęły jak mgławica i gdzieś dalej penetrują podniebną przestrzeń. Zresztą nawet gdyby się tutaj  znowu pojawiły, byłaby to tylko jednostronna radość. Moja radość. Bo przecież oni, ci dzielni chłopcy w swoich latających maszynach nie widzą stamtąd takich jak ja  robaczków, które pełzają po ziemi.

Napisałam o podniebnej przestrzeni. Bo tak się mówi- podniebnej. A ja myślę, że oni są z niebem za pan brat…

I dalej pełznę sobie, człapię swoją drogą,  gapię na to dalekie niebo i często przystaję , by żaden szczegół mi nie  uciekł . Jak zwykle  mam przy sobie aparat fotograficzny, który teraz wyjmuję z kieszeni nieco zgrabiałymi palcami, bo mimo prawie wiosennej tego stycznia pogody jednak wyczuwa się przenikliwy wilgotny chłodek.

I zamiast monotonnej burej szarości naszej wsi widzę najprawdziwszy spektakl na niebie.

Nieśmiało wstaje słońce, siłuje się z ciężkimi chmurami, przegląda w kałużach  a ja szybuję w przestworzach i fantazje swoje rozwijam o romantycznych duszach ludzi ptakom podobnych, obcych światach i podróżach w przestrzeń daleką….

 

 

1.JPG

 

 

Ptaki.JPG

 

 

 

Ptaki1.JPG

 

 

1,1.JPG

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG.

 

5.JPG

Trzej Królowie do Betlejem idą….

 

 

TrzechKrĂłli.JPG

Stara pocztówka z mojego pudełka.

 

 

Dzisiaj Święto Trzech Króli. 

Poranek. Za oknem słońce w pełnym nieomal blasku. A gdzieś tam , daleko na Wschodzie wędrują do Betlejem za gwiazdą, która im wskazuje kierunek, Trzej Mędrcy by oddać hołd Nowonarodzonemu.

W radio nieustanne audycje o tym dniu.  Jest to ponoć najważniejsze po Wielkiejnocy święto kościelne nazywane też Objawieniem Pańskim , nawet ważniejsze od Bożego Narodzenia?

Wychowałam się w tradycji wigilijnej, która tak budowała i nasycała emocjami, że Święto Trzech Króli pozostawało jakby w cieniu wydarzeń Bożego Narodzenia. Ale pora  się przystosować i uznać wyższość Święta Trzech Króli. Ale czy trzeba?

Jak na razie pozostaję przy ubieraniu choinki wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na niebie i stole wigilijnym…

    Politycy wywalczyli dzień wolny od pracy, kolejny na bogatej liście takich dni. Ale może nikomu nie jest potrzebna praca , lepiej sobie posłuchać, pogrzebać w necie by dowiedzieć się o historii tego święta, potem pewnie obejrzeć w TV Orszak w Warszawie. Ten ogromny ruchomy żłobek ma cieszyć ludzi a zwłaszcza dzieci, ale nam już się nie chce tam wędrować, a co najwyżej pilotem złożyć zamówienie na obraz….

I tak oczekując na transmisję telewizyjną czytam, to co rozrzucone w necie i zapisuję swoimi słowami najbardziej interesujące mnie informacje. A oto one: kto chce, niech czyta….

     Otóż pierwszy opis  tego chrześcijańskiego święta znajdujemy w Ewangelii wg Świętego Mateusza. Dyskusje biblistów na temat faktycznego autorstwa  tego dzieła są stale otwarte.  Większość badaczy uważa,  że powstało w 70 roku po narodzeniu Chrystusa, chociaż niektórzy sugerują lata wcześniejsze. Z tego powodu wydaje się, że zawiera ono najbardziej wiarygodne informacje, bo powstało w czasach, kiedy jeszcze pamiętano dzień narodzin Mesjasza.

     Święto Trzech Króli, nazywane Epifanią co w języku greckim oznacza objawienie, ukazanie się,  jest związane z faktem przybycia do Betlejem Mędrców ze Wschodu.

Objawienie Pańskie należy do pierwszych świąt, które uznał Kościół .

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczało początek roku liturgicznego.

Wcześni chrześcijanie na Wschodzie obchodzili ten dzień jako święto Bożego Narodzenia . Do dziś w Apostolskim Kościele Ormiańskim obowiązuje ta tradycja.

W Kościele łacińskim od IV wieku rozpoczęto uważać, że jest do święto niezależne od Bożego Narodzenia.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie symbolizuje pokłon świata pogan jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych, niedawno urodzonemu Zbawicielowi Świata.

Stąd późniejsze , bo datowane na XIV wiek , wyobrażenie Mędrców ( Magów)  – jeden jest przedstawicielem rasy czarnej,  a dwaj  prezentują młodość i starość. Podkreśla to uniwersalną rolę zbawienia  , ponad wszelkimi podziałami co jednocześnie nadaje wysoką rangę w Kościele powszechnym. Są też głosy, że użyto symbolicznej trójki, bo w tamtych czasach poznano jedynie trzy kontynenty-  Azję, Europę i Afrykę. I stamtąd mieli przybyć do Betlejem mędrcy czy królowie.

   Pod koniec XV wieku, wprowadzono zwyczaj święcenia w tym dniu złota i kadzidła . Kadzidłem była żywica z jałowca , którym okadzano domy i zagrody. Miało to zabezpieczać przed chorobami i nieszczęściami. W tym celu także  dotykano szyi złotem. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z ukrytym migdałem. Osoba, która go znalazła, nazywana była „ królem migdałowym”. Wtedy też pojawił się zwyczaj wędrowania dzieci po okolicznych  domach . Dzieci nosiły ze sobą gwiazdę , śpiewały kolędy  o Trzech Królach i obowiązkowo musiały w zamian otrzymać rogale, które nazywano„ szczodrakami”. Przy kościołach ustawiano stragany, gdzie sprzedawano kadzidło i kredę

    Dopiero w  XVIII wieku upowszechnił się zwyczaj święcenia kredy, którą następnie znaczono wejścia do domów, pisząc K+M+B  oraz datę aktualnego roku. Ta inskrypcja nie pochodzi o pierwszych liter imion przybyłych królów, ale należy ja czytać jako  Christus Mansjonem Benedicat ( niech Chrystus błogosławi temu domowi).

Święto Trzech Króli wyznaczało koniec okresu Godów (który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia) i rozpoczyna  karnawał.

Jest też prawdopodobne, że to święto wprowadzono w celu wyparcia popularnego wśród pogan święta narodzin boga Aiona  a także czerpano  ten zwyczaj z judaizmu.

     Wielu poważnych badaczy zajmuje się też opisywanym zjawiskiem na niebie, które w postaci Gwiazdy Betlejemskiej prowadziło Mędrców do Betlejem. Uznano, że właśnie w tym czasie, w VI wieku n.e.( bo ponoć tak naprawdę wtedy urodził się Syn Boski, a nie w roku 0)  wielokrotnie wystąpiło zbliżenie a nawet pozorne optycznie widoczne połączenie  trzech planet- Saturna, Jowisza i Marsa. To zjawisko bywa  obserwowane co 800 lat.

Jednak w Ewangelii św.  Mateusza możemy znaleźć opis gwiazdy, która pojawiła się na Wschodzie  a następnie szła razem z Mędrcami, aż zatrzymała się na miejscem, gdzie było Dziecię.

Według tego opisu mógł być to Merkury, który co trzy miesiące przez dwa dni staje się bardzo jasny po czym zmniejsza swój blask częściowo też z powodu zanikania w promieniach Słońca. Planeta ta mogła być dostrzeżona przez kogoś w Betlejem . W tamtych czasach ludzie nie mieli żadnych przyrządów optycznych, ale chętnie zajmowali się śledzeniem nieba, które było zawsze tajemnicze i frapujące, jak zresztą i dziś , rozwijała się astrologia.

Są też teorie , że wtedy  na niebie pojawił się meteor lub jasny bolid, tym bardziej, że tradycyjnie opisywano Gwiazdę Betlejemską ją jako kometę .

Ciekawe jest to, że w już w  świecie starożytnym bardzo często opisywano  motyw  gwiazdy, która zwiastuje zbliżanie się bardzo ważnych wydarzeń. Na przykład wg Wergiliusza  który żył w latach 70-19 przed narodzeniem Chrystusa, Eneasz wędrując z Troi do Lacjum jest też prowadzony przez gwiazdę.

     I tak to przewędrowałam po stronach Internetu, a teraz ponownie będę się zastanawiała nad wielkością tego święta. Muszę oczywiście przyjąć do wiadomości to wszystko co podają na ten temat. Ale tak naprawdę gdzieś głęboko zakorzeniony w moim bardzo dojrzałym i doświadczonym przez życie sercu jest dzień wigilijny i jeszcze gra mi w duszy kolęda Przybieżeli do Betlejem pasterze….

    Na takich właśnie smętnawych rozważaniach spędzam przedpołudnie.

     I nagle na zegarze wybija godzina 12 ……

Styczniowe pozdrowienie z mojego ogródka.

 

Groszek.JPG

 

.

 

Zanim przystąpię do opowieści,  chcę zaznaczyć, że mój ogródek na półkuli północnej jest i daleko od równika. W styczniu już zdążył zapomnieć jak wygląda wiosna, lato i jesień.

    Nasza działeczka ułożona na obrzeżach dość dużego  terenu  gdzie  zamieszkał nasz domek,  jest mikroskopijnej wielkości i zwykle dość zaniedbana, bo nasz entuzjazm uprawiania tam warzyw czy truskawek szybko wyparowuje.    

I tak na grządce , którą dzielnie wiosną skopał najstarszy przedstawiciel rodu posiałam wczesną wiosną zielony groszek. Dzieciaki uwielbiają wyjadać to co w młodych strączkach się rodzi i ja też poznaję wtedy smaki dzieciństwa, które są zawsze najpiękniejsze. 

Potem wyjechaliśmy, groszek pozostał zapomniany, opuszczony, aż smętnie wysechł . Jak można się było spodziewać, co nie jest takie trudne,  ja z wrodzonego lenistwa go nie zebrałam, by grochówę ugotować.

Minęła jesień, przyszła zima. Nie zaglądałam na te grządki , bo już nie było po co. Wyschłe badyle były jak wyrzut sumienia, a wyrzutów sumienia nie lubię.

     I któregoś dnia , jeszcze w grudniu moje spojrzenie przyciągnął niezwykły o tej porze roku bardzo długi zielonolistny pęd. Podeszłam bliżej i nagle uśmiechnął się do mnie najprawdziwszy groszkowy kwiatek. Potem już go obserwowałam systematycznie, czy nie zmroził go jakiś zimowy podmuch. Ale on trwał dzielnie, a nawet zafundował sobie siostrzyczkę. Tak więc oba kwiatki bardzo z siebie zadowolone a dumne nawet cieszyły moje oko.

Potem o moich kwiatkach zapomniałam, a może nie chciałam oglądać jak umierają z zimna.

    I oto dzisiaj, gdy  styczeń 2014 roku zapukał do naszych drzwi i już właściwie się zagościł, ponownie się wybrałam na tzw. obchód ogródka.

I wtedy usłyszałam cienki choć rześki głosik, który mnie zapraszał na grządkę. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Jedynym mieszkańcem naszego domku poza mną jest współmałżonek, ale jego głos jak na razie jestem w stanie rozpoznać.

Podążyłam więc w stronę, skąd przyszedł ten młodziutki głosik.

Poczem przetarłam oczy. Jednak to nie były jakieś wizje zmęczonego wzroku. Na zielonym groszkowy pędzie wiszą sobie spokojnie dwa całkiem okazałe strączki.

Zafalowały przyjaźnie i wyraźnie się ucieszyły  gdy się nad nimi nachyliłam, patrzyłam na nie przelekle z miłosną radością a potem wyjęłam aparat fotograficzny, który zawsze staram się mieć w kieszeni. I tym razem się przydał, zdjęcia zrobione, a strączki zadowolone, bo jak widać, lubią być uwieczniane na fotografiach. Wiedzą, że są bardzo fotogeniczne urocze i smakowite.

I w podzięce wygroszkowały  swoje życzenia noworoczne, upewniając się, czy nie za późno już . Gdy zapewniałam, że życzenia zawsze można składać, prosiły o przekazanie Wszystkim, żeby zdrowi byli, zimę przetrwali, która jeszcze na pewno nadejdzie, a patrząc na strączkowe styczniowe zdjęcia myśleli o cieple wczesnego lata…..

 

 

groszek1.JPG

 

 

groszek2.JPG

 

 

Boże Narodzenie.

 

choinka o.JPG

 

 

 

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, od wieków nieodmiennie piękne, czarodziejskie i radosne.

Może zanurzając się ich magii zapomnimy o  codziennych troskach, cierpieniu, czasem bezsensownej krzątaninie  i wrócimy do dzieciństwa….A przyjdzie wtedy sen w ramionach Matki, już nieobecnej może, ale zawsze czuwającej nad swoim dzieckiem…. Tę nadzieję i życzenia przesyłam Wszystkim Bliskim i Dalekim….

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

 

 

7 (2).JPG

 

 

W taki  letni  dzień wyobrażam sobie upalną plażę , palmę i rozmyślam o cieniu.

 

Właśnie wyleguję się w CIENIU  palmy.

Szumi morze, fala łamie się z delikatnym poświstem o piasek  muszelkowy , a potem gdzieś z oddali słychać  jej uderzenia a następnie wielkie mlaskanie. To igraszki skalnego potwora i ogromnej młodzieńczej bardzo niedojrzałej jeszcze fali…

Na plaży w  CIENIU innego wielkiego kamienia czulą się piękni  kochankowie, prawie nadzy i złotem pokryci…A ja samotna ale rozleniwiona i rozgrzana rozmyślam…

 

Lubię różne CIENIE…

 

Uwielbiam taki,  który przychodzi latem , nawet wymyślony ,  ożywiony tylko wyobraźnią, DOBRY CIEŃ dla leniwych lub zmęczonych. Obok szklanka pełna czegoś tam , i muzyka …

 

Czasem czujemy CIEŃ OCHRONNY  . Potrafi zniewalać, nie można go odpędzić ani mu umykać . Trwa obok nas i przeszkadza w rozwoju. To np. CIEŃ nadopiekuńczych rodziców lub cudzy cień, np. szefa , niepożądany i raczej niepotrzebny. Ale czasem doceniamy go po latach , gdy jego gęstość rozproszył czas, i wtedy czujemy wdzięczność , że był i cierpimy z powodu tego, że odszedł . We wspomnieniach przybiera formę ŁAGODNEGO CIENIA OPIEKUŃCZEGO i DOBREGO NAUCZYCIELA. Z dalekiej perspektywy  widzimy go jak wyprowadzał nas z meandrów nieśmiałości , wstydu, lęku i niewiedzy.  I wtedy myślimy, że był to prawdziwy  „ANIOŁA CIEŃ”…I nucimy tę łagodną piosenkę, usiłując przywołać. Ale on nie wraca….

 

Gdy marzymy o sławie , wielkiej urodzie , zdobywaniu najwyższych szczytów i zaszczytów ,  nagle wyłania się ogromny cień kogoś lepszego . Jest to CIEŃ DOMINUJĄCY . Chyba najbardziej nielubiany . Czasem poddajemy się i od razu padamy. Ale gdy uznamy Jego Wielkość obserwujemy jak powoli  staje  się naszym DOBRYM CIENIEM PRZEWODNIM. Czasem wystarczy uznanie jego plusów i poznanie minusów. Dostosowanie się, raczej nie walka. W tym dobrym cieniu możemy rozkwitać… ujrzeć dokładniej siebie , poznać swoje atuty i nawet wygrywać ….

 

Ale  ja najbardziej lubię wesołe zabawy   Z CIENIEM ZWYCZAJNYM , moim. Czasami wpada niespodzianie , zza jakiegoś drzewa, jest figlarny , bardzo ruchliwy. Niekiedy jest długi stateczny stały i wolno kroczy razem ze mną pustymi drogami. Gdy się odwracam , jest zawsze , za plecami lub gdzieś z boku. Nie czuję się przy nim samotna. Z reguły też pomaga  w złym nastroju…pokazuje swoje- czyli moje , bardzo długie nogi, czasami śmiesznie sfałdowane na nierównym terenie, moją nagle maleńką główkę a wielką rękę. Często się z nim  bawię, rozmawiamy , robimy sobie zdjęcia..

 

 Pozdrawiam wszystkich , zapraszam do zabawy

 

 Pędzę , bo właśnie moja wyobraźnia i mój cień gdzieś uciekają, jak niesforne  młode psiaki….

 

 

 

1,0.JPG

 

Zdjęcia własne, a tekst znalazłam w swoich dawnych zapiskach. Napisałam go kilka lat lat temu…

Różne. Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Obserwuję obrazy malowane na niebie i rozmyślam…

Wokół mnie szeroka przestrzeń kotliny górskiej nasycona zapachami wielkich traw i szumnymi dźwiękami dzwonków fiołkowych.

Właśnie w trawach tych leżę i czekam na obraz, który dzisiaj namalują mi chmury. Dziwię się, gdy obrazy czasami się powtarzają. Widać, że nie tylko wiatr i słoneczne blaski, ale też okoliczne szczyty narzucają swoje pomysły chmurom. A chmury jak to chmury, ulotne, elastyczne, wrażliwe do bólu, spełniają wszelkie te pomysły. Układają się w dziwne wzory, a potem już w obraz i moje myślenie…

Tego dnia widzę wyraźnie, jak grzbietem góry idą powoli dwaj wędrowcy. Przygarbieni, strudzeni suną w kierunku szczytu Skalitego. Tam czeka wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach.

Dla mnie są parą starych ludzi. On i i dziwnie bujnowłosa ona. Nie wiem, które z nich prowadzi. Czy tak jak w życiu, czasem kobieta, czasem mężczyzna. To nie jest ważne. Ważne, że są razem. Że chcą być razem.

Teraz czas zatrzymuję i cofam. Widzę ich, młodych pięknych długonogich roześmianych i zakochanych. Wybrali siebie, a może los zdecydował. Nie wiem. Może tylko przypadek. Spotkali się na jakimś obozie sportowym czy w pociągu, na ulicy może na plaży. Coś się takiego wydarzyło, że ich oczy się rozpoznały, nie mogły się rozstać i zapomnieć. Przyciągały się wzajemnie jak magnes. Potem ciała bardzo tęskniące były. Noce parne i szepty miłosne.
Może były jakieś rozstania, ale i powroty.
Ich dzieci urodzone rosły.
Oni się starzeli, nie widząc swoich coraz bardziej niezdarnych ruchów, zmarszczek i przygarbionych sylwetek.

Życie już prawie za nimi, nie chcą go powtarzać. Już wszystko było.

Teraz idą bardzo wolno. Może to ich ostatni szczyt do zdobycia, a potem tylko wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach…

 

 Tekst własny zamieszczony kiedyś w MM- Gorzów pod nickiem Łuka- Klarka,

 

Informacja.

Jak zapowiada administrator serwisu Bloog.pl od  godziny 23 w dniu 2.06.2013 tj od niedzieli do 12 – 3.06.2013 będzie przerwa w odbiorze…tak więc pozostają grzyby- a jak dzisiaj podano w radio , podobno już pojawiły się borowiki. Ja zebrałam kilka koźlaczków z czerwonymi główkami…życzę pięknej pogody, miłej niedzieli i różnych przyjemności….do zobaczenia