Opowieść Sylwestrowa ( 8 )

 

W gęstwinie informacji płynących z tzw. publikatorów powodujących tylko lęk, na które w dodatku nie mam wpływu, uciekam w mój świat. Do krainy dawnych czasów, kluczyk noszę przy sobie, zawsze i kiedy tylko zapragnę, otwieram drzwi do przeszłości. To fajny świat, bezpieczny, mój świat do którego zapraszam. Jeśli Ktoś ma ochotę powitam na progu chlebem i solą. …

Dzisiaj spotkałam w swojej przeszłości Kontynuację „ Opowieści Sylwestrowej”. Czekała tam sobie cierpliwie, widać zrezygnowała z walki o pierwszeństwo,  uładzona, wyciszona, pewna  że i tak do niej wrócę. Bo jak nie wracać do tamtych moich niespełna 18 lat i Wielkiego Pierwszego Zauroczenia….

 

parowĂłz Pm26-2 w PoznaniuWikipedia.jpg

To parowóz z naszych czasów, ukochany….zdjęcie z Wikipedii

 

 

   Kiedyś, a było to wiosną, pewnie  późnokwietniową,  tegoż samego 1965 roku, jeszcze przed maturą,  zwyczajowo pojechaliśmy, Rodzice i ja, do Poznania odwiedzić naszych ukochanych Lisiaków. Piszę, że kwietniową, bo  imieniny Józia bywały okazją do naszych spotkań. Już kiedyś tu pisałam  o tej przemiłej, nietuzinkowej i wesołej rodzince kuzynki Jadzi , Jej męża Józia ( oboje już się przenieśli do lepszej rzeczywistości, ich Synów pozdrawiam).

    Jak zwykle listownie ( tylko listownie, pocztowo, bo jak zawsze przypominam, telefony zwykłe, przewodowe były rzadkością , o komórkowych i Internecie nikt w ogóle nie słyszał ) , umówiliśmy się z T. na spotkanie w tym nadal magicznym dla mnie mieście..

Być może, że  czułam się jakoś inaczej jadąc tym dobrze znanym mi pociągiem.  Nie pomnę, co czułam. Ale w tym pociągu było ze mną moje młodziutkie nastoletnie serce , które całkiem niedawno dopiero, pod Bierutowickim rozświetlonym gwiazdami niebem poznało dotyk ust Chłopaka i myślało, że to pocałunki. 

Może miałam w sobie niepokój  oczekiwania, może nie . Może tylko beztroskę którą już dobrze zapamiętałam , kiedy to  trzy lata później znalazłam się  w tym samym pociągu ale podążającym na wschód. Było to 27 maja, w dniu kiedy zrzuciłam z ramion kobylastą farmakologię, wcale się nie przejmowałam, że wiozłam ze sobą  jedyny nie zdany na całych studiach egzamin. To była o zgrozo  filozofia. Gdy po wielu latach patrzyłam jak syn i dwie córki sobie z nią świetnie radzą  byłam i jestem pełna podziwu , że tacy są. Inni, w tym temacie lepsi.

Tak więc  beztrosko sobie jechałam do Warszawy  nota bene z Jasiem prawnikiem , który widząc mnie na dworcu w Poznaniu, wsiadł do tego samego przedziału i spokojnie nawijał  o swoim mieszkaniu dwupokojowym w Poznaniu , porozumiewawczo zawieszając głos. Pewnie coś tam sobie wyobrażał po naszych zupełnie niewinnych spotkaniach i balowaniu w knajpie przy Grochowskiej ( nazwy nie pomnę) . I tak sobie jechaliśmy na mój ślub,  który ( i tu uwaga) miał się odbyć 1 czerwca !.  

Nasz z M. pierwszy ślub był wprawdzie tylko cywilny, co mnie trochę usprawiedliwia, ale jednak. Nie dbałam o ciuchy i w ciągu tych 3 dni tylko dzięki wysiłkom bratowej M.( szacun, Grażyna),  która ganiała ze mną po sklepach kilku dzielnic Warszawy, zostałam odziana od stóp do głów a nawet wyczesana u znanego fryzjera chyba ze Szpitalnej.   

Ale wracajmy do głównego wątku. Był  kwiecień 1965 roku. Pół wieku temu, o Boże mój, a tak niedawno. Wszystko, no prawie wszystko mam zapisane w oczach i pamięci.

Tak więc,  cała nastroszona, przejęta, ustawiona na baczność , albo niezupełnie taka, tylko zwyczajowo wyluzowana, bo tak zwykle miałam gdy stres mnie pożerał w środku albo  tak naprawdę wtedy w ogóle się niczym zbytnio nie przejmowałam, pojechałam z Rodzicami  do  Poznania. Dotarliśmy na ul. Ułańską , lubiłam kamienicę, w której mieszkały nasze Lisiaki. W szeregu innych, niewysoka, przestronna, z balkonem zabudowanym w werandę, by Lisiaki już nie wyrzucały przechodniom na głowę różnych przedmiotów.

Lisiaki nas powitały cieplutko, przygotowały spanie  w dużym pokoju . To był wspaniała rodzina .Taka do zapamiętania na całe życie …

    Chciałam być piękna by się podobać Tomaszowi, ale wyszło jak wyszło. Przecież  mieliśmy się spotkać po raz pierwszy od naszych bierutowickich czasów , tych kilku bajecznych dni. Jeszcze wtedy nie dotarło do mnie, o czym teraz wiem, że Tamto zostało w Bierutowicach. I było tylko Tam możliwe, w tamtej zachwycającej bardzo zimowej bajkowej scenerii . Tak, to co nas tam spotkało to była bajka, tylko piękna bajka.

   Nie wiedząc wtedy o tym, co wiem teraz,  chciałam być jak wspomniałam najpiękniejsza. Wieczorem starannie umyłam włosy i jeszcze mokre nakręciłam na jakieś papiloty . Gdy rozwinęłam toto o poranku i wparowałam do łazienki z wrażenia aż przysiadłam.. Bo lustro pokazało rozczochrańca, strach na wróble byłby przy mnie wyczesanym elegancikiem. Uciekłam od lustra, wróciłam ale lustrzana zjawa nie znikała .

A tak bardzo  pragnęłam być piękna. Jednak jak widać same pragnienia nie wystarczają. Moje włosięta miały naturalną tendencję do falowania a teraz chętnie skorzystały z okazji i wyszło to co wyszło. Miałam na głowinie kłębowisko sterczących na  wszystkie strony pseudoloków. Usiłowałam wyprostować, jakoś przyklepać ale się nie dało. Po wielokrotnych próbach z użyciem grzebienia a nawet wody, do akcji włączyła się w końcu Jadzia, bo mi współczuła a po pierwsze zablokowałam łazienkę , więc kolejka Lisiaków przestępowała z nogi na nogę. Jadzia wtargnęła do środka z zabrała mnie do swojego pokoju ku uciesze podłazienkowej kolejki. Tutaj też  wysiłki ufryzowania  mojej głowy okazały się nieskuteczne i wreszcie się poddałam. Przypomniałam sobie o przepięknej jak nowe czasy, ale tak naprawdę zgrzebnej przepasce na włosy. Sama ją sobie uszyłam z paska Mamy, nadal ją widzę ,była brązowa aksamitnamizerna.  Ostatecznie jednak ściągnęłam w tyle głowy moje nieszczęsne loki jakąś zapinką i pomaszerowałam na randkę .  Ta” fryzura” została uwieczniona na załączonym zdjęciu, które potem zrobił mój Tato. Stoimy sobie z kuzynem, Cześkiem pod poznańską palmiarnię .  Jakże odważnie odsłoniłam swoją dość szeroką krągłą, choć niezbyt dużą twarzyczkę. Dostałam ją w prezencie nie od Taty, który miał szczupłą, powiedziałabym nawet arystokratyczną twarz, ale ja noszę na zawsze  prezent od  górali beskidzkich, od Mamy, 100%  krwi góralki. Takie twarze szerokie widuję na wszystkich nieomal  chrystusikach od Białego Krzyża po naszą Godziszkę. Zawsze na to zwracam uwagę, wpatruję się i z pewną lubością konstatuję, że jestem trochę stamtąd. Z tych Beskidzkich gór, gdzie prapradziadowie i kolejne pokolenia  na cmentarzach pod górami  i Mama tam się urodziła.

    Tak więc kontynuując myślenie, że niedługo wymarzone chyba (?) spotkanie z T. i należy jakoś wyglądać,  ubrałam się w spódniczkę typu koperta, przerobioną spódnicę Mamy z tzw. dobrego wełnianego materiału,  bluzkę mięciutką delikatną , welurową bladożółtawą, jedyną jaką miałam, zakupioną przez Rodziców w poznańskim pewexie ( db pamiętam to miejsce, przy Targach)  i krótką, bezkołnierzową,  chyba brązową ale jak teraz oglądam tamto swoje zdjęcie, chyba popstrzoną jakimś wzorem , marynareczkę  z której ( jak też widać na tym samym zdjęciu) wystawała moja długa szyja z makóweczką na szczycie.

    Tak oto wystrojona z torebką kopertową pod pachą wyszłam na ulicę Ułańską, przechodząc na jej drugą stronę, gdzie był mur chyba już dawno nie istniejących koszar. Ponieważ było jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania z Tomaszem towarzyszył mi kuzyn. 

Potem  Czesiek dyskretnie odszedł, i jak znam życie pewnie podpatrywał zza węgła , bo był ciekaw Tomasza. Bo moja tajemnica stała się publiczna. A może nie podpatrywał, kiedyś go o to zapytam, albo nie zapytam J Czekałam. Chyba stałam, a może spacerowałam wzdłuż muru Ułańskiej, nie pomnę.

 I wreszcie zobaczyłam jak nadchodzi. Spokojnymi dużymi krokami, chyba nigdy się nie spieszył. Dystyngowany urodziwy przystojniak z pięknymi mądrymi oczami. Takim Go pamiętam i taki został we wspomnieniach.

 Wtedy mi się po prostu podobał , imponował i onieśmielał. Był wzorcem ideału Chłopaka jak Go określiły kiedyś koleżanki…może inne by chciałyby ,  umiały czarować, oczarowywać, przyciągać, zniewalać, żeby otworzył się i cierpiał i one by cierpiały z lubością. Ale to nie byłam ja. Ciekawe, czy są teraz takie dziewczyny nieśmiałe, zamykające się   

    Nasze spotkanie wtedy  dla mnie Wielkim Wydarzeniem. Ale przywitaliśmy się   oficjalnie.

On nie był wylewny ani gadatliwy, może nieśmiały po prostu, tak dzisiaj myślę.

Muszę Wam, Kochane Wnuki żyjące już w innym świecie, opowiedzieć jeszcze,  że te pół wieku temu, my, młodzi,  nie mieliśmy zwyczaju wylewnego witania się. Żadnych objęć „ na misia” czy czułych cmokań w policzki. Teraz młodzi,  nawet gdy spotyka się grupa, to wszyscy ze  wszystkimi witają się tak samo.

 I mimo, że to już codzienność uliczna, parkowa, monitorowa,  zawsze trochę się zadziwiam, nie gorszę, broń boże, po prostu porównuję nas i Was. Z ciekawością . Bo w naszych czasach podobne czułości byłyby wyrazem jakiś uczuć wyższych niż zwykła koleżeńskość. My po prostu mówiliśmy sobie cześć i tyle. Dobrze, że sobie to analizuję, bo dopiero teraz rozumiem, że nasze powitanie z Tomaszem mieściło się w ówczesnych konwenansach . Takie były zwyczaje. Kiedyś wprawdzie mnie obejmował, ale w zupełnie innych okolicznościach. A właściwie bez okoliczności. Obejmował gdy wracaliśmy nad ranem po nocy sylwestrowej, potem może też. Nie pomnę.

Czytaliśmy dużo, ale był jeden wiersz, który mówił o nas. I był nasz. W tych moich licealnych czasach z wypiekami na twarzy czytywaliśmy, znaliśmy na pamięć, może nie wszyscy ale ja miałam go w pamięci, do tej pory  mam, i   był ze mną, we mnie był stale, powtarzany szeptem w samotności i ciemnościach nocy z zachwytem i ekstazą.

 

Jest to  wiersz Małgorzaty Hillar:

” My z drugiej połowy XX wieku

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości”

 

 

 Ten wiersz o nas, był nam wzorcem. Podsumowaniem, określeniem, definicją .  Byliśmy dumni z takiego naszego wizerunku. Jeśli nawet tego nie mieliśmy w sobie, to ulegaliśmy magii ekstatycznej wiersza i byliśmy tacy, by się spełniło to z wiersza….

 

SAM_3041.JPG

Już po „randce” z Tomaszem. Jestem w pełnej „krasie „,obok  kuzyn, Czesiek  Majewski. W tle  poznańska Palmiarnia, którą uwielbiałam na studiach. Tam się często uczyłyśmy z Moniką. Ale to potem. Teraz jestem przed maturą…..kwiecień 1965

 

Zdjęcie-0796.jpg

maj 1965. Zdjęcie przedmaturalne. Ustawiał i fotografowała  pan Łącki, który miał zakład przy ul. Wandy Wasilewskiej wtedy, teraz Sikorskiego. Fryzjer przedtem. 🙂 oj, jak nie lubiłam….

 

     W tym miejscu  muszę zakończyć, bo za dużo kochani czytania. Cd nastąpi

Na medycznej ścieżce. Balet…

Do Teatru- Opery z reguły chodziłam sama. To właśnie w tych czasach poznańskich, od 1965 roku pokochałam balet.

Właściwie chyba u podstawy tego zachwytu było to, to od wczesnego dzieciństwa sama byłam ruchliwa. Dzięki dużej powierzchni naszego mieszkania, mogłam wykonywać mostki, świece, fikołki i stanie na rękach. A także tańczyć, a raczej pląsać. Dopiero w okolicy klasy maturalnej, rodzice zorientowali się, że nie umiem naprawdę tańczyć. I wtedy mój Tato, który był znakomitym tancerzem prosił mnie do tańca i uczył tanecznych kroków.

Może więc moje umiłowanie baletu wzięło się stamtąd, z tych dziecięcych czasów. Uszanowanie dla ciała, podziw dla jego piękna, zachwyt nad panowaniem nad nim- te elementy do tej pory powodują, że ze wszystkich przedstawień operowych najchętniej wybieram balet i smakuję, rozkoszując się nieustannie….

W okresie  poznańskim na deskach opery rodził się Polski Teatr Tańca. Tworzył go Conrad Drzewiecki. Był on wspaniałym , pełnym ekspresji tancerzem znakomitym pedagogiem i organizatorem. Wśród zespołu wyróżniała się jego asystentka, dość masywnie zbudowana dziewczyna- Teresa Kujawa. Gdy przeczytałam niedawno, że poznański Teatr Tańca umiera, zrobiło mi się smutno. Żal, gdy odchodzą wielcy ludzie, idee i nasze piękne czasy…..po prostu żal….

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. Ale nie  należał do naszej grupy. Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam.

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze żyje. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Na medycznej ścieżce. Teatr, moja namiętność.

Od czasów gorzowskich bardzo lubiłam teatr. Do poznańskiego teatru chodziłam sama. Lubiłam się zagłębiać w miękkie siedzenia krzesła w loży po lewej  stronie. W tej loży prawie nigdy nikogo nie było, bo widok na scenę był  zniekształcony przez ostry kąt widzenia. Tak więc miałam sytuację komfortową. Za niewielką cenę  znalazłam miejsce ustronne i pozbawione zadęcia niektórych widzów. Mogłam spokojnie przychodzić w swojej ulubionej zielonej ogromnej koszuli z tkaniny frotte, której chyba nigdy nie zdejmowałam, poza cotygodniowym praniem w rodzinnym domu w Gorzowie.

Zwykle , oczekując na początek spektaklu i w przerwach otwierałam podręcznik anatomii i uzupełniałam swoją wiedzę.

W tych czasach dyrektorem teatru Nowego w Poznaniu była Izabella Cywińska, która długo potem przeniosła się do Warszawy  a nawet w pewnym okresie była Ministrem Kultury .  Miała niezwykłą osobowość, wspaniały zespół i w tym okresie ten teatr należał do ścisłej czołówki w kraju. Wychowała tam Wiśniewskiego, który stał się bardzo uznanym reżyserem .

Repertuar był zróżnicowany, od Moralności pani Dulskiej i komedii Fredry do Hamleta w wersji nowoczesnej i wieczorów Różewicza , Herberta ale także Słowackiego.

Nieważny był repertuar, ważne doznania samotności w świątyni sztuki, oderwania od realiów  brutalnego medycznego życia .

Jednym słowem  uzyskiwałam pełen relaks i przestrajanie myślenia na łagodność…..

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Jerzy M.

  Jerzy M., o którym wspominałam wcześniej , że kiedyś powiedział mi , że mam oczy jak jeziora. I po krótkim, lecz ciekawym okresie,  który można nazwać” chodzeniem ze sobą”  , dalekich leśnych wędrówkach aż do granic podpoznańskiej miejscowości o dźwięcznej nazwie Kiekrz i  wspólnych niezapomnianych zajęć- prac  w zakładzie Medycyny Sadowej, wkrótce znalazł się na etapie kolejnych  poszukiwań ciekawych oczu i podbojów wygłodniałych  sercJ

Był z Moniką, która ubierała go w dziwaczne berety z pomponami, pewnie własnoręcznie udziergane, potem z Elą Grzeszczak- niewielką dziewczyną o semickiej urodzie i tubalnym głosie. Oczywiście był mi obojętny. Pewnie nigdy nie czułam do niego wielkiego sentymentu. Po prostu go lubiłam .

Wyszłam najspokojniej za mąż, ucinając wszelkie możliwości i potrzeby poszukiwania kogoś ciekawego.

Wydawało się, że  Jerzy to przeszłość, bezbolesna i mglista.

Nawet nie myślałam o nim, mając inne ciekawe tematy do przeżywania i rozmyślań. Sądziłam, że on też już w ogóle się mną nie interesuje. Jednak po pewnym czasie , gdy już byłam w Warszawie, zadzwoniła do mnie Bajka. Opowiadała, że  mama Jerzego spotkała jej ciocię i mówiła, że bardzo żałuje znajomości mojej i jej syna.

Któregoś dnia, mieszkaliśmy wówczas przy ul. Stołecznej, byłam już we wczesnej wprawdzie ciąży, miałam śliczną sukienkę w kwiatki, zadzwonił telefon.

Był to Jerzy. Mówił, że znalazł nasz nr telefonu przez biuro numerów , jest teraz w Warszawie u cioci Rzewuskiej- tak z tych Rzewuskich i chce się ze mną spotkać.

Odruchowo zaprosiłam go do naszej kawalerki, ale ostrzegłam, że mam tylko wolną jedną chwilę, bo zaraz się wybieram na zajęcia.

Wszedł, powitałam go oficjalnie i chłodno, z wyższością kobiety zamężnej.

Po chwili wyszliśmy z domu i pojechaliśmy tramwajem na moją uczelnię, gdzie na Oczki była stołówka akademicka. Tam zjedliśmy po talerzu darmowej zupy, po czym pożegnałam go ozięble. Już nigdy potem się nie odzywał i nawet się zastanawiałam dlaczego mnie  wtedy odszukał.

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się na AM, roznosiły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, korytarzem przemykał Jerzy.

Nawet się ucieszyłam ze spotkania, przywitaliśmy się dość ciepło.

Okazało się, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM- chyba historii medycyny, ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów.

Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy się  do pociągu ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM.

Pokiwał tylko głową, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał.

Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam.

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, dostał się na wymarzone studia .

 

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Bogdanek.

      Bogdanek J. był niewysokiego wzrostu, energiczny i sympatyczny. Miał  ładną  śniadą  skórę, ciemne bystre oczy. Lubiłam go, mimo, że jako chłopak nie budził mojego zaciekawienia.

Od pierwszych dni studiów zajmował się adorowaniem dziewczyny z naszego roku, ale z innej grupy , która należała do tzw. wyższych sfer.

Bo po pierwsze była poznanianką i chyba miała w rodzinie kogoś ważnego w  świecie medycznym.

Już kiedyś pisałam, że ta grupa trzymała się razem, znali się już wcześniej i nawet nie próbowaliśmy się z nimi przyjaźnić, bo wydawali się zarozumiali.

Ale może tak naprawdę nie było, tylko tak ich postrzegaliśmy.

Gdy z jakiegoś powodu pojawiłam się na chwilę wśród dawnych kolegów na początku 4 roku studiów, byłam już  po ślubie  i  z decyzją przeniesienia się do Warszawy, od razu koledzy mi donieśli,  że Bogdanek jest wolny, bo właśnie rozstał się  ze swoją dziewczyną. Pamiętam, że staliśmy wszyscy na dziedzińcu Anatomicum, gdy zjawił się Bogdanek i zaczął ze mną żwawo rozmawiać, pusząc się niby kogucik.  Dostrzegłam jakby zainteresowanie w jego oczach, ale bez słowa pokazałam mu swoją dłoń. Zapytał dlaczego pokazuję mu rękę- wskazałam na obrączkę i powiedziałam, że to jest obrączka –  bo pierścionek był ozdobny, rzeźbiony i ze srebra, wyglądał nietypowo , więc mógł budzić wątpliwości. I wtedy Bogdanek spochmurniał , popatrzył spode łba rozczarowany i wyraźnie zniechęcony a po chwili odszedł.

Oczywiście już go potem nigdy nie spotkałam. Ale pozostał w mojej pamięci jako fajny kumpel…

Śladami mojego Taty . Odwiedziny u Lisiaków

Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do  domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki  były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną  minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .

Na medycznej ścieżce. Małgosia.

 

 Ale najważniejsza znajomość z czasów poznańskich,   tak pięknie rozwojowa, że nawet mogę ją teraz nazywać przyjaźnią, to Osoba Małgosi Krajewskiej.

Nie była w naszej grupie studenckiej , ale miałyśmy  zajęcia z anatomii w tym samym czasie . 

Rozpoczynały się one  ok. godziny 16, ale wszyscy przybywali znacznie wcześniej.

Siadaliśmy wówczas na schodach, rozkładaliśmy książki i w oparach dymu papierosowego pospiesznie zakuwaliśmy , usiłując w ostatniej chwili wbić sobie do głowy tajniki anatomii. Przepytywałyśmy siebie nawzajem, więc było gwarno, chaotycznie.

To był klimat niepowtarzalny, zdarzył się tylko jeden raz w życiu.

Wspominam te czasy z czułością.

 I właśnie wtedy zauważyłam dużą, bardzo poważną dziewczynę o krótkich , poskręcanych tzw trwałą, włosach , które miały bliżej nieokreśloną  barwę.

Krótko mówiąc, nie dostrzegałam w niej wielkiej urody, na pewno była przystojna, ale wyciszona i jakby wyhamowana.

Zresztą obie byłyśmy zajęte swoimi koleżankami. Małgosi zawsze towarzyszyła Ola  , ciemnooka i ciemnowłosa niewielka, bardzo energiczna i zawsze ruchliwa.  Były mieszkankami Poznania, znały się od dawna i widać było, że łączy je przyjaźń i jakby porozumienie ponad zwykłe więzi studenckie.

Ja wpatrywałam się z uwielbieniem w Monikę, usiłowałam ją naśladować, udając wielkie rozbawienie i  wieczny luz. Zastanawiam się na tym , co napisałam. Nie, ja nie udawałam luzu, po prostu w tych okolicznościach i przy tych ludziach właśnie tak czułam.

Małgosia po latach określiła nas , szczególnie Monikę, jako nieco zdziwaczałe, szalone, a nawet zbliżone do wariatek dziewczyny .

W tych czasach , z Małgosią , chyba niewiele rozmawiałyśmy ze sobą, ale zadzierzgnęły się między nami silne , jak się okazało więzy , które pewnie wynikały z naszej bardzo specyficznej sytuacji, przypominającej warunki więzienne.  Tworzyłyśmy wtedy zupełnie odrębną zamkniętą i skonsolidowaną społeczność, powiązaną silnym przeżywaniem bardzo trudnych pierwszych chwil medycznej edukacji.

Jak silne były nasze wzajemne relacje, mogłam to ocenić po bardzo wielu latach.

Otóż w  1981 roku rozpoczęłam pracę w CZD ( pewnie te czasy opiszę później ) . Któregoś dnia Ania Jungowa zabrała mnie do stołówki szpitalnej.

 Gdy kupowałam obiad u pani, która siedziała na środku sali jadalnej, Ania pokazała mi z daleka kobietę zjawiskowej urody.

Powiedziała, że jest to dr Małgorzata Walasek, i że jest prawą ręką profesora genetyki, prowadzi poradnię genetyczną i jest świetnie rokującym młodym naukowcem.

Stałam i patrzyłam w  kierunku Małgorzaty.

A ona już płynęła w naszym kierunku, wysoka, prosta, smukła z długimi jasnymi włosami, luźno upiętymi w ogon koński . W turkusowym mundurku, bo takie nosili w CZD lekarze wyróżniała się z tłumu i jaśniała tajemnym blaskiem.

Spotkałyśmy się obok stolika, gdzie pani wycinała kartki na kolejne obiady.

Ania usiłowała nas sobie przedstawić.

Ale nie było takiej potrzeby, bo w tej chwili nieomal wykrzyknęłam- Małgosia!

Ona powiedziała, że rozpoznała mnie z daleka i dlatego natychmiast przybiegła .

Oczywiście doskonale  zapamiętała moje imię.

Teraz tylko uzupełniłyśmy informacje o sobie, podając aktualne , przejęte od naszych mężów nazwiska.

Ona w czasach studenckich  nosiła nazwisko Krajewska, a ja Łukaszewicz. Teraz byłyśmy Walasek i Konopielko.

Mimo upływu czasu i zupełnie innej sytuacji niż poznańskie studia , przywitałyśmy się z wielką radością i sympatią. Wydawało się, że rozstałyśmy się przed kilkoma dniami.  

Od tej pory spotykałyśmy się dość często .

Ponieważ obie mieszkałyśmy na Żoliborzu, w środkach komunikacji spędzałyśmy wiele godzin, gadając bez pamięci.

Poznałyśmy swoje problemy rodzinne , jakieś sekrety, udzielałyśmy sobie różnych porad. Zawsze podziwiałam jej mądrość , rozsądek i nieustanną chęć pomocy.

Gdy moja Paulina przygotowywała się do matury, jej córka zadeklarowała pomoc w nauce. Bo wtedy już była studentką lingwistyki stosowanej, zresztą ukończyła to samo w którym była moja Córka- Liceum im Stefanii Sempołowskiej. Dobrze  więc znała tamtejsze zwyczaje i nauczycieli. Przez jakiś czas się spotykały i na pewno pomoc córki Małgosi była cenna.  Małgosia też doradziła, by moja Paulina zdawała na maturze biologię, a nie jak planowała historię.

Dodatkowo, nomen omen, jej córka też nazywała się Paulina. Uważałam, że był to  niebywały splot okoliczności…..

W działaniach  medycznych Małgosia zawsze spieszyła z poradą , włączała się w różne moje i moich dzieci problemy, zawsze aktywna i zaangażowana.

Od dawna jest uznanym w świecie profesorem genetyki, Kierownikiem Zakładu Genetyki CZD, niezwykłą żoną i matką.

Ma uroczego męża , Jerzego, dziennikarza i spotkania z nimi są miłe, z przyjemnością obserwuję, jak wzajemnie siebie traktują , poważnie z czułością. A przecież są już małżeństwem z bardzo dużym stażem, pobrali się przecież tuż  po ukończeniu studiów.

Życzę Im wielu dobrych lat i myślę o Nich z wielką sympatią i szacunkiem.

 

 

Na medycznej ścieżce. Koleżanki z czasów poznańskich.

Przez wiele lat nie wracałam myślami do czasów poznańskich. Przeszłość stała się  zamkniętą kartą a moja  księga życia stale była otwierana  na kolejnych , niezapisanych jeszcze stronach .

Teraz, gdy mam 65 lat, jestem na emeryturze i tylko trochę pracuję,  nadszedł czas powrotów.

I oto jestem tam, w Poznaniu. Młoda, z zapałem w sercu, radosna i przejęta studiami. Siedzimy wokół stołu sekcyjnego , zamknięci w Sali w Collegium Anatomicum,  drżąc ze strachu i dzielnie stawiając czoła emocjom, tak trudnym do udźwignięcia w naszym młodym wieku. Zakuwanie, odpytywanie, system ocen, zajęcia sekcyjne to była nasza codzienność w niezapomnianym 1965/1966 roku.

Widzę nas wszystkich, dokładnie pamiętam miejsca, które każdy zajmował   przy wspólnym stole służącym do rozkładania książek tj podręczników anatomii pod red Bochenka, popularnie zwanych bochenkami, bardzo przydatnymi skrótami anatomii pod red Krechowieckiego i ogromnymi atlasami anatomicznymi. Na szczęście były wówczas ładne, dobrze opracowane i co najważniejsze, niedrogie atlasy rosyjskie pod red Sinielnikowa.

   Naprzeciwko mnie siedziała drobniutka blondynka o różowej cerze, która ze strachu tak ładnie oblewała się krwistym rumieńcem i trzepotała rzęsami. Nazywała się wtedy Krysia Graduszewska . Spotkałam ją po wielu latach, gdy już pracowałam w CZD. Niewiele się zmieniła, mimo, że już miała duże dzieci. Była  uznanym w Bydgoszczy kardiologiem dziecięcym i w czasach, gdy ECHO serca było wykonywane przez pionierów, ona prowadziła taką pracownię. Do CZD przybyła na kurs kardiologiczny. Wyściskałyśmy się radośnie, ale potem każdy wrócił do swojego poprzedniego życia i już więcej się nie spotkałyśmy.

    Niedaleko Krysi siedziała Alicja. Wydawało się, że jest twardą, spokojną, pewną siebie dziewczyną, uczyła się pilnie. Chyba nie udało się jej zaliczyć pierwszego roku studiów, co wiązało się z koniecznością opuszczenia uczelni. Jak potoczyły się jej losy, nie wiem.  

   O Monice Brzezickiej  pisałam już wcześniej. Była ładna, przystojna , mądra i zawsze pełna pomysłów . Jej trochę udziwniona osobowość  od początku mnie fascynowała i przyciągała, do tego stopnia, że wielokrotnie starałam się ją naśladować, dodając oczywiście swoje , wcale nie małe fanaberie. Spędziłyśmy razem wiele czasu i ten czas był niezwykły.  Nasze wspólne wyprawy nad morze nadal pachną słoną  bryzą, tak jak kiedyś….Straciłyśmy kontakt i myślę z żalem , że bezpowrotnie.

Z tamtych czasów pozostała mi tylko jedna koleżanka, nadzwyczajna postać  i  stale mi bliska . Ale ta znajomość zasługuje na odrębne wspomnienie.  To Małgosia Krajewska, obecnie Walasek. Profesor genetyki w Centrum Zdrowia Dziecka.

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Sztuczna nerka.

 

Któregoś dnia, gdy w poznańskiej klinice odbywaliśmy zajęcia z propedeutyki interny, zaproszono nas do specjalnego pomieszczenia.

Lekarze byli przejęci i czuliśmy, że zobaczymy coś niezwykłego, nadzwyczajnego.

Wchodziliśmy kolejno, tłocząc się pod ścianą.

Prawie cały pokój zajmowała maszyneria: warczał silnik, pluskała pompa a w centrum stał ogromniasty kocioł z przykrywą.

Gdzieś daleko, poza tymi urządzeniami dostrzegliśmy zwykłe szpitalne łóżko a na nim chudziutkiego człowieka o szarej twarzy. Na krawędzi łóżka spoczywała jego koścista ręka z której wyprowadzone były przewody wypełnione krwią.

Gdyby nie obecność pacjenta, wydawać się mogło, że pomyliliśmy pokoje i teraz znajdujemy się w jakimś pomieszczeniu technicznym.

Profesor z dumą objaśnił nam, że mamy szczęście, i oto jesteśmy w tej klinice w czasach historycznych.

Bo całkiem  niedawno rozpoczęto tutaj nową erę w leczeniu pacjentów z niewydolnością nerek.

Ta metoda, która zmieniła rokowanie w ciężkich chorobach nerek nazwana jest dializą.

A aparatura, którą teraz oglądamy jest tzw sztuczną nerką. Wykonali ją inżynierowie z Poznańskich Zakładów Cegielskiego. 

Wydaje się, że nasze zajęcia były tak niedawno, a to już minęło ponad 50 lat.

I obecnie takie urządzenia to już XXI wiek, mają taki format, że nawet mieszczą się w kieszeni, ale nie zmieniła się zasada zabiegów.

 

Schemat urządzenia do leczenia nerkozastępczego czyli dializy.