Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich

W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.

Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.  

Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach.  Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.

Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.

W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.

I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili  nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli  wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos-  jestem Wojciech Michałek – Grodzki.

Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał  nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.

Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.

Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..

Śladami mojego Taty . Odwiedziny u Lisiaków

Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do  domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki  były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną  minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .

Śladami mojego Taty. Kolejne dawne panny Rodziewiczówny , moje Ciocio- Babcie. Walerka.

Kolejna  siostra mojej Babci- Staśki to  potężna Walerka. Wyszła za mąż za Dzierżyńskiego,  kuzyna Feliksa- nazywanego krwawym katem.  Mieli dwóch synów.

Gdy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, zalegała co najmniej przez dwa tygodnie. Wspominam ją dobrze, bo właściwie w naszym dużym mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106, w Gorzowie, ludzie się gdzieś gubili i nie było problemów z zakwaterowaniem dodatkowej osoby.

Pamiętam tylko jak dostojnie kroczyła z dworca przez parczek leżący obok naszej kamienicy. Jej tekturową walizkę dźwigał mój Tato.

Potem przesiadywała na naszym tapczanie przywiezionym przez Mamę z Wileńszczyzny, zajmując jego dużą powierzchnię, i pogadywała z moimi Rodzicami. Oni pracowali, więc nie mieli czasu na dłuższe rozmowy. Więc ciocio- babcia sobie po prostu spokojnie siedziała.

Po wielu dniach podejmowała decyzję wyjazdu. W tym terminie prosiła Tatę o odprowadzenie na dworzec, co było naturalne bez przypominania. Tato się dziwował, bo wyprawa na dworzec rozpoczynała się od świtu, wiele godzin wcześniej od planowanego odjazdu pociągu. Ale ciocio-babcia nalegała, więc niebawem sunęli  dostojnie przez niewielki parczek prowadzący od naszego domu na dworzec. Tam spędzali kilka godzin i ciocio-babci zadowolona wielce odjeżdżała w siną dal. Tzn do swojego Wrocławia.

W tym czasie była już wdową, nie znam okoliczności śmierci jej męża.

Mieszkała we Wrocławiu z najstarszym synem i jego żoną. Nie mieli dzieci. Ten syn ciocio- babci Walerki, Staszek był wspaniałym studentem. Do historii rodzinnej przeszła opowieść o jego niezwykłym zapale pochłaniania wiedzy. To właśnie było przyczyną, że studiował prawo aż 7 lat. Aż któregoś dnia zupełnie niespodziewanie, oświadczył swojej matce, która już zrezygnowała z myśli o wykształconym synu, że właśnie został  prawnikiem . Odnoszę wrażenie, że poznał wszystkie kluby studenckie , knajpy oraz podziemne lokale cieszące się jak najgorszą opinią. Pewnie było to przydatne w praktyce sędziowskiej J.

Może przydatne nie było w jego zawodzie , ale sądząc z zaangażowania we wprowadzanie w życie mojego brata- Zenona, wiedza ta do czegoś się jednak przydała. W efekcie mój brat kontynuując poznańskie studia polonistyczne  we Wrocławiu, miał wielką ochotę zakończyć już  edukację. Zresztą te studia nie spełniały jego marzeń, gdyż wówczas w ogóle nie było wymogów pisania własnych tekstów. A przecież mój Brat uwielbiał tylko paranie się piórem, zresztą w tym czasie z dość dobrym efektem- pojawiły się jego pierwsze publikacje prasowe. I właśnie głównie z powodu brata bywaliśmy we Wrocławiu, bo Mama spłacała jego liczne długi . Ale cóż, wiedza kosztujeJ

Może miałam wtedy  5- 7 lat, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy takie wielkie miasto. Budziło mój lęk, bo było ogromne, czarne, wyglądało jak umierający olbrzym z wytrzeszczonymi oczodołami pustych wybitych okien.  

Dzierżyńscy  mieli mieszkanie mieli przepastne i mroczne. Można się było w nim zgubić. Spałam na dwóch zestawionych skórzanych fotelach i przez całą noc pilnowałam, by te fotele się nie rozjechały. Jednak na ranem traciłam kontrolę nad siłą ciężkości mojej pupy, która wklinowała się pomiędzy oba siedzenia i skutecznie rozpierała oba fotele. Wpadałam więc przez utworzoną szparę , z całą pościelą na podłogę, czując przez sen drewniane nogi fotelowe obok siebie oraz śliski chłodek podłogi . I byłam zdumiona, gdy rano słyszałam głos moich Rodziców, którzy mnie poszukiwali i wreszcie wydobywali z otchłani. Na moje szczęście wizyty nasze we Wrocławiu były krótkie i wracaliśmy do naszego  ukochanego Gorzowa.  

Drugi syn ciocio- babci, Walerki , Kazik,  po wojnie mieszkał w Warszawie, gdzie dostał pracę w Najwyższej Izbie Kontroli. Podobno był wiernym odbiciem urody Feliksa, i wysocy urzędnicy w Warszawie radzili mu, by wykorzystał swoje nazwisko i podobieństwo, bo wtedy będzie miał  szanse by zajść daleko w karierze zawodowej.  Ale chyba tego nie zrobił, bo był zwykłym urzędnikiem, chociaż w dość renomowanej placówce. Tak więc   do końca nie wiem, czy jednak w czasach stalinowskich bliskie pokrewieństwo z Feliksem nie zadziałało. Miał uroczą żonę, ale zmarł bezpotomnie.

Z tymi krewniakami nie rozmawiałam nigdy, bo byłam dzieckiem. A dzieci i ryby przecież nie mają głosu….

 

Na medycznej ścieżce. Małgosia.

 

 Ale najważniejsza znajomość z czasów poznańskich,   tak pięknie rozwojowa, że nawet mogę ją teraz nazywać przyjaźnią, to Osoba Małgosi Krajewskiej.

Nie była w naszej grupie studenckiej , ale miałyśmy  zajęcia z anatomii w tym samym czasie . 

Rozpoczynały się one  ok. godziny 16, ale wszyscy przybywali znacznie wcześniej.

Siadaliśmy wówczas na schodach, rozkładaliśmy książki i w oparach dymu papierosowego pospiesznie zakuwaliśmy , usiłując w ostatniej chwili wbić sobie do głowy tajniki anatomii. Przepytywałyśmy siebie nawzajem, więc było gwarno, chaotycznie.

To był klimat niepowtarzalny, zdarzył się tylko jeden raz w życiu.

Wspominam te czasy z czułością.

 I właśnie wtedy zauważyłam dużą, bardzo poważną dziewczynę o krótkich , poskręcanych tzw trwałą, włosach , które miały bliżej nieokreśloną  barwę.

Krótko mówiąc, nie dostrzegałam w niej wielkiej urody, na pewno była przystojna, ale wyciszona i jakby wyhamowana.

Zresztą obie byłyśmy zajęte swoimi koleżankami. Małgosi zawsze towarzyszyła Ola  , ciemnooka i ciemnowłosa niewielka, bardzo energiczna i zawsze ruchliwa.  Były mieszkankami Poznania, znały się od dawna i widać było, że łączy je przyjaźń i jakby porozumienie ponad zwykłe więzi studenckie.

Ja wpatrywałam się z uwielbieniem w Monikę, usiłowałam ją naśladować, udając wielkie rozbawienie i  wieczny luz. Zastanawiam się na tym , co napisałam. Nie, ja nie udawałam luzu, po prostu w tych okolicznościach i przy tych ludziach właśnie tak czułam.

Małgosia po latach określiła nas , szczególnie Monikę, jako nieco zdziwaczałe, szalone, a nawet zbliżone do wariatek dziewczyny .

W tych czasach , z Małgosią , chyba niewiele rozmawiałyśmy ze sobą, ale zadzierzgnęły się między nami silne , jak się okazało więzy , które pewnie wynikały z naszej bardzo specyficznej sytuacji, przypominającej warunki więzienne.  Tworzyłyśmy wtedy zupełnie odrębną zamkniętą i skonsolidowaną społeczność, powiązaną silnym przeżywaniem bardzo trudnych pierwszych chwil medycznej edukacji.

Jak silne były nasze wzajemne relacje, mogłam to ocenić po bardzo wielu latach.

Otóż w  1981 roku rozpoczęłam pracę w CZD ( pewnie te czasy opiszę później ) . Któregoś dnia Ania Jungowa zabrała mnie do stołówki szpitalnej.

 Gdy kupowałam obiad u pani, która siedziała na środku sali jadalnej, Ania pokazała mi z daleka kobietę zjawiskowej urody.

Powiedziała, że jest to dr Małgorzata Walasek, i że jest prawą ręką profesora genetyki, prowadzi poradnię genetyczną i jest świetnie rokującym młodym naukowcem.

Stałam i patrzyłam w  kierunku Małgorzaty.

A ona już płynęła w naszym kierunku, wysoka, prosta, smukła z długimi jasnymi włosami, luźno upiętymi w ogon koński . W turkusowym mundurku, bo takie nosili w CZD lekarze wyróżniała się z tłumu i jaśniała tajemnym blaskiem.

Spotkałyśmy się obok stolika, gdzie pani wycinała kartki na kolejne obiady.

Ania usiłowała nas sobie przedstawić.

Ale nie było takiej potrzeby, bo w tej chwili nieomal wykrzyknęłam- Małgosia!

Ona powiedziała, że rozpoznała mnie z daleka i dlatego natychmiast przybiegła .

Oczywiście doskonale  zapamiętała moje imię.

Teraz tylko uzupełniłyśmy informacje o sobie, podając aktualne , przejęte od naszych mężów nazwiska.

Ona w czasach studenckich  nosiła nazwisko Krajewska, a ja Łukaszewicz. Teraz byłyśmy Walasek i Konopielko.

Mimo upływu czasu i zupełnie innej sytuacji niż poznańskie studia , przywitałyśmy się z wielką radością i sympatią. Wydawało się, że rozstałyśmy się przed kilkoma dniami.  

Od tej pory spotykałyśmy się dość często .

Ponieważ obie mieszkałyśmy na Żoliborzu, w środkach komunikacji spędzałyśmy wiele godzin, gadając bez pamięci.

Poznałyśmy swoje problemy rodzinne , jakieś sekrety, udzielałyśmy sobie różnych porad. Zawsze podziwiałam jej mądrość , rozsądek i nieustanną chęć pomocy.

Gdy moja Paulina przygotowywała się do matury, jej córka zadeklarowała pomoc w nauce. Bo wtedy już była studentką lingwistyki stosowanej, zresztą ukończyła to samo w którym była moja Córka- Liceum im Stefanii Sempołowskiej. Dobrze  więc znała tamtejsze zwyczaje i nauczycieli. Przez jakiś czas się spotykały i na pewno pomoc córki Małgosi była cenna.  Małgosia też doradziła, by moja Paulina zdawała na maturze biologię, a nie jak planowała historię.

Dodatkowo, nomen omen, jej córka też nazywała się Paulina. Uważałam, że był to  niebywały splot okoliczności…..

W działaniach  medycznych Małgosia zawsze spieszyła z poradą , włączała się w różne moje i moich dzieci problemy, zawsze aktywna i zaangażowana.

Od dawna jest uznanym w świecie profesorem genetyki, Kierownikiem Zakładu Genetyki CZD, niezwykłą żoną i matką.

Ma uroczego męża , Jerzego, dziennikarza i spotkania z nimi są miłe, z przyjemnością obserwuję, jak wzajemnie siebie traktują , poważnie z czułością. A przecież są już małżeństwem z bardzo dużym stażem, pobrali się przecież tuż  po ukończeniu studiów.

Życzę Im wielu dobrych lat i myślę o Nich z wielką sympatią i szacunkiem.

 

 

Na medycznej ścieżce. Koleżanki z czasów poznańskich.

Przez wiele lat nie wracałam myślami do czasów poznańskich. Przeszłość stała się  zamkniętą kartą a moja  księga życia stale była otwierana  na kolejnych , niezapisanych jeszcze stronach .

Teraz, gdy mam 65 lat, jestem na emeryturze i tylko trochę pracuję,  nadszedł czas powrotów.

I oto jestem tam, w Poznaniu. Młoda, z zapałem w sercu, radosna i przejęta studiami. Siedzimy wokół stołu sekcyjnego , zamknięci w Sali w Collegium Anatomicum,  drżąc ze strachu i dzielnie stawiając czoła emocjom, tak trudnym do udźwignięcia w naszym młodym wieku. Zakuwanie, odpytywanie, system ocen, zajęcia sekcyjne to była nasza codzienność w niezapomnianym 1965/1966 roku.

Widzę nas wszystkich, dokładnie pamiętam miejsca, które każdy zajmował   przy wspólnym stole służącym do rozkładania książek tj podręczników anatomii pod red Bochenka, popularnie zwanych bochenkami, bardzo przydatnymi skrótami anatomii pod red Krechowieckiego i ogromnymi atlasami anatomicznymi. Na szczęście były wówczas ładne, dobrze opracowane i co najważniejsze, niedrogie atlasy rosyjskie pod red Sinielnikowa.

   Naprzeciwko mnie siedziała drobniutka blondynka o różowej cerze, która ze strachu tak ładnie oblewała się krwistym rumieńcem i trzepotała rzęsami. Nazywała się wtedy Krysia Graduszewska . Spotkałam ją po wielu latach, gdy już pracowałam w CZD. Niewiele się zmieniła, mimo, że już miała duże dzieci. Była  uznanym w Bydgoszczy kardiologiem dziecięcym i w czasach, gdy ECHO serca było wykonywane przez pionierów, ona prowadziła taką pracownię. Do CZD przybyła na kurs kardiologiczny. Wyściskałyśmy się radośnie, ale potem każdy wrócił do swojego poprzedniego życia i już więcej się nie spotkałyśmy.

    Niedaleko Krysi siedziała Alicja. Wydawało się, że jest twardą, spokojną, pewną siebie dziewczyną, uczyła się pilnie. Chyba nie udało się jej zaliczyć pierwszego roku studiów, co wiązało się z koniecznością opuszczenia uczelni. Jak potoczyły się jej losy, nie wiem.  

   O Monice Brzezickiej  pisałam już wcześniej. Była ładna, przystojna , mądra i zawsze pełna pomysłów . Jej trochę udziwniona osobowość  od początku mnie fascynowała i przyciągała, do tego stopnia, że wielokrotnie starałam się ją naśladować, dodając oczywiście swoje , wcale nie małe fanaberie. Spędziłyśmy razem wiele czasu i ten czas był niezwykły.  Nasze wspólne wyprawy nad morze nadal pachną słoną  bryzą, tak jak kiedyś….Straciłyśmy kontakt i myślę z żalem , że bezpowrotnie.

Z tamtych czasów pozostała mi tylko jedna koleżanka, nadzwyczajna postać  i  stale mi bliska . Ale ta znajomość zasługuje na odrębne wspomnienie.  To Małgosia Krajewska, obecnie Walasek. Profesor genetyki w Centrum Zdrowia Dziecka.

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Na medycznej ścieżce. Morze…

Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza  zakuwaniem i wykradaniem czasu  na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .   

I nagle  do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy  pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki  spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół  oddalał  nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone  tło.  A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.

Ok. 4 nad ranem miałyśmy  przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.

Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron  . Jednak  po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .

Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.

O świcie witało nas  Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami ,  nigdzie nie widziałyśmy  żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to  miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.

A ono na nas czekało . Nagle otwierało  się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy  na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na  plaży potem przeniosłyśmy się  na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .

Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .

Było pięknie i czysto.

Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu   nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca  szłyśmy na wykłady.

Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dzień na uczelni. Poznań i Monika.

 

I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.

To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty  w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że  ważny jest uśmiech lekarza.

Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto.  Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.

Miasto było ogromne i piękne.

Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .

Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie.   Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.

Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni  . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.

Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i  zawsze uspokajała  nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się  uczyć  , ale można mieć potknięcia.

Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej  Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .

 Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak,  mama pozwoliła . Wobec tego  wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane  i zdawałyśmy bez trudu :).

Po drugim roku studiów  nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.

Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.