Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zygmunt Trziszka.

Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. ‘ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993

                            

                                         

                                   Zygmunt Trziszka

 

 

     Postać barwna , malownicza , z usposobienia choleryk i impetyk , ekstrawertyk. Zadebiutował prozą w dodatku literackim „ Nadwarcie ”  w 1961 roku. Te nasze początki znajomości opisałem zresztą w tekście drukowanym poniżej.

     Po przeprowadzce do Zielonej Góry Trziszka początkowo wraz z Andrzejem K. Waśkiewiczem pracował w oddziale poznańskiej „ Gazety Chłopskiej”, potem przeniósł się do ówczesnej „ Gazety Zielonogórskiej”, drukując w niej wiele reportaży. Niestety pisarz nie mieścił się w tej żurnalistyce , zwłaszcza iż –  jak to wspomina do dziś – pozostawał w nieustannym konflikcie z red. Ankiewiczem , który apodyktycznie usiłował  podporządkować sobie nowego dziennikarza . Toteż Trziszka po pewnym czasie zwinął manatki i wyjechał do Warszawy, gdzie pracował w różnych redakcjach , zwłaszcza pism ludowych , gdy od dawna był członkiem ZMW i ZSL. Skłóciwszy się z ruchem ludowym , został przygarnięty przez Włodzimierza Sokorskiego do pracy w „ Miesięczniku Literackim”, w którym był aż do likwidacji pisma . Obecnie –  wraz z kolejną żoną i dziećmi – mieszka na Ursynowie i rowerem dojeżdża do pracy za Wisłę po półmilionowy zasiłek dla bezrobotnych. Nie zdziwiło mnie więc zanadto , że całkiem niedawno pojawił się w Zielonej Górze jako…kandydat na posła z ramienia Stronnictwa Narodowego . Przyjął jego ofertę kandydowania , którą wcześniej odrzucił Zbigniew Ryndak . Niestety , nie odniósł jak wiadomo sukcesu…

     Zygmunt Trziszka, repatriant z województwa stanisławowskiego , absolwent opolskiej WSP i członek ZLP od 1968 roku , jest autorem kilkunastu tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , mocno korzeniami związanej z Ziemią Lubuską , z okresem pionierskiego osadnictwa i zagospodarowywania tej ziemi , z przemianami jakie dokonały się na niej w latach powojennych . Nie jest to  , niestety , proza wysokiego artystycznego lotu . Więcej w niej socjologiczno – obyczajowych i psychologicznych obserwacji , aniżeli walorów stricte literackich . Takimi świadectwami artystycznych porażek , wynikających być może także i z tego , że autor pisał pod z góry założone tezy , są tomy opowiadań : „ Wielkie świniobicie”

( Warszawa, 1965), „ Żylasta ręka ojca” ( Poznań, 1967) i „ Dom nadodrzański” ( Łódź, 1968) . Następne książki , jak powieści „ Romansoid” ( Warszawa, 1969) , czy  „ Happeniada” ( Kraków, 1976) to utwory , w których do głosu dochodzi groteskowe widzenie rzeczywistości , pobrzmiewa w nich ton gombrowiczowski . I tutaj Zygmunt Trziszka okazuje się pisarzem oryginalnym , dojrzałym , interesującym. Walcząc z tzw Warszawką , pracowicie , z chłopskim uporem doskonali swój warsztat pisarski , prowadząc zarazem życie intensywnie towarzyskie i bogate emocjonalnie . Gdy opuszczał Zieloną Górę , wraz z nim wyjeżdżała Wanda Witter , lekkoatletyczna , która została później  pisarką i urodziła  mu córkę . Po pewnym czasie znalazł inną wybrankę , z którą ma obecnie dwóch synów. Córka miała ostatnio jakieś powiązania z narkomanami , wezwany więc na pomoc ojciec naurągał policji z właściwą sobie porywczością , przez co został w „ Gazecie Policyjnej ” opisany jako pisarz- kryminalista . On jednak nie poddaje się ciężkim próbom losu . Wystąpił z hukiem z

„ neo-zlepu” i założył Związek Pisarzy  Polskich . Związek został zarejestrowany, ma swój statut.

       Niemniej wzruszający jest sentyment pisarza do Ziemi Lubuskiej . W 1980 roku w LSW wydał tom reportaży pt. „ Podróże do mojej Itaki”, poświęcony naszemu regionowi . Inną jeszcze, ważną publikacją w jego dorobku , jest książka zatytułowana „ Mój pisarz”

( Warszawa, 1979) , zawierająca szkice poświęcone kilku wybitnym intelektualistom , bliskim autorowi . Napisał ją jednak „ na klęczkach”, przeto bardzo krytycznie i ironicznie oceniłem ją w „ Nowych Książkach”. Wówczas wydarzyła się rzecz śmieszna . Po lekturze recenzji Trziszkę zaprosił do siebie  ówczesny sekretarz NK ZSL, pisarz Józef Ozga- Michalski i powiedział  :     Kolego, ostro was krytykują, krzywdzą . Należy wam się stypendium . I Zygmunt stypendium otrzymał . Więc jak tu nie wierzyć w potęgę recenzentów!

     W ostatnich latach Zygmunt Trziszka był zafascynowany twórczością Leopolda Buczkowskiego . Poznał osobiście jego życie , zainteresowania , pracę. W wyniku tej zażyłości powstały dwie książki , z których szczególnie ta druga – „ Żywe dialogi”

( Bydgoszcz, 1989) – jest niezwykle wartościowa . Zygmunt jest również autorem monografii zmarłego wybitnego pisarza.

      Pisarz z „ pustyni ursynowskiej”,  jak określa dzielnicę swego zamieszkania , sprawi nam zapewne jeszcze niejedną  niespodziankę swoimi następnymi książkami . Choć powstaje pytanie, kto  je mu opublikuje . Chyba , że napisze ostry , kryminalno- sensacyjny utwór i złagodnieje w tym ścieraniu się z nową rzeczywistością . Spokornieje . Ale tu, znając go dobrze od wielu lat, mam niejakie wątpliwości.

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. List od Zdzisława Morawskiego.

Korespondencja:

(  list od Zdzisława Morawskiego, który Zenon Łukaszewicz zamieścił w

” Moim alfabecie….”)

 

   Zenonie z Zenonei

   Piszę do Ciebie ten list po przeczytaniu kilku twoich kawałków w „ Nowej”, gazecie dość nieporządnej, robiącej wrażenie, że redagują ją ludzie bez znajomości wagi słowa. Twój tekst wyraźnie wyróżnia się na tym tle. Ale czy to radość? Raczej zaledwie pociecha. Pociecha, że piszesz książkę, ale przyznaję szczerze, że nie takiej książki oczekiwałem od ciebie, leniu patentowany. Sądziłem zawsze,  a i o tym gadałem, że Zenona z Zenonei stać na dobrą książkę krytyczną, że jesteś w stanie przewyższyć takich pustych gadaczy jak np. Błoński , który napisał parę książek, ale w żadnej nie zawarł choćby jednej roztropnej myśli. Tamten powodu swojej grafomanii profesoruje na UJ i bzyczy się po pismach udając mądrość, aty, co robisz ty? Ty zacząłeś pisać ploty. Alfabety. Podkisiele. Podurbany. Podgąsiorki. Prawda, że  piszesz  lepiej od nich wszystkich, ale czy to jest krytyczno- literackie pisanie, którym wnikasz w tekst tak ,że znajdziesz w nim coś o czym nikomu się nie śniło. Robisz co innego. Spełniasz zapotrzebowanie społeczne na tandetę. Popatrz dookoła uważnie i zauważ, że tandeta , a wręcz taniocha panoszy się na bazarach i w umysłach ludzkich. Tandeta umysłowa potrzebuje od piszących tandety. Ludzie nawet roztropni spełniają wolę tandety. Popatrz co wyprawiają różni tandeciarze: Gierki, Kiszczaki, Wałęsowie, Drzycimscy, Kurscy, Kozłowscy- robią umizgi do tandety. Oczywiście przy tym wygadują kłamliwe wzniosłości, że robią to dla człowiek, że piszą by go poinformować „ jak było” , a w istocie wypisują, by owego człowiek skokietować przez umizgiwanie się jego plotkarskim skłonnościom. Oni wiedzą ,że plotę człowiek lubi, że przynajmniej jedną godzinkę w dniu musi poświęcić znajomym, bo inaczej musiałby sam siebie obgadywać, jak roztropnie zauważył Kornel Makuszyński.  Ale czy wszyscy muszą leźć w tej stadności?

      Co ja ci po staremu, to jest po przyjacielsku mogę poradzić? Kończ to paskudztwo bo je zacząłeś, ale już dziś weź się za porządną robotę. Choćby za rozebranie struktury wierszy w ich spoistości materialnej. Przecież widzisz i wiesz, że słowo po jego napisaniu nabiera samodzielnego bytu materialnego. Oczywiście, jeśli jest słowem kreatorskim, a nie blubraniem za pomocą stękań, świstaniem, za pomocą słownych szelestów. Widzisz, jaki ze mnie megaloman, swoje osiągnięcia do opisania ci podpowiadam. A dlaczego mam tego nie robić? Wszak jestem megalomanem. A dlaczego mam nim nie być? Książę Metternich  mawiał: glamałem, glamię i glamał będę. Wysłuchaj mnie dobrze Podłoto i zrozum, że jeśli ja napisałem do Gierka w liście ( nie do żadnego KW, jak nabreszyłeś, tym w KW później tekst udostępniłem) to, co później wypracowali wszyscy eksperci Solidarności razem ( ja w roku 1970 a oni w 1980) to nie mam prawa do satysfakcji? Ale ty Głupiano mego listu do Gierka nie czytałeś, bo gdybyś przeczytał, powiedziałbyś mi to, co powiedział Jerzy Kwiatek ,ówczesny kierownik wydziału KC: myślałem, że napisał to wybitny socjolog, że jurysta, a zobaczyłem pod tekstem twój podpis. Widzisz co się dzieje z braku lektur, widzisz jak wygląda to moje otwieranie otwartych drzwi. Przy okazji, dla ścisłości, powiem ci, że napisałem do Gierka ba jego listowną propozycję, bym powiedział , co sądzę o drodze po jakiej Polska  idzie. Napisałem. Stało się co przewidziałem. Pamiętam ,że dwadzieścia parę lat po moim liście jeden z jego czytelników powiedział- skąd Pan o tym wiedział? Ale o tekście słowa nie napisał. Bo właśnie Solidarność ogłaszała tryumfalne swoje przemyślenia i żaden konformista nie mógł powiedzieć , że przed solidarnościowymi odkrywcami był Morawski. Takiej herezji nie mógł wygłosić. Jak dziś nikt nie może napisać o odkryciach Morawskiego w poezji. Czy znów jest to wywalanie otwartych drzwi? To pytanie jest zawsze zasadne. Już Sarbiewski wiedział, że ze wszelkich działań na rzecz sztuki poezja jest najbliższa boskości, bo tylko ona naprawdę kreuje. Sarbiewski znał grekę i wiedział, co znaczy słowo „ kreator”. A to ,że nasi  dzisiejsi poetyccy mamzegeci zapomnieli i o Sarbiewskim i o Wergilim to doprawdy nie moja wina. Myślę nawet, że moje myślenie o tych wybitnych postaciach jest moją megalomanią. Głupiano moja najmilsza.

      Napisałeś mi kąśliwie, że miałem ogłaszać swoją teorię poezji nadmaterialnej w Moskwie i jakoś nic o tym nie słychać. A jak ma być słychać, czyścioszku nowonarodzony, jak miało być słychać? Było słychać, co mogło być słychać. Napisałem esej, wygłosiłem go jako referat na gnieźnieńskim spotkaniu  młodych poetów , powtórzyłem go na poznańskim w listopadzie, miał być drukowany w „Poezji”, ale jej już nie ma, miałem jechać do Moskwy na okrągły stół literacki, ale pojechał kto inny ( z Warszawy) bo na tej konferencji niezłe diety płacili, a ci z W-wy co trzeba mówić nie wiedzieli, ale gdzie dobrze płacą wiedzieli. Żebyś już więcej takich głupot nie wypisywał przy tym liście wyślę ci tekst „ Nowych obszarów wyobraźni” byś przeczytał  jeśli jeszcze na takie głupstwa jak czytanie masz ochotę. Przy okazji przestrzegam cię dziś byś o tym serio nigdzie nie pisał bo mogę cię zagryźć z tego powodu, że to jest jedyna w polskiej poezji ( znów megalomania) materialistyczna jej teoria. Rzuciliby się na ciebie Urbańscy, Błońscy, ich spowiednicy Tischnerowie . Bowiem dziś wszystko  co jest racjonalistyczne  i materialistyczne wywodzi się z szatańskich odmętów. Głupota i obskurantyzm przebijają niebiosa. Mam nadzieję ,że ty, Zenon z Zenonei , gdzieś pod chmurami się zatrzymasz.

      Piszę do ciebie ten list , nie po to, by zgłaszać pretensje o to, co o mnie napisałeś, gdybym nawet miał pretensje to bym ich nie zgłosił, bo jako człowiek roztropny ( megalomania) przyznając sobie prawo do osądu rzeczywistości muszę przyznać je innym, zwłaszcza tym, o których sądzę, że mają prawo do własnego widzenia rzeczy. Masz takie prawo i wolno ci je ogłaszać- nawet skrajne, ale zdaniem moim powinno to trzymać się zawsze w ramach przynależnej mądrym elegancji.

                               Kończę i pozdrawiam, Twój Zdzisław

  PS. Trziszce faktycznie odebrałem głos, ale dlatego, że Zygmunt nie zachował umiaru i przekroczył normy zacietrzewienia. On o to wcale nie ma do mnie pretensji. Czy wiesz, co ten głupol w W- wie zrobił? Przy Foksal kopnął W. Nawrockiego w dupę, po czym zmykał przed nim po Krakowskim a z obaj ruch zatamowali. Czy ty ich widzisz w tej bójce? Nawrocki Zygmunta nie dopadł.

  II PS. Kiedy” Kotwa” wyszła Wasilewski nie był jeszcze członkiem KC, co niniejszym przypominam a i wypominam.

  III PS. Wywyższyłeś mnie, draniu, że jestem samoukiem, że nikt mi na drodze do wiedzy nie pomagał, że ja wszystko sam. Bo ja miły łgarzu na katedrze wyższej szkoły partyjnej słuchałem wykładów i Brasa i Schafa i Adlera i Zana i Kotarbińskiego.

 

                                                    Gorzów, dnia 1.11.1991

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Zdzisław Morawski.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 121-127 zawarta jest opowieść o Zdzisławie Morawskim….

 

 

 Zdzisław Morawski

 

 

   Gorzowski poeta i prozaik, dramatopisarz i publicysta, zasłużony działacz  społeczny, urodzony w Aleksandrowie Kujawskim, był osobowością na tyle barwną i interesującą, że bez niego miasto straciłoby swój koloryt lokalny. Był przy tym znakomitym gawędziarzem, urokliwym i błyskotliwym kompanem wszelkich biesiad rozrywkowo- literackich.

   Był współzałożycielem oddziału Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze, będąc już autorem debiutanckiego tomiku wierszy „ Pejzaż myśli” ( Poznań 1959), wcześniej współorganizował Lubuskie Towarzystwo Kultury i czasopismo „ Nadodrze”. A jeszcze wcześniej ujawnił się jako zadeklarowany człowiek lewicy, wstępując w 1945 roku do Polskiej Partii Robotniczej i pracując w różnych ogniwach terenowych PPR , a następnie PZPR.

   Poznałem go w latach debiutu, redagując „ Stilon Gorzowski”. Pisywał w nim recenzje teatralne pod pseudonimem Zbigniew Rawski. Wiele wieczornych godzin spędziliśmy w nieistniejącej już kawiarni „Wenecja” żywo dyskutując o poezji przy niskoprocentowych aperitifach. Tak , tak!- wówczas nie rozpijano społeczeństwa wyłącznie mocnymi alkoholami. Te żywe dialogi przeradzały się chyba stopniowo w pewien rodzaj przyjaźni i sympatii, które- choć w niektórych latach zakłócane- przetrwały aż do jego śmierci. Zdzisław z usposobienia był przekorny i niekonsekwentny . Przy tym – samouk. Z trudem tedy odkrywał nowe lądy wiedzy humanistycznej, pilnie i dużo czytając. Ale porządkowanie tej wiedzy następowało w nieco wolniejszym tempie. Toteż, bywało i tak, że w swoich refleksjach poszukiwawczych , wyrażanych w druku lub podczas rozmów, odkrywał nagle coś według niego nowego, co było już właściwie  dawno znaną prawdą, stąd bierze się jego inna cecha charakteru: megalomania. Utwierdzał się w przekonaniu , że jest odkrywcą nieznanych lądów, swoje idee starał się przenosić na grunt codzienności. Tak było w latach 70 i 80., gdy przygotował projekt reformy struktur partyjnych i przekazał go gorzowskiemu KW PZPR , a nawet  chyba samemu gen. Jaruzelskiemu. Jako materialista z przekonania, myślący jednak idealistycznie, z naiwnością dziecka sądził, że jego głos będzie wysłuchany. Mylił się. Ten głos nigdzie nie dotarł, to znaczy nie trafił do świadomości adresatów.

     Krzepiące, że Zdzisław nie popadł z tego powodu we wściekłą frustrację, lecz nadal intensywnie pracował literacko, działając zarazem w Zarządzie Głównym ZLP jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej. I szkoda, że gdy opisywał swoje kłopoty z wydaniem powieści „Nie słuchajcie Alojzego Kotwy” na łamach gazety, nie ujawnił do końca, że wreszcie pomógł mu Andrzej Wasilewski , który był członkiem KC a Zdzisław z racji pełnienia swej funkcji miał do niego ułatwiony dostęp.

     Gdy rozwiązano ZLP i tworzył się „ neo-zlep” w Zielonej Górze, Morawski przez pewien czas przebywał poza  Związkiem. Pomimo próśb słanych z Zielonej Góry przez Ryndaka i Koniusza, aby zasilił ich oddział. Później niespodziewanie Zdzisław jednak zapisał się do „ neo- zlepu”, ale do ….poznańskiego oddziału. Wybrał lepsze, ciekawsze i bardziej liczące się środowisko literackie. Był to jego kolejny figiel spłatany kolegom.

    Kiedyś z dumą opowiadał, jak to ratował ZLP i grupę pisarzy partyjnych, jeszcze za czasów prezesowania Jana Józefa Szczepańskiego. Prowadził obrady w czasie burzliwych sporów, odebrał prawo głosu Zygmuntowi Trziszce, który tam wykrzykiwał. Emocje ponosiły salą,  on  z opanowaniem sterował porządkiem obrad. A później , mając już spory dorobek literacki- a największe artystyczne sukcesy osiągnął w poezji- referował nam swoją teorię „ idei materii”, której daje wyraz w najmowych tomikach. Wykładnia tej teorii miała być ogłoszona w Moskwie , a później w kraju. Ale  minęły lata i jakoś nic o tej rewelacyjnej  publikacji nie słychać.

     Jako prozaik, Zdzisław dał się poznać niedobrą, schematyczną i publicystycznym językiem napisaną powieścią „ Kwartał bohaterów” ( Łódź , 1965) oraz wspomnianą już powieścią o charakterze groteskowym pt. „ Nie słuchajcie Alojzego Kotwy”. Zamysł był bardzo interesujący, gorzej z wykonaniem. Podobnie jak Wiesław Myśliwski , jestem zdania, że powieść została napisana manierycznym językiem, choć znajdują się w niej wcale ładne sceny  literackie.

      Dla mnie Zdzisław jest przede wszystkim interesującym poetą, autorem znaczących w polskiej liryce tomów: „ Płaskorzeźby”( Śląska, 1956), „ Obecność” ( Śląsk ,1974), „ Wektory” ( Katowice, 1979), nie licząc arkuszy poetyckich , wydanych przez Lubuskie Towarzystwo Kultury i Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Różne wektory wyobraźni autora prowadziły w kierunku poszukiwań własnej, odrębnej oryginalności. Podobnie niezłe sukcesy osiągał Zdzisław w twórczości dramatycznej. A ściślej mówiąc komediowej. Jego utwory o takim właśnie charakterze , jak „ Wilcze doły”, „ Żarty moich dni”, „Technik księstwa Donderów” były wystawiane przez teatry w Gorzowie i Zielonej Górze. Natomiast dramat Pt. „ Maria Preta” odniósł pewien sukces w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a „ Rzymska Łaźnia” na scenie Teatru Eksperymentalnego Klubu Związków Twórczych w Łodzi. W dorobku autora jest tez kilka słuchowisk radiowych, realizowanych głównie przez Rozgłośnię PR w Zielonej Górze.

     Myślę , że w Zdzisławie  zawsze miałem życzliwego, prostolinijnego przyjaciela, co to potrafi doradzić, ale i zadrwić. Gdy z Koniuszem byliśmy- za czasów redagowania „ Nadodrza” w Gorzowie, natknęliśmy się na niego. Gdy redaktor naczelny udał się do pobliskiego sklepu po flachę , Zdzisław nagle urządził i publiczną awanturę na chodniku, słusznie zresztą zarzucając nam, że obniżamy poziom pisma. To było wtedy, gdy toczyliśmy rozpaczliwą walkę o czytelnika, wypełniając komuny erotyką i przedrukami z zachodnioniemieckiej prasy bulwarowej. Ja zgadzałem się z Morawskim, uważając już wtedy, że pismo ulegnie likwidacji przede wszystkim z przyczyn finansowych. To było też powodem naszej scysji z Januszem Koniuszem. Głosiłem tezę, podobnie jak Morawski, że nie można rezygnować z poziomu pisma za cenę przedłużania jego agonii. Koniusz uważał inaczej: że publikując „ ekscytujące” teksty , tłumaczone przez panią Bartosiewicz z niemieckich bulwarówek lub ogromne, nudne reportaże obyczajowe Haliny Ańskiej- zdoła uratować „ Nadodrze”. Te wysiłki pisania „ pod publiczkę” okazały się daremne. Gdy poziom pisma sięgnął bruku, musiało ono- zresztą jak wiele innych- również ulec likwidacji. I tu akurat Zdzisław Morawski miał rację….

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Florian Nowicki.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronie 142-143 znalazłam notkę o Florianie Nowickim . Miałam wtedy 13 lat, gdy bywał u nas w domu, a przedtem Zenon o nim często opowiadał . Pan Florian Nowicki  był pierwszym redaktorem gorzowskiej zakładowej gazety pt. „Stilon” i chyba starał się o zapewnienie jej wysokiego jak na gorzowskie warunki i zakładową gazetę poziomu. Brat kontynuował tę myśl i w czasie, gdy  Zenon został redaktorem naczelnym ( jak pisze- jednoosobowej redakcji) wydano specjalny literacki dodatek pt. Nadwarcie, wymieniany jako pozycja warta wymienienia przez Alfreda Siateckiego w portalu regiopedia lubuskie. Szkoda tylko, że nie wymienia nazwiska mojego brata. Ale cóż c ‚est  la vie…..

 

 

 

Florian Nowicki

 

 

     Z Florianem Nowickim , nieżyjącym już pisarzem i działaczem kultury Gorzowa , łączyły mnie szczególnie bliskie związki . To po nim przejąłem redagowanie „ Stilonu Gorzowskiego”, on mnie wprowadzał życzliwie w arkana sztuki dziennikarskiej , jako że wówczas tworzyłem jednoosobową redakcję , a społecznie wspomagali mnie pracownicy fabryki: Urszula Macińska , Kazimierz Suwała , Adolf Tynfowicz , Zbigniew Wiśniewski i Waldemar Kućko w roli fotoreportera.

     Nowicki, który walczył z faszyzmem jako „ syn pułku” , posiadał charakterystyczne cechy ludzi wychowanych w wojsku : niespożytą energię w realizowaniu różnych inicjatyw społecznych , towarzyski sposób bycia oraz poczucie trywialnego dowcipu , rubasznej anegdoty. Był przez pewien czas prezesem miejscowego Towarzystwa Kultury , doskonałym animatorem wielu przedsięwzięć kulturalnych oraz z pasją starał się urzeczywistnić swoja ambicje pisarskie . Poza publicystyką  , zajmował się felietonem, pisaniem utworów satyrycznych oraz wierszy lirycznych . Jest autorem poematu o bitwie pod Lenino , nagrodzonym w jakimś ogólnopolskim konkursie. W wydawnictwie MON opublikował zbeletryzowane wspomnienia ze szlaków wojennych pt. „ Najkrótszą drogą” , przełożone następnie na język rosyjski i wydane w Moskwie . Ta debiutancka książka ukazała się w 1970 roku , osiem lat później została wznowiona przez MON. Krytycznie oceniłem ją na łamach

„ Nadodrza” , bowiem połączenie w niej zapisów stricte historycznych z autorską fikcją nie okazało się zbyt fortunne . Od tego czasu kontakty nasze uległy oziębieniu , gdyż Florian Nowicki był „ chory” na literaturę i status pisarza , i podobno dopiero po jego śmierci dotarła do Gorzowa legitymacja ZLP z wypisanym nazwiskiem tego , któremu tak bardzo na tym zależało….

    Ale chciałbym jeszcze powrócić  do lat wcześniejszych , gdy – już mieszkając w Zielonej Górze – prezesowałem Klubowi Literackiemu LTK . Otóż , zaprosiłem na spotkanie z młodymi poetami i prozaikami znanego już pisarza Marka Nowakowskiego. Urządziliśmy sesję wyjazdową w Gorzowie , gdzie rolę gospodarza pełnił świetny organizator – Florian Nowicki. Był on wtedy dyrektorem wytwórni win i musztardy. Nas oczywiście musztarda nie interesowała , ale wina – nienajgorszego gatunku- było pod dostatkiem . Marek później długo wspominał te gorzowskie „ kąpiele winne”.

    A ja zachowałem we wdzięcznej pamięci postać człowieka życzliwego , pełnego witalności, ambitnego. Człowieka , który nauczył mnie makietować i odróżniać petit od garmondu . Ale przede wszystkim aktywnie żyć.

” Twórczość”, najstarsze pismo literackie…

Ponieważ w tekstach brata pojawiają się wzmianki o „ Twórczości”, w której zamieszczał recenzje, na temat tego pisma słów kilka zaczerpniętych z Internetu.( Wikipedia, culture.pl)

 

„Twórczość” jest  najstarszym pismem  literackim, miesięcznikiem . Ukazuje się od sierpnia 1945, początkowo był wydawany w Krakowie a od 1950 r. w Warszawie.

Od 1994 roku do końca marca 2010 wydawała go  Biblioteka Narodowa,  a od kwietnia 2010 – Instytut Książki.

Redakcją kierowali kolejno :  

w latach 1945- 1949 – Kazimierz Wyka ( choć pierwszy numer został formalnie podpisany prze Leona Kruczkowskiego);

w latach 1950- 1954 – Adam Ważyk;

w okresie 1955- 1980 –  Jarosław Iwaszkiewicz

w latach 1981- 2004 – Jerzy Lisowicz.

A po jego śmierci- od października 2004 r. redaktorem naczelnym jest Bohdan Zadura.

„ Twórczość „ odgrywała szczególnie ważną rolę w czasach, gdy redaktorem naczelnym był Jarosław Iwaszkiewicz, który kształtował jej profil a ponadto w latach 80- 90 ubiegłego wieku, kiedy to   za sprawą Henryka Berezy stała się swoistym laboratorium młodej prozy.

 

Profil „ Twórczości” obejmuje przede wszystkim publikację i ocenę dzieł literackich przed ich ukazaniem się w druku, eseje poświęcone literaturze polskiej i światowej oraz polską prozę współczesną . Czasami prezentacja całości lub obszernego fragmentu prozy zajmuje około połowę objętości numeru.

Wśród najważniejszych stałych rubryk w historii miesięcznika wyróżnia się ukazujące się od 1968 r. „ Przeglądy Prasy”. Ponieważ Andrzej Kijowski otrzymał zakaz druku pod swoim nazwiskiem, w 1984 r. zostały przekształcone w słynne „ Kroniki Dedala”.

Także od 1977 do 2005 roku w „ Twórczości” publikował swoje teksty Henryk Bereza. Ukazywały się one pod wspólnym tytułem „ Czytane w maszynopisie”.

Obecnie redaktorami „ Twórczości” są m. in Tadeusz Komendant, Leszek Bugajski, Janusz Drzewicki, Darek Foks.

Właśnie w okresie, kiedy redaktorem naczelnym był Jarosław Iwaszkiewicz mój Brat zamieszczał swoje recenzje w Twórczości. Jest to dla mnie osobista przyjemność, gdyż nie było łatwo spełnić oczekiwania  redaktora naczelnego. W dodatku Zenon mieszkał w Gorzowie, w mieście usytuowanym nieomal przy zachodniej granicy Polski, peryferyjnym , daleko od zgiełku stołecznego ale i od tego tygla, gdzie było łatwo o dyskusje twórcze które wydawały się niezbędne dla rozwoju literata.  Tak więc samotnie przebijał się do tego  „ wielkiego świata”, używając jedynie argumentów swojego analitycznego rozumu i dobrego pióra…..

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…”o Irenie Dowgielewicz.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto tekst o Irenie Dowgielewicz , gorzowskiej pisarce i poetce :

 

 

Irena Dowgielewicz

 

      Była pierwszą damą tzw. lubuskiej literatury, ale jej sukces był znany w kraju i gdzieniegdzie za granicą,  gdzie tłumaczono jej utwory. Przez całe swoje dojrzałe i twórcze życie mieszkała w Gorzowie , uprawiając zarówno prozę, jak i poezję. W 1962 roku w poznańskiej oficynie ukazał się tom jej opowiadań pt . „Lepszy obiad”. Był to debiut książkowy. Zafrapował Zbigniewa Bieńkowskiego , Zofię Starowieyską- Morstinową, wielu innych krytyków. W „ Twórczości „ na początku 1964 roku opublikowałem przychylne omówienie tej prozy. Od nieznanej mi osobiście wówczas autorki otrzymałem list z podziękowaniem, zawierający zarazem uwagi polemiczne wobec niektórych moich sądów oraz wyrazy aprobaty dla innych. Nie ukrywam, że ucieszyła mnie taka reakcja pisarki, nie traktująca wyniośle krytyków, co to wiedzą jak pisać, ale sami nie potrafią…

      Później były następne tomy jej prozy: „Przyjadę do ciebie na pięknym koniu” ( Poznań, 1965)- najlepszy zbiór jej opowiadań , „ Krajobraz z topolą” ( Poznań, 1966)- powieść osnuta na kanwie jej witnickich doświadczeń, wreszcie  „ Most”( Warszawa, 1968). I tomiki wierszy :  „ Sianie pietruszki”, „ Stadion dla biedronki”, „ Tutaj mieszkam”. I mnóstwo rozproszonych w antologiach i czasopismach tekstów.

     Dowgielewicz, jak myślę, potrafiła umiejętnie łączyć to co regionalne , z tym co uniwersalne . Z codziennej tkanki życia wydobywać światło i wartości przedtem przez nikogo nie dostrzegane . Miała liryczny typ wyobraźni, stąd jej proza jest inkrustowana poetyckimi metaforami, przenośniami, alegoriami.

     Jako kobieta, zahartowana na Syberii i późniejszymi przeżyciami osobistymi , potrafiła dzielnie walczyć o swoje sprawy. Gdy Wydawnictwo Poznańskie zwlekało z wydaniem jej opowiadań, ostro interweniowała w KW PZPR. Aż nie chciało mi się w to uwierzyć. A jednak ta interwencja poskutkowała. Była to chyba jedna z nielicznych , które przyniosły pożytek polskiej literaturze. Od 1962 roku należała do Związku Literatów Polskich, bo wówczas nie było Związku Pisarzy Polskich….

      Dzisiaj myślę: co się ostanie z jej twórczości w trwałym dorobku narodowej kultury. I nie potrafię na razie udzielić sobie samemu odpowiedzi.

 

 

Korespondencja

 

    Drogi  Panie Zenku, serdeczne dzięki za omówienie „ Obiadu” w 

„ Twórczości”. Recenzja jest kumoterska, ale w wielu punktach chętnie się z nią godzę, wydaje mi się słuszna krytyka „ Skwerku”, a także prawdą jest uwaga o zaangażowaniu autora- przecież to są w gruncie rzeczy moralitety, a w każdym razie kazania miarkowane nieco jaką taką ogładą literacką. Byłam dosyć zdziwiona , że tak wytrawny krytyk jak Starowieyska- Morstinowa zgoła tego nie dostrzegła, określając książkę jako „ upiorną”, ale chyba bardzo dobrą. „ Skwerek” chwali. Prawdą jest także to, czego inni krytycy nie dostrzegli albo nie w tym stopniu dostrzegli : miłość i radość życia. Stąd strony najbardziej gorzkie i ponure są właśnie protestem najgłośniejszym. Cieszę się, że w tym przynajmniej znaczeniu jestem „ prorokiem” we własnej wsi, co się na ogół zdarza nieczęsto…”

                                         ( List z 17 lutego 1964)

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…” o Czesławie Miłoszu….

Czesław Miłosz

 

Rok myśliwego

 

    Reputacja literacka naszego noblisty jest tak wysoka , że  każdą jego książkę przyjmujemy z ogromnym zainteresowaniem , z życzliwą uwagą . I tak jest też w przypadku „ Roku myśliwego” – tomu wspomnień i diariuszowych zapisków Czesława Miłosza , niedawno wydanego w krakowskiej oficynie „ Znak”. Pisał je autor od sierpnia 1987 r. do sierpnia 1988 r., notując w porządku chronologicznym ważniejsze  dla niego wydarzenia osobiste , ale zarazem wplatając wątki retrospekcyjne , sięgające odległych lat dzieciństwa, dojrzewania w Wilnie , pobytu podczas wojny w Warszawie a następnie – lat powojennych, które doprowadziły pisarza do wyboru losu emigranta . Jest to zatem szeroka panorama wydarzeń historycznych , z którymi autor miał bezpośredni kontakt , w których uczestniczył biernie , jako świadek , bądź też jako ich współbohater.

    Luźny, rwący się to narracyjny nie oznacza powierzchownej rejestracji przeżyć twórcy , który zasiadał do pisania tej książki w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat , czyli świadom poczucia zamulającego pamięć upływu czasu , okrutnej erozji , jakiej dokonuje ten nieubłagany zegar biologiczny w ludzkiej świadomości. Dlatego właśnie Czesław Miłosz wykazuje wiele starań , aby wiarygodnie odtwarzać swoje przeżycia , te wczesne i te najświeższe , aby nie deformować prawdy historycznej a pochopnym osądem znajomych mu ludzi nie wystawiać krzywdzących i jednostronnych opinii . Nadto , wyraźnie dostrzegalny jest trud autora w demitologizowaniu ówczesnych lat przed i powojennych , w ostrożnym pogłębianiu i analizowaniu motywów ludzkich postaw i zachowań , np. wobec totalitaryzmów , w mozolnym dochodzeniu do prawdy , rzetelnej w swym wymiarze historycznym i psychologicznym.

     W przedmowie Czesław Miłosz wyjaśnia charakter i tytuł książki: ” Skąd ten dziwaczny tytuł ? Przede wszystkim po to , żeby uczcić pamięć książki , którą lubiłem w  moich latach szkolnych i która tak się nazywała. Autorem jej był Włodzimierz Korsak , nigdy nie zaliczany do literatów , ale znany wśród miłośników przyrody, zwłaszcza te j, której pierwotnym pięknem szczyciły się ziemie byłego Wielkiego Księstwa . Korsaków wśród szlachty , zwłaszcza na Białorusi , było bez liku. ( „Co krzaczek to Korsaczek”). Pochodził z Witebszczyzny . Po pierwszej wojnie światowej znalazł się w Polsce i jako zawód wybrał leśnictwo , ale też pisał . Powieść dla młodzieży „ Na tropie przyrody” ma za przedmiot wakacje dwóch chłopców w jego rodzinnych okolicach . To samo cofnięcie w czasie i te same krajobrazy przynosi powieść z wątkiem miłosnym „ W puszczy”. Główną treścią obu tych utworów jest polowanie i obserwacja fauny. Korsak do swoich opisów dodawał niekiedy rysunki tuszem, bardzo ładne , które jednak dowodzą , że nie tyle sztuka go obchodziła , ile dokładność i wierność szczegółom. Tyle wiedzy o ptakach i czworonogach mu zawdzięczam , że złożenie mu hołdu przez wzięcie od niego tytułu jest chyba na miejscu „ . A dalej autor wyznaje : „ Istnieje też inne wytłumaczenie tytułu . Młodociane marzenia o wyprawach „ na tropie przyrody „ nie spełniły się , a jednak zostałem myśliwym , choć innego rodzaju: moją zwierzyną był cały świat widzialny i życie poświęciłem próbom uchwycenia go słowami czy też trafienia go słowami . Niestety , ten rok myśliwego przynosi już głównie refleksję nad  niewspółmiernością dążeń i dokonań , mimo całej półki napisanych przeze mnie książek”. W tych słowach brzmi gorycz niespełnienia i wątpliwości , których nie jest zdolna wymazać ze świadomości autora nawet nobilitująca nagroda Nobla.

    Żałuję , że Włodzimierz Korsak, wieloletni mieszkaniec Gorzowa powojennego , którego książki i wspomniane przez Miłosza rysunki podziwiałem  również w latach mej szkolnej młodości , nie doczekał się tej pasjonującej opowieści słynnego Polaka. Później , już w tekście , pisząc o swoich młodzieńczych lekturach , Miłosz znów wspomina Korsaka: „ lepsze, ( od  utworów Rodziewiczówny- mój przyp.) pisane zwyczajnym językiem , było myśliwskie „ Na tropie przyrody”  Włodzimierza Korsaka , już dla dorosłych , fachowo- myśliwska powieść z sentymentalną fabułą „ W puszczy”, o lasach , jak to u niego, Witebszczyzny”. Bez względu jednak na to , jak ocenia twórczość Korsaka nasz noblista , warto przy okazji skorygować jego twierdzenie , bo autor wydanej w 1922 r/ opowieści Pt. „ Rok myśliwego” z przedmową Józefa Weyssenhoffa należał do 1929 r. do Związku Pisarzy Polskich, czyli miał status literata. No, ale Miłosz mógł o tym nie pamiętać.

      Powracając zaś  do jego diariuszowo- pamiętnikarskiej i wspomnieniowej książki , napisanej piękną polszczyzną , bogatej zarówno w barwne opisy urody kalifornijskiego krajobrazu , jak i precyzyjnie trafne konterfekty  ludzi mu znanych , żeby wspomnieć tu Józefa Mackiewicza , Ludwika Konińskiego , Jarosława Iwaszkiewicza i całą plejadę sławnych pisarzy światowych , a także – Irenę i Tadeusza Byrskich , z którymi Miłosza łączyły głębokie więzi przyjaźni z wileńskich lat , a których ja miałem okazję poznać osobiście w Gorzowie , gdzie kierowali przez pewien czas Teatrem im. Osterwy. A przecież znajdujemy również w książce głębokie i oryginalne refleksje poety o sztuce , polityce, Religii , filozofii , spory z Gombrowiczem , zasadne i aktualne pytania o systemy wartości , apoteozę Jana Pawła II symbolizującego „ znak sprzeciwu” wobec zła i laicyzacji współczesnych społeczeństwa , wreszcie- trafna uwagi o patriotyzmach i nacjonalizmach , wsparte konkretnymi przykładami i mocnymi logicznymi , rozsądnymi argumentami. Wspomnieniowe opowieści Miłosz przeplata licznymi dygresjami , a każda z nich jest cenna , ma swoje znaczenie w tej mozaice odtwarzanego świata zewnętrznego i wewnętrznego, intymnie własnego i subiektywnego. Wszakże pisarz nie stawia sobie spiżowego pomnika , nie kreuje się na wszystko wiedzącego kronikarza i choć zastrzega się , że nie ujawnia całej o sobie prawdy , to jednak wyjaśnia wiele z własnej , skomplikowanej biografii.

      Po datą 16 lipca 1988 r. zanotował: „Trzeba błogosławić dar umysłowej aktywności. Nawet jeżeli wiersze pisane w tym roku są w ciemnej tonacji , za ciemne , żebym z czystym sumieniem chciał je drukować , to jednak są,  i to już coś , zważywszy, że poezja zwykła była nawiedzać dwudziestolatków, trzydziestolatków , nie kojarzona z wiekiem dojrzałym , a tym bardziej starością. Wiersze, czy proza , rano czuję to samo podniecenie na myśl, że będę mógł zasiąść do biurka , tak jak w dzieciństwie myśląc , że zarazem pobiegnę do

ogrodu na całodzienne hasanie”.

 I jest to jedno z licznych optymistycznych przesłań sędziwego pisarza.

 

 

Teksty Zenona Łukaszewicza. ” Mój alfabet…Włodzimierz Korsak”

Włodzimierz Korsak

 

Był seniorem pisarzy zamieszkałych na Środkowym Nadodrzu, do Związku Pisarzy Polskich należał od 1929 roku, pracując w leśnictwie. Przez całe swoje życie realizował dwie pasje : poznawanie przyrody , opisywanie jej piękna i oryginalnej urody. Debiutował w 1922 roku powieścią „ Rok  myśliwego”, opatrzoną przedmową samego Józefa Weysenhoffa. W tymże samym roku wydał powieść dla młodzieży, zatytułowaną  „ Na tropie przyrody”, dwa lata później- opowieści Pt. „ Ku indyjskiej rubieży”. W tymże roku ukazała się również powieść myśliwska „ Pieśń puszczy”. Potem były następne utwory, opisujące tajemnicze uroki natury.

     W latach powojennych wędrował po świecie, jako myśliwy i tropiciel fauny i flory, tej naszej rodzimej, ale i często dla nas bardzo egzotycznej. Zawarł z przyrodą przymierze na całe życie, uprawiając swoje najczęściej bezkrwawe łowy. W Wilnie zetknął się z Miłoszem, który go nieraz z sympatią wspomina, a tytułem swojej najnowszej książki nawiązał do tytułu utworu Korsaka. Był popularyzatorem i gawędziarzem znakomitym, obdarzonym darem snucia atrakcyjnych opowieści o swych przygodach w leśnych ostępach. Często bywał w Lubniewicach , opowiadając młodzieży o swoich przeżyciach. Pewnego razu właśnie tam spotkał się z innym znanym pisarzem wywodzącym się z kresów , z  Melchiorem Wańkowiczem.

    Bodajże w 1950 roku, gdy uczyłem się w gorzowskim liceum, nauczycielką biologii była żona pisarza. Wszyscy jej się bardzo baliśmy, bo robiła wrażenie niezwykle wymagającej i srogiej. Zresztą , taką też była. Pamiętam ją do dziś: szczupła , starsza pani o bystrym spojrzeniu. Przezywaliśmy ją „ glonem”, bo wprowadzała nas w świat pantofelków, meduz i glonów. Wówczas jej męża nie znałem. Dopiero w latach sześćdziesiątych , gdy redagowałem „ Stilon Gorzowski” , poznałem pisarza osobiście. Po długich wahaniach, pomny grozy, wywołanej lekcjami pani Felicji, znalazłem się w ich mieszkaniu. Wręczyłem bukiet kwiatów. Zostałem przyjęty serdecznie i gościnnie. Pan Włodzimierz pokazywał mi swoje rysunki , wykonane cieniutkim piórkiem, którymi ozdabiał niektóre książki. Uskarżał się, że trudno mu żyć  tak bez ruchu, na emeryturze. Narzekał na kłopoty wydawnicze, po wojnie opublikował jedynie dwie książki: wznowioną „ na Tropie przyrody” ( 1962) oraz gawędy przyrodnicze , opatrzone przedmową Feliksa Fornalczyka, Pt „ Las mi powiedział”. Tu należy się pochwała Lubuskiemu Towarzystwu Kultury, które wydało tę książkę w 1969 roku.

    Pomimo gościnnej atmosfery , panującej w mieszkaniu państwa Korsaków, nie mogłem pozbyć się tej swojej dawnej uczniowskiej tremy….

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. „Bronisława Wajs- Papusza”

Właśnie wchodzi na ekrany film państwa Krauzów i ukazuje się biografia tej niezwykłej Cyganki, Papuszy, czyli po cygańsku Lalki. Kobiety, która poprzez swój talent poetycki stała się obca swoim i nieszczęśliwa. Gdy władze polskie wydały zakaz wędrowania z taborami, zmuszając Cyganów do zamieszkania w jednym miejscu, Papusza znalazła się w Gorzowie. I taki oto niewielki tekścik zamieścił mój brat w swoim ” Alfabecie….”A poniżej zdjęcie pomnika Papuszy, usadowionego w gorzowskim parku pod ścianą biblioteki. To moje zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca i pomnika…

 

 

Papusza.JPG

 

 

 

  Bronisława Wajs- Papusza

 

Wspaniała liryczna poetka- Cyganka , która po wędrówkach z taborami osiadła na wiele lat w Gorzowie , pod koniec życia – schorowana i zmęczona dramatycznymi przeżyciami  -została wywieziona do Inowrocławia , gdzie też zmarła i została pochowana….

      W moim alfabecie właściwie powinna figurować pod hasłem ”Papusza” , gdyż ten pseudonim zyskał jej rozgłos . Po cygańsku oznacza on „ lalkę”. Tak ją przezwali młodzi Cyganie , wespół z  którymi wędrowała , zauroczeni jej urodą i lirycznym , ciepłym sposobem życia i bycia . Odkryta przez Jerzego Ficowskiego , fascynowała Juliana Tuwima, odtrącona przez Cyganów , porzucona później przez syna , który wyjechał gdzieś w Polskę , przeżywszy śmierć męża – pozostała w naszej pamięci jako autorka wspaniałych wierszy – pieśni opiewających urodę przyrody , wyrażających nostalgię za owymi wędrówkami taborem po leśnych kniejach i ostępach.

       Jej wiersze , spisywane kulfoniastymi literami właściwie niepiśmiennej autorki , tłumaczone od początku przez Jerzego Ficowskiego , ukazały się w pierwszym zbiorku pt. „ Pieśni Papuszy” ( 1956), w opracowaniu , ze wstępem i objaśnieniami Jerzego Ficowskiego. Drugi tom „ Pieśni mówione” ( 1973) zawierał kilka nowych utworów poetki , i wreszcie całkiem niedawno J. Ficowski opublikował zbiór jej utworów , którego niestety nie mogłem nabyć w żadnej z zielonogórskich księgarń.

       Od 1962 roku Papusza należała do Związku Literatów Polskich , była nagradzana przez Ministra Kultury i Sztuki oraz władze wojewódzkie , które też wspomagały ją finansowo. W 1958 roku przyznano jej Lubuską Nagrodę Kulturalną , miała wówczas nowe mieszkanie w jednym z domów przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie. Mieszkałem wówczas w tym mieście. Wraz z mgr Gertrudą Przybylską ze „ Stilonu” , z bukietem kwiatów , odwiedziliśmy poetkę . Mąż leżał w sąsiednim pokoju , będąc już ciężko chory.

      Papusza powitała nas serdecznie , przyjęła gratulacje, poczęstowała herbatą. Mówiła, że jest już jej trochę lżej , bo dostała pieniądze w nagrodę . Gdy w pewnym momencie zapytałem ją o listy , otrzymane od Tuwima , położyła palec na ustach , nakazując milczenie. I ściszonym głosem odpowiedziała , że ma je albo już sprzedał jej mąż . Nie wiem , ile jest w tym prawdy , bo z innych źródeł wynika, że w chwili załamania psychicznego te listy poetka po prostu zniszczyła.

      Potem przystanęła przy oknie , wpatrzyła się w rosnące za nim drzewa , i usłyszeliśmy przejmująco nostalgiczne wspomnienia za czasem minionym . I żal , że teraz musi mieszkać w pokojach , gdzie parkiet i kaloryfery , i gdzie kur trzymać nie wolno. Wolałaby wrócić do swojego poprzedniego mieszkania . Choć było ono niewygodne , mieszczące się w starej ruderze…

      Papusza – to z pewnością zjawisko rzadkie w światowej kulturze . Inna sprawa, do dziś zresztą niewyjaśniona , ile w jej utworach jest talentu samej poetki , a ile trudu tłumacza , przecież także poety – Jerzego Ficowskiego . No, ale to już pozostanie chyba do końca wyłącznie jej tajemnicą.

       W mojej pamięci zachowało się owo jedyne bezpośrednie spotkanie z poetką , a do jej liryki prostej i pełnej wdzięku często powracam . Żywa jest pamięć o Papuszy w samym Gorzowie . Tablica upamiętniająca jej pobyt widnieje u wejścia do Wojewódzkiej Biblioteki, kilka lat temu zorganizowano w tym mieście sesję literacką jej poświęconą . Od dawna też gospodarze województwa starają się o sprowadzenie jej prochów do Gorzowa , niestety , natrafiając na opór Cyganów z Inowrocławia . Może jednak ten opór w końcu będzie przełamany?

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z Kisielem pod pręgierzem ( 2 )

  

 

 

 Stefan Kisielewski

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

  Spotkanie drugie. Stefan Kisielewski, kompozytor, pisarz i felietonista , jest zarazem politykiem, w latach 1957-65 posłem z grupy katolickiej ‘ Znak”, , reprezentujące Wrocławskie. Na zaproszenie Woj. Biblioteki w Zielonej Górze przyjeżdża na spotkanie autorskie. Afisze już rozlepione w mieście, w programie Orkiestry Symfonicznej jeden z jego utworów. Wybieram się na „ Czwartek  literacki” do starej siedziby biblioteki przy ul. Jedności Robotniczej. Wcześnie dowiaduję się od ( nieżyjącego już) Zbyszka Soleckiego z „ Polskiego Radia”, że spotkania Kisiela z czytelnikami zostały odwołane. Będzie mógł tylko spotkać się z bibliotekarzami w Zielonej Górze i Sulechowie. Nie rozumiem…

    W porze obiadowej napotykam Kisiela, idącego do „ Ratuszowej” na obiad. Przypomina sobie nasze poznańskie spotkanie. Wstępujemy do lokalu, gdzie przy obiedzie pyta mnie:- Panie Zenku, dlaczego odwołano moje spotkania z czytelnikami? Nie wie pan? W odpowiedzi uśmiecham się zgryźliwie i powiadam: – Jest pan posłem , niech pan złoży interpelacje w Sejmie! Kisiel wybucha śmiechem. Mądrym śmiechem człowieka, który wie o wiele więcej , niż inni. A potem wiozą go do Sulechowa, na to spotkanie w wąskim gronie. Umawiamy się na wieczorną kolację w klubie dziennikarza.

    To spotkanie usilnie odradzają mi życzliwi, kompromisowo ustawieni w życiu, koledzy.- Nie afiszuj się publicznie z Kisielem –  doradzają – Stracisz pracę w dziennikarstwie…

     Pełen rozterek, jednak późnym wieczorem zaglądam do klubu. Ktoś mi powiada: – Był tu Kisiel, posiedział trochę przy drinku, bez towarzystwa, wyszedł. Chyba do hotelu, wypocząć.

     Z moralnym kacem wróciłem do domu. Mea culpa! Ale też pocieszyłem się , że ten mądry i tolerancyjny człowiek z pewnością mi to wybaczył. Bo takie też do były czasy, a ja nie byłem już ty młodym gniewnym z lat poznańskich.