Losy moich Rodziców. Pierwsze własne mieszkanie po wojnie.

Gorzów Wlkp. był miastem poniemieckim. Nazywał się w czasach przedwojennych i wojennych Landsberg. Położony nad piękną Wartą i rozłożony na zielonych wzgórzach został w 25 % spalony przez wojska radzieckie w 2 tyg. po wyzwoleniu. Wypalone zostało centrum, uratowała się  XIV katedra. Ale pozostało dużo domów, w których mieszkania były gotowe do zamieszkania.

Rodzice otrzymali mieszkanie przy ul. Kosynierów Gdyńskich 102.

Odwiedzałam kiedyś to miejsce. Wchodziło się w mroczną  bramę a następnie stromymi schodkami na niskie pierwsze piętro. Mieszkanie było ponoć niewielkie i ciemne, ale Rodzicom i tak się wydało przyjazne.

Przecież po wojnie nie mieli nic, nawet  własnego kąta…..

 

Losy moich Rodziców. Poszukiwanie miejsca na ziemi.

Poszukiwanie miejsca na ziemi

 

Rodzice od razu rozpoczęli dyskusję co dalej począć.

Tato już miał propozycję pracy w Warszawie, gdyż tam przybył bezpośrednio po wojnie jego pomagier w pracach projektowych, pan Balicki, który został wiceministrem komunikacji.

Któregoś dnia Mama się zebrała, załatwiła zastępstwo w szkole i pojechali do Warszawy. Jak wyglądała stolica tuż po wojnie nie muszę pisać.

Gdy Mama ujrzała straszliwie zniszczone miasto, od razu rzekła, że ma w sercu ruinę i mieszkać w ruinach nie chce. Tata też się nie kwapił, gdyż była tylko możliwość niezłej pracy, ale żadnych widoków na mieszkanie.

Dość podobnie wyglądał spalony Wrocław, który obejrzeli podczas kolejnej wyprawy w poszukiwaniu miejsca na ziemi. Tam już mieszkali kuzynowie taty- Dzierżyńscy z matką- Walerką, starszą siostrą Staśki, matki Ojca. Oni jakoś się tam już zaadoptowali, mieli nawet ładne duże mieszkanie, ale Rodzice nie chcieli tam mieszkać.

Pojawiła się kolejna propozycja – nie wiem dokładnie, kto proponował. Może to Nowiccy- tak to na pewno oni się odezwali z Gorzowa. MaryniaNowicka była jedyną córką siostry mojej Babci- Staśki, czyli kuzynką Taty. Nowiccy przybyli do Gorzowa wcześnie, zajęli ładne mieszkanie a właściwie pół poniemieckiej pięknej wilii , mąż Maryni- Władek, pracował w urzędzie, który się zajmował dysponowaniem poniemieckich mebli. Oczywiście sobie zorganizował też niezłe. Potem się dowiedział o możliwości pracy dla Ojca, oczywiście na ukochanej kolei i zaprosił Rodziców do Gorzowa. Jak długo trwały te wszystkie przymiarki, nie wiem. Jednak chyba i tak krótko jak na tamte czasy, gdzie sposób komunikowania się ludzi polegający chyba jedynie na korespondencji listownej, ale może jednak już były czynne telefony.

W efekcie Rodzice wylądowali w Gorzowie już w końcu 1946 roku.

Pełen relaks nad Wartą…

Kladka.JPG

Kładka wiodąca nas z miasteczka do Term, zamku, parku. Po lewej plaża nad Wartą Termy i bliżej kładki taras restauracji, którą nazywałam  Wenecją- bo taka była  w Gorzowie w czasach mojej młodości.

 

 

 

 

Po basenowych kąpielach.

siadywaliśmy na tarasie restauracji Termalnej, dość wysoko ale bezpośrednio nad nurtem rzeki , konsumowaliśmy bardzo smakowite dania, w dodatku tak obfite, że jedna porcja wystarczała na dwie osoby , delektowaliśmy się urodą rzeki i miasteczka wznoszącego się na łagodne zbocze przeciwległego o brzegu, zapominaliśmy o tej nibyfabryce.

 I  dopiero  wtedy nadchodził pełen relaks, słodkie bezmyślne lenistwo .

Warta szumiała, rozsiewała swoje bardzo miłe zielone wiosenne zapachy a my oparci o krzesełka z winkiem w kielichu i opalenizną na twarzach poddawaliśmy się tym magicznym chwilom. Jakże potrzebnym w tym zapędzonym świecie.

I nawet siedzący przy sąsiednim stoliku Niemcy, którzy przybyli tutaj na kajakach i rozbawieni widocznie i hałaśliwi nie zdołali zepsuć nam sjesty. Zresztą niebawem zebrali się, wychylili ostatnie łyki złocistego piwka , grzecznie uporządkowali, przywrócili do poprzedniego układu stoliki, które wcześniej zsunęli by siedzieć w grupie i od tego momentu grzecznie, sznureczkiem zeszli z tarasu tegoż baru, zsunęli się po łagodnym zboczu plaży nadwarciańskiej i w kapoczkach, ze świeżymi chorągiewkami na każdym kajaku pomknęli w dół rzeki. Nie wiem dokąd płynęli. Jeszcze nie przestudiowałam tras organizowanych tutaj spływów kajakowych, ale po prostu mi się jeszcze nie chciało.

Wolałam snuć marzenia, że właśnie niebawem powita ich mój Gorzów, moje miasto rodzinne leżące w jeszcze bardziej dolnym biegu Warty.

I wyobrażałam sobie ich zachwyt nad nowymi bulwarami, mostami i tylko dlaczego mnie tam nie ma….

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

I znowu sentymentalny powrót do Gorzowa. Przeglądam swoje stare zdjęcia i znajduję to- Dworzec PKP w moim mieście rodzinnym. A potem mój tekst zamieszczony pod nickiem Łuka w MM- Gorzów w pażdzierniku 2010 roku. I cofam się w czasie…

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

 

Niedziela i noc na gorzowskim peronie. Właśnie wyjeżdżam. Jestem sama. Ogłaszają , że pociąg będzie opóźniony o 30 minut. Mam czas, dłużej pobędę w Gorzowie.

Rozglądam się i robię zdjęcia.

Peron jest oświetlony, może mało przytulny i przypomina perony dworcowe winnych miastach. Na jego końcu lśni tajemniczy drzewokrzew.

Siadam na ławce. Rozmyślam sobie. To jest mój dworzec i mój peron.

Główny w życiu. Nie wiem, ile razy stąd wyjeżdżałam (z Domu) i wracałam (do Domu).
Peron jest chropowaty, zdeptany nogami podróżnych.
Poniżej proste, gładkie, idealnie równoległe tory prowadzące gdzieś w świat. Za nimi następny peron.
Niedługo przyjedzie pociąg.

Rozmyślam i widzę jak te perony zamykają fragmenty mojego życia.

Są jak nawiasy.

Muszą być w parze.

Każdy się otwiera, a jego lustrzane odbicie zamyka treść, zdarzenia.

Chcę opowiadać o swoim życiu, ale zamiast zdań podrzędnych umieszczam te peronowe nawiasy.

Urodziłam się w Gorzowie  ( bo tutaj rodzice próbowali odbudować swoje życie po wojnie).

Gdy miałam 5 lat, razem z przyjaciółką uciekłyśmy z domu na działki  (bo chciałyśmy być dorosłe).

Często wyjeżdżałam nad morze  (było bezkresne, piękne i bardzo szumiało – teraz każdy szum lasu wydaje mi się szumem morza).

W pierwszej szkole zobaczyłam zadziwiające muszelki w podłodze  (bo często się dziwiłam, jak widziałam coś niezwykłego).

Miałam krzywe zęby  (bo oddziedziczyłam po przodkach).

W Gorzowie w latach 50. nie było ortodonty  (bo w Polsce ta specjalność dopiero raczkowała).

Dlatego jeździłam z ojcem do Poznania (bardzo lubiłam tam jeździć, bo smakowała mi masa plastyczna, z której wyrabiano aparat).

W Poznaniu zawsze chodziliśmy do baru mlecznego (bo lubiłam jeść leniwe w prawdziwym barze) oraz do sklepu z ołówkami (ołówki miały napisy Kooh-I-Noor i przyjemnie pachniały).

Zgryz mam nadal trochę nieprawidłowy ( bo nie lubiłam aparatu, aż sam się w końcu zgubił).

Potem chodziłam do LO za Wartę (bo kusiły mnie most i wielka rzeka w dole).

Studiowałam w Poznaniu  (bo tam była wonna Palmiarnia z ławkami i można było sobie czytać).

Często przyjeżdżałam do Gorzowa (bo tu jeszcze był mój Dom).

Wyszłam za mąż               (wcześnie, bo tak było najlepiej).

Urodziłam dużo dzieci       (bo chciałam mieć dużą, radosną rodzinę).

Potem tylko pracowałam     (bo to była moja pasja).

Teraz jestem na emeryturze (bo zawsze bardzo tęskniłam za luzem w życiu).

Jeszcze pracuję, a ponadto gadam sobie w MM-Gorzów (bo jednak bardzo lubię ludzi).

Czasami się modlę (bo muszę dziękować za to, co dobre i proszę o siłę).

Nie przyjeżdżam do mojego miasta rodzinnego (bo czuję, że tam nie mam już Domu).

Rozmowy na MM G wystarczają mi zupełnie (więc nie muszę tak naprawdę podróżować).

Stale myślę, że jeszcze coś zobaczę i zrobię (bo podobno jestem optymistką – mówią, że noszę różowe okulary).

Umiem się cieszyć i oglądać to, co bardzo duże i to, co bardzo małe (bo w środku chyba jestem jeszcze dzieckiem).

Lubię tańczyć (ale nie mam z kim).

Mam już zmarszczki (głównie na twarzy, ale raczej nie na duszy).

To odziedziczyłam po przodkach (chyba po to, żeby zachwycać się genetyką).

Teraz mam coraz bliżej końca wędrowania (ale jestem pogodzona, bo każdy tak ma).

Potem przyjdą młodzi i piękni  (widzę ich dookoła i są naprawdę ładni).

Przede mną ostatni peron  (bo muszę w końcu zamknąć ten największy nawias) .

Cieszę się  (bo w tym innym świecie podobno jest też ciekawie i mówią, że tam grają trąby anielskie).

Kończę tę opowieść    (bo właśnie ktoś zachrapał).

Wypiłabym jeszcze piwo   (ale podobno na peronie nie można).

Zaraz będzie pociąg (i sobie gdzieś pojadę).

Nikt mnie nie żegna (bo i nikt nie witał).

Ta opowieść jest trochę dziwna (ale można czytać tylko to, co bez nawiasów – albo nie czytać w ogóle).

Ale to wina tych peronów i Wojtka Młynarskiego

(bo on jeszcze mi śpiewa w głowie ,,Na wszystkie smutki niedziela na Głównym…”)

 

 

 

Uśmiechnięte Oko Pana Boga.

Jurek zmarł  mając zaledwie 50 lat  .

Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.

Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….

 

I właśnie dzisiaj  umówiłam się  z Jurkiem .

Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.

Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest  poważny, zadumany listopadowo.

Właśnie powoli gaśnie dzień  i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.

Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do  tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.

Jestem w samym jądrze miasta .

   Jurek  już czeka , stoi oparty o  ścianę katedry.

Ręce ma  założone do tyłu .

Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej  chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.

 Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.

Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego  cmentarza..

 

Zaczynamy rozmawiać .

I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .

Opowiadam, że  nazwałam go Jasny .

Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.

Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .

Nawet nie wiem czy  były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.

       Widzę,  że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.

 

Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna  i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.

Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.

 

Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.  

Mówię to dopiero teraz.

Że go kochałam , że inni też go kochali .

Ale czy ktoś z nas  zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…

Tylko się uśmiecha  , po swojemu dziecięco zakłopotany…

     Obiecuje, że  przyśle   zupełnie nowe fotografie Gorzowa.

Tak dużo ich już wykonał.

Cieszy się .

Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować   z nieograniczonej perspektywy .

 Podobno jego miasto wygląda tak , jak  kiedyś wspólnie oglądana  scenografia  do  „Ptaków „ Arystofanesa.

    Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .

Obiecuje.

To będzie zdjęcie  Uśmiechniętego Oka Pana Boga .

Teraz czekam..

 

Zostaję  sama z Rynkiem , w objęciach nocy. 

Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.

W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .

Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych ,  jak serce ofiarowane sercu.

Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…

 

 

Ostatnie śliwki tego roku…

Bardzo lubiłam  późne jesienne śliwki. Dziwiłam się , że ich słodycz narastała z  wiekiem , a najsmaczniejsze były te brzydkie i  zupełnie pomarszczone..

Łączyła nas  tajemnica  wspólnej jesiennej pory urodzenia ,   delikatny koloryt tych owoców utrwalony  na akwareli namalowanej przez ojca jeszcze w czasach wileńskich , ale najbardziej  ogrody.

Po tylu latach widzę, jak by to było zaledwie wczoraj, ogrody na gorzowskich wzgórzach .       Chodziliśmy tam pieszo , posłusznie dreptałam obok ojca , długo oglądaliśmy  konie  za dużym ogrodzeniem , prowadziły nas małe , kręte uliczki otoczone ładnymi niewielkimi domami . I nagle otwierała się wielka zielona przestrzeń. Zawsze witała  fragmentem nagiego piaszczystego zbocza , dla dziecka jawiącego się  jak ogromna  piaskownica spływająca w dół .W ogrodach królowały dorodne drzewa,  najczęściej śliwy. Ich owoce spadały na kolana siedzących na trawie…

     Kiedyś usłyszałam, że te ogrody już odeszły w przeszłość. Wybudowano tam wielkie domy. Nie chciałam  wracać do mojego miasta .

Ale jak wiadomo, najlepszym lekarstwem  jest czas. Odważyłam się . Pomyślałam, że domy , to tylko jakiś  znak czasu, ale ludzie? Jacy ludzie zamieszkali w tym magicznym śliwkowym raju? Czy są inni, czy czują się inaczej wiedząc, że mieszkają w moim zaczarowanym miejscu .

Poszłam  o świcie, żeby zobaczyć jak tam , na moich dawnych działkach , budzi się dzień. Stałam nieruchomo na skraju wzgórza.

Mieszkańcy pojawiali się stopniowo. Najpierw powoli wyłaniali się starsi panowie, wyprowadzali   swoje  psy, niektórzy leniwie wciągali dym z zapalonych pospiesznie papierosów , inni człapali po schodach z siatka pełną świeżych bułek.

Po niewielkiej pauzie, gdy słońce już stawało się widoczne ,  wielu  młodych ludzi  zwinnie zbiegało w dół , skacząc po dwa lub trzy stopnie na raz w dół, zapinając po drodze kurtki. Słychać było głośno zatrzaskiwane drzwi samochodów , już pracowały silniki i po chwili zaczęła panować wielka ciepła cisza.

Pomyślałam dziecięco rozczarowana , że mieszkający w moim zaczarowanym podziałowym miejscu  ludzie są zwykli , tacy jak wszędzie.

 

Ale nagle usłyszałam odgłos otwieranego okna. Spojrzałam na górne piętra .W otwartym oknie stała starsza smukła kobieta .W wielkim już słońcu na chwilę zamigotały szklane tafle okna, potem rozbłysły złote refleksy  na jej siwych włosach. Stała długo i patrzyła przed siebie. Co widziała? Nigdy tego nie zgłębię, nie dowiem się.

I zrozumiałam, że widok za oknem wielkiego bloku stojącego na szczycie wzgórz , zajmującego przestrzeń moich działek , może być przepiękny.

Że miasto , dolina wielkiej rzeki u stóp może być większym przeżyciem niż smakowanie późnych jesiennych śliwek.

Tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka

 

Nie ma jak przyjaciele.

 

Wszystko splata się wg jakiegoś centralnego niebieskiego planu.

Im dłużej żyję, tym coraz częściej dochodzę do takiego wniosku.

No na przykład mój powrót do Gorzowa. Niespodziewany, wcale nie upragniony. Przypadkowy nieomal.

Wedzia ( czyli wnuczka Weronika) namówiła mnie by zakupić laptop, potem łącze internetowe, a następnie  zapisała mnie do Naszej Klasy. Ot, była taka moda, ja na emeryturze, więcej wolnego czasu. Czasu bardzo cennego, bo przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Przez całe moje dość intensywne życie nie miałam takiej okazji i teraz cieszyłam się tym własnym, wolnym czasem jak dziecko pierwszą zabawką.

Gdy już się znalazłam w portalu Nasza Klasa pomyślałam do dawnych kolegach. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od czasów licealnych, gorzowskich. Znalazłam kilka osób, napisałam maile. Odpowiedzieli.

I czułam , jak powoli wsysa mnie moja przeszłość. Ożywa , pulsuje i wzywa do konfrontacji. Konfrontacji tego co zapamiętałam, z rzeczywistością .

 

I właśnie dlatego przed czterema laty, po 40 latach nieobecności,  wróciłam do Gorzowa .  Spotkanie z kolegami ze szkolnej ławy było miłe, ale zresztą tak, jak w czasach szkolnych, co mnie stale zadziwia- ludzie których kiedyś lubiłam nadal byli bliżej niż ci, którzy kiedyś byli obojętni. Jednak z nikim nie znalazłam wspólnych, interesujących i porywających mnie tematów.

I wówczas  dowiedziałam się, że istnieje portal społecznościowy o nazwie Moje Miasto Gorzów( MM Gorzów). Na fali uruchomionych wspomnień i obudzonej z wieloletniego uśpienia  sympatii do tego miasta rozpoczęłam pisaninię do tego portalu. 

W tym też czasie zauważyłam grupkę znakomitych ludzi, których artykuły i komentarze wyróżniały się na tle innych.

Po nitce do kłębka, dążąc z dwóch przeciwległych stron- ja z okolic podwarszawskich a Oni z mojego Gorzowa, spotkaliśmy się na tej drodze. I okazało się, że  znajomość była trafiona, poważna i trwała . A nawet mogę powiedzieć, że posiada cechy przyjaźni.

Teraz nasze MM- kowe relacje trochę się rozluźniły, zresztą nasz portal zmienił swój charakter. Ale cóż się na świecie nie zmienia, panta rei….

Z większością nowych znajomych nie mam stałych kontaktów , ale wiem, że gdzieś są w świecie, działają w swoich blogach, innych portalach.

Ale o nich czasami myślę i odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon lub mail i znowu mogę być z nimi blisko.

Najważniejszą Znajomością z tego okresu jest gonia. Pewnie jeszcze nieraz będę o niej wspominała, bo jest wspaniałym przewodnikiem – nie tylko prezesem klubu turystycznego  o melodyjnej i ciepłej nazwie „ Nasza Chata” ale też wielkim znawcą naszego wspólnego miasta- Gorzowa. Tak więc przy okazji moich powrotów do tego miejsca urodzenia, na pewno będzie o goni.

Dziewczyna to poważna , aktywna i niestrudzona w znoszeniu moich wahań nastrojów i stawiania mnie do pionuJ

Jestem Jej za to bardzo wdzięczna.

Jednym z wyrazów tego stawiania mnie do pionu jest przysyłanie mi zdjęć z Gorzowa , z cudnej bujnej przyrody podgorzowskiego krajobrazu oraz zdjęć mojej ulicy, pobliskiego najpiękniejszego na świecie wzgórza oraz  domu, w którym mieszkałam.

W ogrodzie michałowickim rośnie gorzowski kasztanek i lipka wyhodowane przez gonię i przez nią przytransportowane.

A także posiadam ekspozycję kamieni brukowych mojego starego Gorzowa, zbieranych przez tę niewielką Dziewczynę do plecaka i również dostarczonych do naszego domu. W ten sposób spędzam czas wśród fragmentów mojego miasta i nie mogę o nim zapomnieć co nie pozwala mi wpadać w mazowiecki marazm.

Oczywiście wszystkich zapraszam do oglądania tej ekspozycji i wspólnej zadumy nad tematem dowolnym….

 

Tak więc po tym przydługim wstępie pragnę zaprezentować ważne cechy mojej bliskiej Koleżanki.

O Jej szybkości i skuteczności działania  świadczą zamieszczone pod tym wpisem zdjęcia.

Otóż po przeczytaniu mojej opowieści o siostrze Babci- Oli i gorzowskim domu jej dzieci, tego samego dnia pognała na odległą od Jej miejsca zamieszkania ulicę i ów dom obfotografowała, nawet przez dziurę w parkanie.

 

Więc mogę teraz wrzucić tutaj za zgodą autorki te prawie gorące zdjęcia .

Miałam  jedynie pewne wątpliwości, do jakiego rozdziału przydzielić ten wpis i zdjęcia.

Ale ostatecznie zdecydowałam, że gorzowskie klimaty znajdą się w rozdziale zatytułowanym „ Powroty”

Może kiedyś moje wnuki i bliscy oraz dalecy znajomi zajrzą do tego miasta, bo naprawdę warto …..

Jeszcze raz dziękuję goni za chęci, wysiłek i ostateczny efekt – bliskie mi zdjęcia …..oto one

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gorzów ( dawny Landsberg). Skrzyżowanie ulic Drzymały i Borowskiego. Dom poniemiecki a potem siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, jej córki i zięcia- Maryni i Władka Nowickich Obecnie mieszka tam Władeczek Heyda- prawnuk mojej ciocio- babci.

Śladami mojego Taty. Władeczek.

 Ależ się rozczuliłam, rozpisałam. Wróciły wszystkie wspomnienia gorzowskie, wspomnienia lat dziecięcych i wczesnej młodości.

I dlatego snuję jeszcze uzupełnienie opowieści na temat tej gałęzi Rodziny . Rodziny Siostry mojej Babci, Oli Drzewieckiej .

Dzięki temu, że rozpoczęłam pisanie blogu, nawiązałam przerwane  kontakty z tą gałęzią rodziny. Gdy zadzwoniłam do Jadzi Heydowej, z domu Nowickiej, bardzo się ucieszyła. Ja też byłam wzruszona, bo minęło już wiele lat, od czasu, gdy  Jadzia odwiedzała nas w Warszawie.

Wpadała czasem do nas, na Żoliborz, raczej z uwagi na moich Rodziców, bo jak teraz opowiadała, bardzo lubiła i ceniła moją Mamę. Mama też dużo opowiadała o Jadzi i jej losach. Zawsze z sympatią i dość niezwykłym dla Niej ciepłem , bo  Mama znana była  z surowego sposobu bycia.

 Jadzia była młodziutką dziewczyną, kiedy urodziła synka,  Władeczka. Potem wróciła na studia i w czasie ich trwania urodziła córkę. Razem z mężem, Zbyszkiem dzielnie opiekowali się dziećmi i równocześnie studiowali. Zostali architektami.  Mama ich podziwiała i dawała za przykład . Czasami w trudnych dla mnie chwilach, gdy ja decydowałam się na posiadanie  dzieci w czasie studiów, myślałam o Jadzi i Zbyszku. Oni dali radę, więc i ja podołam. I takie magiczne myślenie bardzo mi pomagało.

Teraz cieszę się, że mam kontakt telefoniczny  z Jadzią. Z mężem Zbyszkiem oraz córką z rodziną mieszkają w Łodzi.

Niedawno zadzwonił do mnie Ich Syn , Władeczek.  Ten telefon sprawił mi wielką przyjemność.

Pogadaliśmy o dawnych czasach .  Powiedział, że w dzieciństwie mnie bardzo lubił i czuł się wyróżniony, gdy grałam z nim w piłkę. Byłam od niego ze trzy lata  starsza i  wtedy już byłam pannicą. Wspomniał też, że  zapamiętał moje występy” pianistyczne” w czasie wspólnych rodzinnych uroczystości.  Podobno wtedy mnie bardzo podziwiał.

Ja z kolei odpowiedziałam mu,  że  uwielbiałam i zachwycałam się jego grą na pianinie.   Obiecaliśmy sobie spotkanie.

Mam nadzieję, że do spotkania  dojdzie , bo mam jeszcze takie małe marzenie.

Oczywiście jest związane z Władeczkiem.  Otóż tenże chłopak , gdy był jeszcze dzieciakiem,  siadał przy pianinie  i odtwarzał znane melodie a także improwizował. Ja byłam na etapie nauki muzyki prywatnie i grałam poprawnie, ale tylko z nut.

Potem nasze drogi się rozeszły, wyjechałam na studia i opuściłam Gorzów. Dochodziły tylko do nas wieści, że Władeczek został muzykiem. Wyjechał do Skandynawii, najdłużej pracował w Norwegii.

Teraz jego mama- Jadzia, opowiadała, że dzięki niemu zwiedzili detalicznie całą Skandynawię.

Władeczek mieszka od urodzenia w Gorzowie, w opisanym przeze mnie pięknym starym domu rodzinnym, chociaż tak naprawdę poniemieckim.

Gdy 4 lata temu odwiedziłam Gorzów po 40 latach nieobecności ,  oglądałam ten dom z nabożeństwem i ubolewałam, że już nie mam rodziny w mieście.

Ale  nie wpadł mi do głowy  pomysł, by zadzwonić do drzwi. Pewnie  był zbyt prosty …

Władeczek powiedział, że powinnam wtedy zadzwonić do tych  drzwi,…. Zobaczyłabym stare znajome kąty. Opowiadał mi z dumą i czułością, że niczego tam nie zmienił, wszystko jest takie jak było. Może kiedyś się wybiorę do Gorzowa, może nie. Ale jeśli tak, na pewno zechcę wejść do tego domu…

Teraz Władeczek  pracuje dorywczo we Władysławowie. Prowadzi budowę jakiś hoteli, wykorzystując swoje wykształcenie budowlane.

Obiecaliśmy sobie spotkanie.

A ja czekam na moment, gdy Władeczek usiądzie przy fortepianie i zagra….zamknę oczy i zobaczę dawne nasze domy, rodziny, spotkania uroczyste, może zaśpiewa piękny żeński duet dumkę na dwa głosy.

Wiem, że to nierealne, bo czasy i ludzie odchodzą bezpowrotnie.

Pytałam Jadzię, czy jeszcze śpiewa, ale odpowiedziała, że mając nieomal 80 lat wydaje dźwięki zbliżone do piania koguta. Może tak mówi przez skromność albo przebija jej słynne poczucie humoru.  Może nie jest to prawda. Pożyjemy , zobaczymy…..

Jeśli dojdzie do naszego spotkania, na pewno  opowiem …..

Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..