Losy moich Rodziców. Milczenie Godziszki.

Moja Mama, Stefa  do końca miała nadzieję, że w tak ważnym momencie życia rodzina jej nie opuści.

W dniu ślubu od świtu wypatrywała w oknie czy nie przybywają bliscy jej ludzie.

Ale czekała nadaremnie.

Okrutna Godziszka milczała, a jej serce krwawiło.

Nie czuła żadnej radości ze ślubu, nawet żadnych emocji, zamknęła się w sobie, jak zresztą już potem nieraz bywało.

 

Losy moich Rodziców. Chyba najważniejsza rozmowa w życiu Mamy.

I właśnie wtedy Tomasz rozpoczął spokojną rozmowę, którą Mama zapamiętała do końca swoich dni.

O tej rozmowie wspominała często.

Opowiadała  mi o tym wieczorze intymnym, o swoich odczuciach i wielkiej czułości i dobroci oraz mądrości życiowej swojego przyszłego Teścia.

Był on spokojny , poważny i bardzo bardzo  ciepły.

Nawet sobie nie wyobrażała, że taki może być ojciec.

Do tej pory nigdy tego nie zaznała . Jej zapracowani rodzice nie mieli w sobie tej łagodności i cierpliwości by rozmawiać z córką. Wydawali polecenia i oczekiwali, by była posłuszna. Teraz otworzyła się  i odważyła na najszczerszą rozmowę w swoim życiu.

Przyszły Teść zadawał jej konkretne  pytania.

Dotyczyły one  jej wizji swojego przyszłego życia,

-odpowiedzialności,

-potrzeby założenia rodziny ale też szczególnie podkreślał  

-wielkie znaczenie podstawowego prawa człowieka .

Wagę prawa do własnego szczęścia.

 

Rozmawiali długo. 

Wychodząc, zrozumiała, że sama musi  podjąć decyzję, bo jest to jej własne życie, tylko jej …..

Na medycznej ścieżce. Wielkie serce Marzenki Kieniewicz .

Musiałam raz jeszcze wrócić do pewnej opowieści o śp. Marzence Kieniewicz.

Ta niezwykła dziewczyna jeszcze raz pokazała prawdziwą klasę.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie  rozpoczynałam przyjmowanie pacjentów w mojej przychodni ,  otrzymałam telefon od Taty. 

Tragicznym tonem powiedział mi, że Mama upadła w przedpokoju i nie może się podnieść. Ponadto skarży się  na ogromny ból w lewej pachwinie. Nie miałam wątpliwości, że jest to złamanie szyjki kości udowej- bardzo częste u kobiet w tym wieku. Nogi się pode mną ugięły. Odpowiedziałam Ojcu, by nie usiłował  podnosić Mamy a ja zamówię karetkę i postaram się natychmiast przyjechać. Zadzwoniłam do Pogotowia Ratunkowego, gdzie przyjęli moją prośbę.

Ale łatwo było powiedzieć, że zaraz wrócę do domu. Pod drzwiami mojego gabinetu kłębił się tłum chorych.

Pobiegłam do sąsiedniego gabinetu, w którym przyjmowała pacjentów moja koleżanka z grupy studenckiej Alicja O. Błagałam ją, by zajęła się chociaż kilkoma moimi pacjentami. Odmówiła kategorycznie, mówiąc, że już skończyła pracę i zamierza pójść sobie do domu. 

Wobec tego zajrzałam do gabinetu, gdzie urzędowała Marzenka Kieniewicz. Pod jej drzwiami też był tłumek. Gdy tylko wspomniałam  , że Mama najprawdopodobniej złamała szyjkę kości udowej i  nawet nie zdążyłam poprosić o pomoc, natychmiast odpowiedziała, żebym jej oddała wszystkie swoje karty. Potem wyszła na korytarz i poinformowała pacjentów, że będzie przyjmowała naprzemiennie  swoich i moich pacjentów.

Głosem nie znoszącym sprzeciwu zaleciła, bym już znikała z przychodni.

Marzenka, moja Marzenka, śliczna dziewczyna o urodzie wschodniej lalki i sercu na dłoni. Prawdziwy człowiek Kościoła, po prostu Prawdziwy Człowiek.

Odeszła w zaświaty, ale zostawiła innym swoją myśl i energię i siłę .

Tylko dlaczego odeszła, dlaczego musiała odejść.

Dobry Boże, pewnie i tak nie odpowiesz…..

Losy moich Rodziców. Moja Mama i Jej maska.

Stefa nawet wtedy, gdy była onieśmielona,  czy zdenerwowana albo smutna, umiała pokrywać to bardzo spokojnym zachowaniem. Czasami można to było interpretować mylnie, że nic Jej nie dolega, że jest wszystko ok. A nawet wydawać się mogło, że jest osobą oschłą i pewną siebie.

Ale Wacław wiedział i potem ja też rozpoznawałam, gdy była już bardzo stara, że to tylko maska.

Pod nią kryła się bardzo samotna , spragniona miłości czułości i ciepła , osoba.

Zawsze była dość  zasadnicza,  strofowała nas, sprowadzała do pionu i właściwie zarządzała całą naszą rodziną, nawet leżąc bezwładnie na  tapczanie w swoim mieszkaniu, kierowała zdalnie każdym z nas.

Ale kiedyś zdarzyło się tak.

To było bardzo silne doznanie i tylko żal, że przyszło u kresu życia Mamy.

Otóż któregoś dnia wyjechałam na działkę, gdzie spędziłam dwa dni. W tym czasie Mama miała bardzo dobrą opiekę, bo zamieszkała z nami  kobieta wielkiej poczciwości, Ukrainka, która nieustannie czuwała nad Mamą. Byłam więc  spokojna o Rodziców. Gdy wróciłam, od razu poszłam do Ich mieszkania , weszłam do  pokoju Mamy. I wówczas spytałam, czy się cieszy, że wróciłam. Moje pytanie było spontaniczne i nigdy przedtem nie padało. Widocznie też byłam mało czuła. Mama milczała, a potem odpowiedziała z trudem, wówczas już miała problemy z oddychaniem- a jeśli jesteś spragniona i ktoś ci poda wodę- czy się cieszysz?…..

Opowieści mojej Mamy. Zakochanie…

 

Mama trzy lata przed ślubem…niestety zdjęcie jest uszkodzone, ale starannie wklejone do rodzinnego albumu i opisane ręką Taty..

 

 

Ale nie tylko praca pochłaniała czas i uwagę młodych nauczycielek.

Sąsiadujący z Rakowem  pułk żołnierzy przygranicza organizował dla swoich podoficerów i oficerów potańcówki w kasynie. Ponieważ większość z nich była kawalerami, zapraszano młode dziewczyny z miasteczka, najchętniej nauczycielki. Wszak stanowiły one miejscową elitę i były pożądane w towarzystwie. Oczywiście potańcówki były otwarte i mogli przychodzić także miejscowi kawalerowie. Mama nie przepadała za takimi imprezami. Może była nieśmiała, może nie bardzo miała się w co ubrać, gdyż znaczną część wypłaty wysyłała rodzicom i spłacała zaciągnięty dług w funduszu Seminarium Nauczycielskiego, przeznaczany na wyjścia do teatru i na wycieczki. Oszczędzała bardzo, żywiąc się skromnie , najchętniej ziemniakami i kwaśnym mlekiem.

Tego dnia jednak uległa namowie koleżanki, która pożyczyła jej swoją bluzkę i pomaszerowały na tę potańcówkę.

I tam właśnie podszedł do niej królewicz z bajki. Młodzieniec delikatnej szlachetnej urody i nienagannych manier. Ten rakowski młodzieniec nie był Mamie znany, bo odbierał nauki w Wilnie i do domu przyjeżdżał sporadycznie.

I tak to się zaczęło od ich nagłego olśnienia , zakochania od pierwszego wejrzenia…..

Opowieści mojej Mamy. Uczniowie…

 

Mama pierwsza po prawej w zapełnionym rzędzie.

 

 

Mama dobrze się czuła w gronie pedagogicznym, lubiła swoich uczniów.

W to wierzę, gdyż miałam wielokrotnie okazję obserwować Jej gorzowskich uczniów. Bywało, że rano ktoś dzwonił do drzwi naszego domu, otwierałam , a za drzwiami stał maluch z tornistrem. Z bardzo poważną miną oświadczał, że przyszedł po swoją panią.

 

Kilka lat temu rozmawiałam ze znanym starym ortopedą , profesorem Malawskim i zapytałam, czy pamięta moją Mamę, swoją rakowską nauczycielkę. Popatrzył na mnie bystrze i powiedział z uśmiechem –  oczywiście- miała takie piękne oczy – i  wymienił kilka szczegółów z życia Mamy, co świadczyło, że pozostała w jego pamięci jako osoba niezwykła.  

Opowieści mojej Mamy. Mama jest dzieckiem z innego świata…

Dziecko wałęsa się po mieście, szeroko otwierając błękitne oczęta. Wszystko jest niezwykłe. Ale najpiękniejsze są wystawy sklepowe. Zachwyca się kolorowo ubranymi manekinami ale zawsze długo się przygląda wystawom cukierni. Za szklaną niedostępną wielką zaczarowaną szybą piętrzą się stosy różnokształtnych ciastek. Gdy ktoś wychodzi z cukierni, dziecko wchłania całym organizmem cudny zapach kawy i słodkości dla niej niedostępnych.

To jest inny świat, nie jej świat.

Nawet nie ma pomysłu, by tam wejść.

Jest jak dzikie biedne zwierzątko, bierny obserwator zwykłego dla innych życia.

Zresztą i tak nie ma pieniędzy, a tyle rozumie, że te wyroby można tylko kupić….

Opowieści mojej Mamy. Marzenia Stefy.

W wieku 6 lat Mama rozpoczyna edukację  w miejscowej czteroklasowej szkole w Godziszce. Nauka jej przychodzi łatwo i jest najmilszym zajęciem pod słońcem. Wychodzi w pole z książką i zaczytana,  czasami  zaniedbuje podstawowe obowiązki i nie zauważa, że krowa wchodzi w szkodę. Oczywiście grozi to laniem, więc spłoszona przepędza krowiny na swoją część łąk, ciągnąc opierające się zwierzęta za wielki łańcuch, za duży i za ciężki dla maleńkich dłoni drobnej dziewczynki. Ale działa siłą woli a lęk przed karą dodaje energii. Wie, że nie lubi zajęć w gospodarstwie. Nie lubi prac na polu i w ciemnej dużej  kuchni, gdzie stale parują sagany z jadłem dla wielkiej rodziny a nieopodal nich gary z ziemniakami   dla prosiąt….marzy o nauce, książkach, wielkim świecie i podróżach. Wie, że jest to mało realne, bo w gospodarstwie przydaje się każda para rąk, a jej mama stale unosi wielki brzuch i wydaje na świat kolejne rozwrzeszczane stworzenie.

Gdy czas edukacji w godziszczańskiej szkole dobiega końca, Mama jest coraz bardziej  zamyślona i ponura. Ma już 10 lat i wielkie nierealne marzenia….

Ale któregoś dnia dzieje się coś, co w umyśle dziecka jawi się jak cud. Oto miejscowy ksiądz , który uczy w szkole religii, wzywa ojca na rozmowę. Ojciec odświętnie ubrany idzie długą żwirową drogą wiodąca przez środek wsi, a ona drepcze obok niego. Nie wie o co chodzi, ale czuje powagę chwili. Tata znika w głębi korytarza, a ona siedzi cichutko na podłodze pod oknem i czeka.

Małe serce bije niespokojnie….

Opowieści mojej Mamy. Siostry mojej Mamy.

Spośród licznych moich górskich ciotek , córek Babci Marianny najbardziej lubiłam ciemnooką i ciemnowłosą Hanię i jaśniejszą Elę. Obie były bardzo podobne wewnętrznie , z wyraźnym podobieństwem do opisanego wujka Michała. Ciche, o skoncentrowanym nieśmiałym spojrzeniu, ale z widocznym obrazem silnej osobowości w oczach.

Gdy cała rodzina gadała, one milczały uśmiechając się tajemniczo.

Życie ich nie oszczędzało, ale dzielnie sobie radziły i stanowiły wielką podporę dla bliskich.

 

Opowieści mojej Mamy. Stefka z Kaśką wybierają się pieszo do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki  początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .

Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę  postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód.  Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko  nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.

Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.

Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!