List od Jacka. Historia jednego zdjęcia.

I Jacek list napisał „…. wiosna, cieplejszy wieje wiatr, wiosna, znów nam ubyło lat, wiosna, wiosna

wkoło itd….

Te miniaturki, jak Ciocia je nazywa, to rzeczywiście takie Paciorki Jednego

Różańca. Wobec tego coś będę bazgrolił dalej….”

 

IMGP1913.jpeg

Jacek po prawej….

 

 

Jacek Łukaszewicz

Historia jednego zdjęcia

 

” W 1995 roku przyleciał do Sydney nasz Papież na beatyfikację Mary McKillop.

Wielkie wydarzenie.

Kręciłem dokument z pobytu Jana Pawła II dla TVP. Mieliśmy operatora z telewizji,  Wojtka, więc nie martwiłem się o materiały medialne.

Wszyscy akredytowani reporterzy mogli przebywać tylko w miejscach dla dziennikarzy, ogrodzonych  i otoczonych przez panów w garniturach ale bez poczucia humoru.

Więc cały świat oglądał wszystko z jednego punktu widzenia.

A ja z reguły lubię coś innego.

W parku – Domain – była odprawiana Msza przed beatyfikacją. Cały park otoczony był rusztowaniami dla snajperów.

Zmieniłem garnitur na moro, wziąłem kamerę, akredytację bezużyteczną i poszedłem do parku. Jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. W związku z czym wspiąłem się na wieżę snajperską i miałem ciekawą perspektywę. Po czym po krótkiej rozmowie ze snajperem zszedłem na dół i dalej kręciłem. 

Następnego dnia Beatyfikacja wspomnianej Mary McKillop.

Stoimy wszyscy jak baranki w obozie dla dziennikarzy.

Wychodzą. 

Czapki Kardynałów i na końcu Nasz Papież.

Wojtek stał przy mnie. Powiedziałem, że za chwilę będzie skakał przez barierkę z kamerą. Nie bardzo rozumiał.  Ale skoczył.

Na niego ochrona, wtedy spokojnie przeszedłem przez barierkę i mam zbliżenie Ojca Świętego dotykającego kamerę błogosławiąc Polaków.

I w tym momencie skoczyła na mnie ochrona i zostałem aresztowany.

I znów pomógł mi polski paszport, bo po jakimś tam przesłuchaniu i pouczeniu puścili mnie wolno. No itd.”

Listo od Jacka. ” Śmierć na końcu lufy”

 

Kolejna opowieść bratanka o swojej pracy na antypodach….

IMGP1913.jpeg

Jacek w pasiastej koszuli

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Śmierć na końcu lufy

Kilka lat temu miał być przeprowadzony zamach wojskowy na Fiji. Australijczycy byli niemile widziani, ponieważ rząd nie popierał nowych władz.

 W międzyczasie kręciłem taki dokument o byłym zespole Marleya – The Whailers – podczas turnee w AU ( Australii- przyp.zk). Zespół został zaproszony na koncert do Suvy( stolica Fiji- przyp.zk ) w weekend ogłoszenia tam stanu wojennego.

Oprócz kontynuowania doko, dostałem też propozycje nakręcenia pierwszych wydarzeń “wojennych”, a ponieważ byliśmy z zespołem, byliśmy vipami. Umieścili nas w hotelu naprzeciwko lotniska z jednym wyjściem – brakowało tylko bramy typu Arbaht…

W spodniach miałem zaszyte kilka tysięcy na łapówki i po upiciu naszych aniołów stróżów wymknąłem się z kamerami na zewnątrz podczas godziny policyjnej.

Jakieś dziesięć minut jazdy była pierwsza blokada wojskowa.

Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić wywiad z dowódcą. Piechotą było zbyt niebezpiecznie. Nagle podjechała Nyska bez świateł. Na Fiji każdy samochód to taxi. Chciał 50 – zaoferowałem mu 200 pod warunkiem, że zorganizuje rozmowę z kapitanem.

Podjechaliśmy do blokady – zatrzymali nas po drugiej stronie. Mój kierowca wyszedł z samochodu i podszedł do żołnierzy. Jedną kamerę miałem na kolanach, drugą trzymałem normalnie. Nagle jeden z żołnierzy uderzył kolbą karabinu kierowcę w twarz. Podszedł do samochodu.

Przyłożył mi karabin do głowy i zaszczekał o dokumenty.

 Łamaną angielszczyzną i ręką z trzęsącą się kamerą podałem mu paszport. Polski.

Gościu nie wiedział jak reagować – łamaną angielszczyzną wytłumaczył mi, że jest godzina policyjna itd. Po czym zarekwirował mi kasetę  z nagraniem Koziołka Matołka, tudzież Krecika, które wożę ze sobą jako tzw.  przykrywkę.

I wtedy zobaczyłem Śmierć – śmierć na końcu lufy, której Bogiem jest teraz ktoś, kogo nie znam i w kogo istnienie nie wierzę.

To była iluzja wpatrzona w kulę, która czeka na swoją następną ofiarę w samobójczym wzlocie i wylocie. 

Przypadkowo miałem przy sobie polski paszport , a może to nie miało znaczenia.”

List od Jacka.” Kobiety”

hp_scanDS_781513414917.jpeg

Australia, kamera, Jacek i kobieta .

 

A to kolejny list od Jacka, wrzucany tu na jego sugestię i moją przyjemność. W rozmowie telefonicznej ze swoich antypodów powiedział, że chce  coś w ten sposób opowiedzieć swoim kolegom odzyskanym po latach (za przyczyną tego blogu i moich w nim listów do bratanka, Jacka Łukaszewicza)…

 

Autor Jacek Łukaszewicz

“ Kobiety”

 

Nie wiem kim są kobiety i kto wymyślił termin kobieta. Ja na przykład dobrze się czuję, kiedy z jakiegoś tam powodu mówią na mnie małolat, pomimo sędziwego wieku. Dla mnie płeć żeńska będzie zawsze dziewczyną, bo z dziewczynami jest fajnie, a wszystkie tak zwane kobiety chcą być dziewczynami. I są nimi, bez względu na wiek, bo w dziewczynie jest i dojrzałość “kobiety” i doświadczenie “staruszki. One to mają genetycznie zakodowane od małego. Najważniejsze w życiu każdej dziewczyny jest jakiś tam chłopak, który zajmie się gniazdkiem, które ona sama sobie uwije, tudzież stworzy. I wtedy jest dylemat, czy żyć dla dziewczyny, czy żyć dla siebie, czy żyć dla nas.. Znam mnóstwo par, które są razem z wielu względów. Z reguły jest to podział życiowy, który trzyma się dzięki wspólnemu czemuś tam. Podziwiam takie małżeństwa jak Cioci, bo wiem jaka jest cena, ale niektórych na to nie stać, albo nie chcą, a chcieliby, tylko nie mogą, czyli im się nie udaje. 

 

Pierwszą moją dziewczyną była moja Mama, urodziła mnie i otwierając oczka we krwi już wiedziałem, że mam przejebane. Później poznałem mego ojca – fajny facet, gawędziarz, ale dla mnie miał czas dopiero czterdzieści lat później, ciągle jako chłopak. I dopiero po rozmowie z tym chłopakiem, wiedziałem  już na pewno że jestem w dupie. 

Miałem rację – ojciec wyszedł dystyngowanie pomimo opery mamy i mojego poparcia moralnego kiedy miałem siedem lat. No, dobra, myślę: nie ma ojca, nie mam rodzeństwa, to trzeba się zaprzyjaźnić. 

Dagmara była córką przyjaciółki mojej Mamy. Kiedyś zasialiśmy 50 amerykańskich centów w doniczce, i nic się nie urodziło. Później mój kolega Leszek został jej kolegą, a ona miała takie powiedzenie po zakupach, że “ spociła się jak ta kurwa “ w wieku ośmiu lat.

Później byłem kilka razy zakochany platonicznie, ale tak naprawdę urzekały mnie ciotki. U niektórych poczucie humoru, jakieś tam historie nowożytne, u niektórych wdzięk osobisty. W każdej ciotce widziałem dziewczynę, dziewczynę, która wie, że jest już kobietą, ale nie chce jeszcze być staruszką. Była w tym jakaś kokieteria rodzinna. Coś fajnego. A może to bzdura.

Cnotę straciłem, albo zyskałem przez przypadek. Moj kolega Jasiu miał kapitalną narzeczoną, Baśkę, którą znałem jeszcze z Polski, ze Szczecina. Jaś był na miarę Freda Astair’a. Nawet tak wyglądał. Zawsze kradł najdroższe kosmetyki dla Basi. Dla niego był tylko Hugo Boss. Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w obozie. Kiedyś dał mi w prezencie Hugo Bossa, po czym pokłócił się z Baśką, i gdzieś poszedł w tango. Szukałem go, w końcu poszedłem do jego pokoju. Ciemno. Baśka się obudziła.

– chodź Jasiu….uwielbiam tego Bossa….twojego….

– już jestem…. 

I tak straciłem cnotę jako Jaś pod wpływem Hugo Bossa.

 

C.D.N….może”

List od Jacka. ” Matura”

hp_scanDS_781513252741.jpeg

Jacek w trakcie realizacji filmiku dyplomowego…

 

A oto  kolejny minitekścik Jacka przysłany do mnie  z Sydney  w zeszłym roku….:

„Autor Jacek Łukaszewicz

Matura

Po przygodach austriackich byłem już za stary na szkołę średnią. Mama się zmartwiła.

– musisz zrobić maturę i nadrobić ten stracony rok.

– jaki stracony, ale dobra.

No i zrobiłem kurs dwuletni w jednym roku w koledżu na dzikim zachodzie Sydney w Liverpool. 

Listopad 1983 roku był wyjątkową patelnią w Sydney. Jakieś lato stulecia, czy coś takiego. 

“ Hej za dzień matura, za dzień cały…” dźwięczały mi Czerwone Gitary pod czaszką we śnie. Byłem przygotowany idealnie – ściągi maczkiem pisane na każdy temat, oraz wzory matematyczne, chemiczne i fizyczne. 

Wstałem o 7 rano. „Słońce świeciło jasno” – już gdzieś to słyszałem. Mama przygotowała garnitur. Brązowy sztruks. Spojrzałem z niesmakiem.

– mamo, przecież patelnia na zewnątrz.

– maturę piszesz wewnątrz, będzie klimatyzacja, a poza tym to ważny egzamin w twoim życiu – wejście w wiek dojrzałości.

– mamo, w wiek dojrzałości to ja wszedłem w wieku piętnastu lat….

– nic nie gadaj, tylko ogol te swoje wąsy.

– jakie wąsy?

– no ten mech, który masz pod nosem.

– to nie mech, tylko wąsy.

– no właśnie, idź i się ogol, zaraz zrobię ci zdjęcie. 

– ale nie mamy filmu w aparacie.

– twój Dziadek zawsze mówił, że trzeba mieć w zapasie kilka rolek, wiec kupiłam trzy dni temu i zrobię ci zdjęcie – no idź juz, bo szkoda czasu.

Mama zrobiła mi zdjęcie na balkonie w pełnym słońcu sadystycznym, bo nie mieliśmy lampy błyskowej. Po tej sesji byłem juz “ spocony jak ta kurwa” – cytat mojej koleżanki Dagmary z Zielonej Góry. 

Wchodzę do baraku – żadnej klimatyzacji – wszyscy studenci na luzie w satyrach w krótkich majteczkach, podkoszulki itd. Patrzą na mnie jakoś dziwnie i kłaniają się na wszelki wypadek. Usiadłem przy swoim biureczku z jakimś numerem – żadnych nazwisk – i zacząłem ściągać maczek na normalną pisownię. Po przerwie wracamy na egzaminy i spod kartki z moim numerem wystaje jakaś notka: “ hi, i’m Jess – call me, I’m in the third raw behind you, i numer telefonu – stacjonarny, bo jeszcze wtedy nie byliśmy więźniami łagrów cyfrowych. 

Po czterech dniach egzaminów zdjąłem sztruks i wyjąłem z kieszeni jakieś siedem notek od różnych dziewczyn egzaminatorskich. Mama patrzy na mnie.

– jak ci poszło, Jacuś?

– myślę że ojciec byłby ze mnie dumny – mam siedem numerów telefonów.

– pytam o egzaminy…

– pełny sukces….

Dzwonię do kumpli.

– robimy tą imprezę na plaży za tydzień?

– pewnie, tylko dup brak…

– spoko, ja załatwię….

Następnego dnia spotkałem się z pierwszą dziewczyną. Poszliśmy na kawę. Nuda i brak tematów. 

– dlaczego zostawiłaś mi swój numer?

– bo taki przystojny jesteś w tym garniturze….

Po czy zamilkła i zanudziła mnie na śmierć swoim tępym spojrzeniem.

Przez tydzień spotkałem się z całą siódemką. Sympatyczne dziewczyny, tylko małomówne, a ja bardziej cenię intelekt nad wygląd – zresztą może wtedy było inaczej.  

No i zorganizowałem plażową imprezę ku uciesze moich kumpli, którzy świetnie się bawili, a ja siedziałem gdzieś z boku i myślałem, że kumple świetnie się bawią z dziewczynami, które nie mają nic do powiedzenia i siedziałem gdzieś z boku popijając piwo, które postawili kumple za zorganizowanie dla nich towarów, czyli wypociłem te dziewczyny garniturem.

 

 

List od Jacka. ” Garnitury”.

 

hp_scanDS_781513291339.jpeg

Jacek chyba w pierwszych latach pobytu w Sydney.

 

kolejny tekst Jacka:

 

„Garnitury

 Nie jestem zwolennikiem garniturów. Właściwie ich nie lubię. Szczerze mówiąc nie cierpię. A tak na prawdę nie znoszę też noszenia garniturów. Garnitur kojarzy mi się z mundurem, a mundur z przynależnością do jakichś tam instytucji, tudzież organizacji, czy też kolektywu..

Garnitur może być Wszystkim w Odpowiednim Otoczeniu, ale takie otoczenia nigdy mnie nie interesowały, bo rozmowy sprowadzały się do “garniturów”.

Natomiast nie mam nic przeciwko fragmentom garniturów, czy częściom składowym mundurów też. 

Pod koniec trzeciego roku Liceum, chyba za karę Radiowęzła, profesor Sikora wyznaczył mnie na sztandarowego do jakiejś tam akademii w auli. Fajna perspektywa, bo moja oprawą były dwie dziewczyny z naszej klasy – akurat sztandarowanie w tamtym roku wypadło na nasza klasę matematyczno-fizyczną, z czego bardzo był zadowolony Dziadek, bo chciał mieć wnuka inżyniera.  Mimo tego kładł duży nacisk na mój rozwój fotograficzny w międzyczasie.

Te dziewczyny: Ewa i Viola, były moimi pierwszymi miłościami wg Platona.

Pomyślałem, że może to być śmieszna groteska pożegnania się z Liceum, no i świetna zabawa przy okazji. 

Niestety nadeszły czarne chmury pod nazwą garnitury. Jako sztandarowy musiałem wystąpić w garniturze. Jeszcze wtedy nie do końca wiedziałem co ma na myśli poeta, ale mama znalazła krawca i poszliśmy na jakiś rekonensans, tudzież przymiarki. Moda była na sztruks i to w  dodatku brązowy z ogólnego braku materiałów.

Po tygodniu ubrali mnie w spodnie, koszule, jakąś muszkę, tudzież krawat, kamizelkę i na koniec dobili mnie marynarką.

Ruszyć się nie mogłem, ale sztandarowanie wymagało baczności, a buty miałem o numer za małe, bo akurat te numery były w sklepie “Goplany”.

Koniec akademii – niesiemy ten sztandar w rytm jakiejś piosenki typu “ zawsze niech będzie słońce”, Szpilmana.

Podchodzi do mnie nasz profesor Sikora.

– no widzisz, Łukaszewicz, jak ładnie stałeś na baczność – przyda ci się w wojsku. 

Dopiero po latach, trzy miesiące przed jego śmiercią odkryłem jego poczucie humoru. Ale to inna historia.”

 

Profesora Sikorę oraz przyczyny dla których uciekał z Polski Jacek opisał w poprzednich rozdziałach….

 

List od Jacka. ” Światłomierz”

hp_scanDS_78151339464.jpeg

Jacek z kamerą….

 

List od bratanka, Jacka Łukaszewicza:

 

„Światłomierz

 

Przypomniała mi się taka mała scenka. Po przyjeździe do Australii  chciałem zrobić jakiś kurs fotograficzny podczas wakacji. Poszedłem na egzaminy. Dali nam aparaty oraz światłomierze – to było marzenie ściętej głowy w Polsce. Oświetlili jakąś scenę i musieliśmy zrobić serię fotek uwypuklając jakiś tam fragment. Chłopcy zaczęli rozgryzać tajemnicę światłomierzy, a ja wziąłem aparat i po pięciu minutach wyszedłem.

Po przejrzeniu fotek następnego dnia, wykładowca pyta dlaczego nie używałem światłomierza. 

– nie bardzo potrzebuję

– to skąd znałeś przesłony?

– Dziadek mnie nauczył…

– a jaki światłomierz miał dziadek?

– On nie miał światłomierza…On fotografował tak jak widział

 

No i później zamiast “studiować” w tym koledżu, dostałem wakacyjny pół etat wykładając podstawy fotografii, czyli dosłownie cytując mojego Dziadka i od tego czasu studenci dali mi ksywę Grandjack.

 

Skojarzyłem to, ponieważ dziś miałem wykłady ze studentami. Wyjąłem moje precjoza ze skrzyni i cisza.

– co to jest?

– to są światłomierze…

– my nie potrzebujemy…

I tak skończyły się zajęcia.”

List od Jacka. „Komunista”

Jacek_Lukaszewicz 1991.jpg

Lata 80 ubiegłego wieku, właśnie Jacek opuścił Polskę…. Zdjęcie dostałam od Jego Kolegi, też Jacka, za co Mu dziękuję

 

 

 

A to tekst, który mi przysłał Jacek Łukaszewicz:

 

„Komunista

 

Któregoś dnia podczas kwarantanny paliłem z kolegą papierosa na piątym piętrze. bo tam można było wszystko, bo tam byli sami tzw. singles. Poznaliśmy ich dobrze.

Stoimy za cienką ścianką i podsłuchujemy.

 

Wchodzi Janek z uśmiechem debila na twarzy. 

– co jest Jasiu, pyta Krzyś…

– kurwa, kurwa, Jaś wyjmuje z kieszeni dwie flaszki i wznosi ręce do nieba….kurwa syn mi się  urodził, wykrztusił Jaś i opadł na krzesło. 

– to trza go ochrzcić, mówi Grześ.

– polej małolat…

– dlaczego zawsze ja?

– bo jesteś kurwa małolat, lej

– chłopaki kocham was, kurwa syn…

– no to jak go chrzcimy?, pyta Grześ.

– mnie się podoba “Zbyszek”, mówi Krzyś.

– ładnie….”Zbysio”, przytakuje Grześ.

– a mnie się podoba…”Bolesław”, mówi Jaś wpatrzony gdzieś w dal.

– jaki Bolesław, kurwa jaki Bolo, co ty kurwa takie imiona masz i skąd, kurwa?, pyta Krzyś.

– tak jest, przytakuje Grześ.

– co ty kurwa chcesz, aby dzieci na niego wołały Bierut.

Po pierwszej flaszce.

– jaki Bierut, mama mówiła sama, że za Bolesława, to był dobrobyt, odetchnął Jaś.

– co ty pierdolisz, dziecko jesteś, że mamie wierzysz….mamy zawsze, kurwa kłamią, zastanowił się Krzyś.

– polej małolat.

– żaden kurwa Bolesław, ma być Zbyś i huj, gdzie twoja mała żonka?, pyta Krzyś

– tak jest kurwa, gdzie jest? dopytuje się Grześ.

– a mnie się podoba imię “Bonifacy”, szepnął małolat do Krzysia.

– co ty, chcesz żeby pedałem był na starość? gdzie ta twoja dupa jest? pyta Krzyś.

– tak jest, gdzie jest? dodaje Grześ.

– wracam do Polski, chłopcy, napijmy się, mówi Jaś.

Nad Jasiem nachyla się małolat.

– co ty kurwa bredzisz, stul pysk tutaj, wyszeptał małolat.

– jak to wracasz do Polski? pyta Krzyś.

-syna mam w Malborku, rozumiesz, tłumaczy Jaś.

– jak to wracasz? pyta Grześ.

– kocham ten kraj, muszę lecieć, kurwa, mówi Jaś.

– najpierw Bolesław, teraz wracasz, do komuny, kurwa, do komuny chcesz wracać po tym co tutaj widziałeś, i co pewnie im opowiesz jak to jest tutaj w niebie, co kurwa?, mówi Krzyś.

– chłopaki, syn, bełkocze Jaś.

– patrz jaki skurwysyn, mówi Grześ.

– komunista jebany, mówi Krzyś.

Jaś zasnął na krześle.

– wszystkim o nas powie, kapuś jebany, mówi Grzes.

– co wy chłopaki, najebany jak wiewiórka, położymy go do wyra, podniósł się małolat.

– tak jest, komunista i kapuś, niech kurwa leci do peerelu….Grześ bierz go pod rękę, ja mam drugą, małolat bierz kurwa nogi, rozkazuje Krzyś.

– co was pojebało, płacze  małolat.

– bierz, bo polecisz razem z nim, warknął Grześ.

Niosą śpiącego Jasia. 

– co się dzieje, chłopcy? otwiera oczy Jaś.

– lecisz do Polski, wyszeptał Krzyś.

Po czym otworzyli okno i wyrzucili komunistę z piątego piętra, a na piątym piętrze nie ma winnych, więc winny jest Bolesław, tudzież Zbyś.”

 

 

List od Jacka. ” Australia”

Oto kolejna opowieść Jacka, mojego bratanka o przygodach na obczyźnie….

 

„Australia

 

 

Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała. 

– Jacek, ja chcę do domu…

– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….

W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.  

Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.

– do you speak english?

– etwas….

– I want to go to Australia….

Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.

– me too want to go Australia….

– let’s go together then….

Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.

– you go there…

Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.

– ferfluchten….

Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.

– ja chcę do domu…

– najpierw pojedziemy na policje….

– żadnej policji, wracamy…

– zobaczymy.

Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.

– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….

Spojrzałem na przerażoną mamę.

– wir wollen nach Australie…

Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.

– szaden Australia, tylko azyl polityczny…

Mama pociągnęła mnie za rękaw.

– Jacuś, bój  się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…

– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…

– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….

Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.

– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?

–  ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.

I pojechaliśmy,  kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.

– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…

– jaki namiot, Jacek – wracamy….

Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.

– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.

Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..”

 

 

List od Jacka. „Złodziej i wódka”

Już raz wrzuciłam ten list od Jacka, ale zaginął pod kolejnymi wpisami…więc powtarzam, by zachować ciągłość opowieści Bratanka o czasie gdy opuszczał Polskę….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Złodziej i wódka

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 

Zżerała mnie ciekawość.

 

– poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 

Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 

– no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 

Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 

– Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 

No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 

Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

„Mówią, że wszyscy go tu znają i mogą poręczyć…

To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…”

 

 

Listy od Jacka. Pół żartem pół serio.

 

 

JacekŁukaszewicz1.jpg

Jacek Łukaszewicz, bratanek na oko 16-17 letni. To zdjęcie powinno być przed poprzednią opowieścią ale wczoraj je dostałam od Pana Jacka , licealnego kolegi mojego Jacka. Dzięki temu, że piszę ten blog chłopaki się odnalazły. I jest mi miło…..

Oto kolejny list od Jacka, niezbędne uzupełnienie poprzedniego. Życie jest pełne niespodzianek…..

 

Pół żartem pół serio

 

” W 1989 roku podczas studiów w Paryżu przyjechałem na tydzień do Polski – właściwie to tylko do Zielonej Góry. Poszedłem z przyjaciółmi do knajpy niedaleko mieszkania Sikory. Postanowiłem go odwiedzić. Zostawiłem przyjaciół w knajpie i zastukałem do drzwi profesora Sikory. Nic się nie zmienił. 

– słucham, czego chce dziadostwo?….

– dzień dobry panie profesorze….Łukaszewicz Jacek….

Chwila konsternacji, ale pamięć miał jak nasza Babcia.( Stefania Łukaszewicz-  przyp.Z.K.)

– Łukaszewicz….ty wyjechałeś przed maturą….wejdź…napijesz się ze mną?

Sikora był samotnym człowiekiem. 

– nie wiem, czy mi wypada, panie profesorze….

– pamiętam, ty prowadziłeś radiowęzeł…

Usiedliśmy u niego w kuchni. Wyjął  Żytnią, polał i poczęstował mnie kubańskim cygarem.

– mów, Łukaszewicz, dlaczego wyjechałeś?…

– pan profesor dał mi perspektywę wojska za ten radiowęzeł….

– i ty w to uwierzyłeś, dziadostwo….to był żart, żeby was trochę postraszyć…a alkohol wypiliśmy z chemikiem – Marczewskim….

– to znaczy, że to był żart?….

– musiałem dać przykład innym, a poza tym ktoś was zakablował….

– kto, panie profesorze?…

– nie jestem kapusiem, Łukaszewicz….

Wypiliśmy. I nagle zobaczyłem łzy w oczach nieposkromionego Sikory. 

– widzisz, dziadostwo, wy zawsze byliście moja jedyna rodzina….

– a pan panie profesorze był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem….

Po czym upiliśmy się jak szpaki i po tradycyjnym misiu wróciłem do moich pijanych przyjaciół. Profesor Sikora umarł trzy miesiące później. 

Czyli pół żartem, pół serio.”