Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wymarzona siostra i moja wolność.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 15 )

Wymarzona siostra i moja wolność.

 

 I nastał czas, gdy zacząłem się dopominać u rodziców o braciszka lub siostrzyczkę.

 I stało się.

W 1947 roku przyszła na świat dziewczynka, której nadano imię Zosia. Z prawdziwą dumą i satysfakcją woziłem ją w wózku pod naszym domem, wieczorami czasami opowiadałem bajki.

To ona stała się oczkiem w głowie rodziców, dzięki czemu zresztą ja poczułem więcej luzu. Nie, żebym wałęsał się wieczorami po ulicach miasta. Ale miałem więcej czasu na lektury i dyskusje z kolegami. Z wolna narastały we mnie zainteresowania literackie i dziennikarskie.

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Moje wątpliwości.

   Lot nad własnym ziemskim losem ( 14 )  

Okoliczności aresztowania ojca przez Niemców .

 

 

   Nieustannie podziwiałem matkę za jej dzielność, pracowitość i troskliwą opiekę podczas wojny nade mną.

Gdy byliśmy jeszcze w górach, dowiedzieliśmy się jak doszło do aresztowania ojca przez Niemców. Otóż wraz z grupą Polaków próbował północną stroną kraju przedostać się do nas. Kiedyś krytycznie wyraził się o Hitlerze. I jeden z współtowarzyszy, Polak, doniósł o tym Niemcom. W efekcie ojciec został aresztowany. Po wojnie, przez krewnych matki, ujawniono, że ten Polak pracuje w dyrekcji kolei w Katowicach. Po zaskarżeniu go przez rodziców w prokuraturze, został aresztowany. W trakcie przewodu sądowego do mojej matki przyjechała jego żona, prosząc o odstąpienie od oskarżenia, gdyż jest w ciąży. Na to matka odpowiedziała: ja też byłam w ciąży, gdy zabrakło mi męża. Nie widział on przecież małego Wacusia, który urodził się i zmarł podczas nieobecności ojca.  

I odmówiła. Oskarżony otrzymał pięć lat więzienia, tyle, ile mój ojciec przesiedział w obozie faszystowskim. Wyznam, że taka decyzja matki, chociaż sprawiedliwa, wzbudziła we mnie wątpliwości natury moralnej. Które do dziś zresztą noszę w sobie.

Może gdyby mój wojenny brat przeżył, mama byłaby mniej bezwzględna…nie wiem..

   

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Bliny mojej babci.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 13 )

Radość z osiedlenia w pobliskiej Trzciance babci i części kresowej rodziny.

 

Z wielką radością przywitaliśmy wiadomość, że w niedalekiej Trzciance osiadła część naszej rodziny. Przyjechała więc babcia, ciotka będąca moją matką chrzestną, krawiec Majewski oraz wielu młodych rakowian, w tym mych kuzynów. Po takiej wiadomości prawie co niedzielę wyjeżdżaliśmy do Trzcianki, aby uściskać najbliższych a przy okazji najeść się blinów, przyrządzanych przez babcię z ogromną wprawą. Do dziś pamiętam serdeczne spotkanie z kuzynami Zygmuntem Majewskim i Tadeuszem Rutkowskim.

   

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Osiadamy w Gorzowie.

   Lot nad własnym ziemskim losem ( 12 )   

Osiadamy w Gorzowie

 

     Rodzice dyskutowali, gdzie by tu osiąść, przeprowadzić się. Ojciec wcześniej odrzucił propozycję pracy w Ministerstwie Kolei, do której zachęcał go ówczesny wiceminister Balicki, poznany ongiś w obozie koncentracyjnym.

W rezultacie wybrano Gorzów  Wlkp., gdzie ojciec został pracownikiem Oddziału Drogowego  PKP, zaś matka powędrowała do szkoły. Ja również znalazłem się w gimnazjum przy ul. Estkowskiego. Mieszkaliśmy początkowo przy ul. Kosynierów Gdyńskich, później przeprowadziliśmy się do lepszego i wygodniejszego mieszkania przy tej samej ulicy, będącego jednak bliżej szkoły. Miałem duży, wygodny pokój z biurkiem, przez okno mogłem widzieć naszą szkołę. Wyznam, że nie czułem się w niej zbyt swobodnie, gdyż mieściły się tu klasy szkoły podstawowej , w których pracowała matka, jak i moje gimnazjalne klasy. Budynek więc był wspólny a matka stale miała mnie na widoku. Szybko więc zyskałem opinię chłopca nieśmiałego.

      Podziwiałem ojca, który chociaż schorowany po obozie, wiele czasu poświęcał pracy, zarazem studiując zaocznie na Politechnice Poznańskiej, w efekcie zdobywając dyplom inżyniera .

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Powrót ojca z obozu koncentracyjnego.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 11 )

Powrót ojca.

 

Wreszcie zjawił się ojciec.

Po dość długim oczekiwaniu.

Nasze spotkanie było dość chłodne, jak dwóch obcych ludzi.

Ojciec, licząc iż pójdę w jego ślady zawodowe, przywiózł jakąś aparaturę techniczną, trochę papierosów na sprzedaż i grubą czekoladę. Tymczasem okazało się, że moje zainteresowania są humanistyczne i literackie.

     Odwiedzaliśmy naszych krewnych, po kolei składając wizyty spokrewnionym rodzinom, będąc przyjmowani bardzo gościnnie i serdecznie. Matkę witano ze szczególnym respektem, bowiem to przecież ona, jako jedyna z tej licznej i ubogiej rodziny ukończyła studia nauczycielskie, często o głodzie i szykanach ze strony prowadzących internat zakonnic. Wujek Szczepan wybudował nowy dom, inni urządzili się też porządnie, wykazując pracowitość i staranność dla stworzenia warunków życia znośnych i wygodnych. Tak było w Godziszce, tak było w Kalnej. No i w samych Łodygowicach.

    

Teksty brata-Zenona Łukaszewicza. Moje pierwsze zauroczenie.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 10). Moje pierwsze zauroczenie Zosią.

 

A stamtąd po wymianie kół wagonowych udaliśmy się do Krakowa.( ros. tory są szersze niż polskie- przyp. red.)

Matka pragnęła dostać się w swoje rodzinne strony, gdzie po zakończeniu wojny miała się spotkać z ojcem.

Gdy dotarliśmy do Krakowa, okazało się, że w okolicach Bielska- Białej i Żywca jeszcze trwają działania wojenne.

Trzeba było przeczekać.

Ulokowano nas w specjalnie urządzonym obozie dla repatriantów. Było ciasno, brudno i nieprzyjemnie.

    A matka stale marzyła , aby znów w jakiejś szkole uczyć polskie dzieci. I spełniła swoje marzenie. Znaleźliśmy się w przepięknej wiosce Rybna, otoczonej skałami wapiennymi , leżącej na południe od Krakowa. Gdy tam się znaleźliśmy, matka udała się do sołtysa, aby pomógł jej w poszukiwaniu jakiejś kwatery. U sołtysa akurat siedział radziecki oficer i popijali gorzałę. Sołtys okazał się arogancki, zadając matce pytanie po co tu przyjechała. Wówczas stanął w jej obronie partner sołtysa , mocnymi słowami go częstując. To poskutkowało.

    W Rybnej znajdował się kompleks pałacowy. Jego właścicielka wraz z córeczką Zosią nie była pozbawiona mieszkania w pałacu. Nas ulokowano w jednej z bocznych części pałacu, a skruszony sołtys sam dostarczał opał. Matka zaczęła uczyć dzieci w miejscowej szkole, ja z uroczą Zosią spacerowaliśmy po ogromnym parku, podziwiając urodę natury. Nie ukrywam, że Zosia stała się moją platoniczną miłością i gdy w 1947 roku w Gorzowie urodziła mi się siostrzyczka, wyprosiłem rodziców, aby dali jej imię Zofia. Jakby na pamiątkę owej dzieweczki z Rybnej. Sentymenty, sentymenta….

      Po jakimś czasie doszły do nas wieści, że już możemy wyjechać w rodzinne strony matki. Nie pamiętam już, kto nas zabrał wozem. Znaleźliśmy się wreszcie tam, gdzie matka miała czekać na powrót ojca. Podobnie zresztą, jak i ja. W Łodygowicach zatrzymaliśmy się u jednej ciotki. Piszę „ jednej” albowiem matka miała przyrodnie i rodzone siostry i braci, mieszkających w Godziszce i Kalnej. Tutaj oczywiście matkę wciągnęła szkoła a i ja kontynuowałem naukę.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wyjazd do Polski.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 9 )

Wyjazd do Polski.   

 

    I wreszcie przyszedł czas wyjazdu. To był styczeń 1945 roku.

Podstawiono na tory kolumnę towarowych wagonów. Pozwolono wziąć ze sobą  kilka najpotrzebniejsze rzeczy. W wyznaczonym dla nas wagonie były jeszcze trzy rodziny. Każda rodzina zajmowała teren narożnikowy . Ja z matką przemyciliśmy tapczan, który leżał pod samym dachem wagonu, oparty na tobołach z odzieżą. W środku wagonu stała „ koza”, którą stale grzaliśmy i na której czasami coś ugotowaliśmy. Podczas długich postojów na różnych stacjach biegaliśmy po opał, często łamiąc kolejowe płotki. Gdy wiedzieliśmy, że postój będzie dłuższy, ludzie składali się na wódkę dla maszynisty. I to był skuteczny doping- zaraz potem ruszaliśmy w dalszą drogę.

Wędrówka do Polski trwała trzy miesiące. Przez ten czas skrzętnie skrywałem swój skarb- mały zgrabny pistolecik.

   Postój na granicy nad Bugiem okazał się nieco dłuższy. Przewidziano rewizje pograniczników. Ale też złożono się na wódkę i zakąskę , aby w jednym z wagonów urządzić mały poczęstunek pożegnalny. Może w ten sposób uniknie się szczegółowej kontroli, wszyscy myśleli. Ja swój skarb wsunąłem pomiędzy worki i tobołki z naszą odzieżą. Sposób okazał się skuteczny. Pogranicznicy szybko zaglądali do wagonów , śpiesząc  się zapewne na poczęstunek. Gdy zbliżyli się do naszego wagonu, osłupiałem z przerażenia. Podczas gwałtownego hamowania transportu mój skarb wyślizgnął się z ukrycia i leżał jak na dłoni. Ale na szczęście oni tego nie zauważyli, spiesząc na przyjęcie. Dostrzegła za to matka, która szybko schowała pistolecik i podczas przejazdu mostem na Bugu rzuciła w wodne odmęty. Już na polskiej ziemi trzeba było też wyrzucić z wagonu  jednego z oficerów, który zbyt mocno przysnął i przejechał granicę.

     Po długiej jeździe znaleźliśmy się w Lublinie.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wojna, wojna…

Lot nad własnym ziemskim losem ( 8)

Wojna, wojna

 

      Powróciłem do Smorgoń pełen wrażeń. Ale tutaj też nie było spokoju. Kilka wydarzeń utkwiło mi mocno w pamięci. Oto na przykład za rzeką zaczęły się gromadzić duże ilości radzieckiego wojska i partyzantki. Obok naszego domu na kamiennej drodze zaczęły przejeżdżać kolumny niemieckie. Żołnierze w mundurach i hełmach zmierzały w stronę wroga. My zza węgła to obserwowaliśmy. Gdy w kolumnie nastąpiła przerwa, nazbieraliśmy dużo gwoździ i powtykaliśmy je pomiędzy kamienie. I czekaliśmy. Wreszcie nadjechała pierwsza ciężarówka. I osiadła na tych gwoździach. Z kabiny wytoczył się gruby Niemiec i widząc nas, gorączkowo wyciągał z kabury pistolet. Oczywiście rozpierzchliśmy się w różne strony, ja nawet nie zauważyłem, jak znalazłem się na skraju miasteczka. Ale rozpierała nas duma, że oto staliśmy się bohaterami, patriotami. Lecz te doborowe oddziały niemieckie nie zdołały stawić czoła wrogowi. Matka załatwiła pobyt w niedalekiej leśniczówce, gdzie schroniliśmy się przed tą nawałą. Przed wyjazdem matka zakopała w ziemi koło domku cenny dywan. Zrobiła to w nocy, aby nikt nie zauważył. Drzwi pozostawiliśmy otwarte. W leśniczówce też nie było spokoju. Nad nami przelatywały samoloty, zrzucając bomby. Jedna z nich upadła kilka metrów od naszego azylu. Pełen trwogi oglądałem ten wielki dół.

     Gdy front przeszedł, znów na furze wjeżdżaliśmy do Smorgoń. Wszędzie było czuć spaleniznę a wiele ruin oszpecało miasto. Spalona cerkiew, szpital, wiele innych obiektów. Nasz dom stał nietknięty, tak było widać z zewnątrz. W środku pokoje były w nieładzie, na ścianach dziury po kulach. W jednym z pokoi leżało kilka pustych butelek po wódce, sporo resztek konserw i…No, właśnie. Leżało kilka legitymacji radzieckich oficerów, porzuconych w nieładzie, z którymi nie wiem co zrobiła matka. Po zakopanym dywanie nie było śladu.

   Całe szczęście, że uratował się mój skarb. Był to malutki, prawdziwy pistolet, który otrzymałem od jednego z partyzantów, którzy będąc przed wojną uczniami matki, kiedyś nas potajemnie odwiedzili, zaś ja wyrwałem się z nimi do lasu. Oczywiście byłem za młody na takie przedsięwzięcie , otrzymałem natomiast ów skarb, z którym się nie rozstawałem  i o którym nie wiedziała matka. Na moje szczęście! Bałem się jej srogiego spojrzenia!

 

( to było w czasie, gdy zbliżał się koniec wojny i Rosjanie podążając na zachód,  wchodzili do miasteczka )

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wojenne doświadczenia dziecka.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 7 )   

Odwiedziny w Rakowie.

 

 Pewnego dnia matka wywiozła mnie do Rakowa, do babci. Byłem bardzo szczęśliwy, zaprzyjaźniłem się ze starszymi  kuzynami a nawet pomagałem w sieczkarni. Z okresu tego krótkiego pobytu zapamiętałem szczególne wydarzenie. Otóż w okolicznych lasach było bardzo dużo partyzantki AK. Niektórzy dla niepoznaki przebierali się w niemieckie mundury. I taka właśnie grupa na furmankach zdążała do Rakowa, do swoich krewnych. Nagle została otoczona przez radziecki oddział partyzancki. Myśląc, że to Niemcy, obezwładnili polskich chłopców i w okrutny sposób zamordowali. Tylko furmanowi udało się uciec i powiadomił mieszkańców Rakowa o tym zdarzeniu.

    Wraz z innymi wyszedłem na chodnik i obserwowałem, jak na furmankach przewozi się okrutnie pomordowanych chłopców- dzieci Rakowa. Taki widok do dziś tkwi w moich oczach. Widzę wyraźnie, zrozpaczonych rodziców, siostry i braci tych polskich młodych patriotów, którym zgotowano taką śmierć….

    Za młynem i tamą, rozdzielającą miasteczko, mieszkał i miał swoją krawiecką pracownię wujek Majewski. Zachodziłem do niego na pogawędki, Był podobnie jak inni mocno zasmucony tym wydarzeniem.

    Szukałem tedy spokoju na poletku babci, zwłaszcza na polu makowym. Któregoś dnia tak się opchałem makówek, że babcia musiała mnie położyć do łóżka, na którym przespałem wiele, wiele godzin. Kiedy indziej pomagałem starszemu kuzynowi w sieczkarni. Na chwilę pozostawił mnie samego, a ja rozpędziłem wielkie koło, które zaczęło wciągać szeroki rękaw mojej bluzy. I gdyby nie natychmiastowa pomoc kuzyna, dziś zapewne byłbym pozbawiony jednej ręki. Ale do dzisiaj mam widoczną bliznę.

     

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wojenne dzieciństwo.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 6)

Wojenne dzieciństwo.

 

    Od  matki dowiedziałem się, że ojca aresztowali Niemcy i następnie osadzili go w obozie koncentracyjnym Oranienburg- Sachsenhausen k. Berlina. Był tam przez  czas całej wojny. Rodzice korespondowali ze sobą i wierzyli, że się jeszcze spotkają. Matka wysyłała jemu paczki żywnościowe, przede wszystkim z przetopionym tłuszczem nafaszerowanym listkami wędliny i cebulą. Ojciec zdołał przeżyć, gdyż okazał się potrzebny Niemcom jako technik przy budowie toru kolejowego wewnątrz obozu.

     

 

     Przyglądałem się z podziwem staraniom matki, pomagałem jej w poprawianiu zeszytów, które stosami znosiła do domu. Ponadto włóczyłem się po miasteczku, zaglądałem do cerkwi i obserwowałem ceremonie religijne w otoczeniu bizantyjskich ozdób. Z kolegami zwiedzaliśmy ruiny budowli, w której ćwiczono kiedyś niedźwiedzie, zaglądaliśmy do pobliskiego cmentarza, z niego schodziliśmy piaszczystą skarpą nad płytką, leniwie płynącą rzeczkę.

Co najbardziej zapamiętałem z tych wojennych smorgońskich lat? Nie zgadniecie. Otóż pewnego dnia matka wróciła do domu z teczką bardzo wypchaną. Były tam pyszne cukierki zwane krówkami, które udało się matce gdzieś nabyć.