Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (8)

 Nasza podróż trwała pełne  dwa dni.

Bryczką mojego Taty dotarliśmy do stacji kolejowej, oddalonej o 12 km od Rakowa, potem już koleją żelazną do Wilna, skąd braliśmy pociąg do Warszawy.

W Warszawie zmienialiśmy dworzec i znaleźliśmy się pociągu do  Bielska Białej.

 Samotni w przedziale przytulaliśmy się do siebie, usiłując w ten sposób dodać sobie odwagi. Wiedziałem co przeżywa Stefa. A może nawet nie wiedziałem jak bardzo się bała. Nic nie mówiła, ale gorączkowo szukała mojej dłoni. Czułem, że pragnie wsparcia jak nigdy dotąd.

Ożywiła się tylko w okolicach Pszczyny.

Stanęła przy oknie i poprosiła, bym patrzył razem z nią. Wstałem, objąłem ją ramieniem najczulej jak potrafiłem i czekaliśmy. I wtedy zobaczyłem w dali ogromne, niebosiężne strome lesiste zbocza.

To były Jej góry. Beskidy zajmowały cały horyzont i ten widok powodował, że wstrzymywałem oddech.

Nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych gór.

Po chwili krajobraz złagodniał i wydało się, że góry odpłynęły.

Wjechaliśmy do kotliny Żywieckiej, powiedziała.

Moja jesteś góralko, szeptałem i może jeszcze jakieś słowa, a może to były tylko myśli stłoczone w mojej głowie .

Po kolejnej przesiadce dotarliśmy do Łodygowic.

Na ulicy obok dworca zauważyłem masywnego, czarniawego  chłopaka, który stał obok pięknie przystrojonych koni zaprzężonych do ładnej czyściutkiej bryczki.

Intuicyjnie pomyślałem, że to pewnie ktoś z rodziny mojej wybranej. Oczywiście nie byłem do końca pewien, czy w ogóle ktoś nas spotka. Okazało się , że był to brat  Stefy- Szczepan. Potraktowałem to jako dobry dla nas znak .

Wyładowując bagaże, kątem oka zerkałem na powitanie  brata z siostrą.

To powitanie było nawet czułe co nie bardzo korespondowało z opowieściami o chłodnej naturze  górali . Nabrałem więc nadziei, że nie taki diabeł straszny, jak mówią niektórzy.

 Gdy zbliżyłem się do Szczepana, ujrzałem niechęć  w jego oczach i już wiedziałem, że jestem tutaj nieproszonym gościem.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (6)

Pragnąłem pojechać razem z nią w tę nieznaną mi górską krainę i do ludzi, których trochę się bałem.

Nie chciała, broniła się, ale w końcu wyraziła zgodę.

Napisała kolejny list do domu z informacją, że przyjeżdża z narzeczonym.

Wybraliśmy się tam któregoś wiosennego dnia. A właściwie gdy wiosna już z latem się witała. Poprosiłem o dwa tygodnie urlopu i byliśmy wolni. Oczywiście wolność i radość z bycia razem była pozorna, bo zmącona bliskim spotkaniem z rodziną Stefy.

Ja byłem zupełnie nieświadomy tego,  co mnie tam czeka, ale to i dobrze, bo może przeżywałbym jeszcze bardziej.

Po cichu trochę liczyłem  na swoje szczęście w kontaktach z ludźmi. Do tej pory nie miałem konfliktów ani w szkole ani w pracy. A w domu byłem młodszym synem i bratem, wyrastałem w ciepłej atmosferze rodzinnej, więc nie miałem okazji by hartować ducha. Rozpieszczały mnie też kobiety z którymi poprzednio zawierałem znajomości.

W głębi duszy byłem uparty , konsekwentny i miałem nadzieję, że przełamię opory rodziców Stefy jeśli nie swoim urokiem, to męskim zdecydowaniem….

Losy moich Rodziców. Pierwszy zachwyt.

I muzyka bucha przez uchylone okna i porywa do tańca.

Kasyno żyje młodością i bujną radosną wrzawą.

 I w ten  wieczór roztańczony gwiaździsty i mroźny spotykają się ich spojrzenia.

Pełne zaskoczenie, widzą się po raz pierwszy.

Stefa i Wacław , młodzi, śliczni, czarujący nieznajomi.

Ona o niespotykanej tutaj surowej urodzie rzeźbionej przez górskie wiatry , on delikatny kresowy chłopak.

I uśmiechy wysyłają niepewne i ich serca niespodziewanie przyspieszają bicie.

I już płyną do siebie przez salę, a może tylko on płynie do niej, siedzącej skromnie pod ścianą.

I zaproszenie do tańca.

I dotyk ramion, może przytulenie.

Może jakieś piękne słowa.

I rumieniec na smagłej góralskiej twarzy Stefki.

Piękny rumieniec  i płonące błękitem oczy i jego szarawe .

I zatopienie w sobie i zachwyt.

I potem sny a raczej noce bezsenne.

I westchnienia….

 

Opowieści mojej Mamy. Pierwsze spotkanie z bolszewikiem.

Moja Mama mając 18 lat znalazła się sennym kresowym miasteczku, Rakowie.  Nieopodal przebiegała granica z Rosją. Pas przygraniczny zajmował tereny pięknych lasów a granica w jednym miejscu zaginała się tworząc uchyłek.

Któregoś dnia Mama, zbierając grzyby zapuściła się w ten teren. I nagle zobaczyła nieomal przed sobą bolszewika w baniastej stożkowatej czapie z czerwoną gwiazdą nad czołem, który spoglądał na Mamę z wysokości swojego konia.

Przerażona uciekła, i potem wiele razy w nocy miała złe sny z bolszewikiem w tle.

Beskidzkie spotkanie z salamandrą plamistą.

 

Moja rozmówczyni na beskidzkiej drodze ku przełęczy Siodło wiodącej z Godziszki do Szczyrku

 

 

Nie lubię, jak mnie nazywają płazem ogoniastym. Wolę być salamandrą ale najbardziej jaszczurem ognistym lub jak mówili Persowie” żyjącą w ogniu” – powiedziała.

  Zwykła urządzać nocne imprezy ale tym razem wyszła na spacer w dzień. Może wiedziała, że się spotkamy…

Przypominała gumową zabawkę z mojego mglistego już dzieciństwa. Lśniła asfaltową czernią ozdobioną jaskrawożółtymi plamami na grzbiecie.

Gdy mnie zobaczyła, zachowała się jak zwykle. Nie uciekała. Znieruchomiała. Usiłowała  wtopić się w tło. Oczywiście na szarej drodze wiejskiej było to zupełnie niemożliwe. Zrobiłam zdjęcie.

Czułam się dziwnie, bo stale czułam jej wzrok.  Może usiłowała  mnie zahipnotyzować? Chyba jej się to udało, bo zaczęłam z nią rozmawiać…

– Jestem samotnym drapieżnikiem – powiedziała. – Wiem, że jestem piękna i niepowtarzalna. Na całym świecie żadna z nas nie ma takiego samego układu żółtych lub pomarańczowych plam. Mam rodzinę w różnych krajach Europy. Uwielbiamy Hiszpanię , Francję, Szwajcarię. W Polsce mieszkamy jedynie w niskich partiach nieomal wszystkich gór. Bardzo lubimy wilgotne lasy bukowe.

Nie lubimy podróżować, więc nie zapuszczamy się w północne okolice kraju. Zapytałam dlaczego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Ale za to kontynuowała opowieść.

– Opowiadali mi dziadkowie, że Persowie nazywali mnie „ Żyjąca w ogniu”. Takie nazwy mi się podobają , podobnie jak nazwa jaszczur ognisty… Kiedyś polubiłam pewne miejsce pod Tatrami, w sąsiedztwie ciepłych źródeł. Miejscowi nazwali to miejsce Jaszczurówką. Jestem z tego dumna.

 W pewnej chwili ziewnęła szeroko i zobaczyłam  dwa rzędy drobnych zębów oraz zęby na środku podniebienia.

Przeciągnęła się. – Niedawno zbudziłam się z zimowego, dość długiego snu – oznajmiła.

– Jestem dość leniwa, nie poluję na ruchliwe owady, zadawalam się nagimi ślimakami.

Teraz dla ochłody zanurzę w wodzie strumyka  moje czteropalczaste przednie i pięciopalczaste tylne nogi. Nie umiem pływać, więc wybiorę jakieś płytkie miejsce na płaskich kamieniach…

 Chciałam się pożegnać. Wyciągnęłam dłoń. – Uważaj – powiedziała. – Moje gruczoły produkują jad. Dla ludzi nie jest groźny, ale może podrażnić skórę lub oko.

Mój jad podobno przyjemnie pachnie – rozmarzyła się. – Pachnie waniliowym ciastkiem. Moje toksyny mogą też pomagać w medytacji, ułatwiają wchodzenie w trans oraz powodują halucynacje.

 

Nie dotknęłam tej pięknej gumowej nibyzabawki, zjawiskowo kuszącej  asfaltową czernią i   żółtymi jaskrawymi plamami .

A może dotknęłam. Kto to wie? 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Jerzy M.

  Jerzy M., o którym wspominałam wcześniej , że kiedyś powiedział mi , że mam oczy jak jeziora. I po krótkim, lecz ciekawym okresie,  który można nazwać” chodzeniem ze sobą”  , dalekich leśnych wędrówkach aż do granic podpoznańskiej miejscowości o dźwięcznej nazwie Kiekrz i  wspólnych niezapomnianych zajęć- prac  w zakładzie Medycyny Sadowej, wkrótce znalazł się na etapie kolejnych  poszukiwań ciekawych oczu i podbojów wygłodniałych  sercJ

Był z Moniką, która ubierała go w dziwaczne berety z pomponami, pewnie własnoręcznie udziergane, potem z Elą Grzeszczak- niewielką dziewczyną o semickiej urodzie i tubalnym głosie. Oczywiście był mi obojętny. Pewnie nigdy nie czułam do niego wielkiego sentymentu. Po prostu go lubiłam .

Wyszłam najspokojniej za mąż, ucinając wszelkie możliwości i potrzeby poszukiwania kogoś ciekawego.

Wydawało się, że  Jerzy to przeszłość, bezbolesna i mglista.

Nawet nie myślałam o nim, mając inne ciekawe tematy do przeżywania i rozmyślań. Sądziłam, że on też już w ogóle się mną nie interesuje. Jednak po pewnym czasie , gdy już byłam w Warszawie, zadzwoniła do mnie Bajka. Opowiadała, że  mama Jerzego spotkała jej ciocię i mówiła, że bardzo żałuje znajomości mojej i jej syna.

Któregoś dnia, mieszkaliśmy wówczas przy ul. Stołecznej, byłam już we wczesnej wprawdzie ciąży, miałam śliczną sukienkę w kwiatki, zadzwonił telefon.

Był to Jerzy. Mówił, że znalazł nasz nr telefonu przez biuro numerów , jest teraz w Warszawie u cioci Rzewuskiej- tak z tych Rzewuskich i chce się ze mną spotkać.

Odruchowo zaprosiłam go do naszej kawalerki, ale ostrzegłam, że mam tylko wolną jedną chwilę, bo zaraz się wybieram na zajęcia.

Wszedł, powitałam go oficjalnie i chłodno, z wyższością kobiety zamężnej.

Po chwili wyszliśmy z domu i pojechaliśmy tramwajem na moją uczelnię, gdzie na Oczki była stołówka akademicka. Tam zjedliśmy po talerzu darmowej zupy, po czym pożegnałam go ozięble. Już nigdy potem się nie odzywał i nawet się zastanawiałam dlaczego mnie  wtedy odszukał.

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się na AM, roznosiły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, korytarzem przemykał Jerzy.

Nawet się ucieszyłam ze spotkania, przywitaliśmy się dość ciepło.

Okazało się, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM- chyba historii medycyny, ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów.

Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy się  do pociągu ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM.

Pokiwał tylko głową, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał.

Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam.

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, dostał się na wymarzone studia .