Dzień Matki…

Mama, 1932.jpg

Stefania z domu Jakubiec ,1932 rok, tuż po ślubie z Wacławem Łukaszewiczem…. długo później Moja Mama

 

 

Mamo, moja Kochana!

 

Czy za Tobą tęsknię ? Chyba nie. Bo wiem, że przeżyłaś długie i trudne życie. I już bym nie chciała, byś na tym padole łez przeszła swoje  kolejne piekło. Odchodziłaś, tak jak Tata,  w swoim ukochanym żoliborskim mieszkaniu, na swoim łóżku, tak jak chciałaś. Trzymałam Twoje delikatne dłoni i czułam jak zaświaty odbierają im ciepło życia.  Było to przed 17 laty ,  ale byłaś z nami długo i stale jesteś. …Mamo….moja Mamo…

Mamo, beskidzka twarda góralko, nie pieszczona przez rodziców , dzieckiem byłaś, gdy myślałaś  że nie jesteś kochana. Drogą przebiegającą obok domu w jej Godziszce, często przejeżdżała pięknym powozem bardzo elegancka pani. Opowiadałaś Mamo, często opowiadałaś , że malutką dziewczynką będąc bardzo lubiłaś przesiadywanie  na wysokim progu domu z poczerniałych bali w swojej Godziszce. Któregoś dnia powóz zatrzymał się przed Waszym domem , pani wysiadła i spytała, czy jest ojciec. Odpowiedziałaś twierdząco. Pani zniknęła w czeluściach domu, a Ty słuchałaś o czym rozmawiają we wnętrzu. Dygotałaś ze strachu nie bardzo sobie zdając sprawę z celu wizyty tej pani. A pani proponowała, że spośród Waszej gromadki wybrała Ciebie, że zabierze do swojego dworu i wychowa tak, jak zechce ojciec. Widzę tam Ciebie, malutką chudą z tym swoim jarzącym błękitem oczu, , gdy jesteś cała ogromnym lękiem swoich kilku lat, czekasz  na to, co odpowie Ojciec. Czekałaś…. I gdy ojciec odpowiedział po swojemu, po góralsku : „ nie mam dziecek na rozdawanie”, odetchnęłaś z ulgą i poznałaś co to jest Miłość rodzicielska .

     Miłości byłaś  spragniona aż do końca swoich dni. Już długo nie opuszczałaś  łóżka, gdy jak zwykle gdzieś wyjechałam i po powrocie przyszłam do Ciebie pytając niespodziewanie , bo nigdy nie używałam takich słów- czy się cieszysz , że jestem? Odparłaś filozoficznie i mądrze też pytaniem- a czy się cieszyłaś, gdy kiedyś byłaś spragniona i ktoś ci podał wodę?…

Tak Mamo, tego się nie zapomina. Za mało okazywałam czułości, bo nie zostałam tego nauczona. Dałaś mi piękne chwile ciszy jak ta na zdjęciu, swoją mądrość, stanowczość , zaszczepiłaś umiłowanie książek , opowiadałaś pięknie , słuchałam pomimo tego, że historie się powtarzały. Jednak zapamiętałam …Twoje opowieści były pięknie konstruowane, nie przynudzałaś, zawsze kończyły się zgrabną puentą i bił z nich żar Twoich pięknych dużych bardzo błękitnych oczu…

Gdy byłam niegrzeczna, nie słyszałam do Ciebie lawiny słów, tylko milkłaś. Twoje milczenie było jak przywalający człowieka głaz . Musiałam używać różnych metod, by przełamać, przebłagać. Tak Ciebie też pamiętają moje dzieci. Milczenie Babci było jak przywalający człowieka głaz, mówią. Paulina powiada, że wolałaby zwykłe zasłużone zresztą lanie.

Bo opiekowałaś się naszymi dziećmi , byłaś z Tatą naszą ostoją, kotwicą. Nieraz łódź naszej rodziny  poniosłyby fale, gdyby nie ta Wasza kotwica.

Nie umiem dziękować za to wszystko, bo ludzkich słów brak. Ale Ty wiesz, że byłaś dla nas wszystkim…

 

Zdjęcie-0778.jpg

Za taką piękną ciszę dałabym dużo. Ale to se ne vrati….

 

Zdjęcie-0625.jpg

W domowym albumie jest tylko takie ładne zdjęcie z naszą córką….całą czwórkę tak samo troskliwie przytulała.

 

Zdjęcie-0647.jpg

Jeszcze krzesło, ulubione robótki ręczne- och jaką mnogość sweterków wydziergały TE RĘCE….całuję Twoje Ręce , Mamo

 

” Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej”

Pod  tutejszym wpisem sprzed kilku dni  zatytułowanym  „Rozmowa” wielu moich przyjaciół zamieściło swoje opinie , zwykle wspierające, które dodały mi sił i spowodowały, że  odzyskałam radość życia. Dzięki Kochani.

W jednym z komentarzy Grażyna tak  napisała: „ dlaczego sam mądrala nie pisze…”

Wtedy się odezwał Sylm, mój Rozmówca. Pewnie nie wytrzymał, albo dopiero zajrzał do blogu.

I oto wczoraj  znalazłam taki oto Jego komentarz:

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.
Sylm”

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.

Sylm”

Odpisuję więc tutaj :

Zosineczka dziękuje za pozdrowienia i za chwilę  zamieści  to, co uratowała przed zagładą.

Pewnie Sylmie ( mój znakomity i bardzo mi bliski kolego z LO) chciałeś udowodnić, że nie tylko jesteś „ mądralą” ale masz całkiem dobre pióro. Wielka szkoda, że nie dajesz się namówić do dalszego pisania. Ale cóż, podobnie jak poglądów, czy odczuć narzucić komuś  pisania się nie da. Po prostu nie i już…..

 

Ale po kolei.       

   W  2008 a może 2009 roku dowiedziałam się, że istnieje portal MM- moje miasto- Gorzów. Odezwały się dawne sentymenty do miasta w którym się urodziłam i dojrzewałam. Najpierw ostrożnie tam zaglądałam, by się zorientować o czym ludzie piszą. Okazało się, że jest fajnie, czasami przytulnie, czasami bojowo. Można było zamieszczać różne teksty, niekoniecznie  związane z Gorzowem. Po prostu każdy pisał jak chciał i co chciał ( oczywiście w ramach przyzwoitości i pod kontrolą profesjonalnych redaktorów). Powstawała miła historia ludzkich zainteresować umiejętności „ literackich”, etc. Tym chętniej przystąpiłam  do grupy piszącej i komentującej.        

    W pewnym momencie na naszym gwiaździstym MM kowym firmamencie pojawiał się nowy obiekt. Od razu wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników i komentatorów oraz nadzieje, że będzie pisał dalej. Ale nie miał ochoty. No cóż, znane są w historii literatury osoby, które błysnęły tylko jedną powieścią, a potem zamilkły. Jak np. E.J. Bronte  i jej „Wichrowe wzgórza”….:)

 

Niestety po pewnym czasie zmieniono nazwę i formułę portalu . Stał się zwykłym, jakich wiele, portalem informacyjnym i dla nas już nie było tam miejsca.

O planowanej zmianie uczciwie nas poinformowano , można było się powtórnie zalogować. Ale i tak większość naszych „ artykułów” uleciała w niebyt.

Udało mi się skopiować kilka ciekawszych, i dzięki temu przedłużyłam im życie, chociaż ukryte w moim komputerze.

I pozostali mi przyjaciele z tamtych czasów, wartość nad wartościami. …

 

To tyle tytułem wstępu.

 

A teraz przyszła pora na  uratowany od zagłady tekst Sylma, wspomnianej  MM kowej gwiazdy…Zapraszam więc do czytania….

 Letnia.JPG

Gorzów,nasza Letnia trwa….zdjęcie własne z 2008 roku

 

 

 

6.10.2009 MM G.

 

„ Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej

 

 

Czerwiec 1968.

 

Słoneczny dzień. Siedzę w Letniej i czekam. Na Nią. Zwykle umawialiśmy się w Nowej, dziś chciała w Letniej. Nie zastanawiam się dlaczego.

 

Już widzę jak nadchodzi. Śliczna w jasnej sukience. Pewnie moja. Trzy miesiące wcześniej, w Wielkanoc wszystko jej powiedziałem. Nie usłyszałem „nie”.

 

Już jest. Powitanie, siadamy. Brzydki stolik pospawany z stalowych prętów z mozaikowym blatem, równie ohydne krzesełko. Co tam, ważne, że już jest, że przyszła. Przed nami trzy miesiące wakacji. Będzie dobrze.

 

Cóż to? Na palcu złoty krążek. Obrączka. Skąd? Dlaczego nie powiedziała, że to już niedługo?

Jeszcze próbujemy rozmawiać. Głupie pytania, głupie odpowiedzi. Bez sensu. Nie ma już ŁU., jest KONO.

Wychodzimy. Każde z nas idzie w innym kierunku, do swojego życia. Na długo.

 

1968–2008.

 

Przez wiele lat nie wchodzę do Letniej. Jest jak bolący ząb, którego dotyka się językiem, żeby przekonać się czy jeszcze boli. Spoglądam przez szyby, czy na lewo od wejścia stoi jeszcze ten stolik, świadek tamtego zdarzenia sprzed lat.

Długo stał. Czasy się zmieniały, a on trwał. Wreszcie zniknął. Wtedy wszedłem i zamówiłem wódkę.

 

Czerwiec 2008.

 

Stoimy przed wejściem do Letniej. Przyjechała po latach do Gorzowa .Już nie pasuje do nas określenie „ludzie w średnim wieku”. Ten etap za nami. Letnia to punkt, z którego przed 40 laty wyruszyliśmy do dorosłego życia. Koło się zamknęło.

 

Jest wczesne popołudnie. Ponury deszczowy dzień. Na tarasie gwarno. Piwo leje się strumieniami. Małozębne pani uwodzą podobnych do nich panów. Uwiedziony stawia piwo, kupuje papierosy.

 

Chcę wejść do środka, na lewo tam, gdzie był tamten stolik, którego już nie ma. Nie chce.. Pewnie, Letnia to nie La Bocca. „

 

 

I jeszcze mój ulubiony  komentarz, jeden z wielu  :

Dobre bo osobiste, opowiedzianą historię każdy może przełożyć emocjonalnie na własne doświadczenia „sercowe” a wiadomo nic nie przejmuję jak coś co się samemu doświadczyło. Prawdopodobnie każdy ma taki swój stolik i swoją „Letnią”. Będąc praktycznie od zawsze mieszkańcem Gorzowa (z kilkuletnią przerwą) mam dużo miejsc, które powodują u mnie szczególne emocje i mieszanki odczuć, człowiek to nie tylko ciało, nie tylko teraźniejszość, to strasznie zawiła mieszanka wspomnień i różnych uczuć – o tym przypomina nam autor. Idąc przez miasto spoglądam, tu była kiedyś moja szkoła, tu całymi popołudniami kapaliśmy z kolegami piłkę, a tu z mamą nauczycielka szedłem na lody po pochodzie 1-wszo majowym. To już nie te miejsca, ale wspomnienia jakże żywe.

Pozdrawiam,
Muminek

Zaproszenie do innego świata.

antalya_turcja1500_tatiana_popova_shutterstock.jpeg

 

Zaproszenie do innego świata.

Może tytuł jest zbyt pompatyczny, nieadekwatny do tego co chcę napisać. Ale taki mi przyszedł i już….wybaczcie…

 

I znowu nadeszła  niedziela. Dzień bez problemów, wypoczynkowy i jak chcą obecne władze rodzinno- kościelny. Ale jeśli ktoś nie chce, czy nie może, to co ? Może rodziny nie ma , albo jest ona daleko a do kościoła jakoś niespieszno. Więc  dla nich jest to  taki dzień jak co dzień….i wtedy można śnić na jawie…

      Po wczorajszej ulewie, moje góry upojone i zamroczone wodą którą obdarowało  niebo , jeszcze śpią a welon gęstej mgły daje im ukojenie i sen.

Więc jestem sama w tym tumanie, zamknięta w chałupce z komputerem wprawdzie obudzonym brutalnie, ale nie obrażonym za to, miłym porannym towarzyszem. Mirek jeszcze chrapie, i dobrze, bo mogę bez przeszkód powędrować w inne czasy i do innego miejsca, które kiedyś sobie ulubiłam.

Ucieknijmy od publikatorów, zresztą dziś nie pognam po Wyborczą, nie włączajmy radia, bo w ulubionej kiedyś  Jedynce same religijne klimaty.

Zapraszam więc Was, Kochani do mojego świata.

Dzisiaj zabieram Was do Turcji. Nie tej, o której piszą, że rozdarta, że ma nas ratować przed uchodźcami, nie tej dzisiejszej. Ale tej z dawnych czasów , ze wspomnień czy tylko  marzeń sennych…

    Może i Wam,  jako i mnie, Turcja pozostaje w pamięci  jako słodka „kraina łagodności „ ofiarowana na krótkie chwile urlopu, z wczasami zaplanowanymi wcześniej, z urodą i emocjami oczekiwania na ów urlop. I wreszcie nadchodzi ten dzień.  Pierwszy dzień wolności.

Lotnisko z kawą zbyt drogą, albo piwem w lotniskowej kawiarni, czy pamiętasz Graniu , ten czas oczekiwania na moment, gdy na ekranie tablicy informacyjnej pojawi się napis, że już boarding….

I zza okna  samolotu lądy i morza i wreszcie Turcja  pięknie obrysowana, zanurzona w  niezmierzonym falującym turkusie. A potem powitanie w wilgotnych zapachach ziół, bo to pierwszy oddech na tej ziemi, ciepło, słodycz plaż i zanurzenie w wodzie,  góry w tle. I wszechobecna specyficzna muzyka, nieco łkająca, rzewna ale śpiewna i wpadająca w serce i ludzie życzliwi turystom, specyficzne ubiory, nakrycia głów, szarawary i fajki wodne wszędzie  …i zatrzymajmy film na tych wrażeniach , niech tak zostanie ….…niech żyją wakacyjne wspomnienia….cdn

 

zachĂłd nad Gorzowem.JPG

Grzeszki młodości.

 

brigitte-bardot-bb_portrait49-big.jpg

Brigitte Bardot, 1949. zdj z Wikipedii….takie chciałyśmy być, no może niezupełnie, ale podobne…

 

Grzeszki młodości.

 

Ostatnio zapanowały tu  listy od Jacka. Dla mnie są one ważne i ciekawe. Spełniałam też prośbę Autora, by nie musiał opowiadać kolegom, których spotkał po latach dzięki temu blogowi, o swoich „ przygodach” życiowych.

Jednak niedawno Grania poprosiła mnie o coś mojego. Więc oto jestem, co nie oznacza, że jeszcze kilka listów wrzucę, ale dla „ oddechu” będzie o grzeszkach młodości a właściwie o jednym, przewlekłym niestety, grzechu….mianowicie o papierosach….

Zda się całkiem niedawno ale  było to przed 5 miesiącami  spisując opowieść sylwestrową ( może ktoś ją jeszcze pamięta?)  wróciłam w lata 65 ubiegłego wieku gdy byłam, jak wtedy my wszyscy,  piękna i młoda.

Wtedy wszystko  było pierwsze, przeglądanie w lusterku najczęściej okrągłym ze zdjęciem roznegliżowanej baby na odwrocie, papiloty na włosach, jakieś marniutkie farby na nich, by zyskać upragniony koloryt jako te gwiazdy filmowe,  szpilki na których się kroczyło usztywniając kolana i wypinając  biusty w ciasnych ale sztywnych stanikach, oblewanie się perfumami mamy, buzujące hormony, randki z chłopakami, rzucania chłopaków, zauroczenia, nieśmiałe pocałunki o zmroku , jedyna w życiu matura, krechy na powiekach malowane nadpaloną zapałką, o czym już wspominałam, nadchodzące egzaminy na studia ….pierwsze były też papierosy….piękne było to wchodzenie w dorosłość, bujne, pełne niepokoju ale też radości. Szczególnie teraz gdy siedząc w pełnym poklimateryjnym spokoju wspomina się tamto szumne, wonne, eteryczne i właściwie niewinne….

    Jak już pisałam w Opowieści Sylwestrowej, w 1965 roku, już po maturze, uczestniczyłam z Lidką w kursie przygotowawczym na Akademię Medyczną. Mieszkałyśmy w uroczym poznańskim miejscu, na wzgórzach Winogradowach, dokąd z centrum miasta przemykał zielony tramwaj. W akademikach Akademii Rolniczej miałyśmy locum, poniżej działał- ach jak działał! sławetny klub Nurt a my w nim ….

I wtedy to szczególnie łatwo uległam propozycji  Lidki, by zapalić pierwszego papierosa w życiu. Natychmiast stałyśmy się dorosłe, dojrzałe, takie jak te aktorki z oglądanych filmów i fotosów. Byłyśmy  obie takie cool ( widzicie, jak łatwo przyswoiłam i przeniosłam w tamte czasy, gdy było nam nieznane. To celne słowo, określenie  przyjęłam za swoje. Swoją drogą ciekawe, jakie określenie wymyślą następne pokolenia ).

Więc  przełamując  wstręt do  ohydnego zapachu i smaku papierosów i nie zaciągając się zmuszałyśmy się do  palenia przesiadując w ciemnym od gęstego dymu klubie. Byłyśmy cool!

  Tu dla przypomnienia młodym należy wspomnieć, że w tych naszych latach 60 ubiegłego wieku była moda na palenie papierosów, paliło się wszędzie, na ulicach, w sklepach nie mówiąc o kawiarniach czy restauracjach. Nawet paliło się w samolocie ( chociaż wtedy jeszcze nigdy  nim nie leciałam, ale wiem) i w pociągach( o tym wiem). Chyba już wtedy, a może kilka lat później w pociągach, takich gdzie przedziały, zaznaczano w których można palić. Czyli były przedziały dla palących i dla niepalących. Przy zezwoleniu na palenie na korytarzu pociągowego wagonu   można sobie było wyobrazić wszechogarniający smród nawet w strefach dla nie palaczy.

„Paliło” się chyba jakieś spłaszczone bocznie Dukaty czy cienkie Syreny ( szczyt elegancji damskiej- takie paliła w czasie akademii nawet , w Sali, gdzie właśnie odbywała się uroczystość- wielbiona przeze mnie nauczycielka z LO – pani Halina Majchrzycka) .

Ale dla ostatecznego zadawania szpanu, maksymalnego cool, sięgałyśmy po  najgorsze najbardziej smrodliwe papierosy nazywane przekornie Sporty. To dla straszliwego picu ( to też określenie z tamtych lat oznaczające wyrażenie łącznie nieprawdy stosowanej na użytek szpanu). Otóż dla podkreślenia największego naszego wyzwolenia paliło się papierosy zwane Sportami. Sama ta cynicznie prześmiewcza  nazwa w skojarzeniu z ich smrodliwą toksycznością była znakiem tamtych czasów.

Oczywiście o filtrach chyba wtedy nikt nie słyszał, potem dopiero się pojawiały, więc paliło się papierosy bez filtra, trzymając w ustach bibułkę, która z naturalnych względów stawała się  coraz bardziej obśliniona. Wówczas tym chętnie wypadały z niej  nikotynowe trociny. ( tego inaczej nie można nazwać, bo tak grubo był mielony tytoń) . Co chwilę trzeba było, bo nie było wyjścia wyjmować  toto z ust a czasem nawet wydłubywać z języka  obecne na nim te grube szczątki liści tytoniowych ( może to nawet nie był prawdziwy tytoń, tylko liście jakiś zwykłych polskich chwastów- kto wie?)

Wśród tych trocin wielokrotnie, w właściwie bardzo często zdarzał się normalny , wprawdzie niegruby patyczek. Tak więc paląc i wypluwając to co opisałam wśród wielkiego smrodu czułyśmy się bardzo dojrzałe i modne.

Oczywiście były osoby, które nie paliły. Widząc z daleka takowych „ odszczepieńców”  Monika, przyjaciółka z AM mawiała pogardliwie że kobieta która pali pachnie mężczyzną. a mężczyzna, który nie pali  pachnie kozą…..

To był dla nas, palących, nadzwyczajny komplement. Nie tylko byłyśmy cool ale też upodobniałyśmy się do płci przeciwnej, która paląc śmierdziała tak samo.

Gdy teraz  wspominając i pisząc te słowa widzę wyraźnie, że już wtedy  budził się” straszliwy pisowski upiór” zwany obecnie gender. Tak, byłyśmy więc jego prekursorkami , ba nawet aktywnymi wojowniczkami o zniesienie granic i różnic w prawach obu płci niefrasobliwie rozdzielonych przez pana boga. . Tak było….

     Nieco później „ zgniły Zachód” pomimo  oporów władz stymulowanych przez miłościwie nam panujących sowietów, pomimo odgradzania się, obrzydzania tegoż Zachodu, wdzierał się przez nasze szczelne granice . Razem z tą „zgnilizną” przybywały coraz częściej i w większej masie jeszcze gorzej cuchnące, bo poza naturalnym smrodem tytoniu wydzielające słodkawy obficie perfumowany „ zapach” mający uczynić ów nałóg bardziej wytwornym, eleganckim, jednym słowem światowym. Toto nazywało się Malboro potem pojawiły się Camele. Takie też paliłyśmy chociaż miały wybitne działanie wymiotne….

A fe, powiecie, pewnie że fe, nawet do kwadratu.

A co nam tam, Graniu, że mówią: a fe. Popalamy sobie czasem w Twoim uroczym służewieckim pokoiku na piętrze, tylko cieniutkie, ciepłe i miłe w dotyku i jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś….

I wtedy śpiewa nam też Ordonka ( jak w nieznanych nam jeszcze latach 30 ubiegłego wieku ) swój szlagier :

„Jak dym z papierosa .

 

Wszystko przemija, więc co
Przeminie także i to
To tylko szarość zmierzch utula
Wspomnienia w sercu mi rozczula
I dym, ten dym od papierosa
Pozostał tylko szary ślad
Po jasnych dniach i dusznych wrzosach
Gdyś poszedł już ode mnie w świat.
A dziś, a dziś
Te papierosy
Pamiątka naszych wspólnych snów
Bezcennych kart na życia losy
Wspomnienie chwil tych wróci znów

……”

 

…..  i na chwilę  jesteśmy wolne młode i piękne, jak kiedyś…., prawda?

 

List od Jacka. ” Coca cola”

oto kolejny list z Australii, od bratanka, Jacka Łukaszewicza. Przyfrunął na skrzydłach internetu, niezwykłe……

 

R0011329.jpeg

Zdjęcie Jacka…..

 

 

Coca Cola.

 

Samoloty to martwa forma przewozu bydła mięsnego pozbawiona wszystkiego, czego potrzebuje Homo sapiens.

Dlatego ktoś po samolotach wymyślił tramwaje i pociągi. Zawsze jest jakiś film za oknem, tudzież teatr na scenie przedziału.

Poza tym w latach siedemdziesiątych zbierałem systemy kolejkowe TT z moim przyjacielem, Tomkiem, a zakochałem się w miniaturkach tramwajowych widząc je z perspektywy balkonu u Dziadków i Wujków na warszawskim Żoliborzu.

Moje wspomnienia z Broniewskiego?! są trochę mgliste. Lubiłem te ich dwa mieszkania na jednym piętrze.

Podobał mi się nieustanny ruch młodych oraz zadowolenie starszych. Patrzyłem na Ciocię pracującą w rytm ambicji, shumaherskie wręcz działania Wujka Mirka, przenikliwe Oczy Babci, pod którym to spojrzeniem nic nie można było ukryć, a jednocześnie Ona nie potrafiła ukryć zadowolenia z życia, którym jest otoczona –  w wielkiej mierze dzięki zaradności Wujka Mirka i opiekuńczości Cioci Zosi – no i oczywiście przyszłości narodu jeszcze co niektórzy w pieluchach wokół.

Myślę, że trochę wszyscy mieliśmy jakieś tam Coś, bo chyba fajnie byłoby żeby do tego wszystkiego przyklejony był Ojciec, oczywiście razem z Iwoną ( przyrodnia siostra Jacka- przyp. zk) , a właściwie dlaczego nie z Iwony Mamą?, z którą nota bene od kilka lat gawędzę regularnie podczas moich prób rozmowy z Iwoną –  i już wiem czym Ojca zauroczyła…..

Ale z drugiej strony On był zawsze tylko i wyłącznie zauroczony wygodną sytuacją. Po prostu nie był stworzony do jakichś tam upierdliwych obowiązków rodzinnych…mam to chyba po Nim. I to mnie przeraża, bo kto nie potrafi utrzymać rodziny, nie potrafi zająć się samym sobą – tak sądzę.

Uwielbiałem rozmowy z Babcią.

Ale moim idolem był Dziadek. Jeszcze z obozu miał taki nawyk obracania głowy wokół szyi, ponieważ to ćwiczenie masowało Mu kręgi, a przy okazji widział świat w ruchu – tak mówił. On też lubił tramwaje i po przeprowadzce z Gorzowa był bardziej Warszawski niż jakikolwiek Warszawiak z Dziada-Pradziada.

Z dumą pokazywał mi filmy o Warszawie z ekranu okien tramwajowych. Z jego komentarzem to były wykwintne filmy dokumentalno -edukacyjne.

Któregoś dnia odbieraliśmy Marcinka ze Szkoły. Słońce podkreślało złoto jesieni. Mówię że fajne kolory. Dziadek dał mi aparat. Zrobiłem Marcinkowi jedno zdjęcie. Wiem, że gdzieś jest, bo Mama wszystko trzymała. Pamiętam tylko Jego spojrzenie w obiektyw z pół uśmiechem.

I raptem zdałem sobie sprawę, że jest to uśmiech spojrzeniowy mojej Babci, która zawsze wiedziała co myślę, niezależnie od tego co mówię. Moja mama to potwierdziła.

Po południu wrócił z pracy Wujek Mirek ze skrzynką Coca Coli. W życiu nie widziałem takiej ilości Coli na raz. Wkładając butelki do lodówki powiedział, że tej swojej prawej ręki nie będzie mył przez miesiąc. Ktoś Go spytał, dlaczego?. Dzisiaj poznałem Gierka, który mi pogratulował, powiedział Wujek otwierając butelkę Coli. ”

 

 

 

– Czas który wspomina Jacek to  lata 70 ubiegłego wieku. Mieszkaliśmy przy

ul. Broniewskiego na warszawskim Żoliborzu. Moi Rodzice a dziadkowie Jacka na tym samym piętrze. Było to piętro 8 i mieliśmy piękny widok z okien na ruchliwą ul. Broniewskiego widzianą z dość odległej perspektywy, gdyż oddzielał ją od bloku parking. Jacek dość często nas  odwiedzał….miło, że tak wspomina tamte czasy ,….

 

–  ta historia z colą zdarzyła się po oddaniu do użytku jakiejś ważnej budowy , którą prowadził wtedy Mirek- przyp.zk.

 

 

 

List od Jacka. „Lekcja geografii”

Oto kolejny list od Jacka. trochę zagmatwana treść, ale po wnikliwym przeczytaniu zabawna. Zapraszam…..

DSC03066.jpeg
Chłopaki pod swoim LO w Zielonej Górze, po latach ……

 

 

“Lekcja geografii historycznej”

 

W wolną sobotę wieczór skończyłem nagrywanie drugiej strony ostatniej płyty Beatlesów z Trójki, kiedy przyszedł Tomek.

–  cała strona?

– zmieściła się na jednej szpuli.

– świetnie, przegramy u Golego. 

ZK-147 zamerdał ogonem rozbiegówki furczącej na zakończenie taśmy Orwo.

 Tomek usiadł.

 

– Fredzia wróciła…widziałem ją na śmietniku dzisiaj.

– znów będzie wesoło – ile?

– jak zawsze składamy się po piątce

– ostatnio było po trzy….

– ale to na powitanie – musi być po pięć

– a może ją uprowadzić?, Tomek…

– ona się nie boi – pamiętasz jak nam opowiadała, że dostawała telefony z pogróżkami….

– nie bardzo…..

– bo miałeś zatoki – dostałeś datkę ( objaśnienie poniżej)

– no wiem, nie musisz mi przypominać….

– ktoś ci musi przypominać, bo jak cię zapyta za trzy miesiące…to musisz pamiętać….

– no dobra, mów….

– dzwoni do Fredzi. Telefon. Odbiera jej syn,  Edek. W słuchawce jakieś wypociny syczące żądzą zemsty pachną. 

– dobre, no i co?….

– nic, Edek mówi, mamo, do Ciebie….po czym podchodzi Fredzia do telefonu. 

– wiem, co chcesz powiedzieć, mówi Fredzia….nie męcz się…. 

– umrzesz, umrzesz…

– poznaję cię przez ten zniekształcony bełkot ignoranta, Wojtuś….wiem, że masz datki i przygotuj się lepiej….ty też umrzesz, tylko trochę później….pozdrów mamę…

– no i co?, pytam

– jajco, Goly wkuwał swoje datki przez rok, a ona zapytała go o ostatnią lekcję….

– czyli po piątce….kto wręczy?

– Grześ, bo się dobrze prezentuje z Ewą….

–  a potem?

– jak zawsze, skałki  , datki i kolejna zrzutka.

– zbankrutujemy wszyscy, a tetetka?

– poczekamy….i tak musimy jechać do NRD po szyny…w Składnicy nie ma….”

 

Po przeczytaniu tego listu poprosiłam Jacka o wyjaśnienia a oto odpowiedź:

” – Trójka to program 3 polskiego radia dzięki któremu odkryliśmy Beatlesów kilka lat po ich rozpadzie.

-Tetetka to hobby kolejowe miniaturowe takiego rozmiaru. 

-Fredzia to Profesor Alfreda Dobosz – wykładowczyni geografii miała trzy słabości. Jedna zawodowa, jedna sadystyczna i ta trzecia lustrzana.

 

Słabość zawodowa:

Pani Alfreda była urodzoną turystką. W związku z czym wybrała sobie profesję adekwatną do poślubienia Pana jakiegoś pracującego w ministerstwie kultury, czy coś takiego. W związku z czym po każdej podróży przywoziła ze sobą worek skałek, a la scena z “Misia”. No i oczywiście musieliśmy zgadywać z jakiego okresu na przykład pozalogicznego pochodzą te kamienie. No i same tróje.

 

Słabość sadystyczna:

Datki. Zapisana nieobecność. Przepytanie trzy miesiące po dacie w ramach tematu. Uczniowie byli przywożeni ze szpitala na noszach, aby nie mieć datek. 

 

Słabość lustrzana:

To była słabość cudownie pachnąca, bajeczna i kolorowa.  Kosztowała nas mniej więcej dwieście złotych na miesiąc. Po wręczeniu bukietu kwiatów, Fredzia zwykle mówiła. Dziś nie będzie skałek, datek, tylko moja opowieść. Po czterdziestu pięciu minutach zastanawiałem się, czy nie lepiej rzeczywiście wydać na większe bukiety….

 

W końcu znalazłem się po drugiej stronie geografii w Liverpool.

Siedziałem w ławce z kolegą, tu urodzonym, wychowanym itd. od jakiegoś tam zesłanego ( do Australii- przyp. ZK) piątego pokolenia. Nachylam się nad nim podczas wykładów :

– słuchaj, co to jest z tą waszą najwyższą górą – jakaś kozyjosko, czy coś….skąd to się wzięło, ta nazwa,,,,

– nie wiesz? – moja babcia opowiadała, że dawno temu wszedł na tą górę Aborygen z jakiegoś plemienia i tam zamarzł na śmierć. Znaleźli jego szczątki po jakimś czasie i ochrzcili tę górę mianem Kozjosko – czyli tego Aborygena.

Powtórzyłem tę historię wyrywkowo na mieście – większość przytaknęła,

i tak zostałem pierwszym, drugim polskim „Aborygenem „ po Kościuszce.”

 

 

 

Fajny ten list, szczególnie gdy się rozczytać. Nauczycielka  geografii Jacka niezwykła niezapomniana…..

A dla Was Kochani, dociekliwych choć nie za bardzo a przede wszystkim cierpliwych kilka słów o tej górze oraz zdjęć.

Oczywiście z Wikipedii. Przy okazji sama się dowiedziałam. Na wszelki wypadek gdybym usłyszała będąc jakimś cudem w Australii – góra kozyjosko…

 

 

Mount_Kosciuszko01Oct06.JPG

 

Góra Kościuszki Australia. Aż dziw, że tam też śnieg, ale wtedy gdy u nas lato…

TriangułSzczyt.JPG

Triangul na szczycie Góry Kościuszki w Australii

TablicaInfoSzczyt.JPG

 Tablica na szczycie Góry Kościuszki w Australii…

Poza zdjęciami, skrót tekstu z Wikipedii poniżej…..

Góra Kościuszki jest  najwyższym szczytem  Australii ( 2228 m. n. p. m. ), położonym w Parku Narodowym Kościuszki Gór Śnieżnych

 

Odkryta i zdobyta w 1840 roku przez polskiego podróżnika Pawła Strzeleckiego i dla uczczenia pamięci gen Tadeusza Kościuszki jego imieniem.

 

Jednak dla Australijczyków nazwa jest trudna do wymówienia i na klawiaturach nie mają takich znaków jak „Ś”. Stąd ostatecznie używana jest tam nazwa Mount Kosciuszko co w wymowie mieszkańców brzmi „ kozyjosko”

 

I w dodatku prawie nikt nie wie skąd się wzięła taka nazwa. Jak pisze Jacek zwykle myślą o tajemniczych Aborygenach….

 

 

Opowieść Sylwestrowa (5)

 

 

4aa733de8d1ce_o,size,933x0,q,70,h,aded52.jpg

Pogrzebałam w necie i znalazłam bardzo stare zdjęcie pana Kurczewskiego i jego chóru. Ale Tomasz, jeśli na nim był, to pewnie gdzieś z tyłu po lewej…

 

 

Tomasz, moje pierwsze zauroczenie.

Bo to chyba nie było zakochanie tylko zauroczenie, fascynacja. Otóż chłopak ten nazywał się Tomasz W. ( tak jak mój dziadek!) , był studentem pierwszego lub drugiego roku AM w Poznaniu , śpiewał w grupie basów chóru Kurczewskiego i jednocześnie był opiekunem młodych, bo taki mieli system w zespole. Spotykaliśmy się codziennie, zwykle wieczorową porą, gdy już jego mali chórzyści zmęczeni nieustannymi próbami szli spać a my wróciliśmy z wycieczek.

 Kiedyś siedziałyśmy w swoim pokoju i wtedy starsze dziewczyny a w tym Grażyna A. powiedziały, że właśnie idzie szosą. Wyjrzałam. Szedł sam, jak zwykle dużymi spokojnymi krokami nieco przygarbiony, z nausznikami na czarnej czuprynie czyli właściwie z gołą głową pomimo iście syberyjskiego mrozu.  Jak powiedział potem, sam się wybrał na Śnieżkę i wieczorem wracał.  Dziewczyny właśnie wtedy powiedziały, że mi zazdroszczą, że najprzystojniejszy etc. Ja byłam niewzruszona, nieprzyjęta, ot zwyczajność była dla mnie. Coś naturalnego.

Potem był koniec obozu, klimatyczny występ chóru i bal na pożegnanie . Rozstanie. Żadnych dziewczyńskich łez, czułości, przytulań. Wymiana adresów, bo nawet zwykłe kablowe telefony w tamtych czasach były rzadkością. Wnukom muszę wspomnieć, że w tym 1965 roku nikt nie słyszał o telefonach komórkowych czy o Internecie. Niemożliwe, prawda?

Gdy przyjechałam do Gorzowa, Mama chyba poznała , że coś mnie trafiło. Opowiedziałam o Tomaszu, oczywiście bez zbędnych szczegółów. Po kilku dniach przyszedł od niego długi list już nie wiem jakiej treści, zapamiętałam tylko, że  bez żadnych wyznań, ale tego wcale nie oczekiwałam, list chyba był miły a ponadto wypadło z koperty  małe legitymacyjne zdjęcie. Był śliczny. Spełniał wszystkie kryteria wybrańca które podawały moje starsze koleżanki jeszcze w trakcie zimowiska. Był wysoki, szczupły  czarny. A w dodatku miał piękne oczy i inteligentne spojrzenie. I to by było na tyle.

Nigdy potem już nie zwracałam uwagi na urodę i wzrost człowieka z którym się spotykałam. Byłam nasycona i jakby spełniona tym pierwszym zachwytem.

A po 3 latach od tamtego spotkania wyszłam za mąż za człowieka będącego przeciwieństwem tego ideału. Ale za to miał serce na dłoni, emocje pięknie wyrażał i od razu mieliśmy wspólny rytm porozumienia, rozumienia, radości i wrażliwości. A do tego miał wielkie niebieskie  oczy z zaraźliwą energią z nich bijącą. Uległam i już od 48 lat jest tak samo…

 

Zdjęcie-0791.jpg

 

Opowieść Sylwestrowa w odcinkach.1.

9EF659A6.jpg 

Mam niewiele zdjęć z okresu dojrzewania. Tutaj jest jeszcze lato i moja 16 czy 17 wiosna- nie jestem pewna…dumam na ławce pod naszym domem przy ul. Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie…

 

 

Nasze dawne bale Sylwestrowe w Urzędzie Rady Ministrów, pałacyku Artystów Grafików przy Foksal, Pałacu Kultury i Nauki, Filharmonii , w Druskiennikach, Berlinie, Szczawnicy, Krynicy czy Karpaczu wreszcie pozostają tylko miłym wspomnieniem.

Dzisiaj, kiedy szaleństwa sylwestrowe już nas nie dotyczą , bo wszystko już było , uwolniona od gorączkowych przygotowań, rozsiadam się wygodnie i otwieram drzwi do krainy moich dawnych czasów, kiedy byłam młoda świeża i niewinna.

I oto z czeluści pamięci wyłania się jedyny taki, pierwszy mój sylwester sprzed 51 laty. Byłam wtedy w trzeciej klasie LO, co przy ówczesnym systemie edukacji równało się 17 wiośnie życia. Byłam dziwnie opóźniona w rozwoju. Na szczęście dotyczyło to tylko sfery męsko damskiej.  Do tej pory w ogóle nie interesowali mnie chłopcy. Gdy koleżanki zbierały fotosy aktorów i do nich wzdychały, ja zbierałam kamienie. Płeć męska wydawała mi się innym sortem, zupełnie odmiennym. Właściwie nie byli to dla mnie ludzie zwykli jak my, dziewczyny i nawet liściki miłosne na pierwszej licealnej zabawie nie wzruszyły mnie ani nie zainteresowały. Miałam nawet problemy ze zwykłą rozmową z chłopakiem z klasy. Nie wiem skąd to się brało, czy z wychowania w towarzystwie rodziców i bratanicy. Koledzy z ławy wydawali mi się niedojrzali, niepoważni, ot, gówniarze i tyle….może dlatego że moim zakochaniem był starszy o 13 lat brat, Zenon. Uwielbiałam go czekałam kiedy się zjawi w naszym gorzowskim domu, przyfrunie z Poznania gdzie studiował a potem z Wrocławia. Zjawiał się jak meteor, muskał zaledwie moją osobę wzrokiem, jakimś miłym słowem i pędził dalej goniąc za swoim życiem.

To tyle tytułem ogólnego wyjaśnienia.

Jak już wspomniałam na wstępie wydarzyło się to w ferie zimowe  przedostatniej klasy LO . Uprzedzam lojalnie, że ta opowieść nie będzie w żadnym razie pikantna, ani pewnie dla Was, Kochani interesująca. Ot, taka sobie opowieść babcina.

W tym 1964 roku pojechałam  na obóz zimowy. Lubiłam wyjazdy grupowe, chociaż ten nie wydawał się ciekawy, bo mieliśmy mieszkać w jakimś domu wczasowym w Bierutowicach obecnie zwanych Karpaczem Górnym. Lubiłam spanie w namiotach w leśnej głuszy, czy w  zabudowaniach obok starych tajemnych ruiniastych  pałaców jak w Brodach Żarskich czy w Nowym Mieście nad Pilicą gdzie bywałam na koloniach i obozach.  Jednym słowem najważniejsze dla mnie była niezwykłość miejsca. Jedynie łagodziła tę niechęć do lokum  nadzieja i ciekawość  spotkania z zimowymi Sudetami, górami których do tej pory nie miałam okazji poznać.  Pomimo niechęci pojechałam jednak tej zimy z grupą mało zaprzyjaźnionych osób, bo była to zbieranina z różnych klas, w tym koleżanki z ostatniej klasy LO, które traktowały nas, młodszych wyniośle….

 cdn.

Czas na życzenia…

 

 

PC250073.JPG

 

 

I czas Wigilii nadchodzi. Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Katary z Inowrocławia przywieźliśmy, ale to nic. Widać już nie powinno się wyjeżdżać o tej porze roku i w duże zgrupowania ludzi. Ale to tylko margines….

Dzień wstał, obok drzwi wejściowych do naszego domku kula zakupiona na Kujawach światłami błyska. Przypomina tamte ziemie, gdzie goni Mama się urodziła a Ona spędzała wakacyjny czas w Szymborzu. Bliskie są mi te Kujawy….

Ale to margines. Jak co roku zbierze się o 15 rodzinka. Oto ona na zdjęciu  grupowym z 2009 roku , kiedy to jeszcze dwojga wnucząt nie było na świecie, a Leza nie myślała o tym, że zostanie mamą żywiołowego Pola. Przesyt dań świątecznych spowodował przymus wyłożenia się na naszym legowisku. Fajne to zdjęcie….błogostan…

Barszcz już ugotowany. I kompot z suszonych owoców i mak zmielony trzykrotnie spoczywa w wazie razem z bakaliami. Ryby i sałatki przybędą z dziećmi. … Niedługo przyjdą starsze wnuki i będą choinkę stroiły. Na razie zdjęcie zeszłoroczne tu wrzucam z życzeniami dla Wszystkich którzy tu zajrzą. Niezależnie od poglądów politycznych, sympatii czy antypatii dziś jednoczmy się. Może stanie się cud zrozumienia Innego , porozumienia, może stanie się cud….

ŻYCZĘ WAM KOCHANI ZDROWIA MIŁOŚCI, DZIECIĘCEJ, RADOŚCI I DZIECIĘCYCH ZACHWYTÓW POMIMO TEGO, ŻE JUŻ DOJRZAŁOŚĆ PRZYSZŁA. A PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚCIA, BO MOŻNA MIEĆ WSZYSTKO I STRACIĆ PRZY BRAKU SZCZĘŚCIA….

SPOKOJU I SAMYCH DOBRYCH DNI W NADCHODZĄCYM NOWYM 2016 ROKU…

 

cyganie.JPG

Michałowice, 2009, zdjęcie robił Mirek, więc go tu nie ma. No i dwojga najmłodszych wnucząt bo jeszcze się nie urodziły. Nieodłączna Leza nie wie, że będzie mamą…..

Na emigracji wewnętrznej….

stara poczt G. koszary.jpg

Tak wyglądało moje koszarowe wzgórze w 1935 r. . Schody, staranne nasadzenia młodziutkiej kosodrzewiny. Mój dom ostatni po lewej. Po wojnie, po prawej były ruiny wypalone przez Rosjan dwa tygodnie po „wyzwoleniu” miasta. Nie wiem, czy mam prawo pokazywać tutaj tą pocztówkę, ale co tam…..dziękuję za przysłanie mi tego zdjęcia R.M. 

 

Saperzy-ul. Estkowskiego.jpg

To samo wzgórze. Zdjęcie Taty, Wacława Łukaszewicza. Lata 50 ubiegłego wieku…..

 

 

Nie znana do tej pory gwałtowna totalna zmiana władzy w Polsce, poranne wiadomości w radio,  o tym co się wydarzyło w nocy. Wymiana kadr, nowe prawo. Nowi ludzie, chociaż znani z dwuletniego okresu poprzedniej władzy i z późniejszej działalności którymi  rządzi nieufność, podejrzliwość i jakieś dziwne teorie . Słuchając tego, nie sposób nie przyznać racji komuś, kto napisał, że  zamiast ciepłej wody w kranie zapewnianej przez poprzednie władze mamy wodę wrzącą. A to dopiero początek….Ponadto nasilenie terroryzmu na świecie…..ogólnie to, strach się bać- jak mawia gonia.

I dlatego wyłażę z tej oblepiającej matni i postanawiam udać się na emigrację wewnętrzną.  Tam jest zapewniona cisza , spokój i łagodność.  Zapraszam do tej podróży. ….nie trzeba wysiłku, pełen luz. W przypadku wygasania zainteresowania można po prostu wyłączyć komputer. I wszystko znika, nie istnieje. Czyż to nie jest prawdziwa wolność?

Biorę do ręki stary album , z czułością bo już dobrze znany , dotykany przez dłonie moich Rodziców i czuję ich obecność. Otwieram go jak drzwi do mojego świata. Jego  brunatne, chropawe, pachnące kurzem strony przypominają przaśne powojenne czasy kiedy to wszystko było takie- brudnobrązowe. Tam Tata wklejał zdjęcia i opisywał je pięknym starannym technicznym pismem . Tam jest zaklęta bezpieczna kraina dzieciństwa i wczesnej młodości. Tym bardziej bezpieczna i tym bardziej piękna, bo oglądana z dalekiej perspektywy czasowej. W takiej sytuacji wszystko jest wybielone, jakieś cienie czy niepokoje młodości a także drobne problemy, bo któż ich nie miał, odchodzą w dal. I jest tylko dziecięce zielone rozmarzenie.

Pewnie każdy ma takie wspomnienia i może teraz właśnie tam przebywa – w tamtych czasach i miejscach. Swoich, tylko swoich, najcieplejszych.

Może jednak oderwie się na chwilę i wpadnie z odwiedzinami tutaj, do  mojej krainy szczęśliwości. Zapraszam…..

        Nasza ulica  wtedy Nowotki, przemianowana dużo później na Orląt Lwowskich wspinała się na wzgórze. Jedno z najwyższych  gorzowskich . Bo Gorzów jak Rzym na siedmiu wzgórzach malowniczo się rozłożył opierając się o szeroką dużo szerszą od Tybru Wartę. I z dalekiej perspektywy wyglądał jak olbrzym leżący leniwie na boku przytulony do swojej rzeki.

Na szczycie naszego wzgórza  znajdowały się koszary do których wiodły piękne fantazyjnie zaprojektowane, zbudowane z przedziwnie ułożonej, bo równiutko pionowo czerwonej cegły o lśniącej polewie . Często  oglądałyśmy te cegły  bo takich nigdzie nie było i dotykałyśmy w czasie upalnego lata by poczuć ich chłodną miłą gładź. Aż dziw, że komuś się chciało układać je tak starannie, że w ogóle komuś się chciało. Te schody jeszcze są, choć ktoś im w wielu miejscach wybił zęby jeszcze urodą mogą zachwycać.

Zbocza wzgórza porastała kosodrzewina. Ileż krzewinek musiano posadzić, by pięknie pokryły nagie wzgórze. I pomimo tego, że już dawno kosodrzewina umarła ustępując miejsca dość wysokim drzewom liściastym ,  które same sobie wyrosły bo było im tu dobrze, wtedy i tam się zatrzymał mój czas.

W  żywicznym bardzo wonnym kosodrzewinowym gąszczu  hulaliśmy z miejscowymi dzieciakami, huśtając się na płożącym elastycznych gałęziach, kryjąc w zakamarkach i odkrywając co dalej .

Granicą naszego terenu zabaw była połowa wzgórza, gdzie planiści miasta  zaprojektowali platformę wypoczynkową.  Gnając pod górę, nagle w tym miejscu  hamowaliśmy, bo przychodziło  uczucie nieokreślonego niepokoju a nawet lęku. Tu wszystko wyglądało tak, jakby ktoś przed chwilą stąd wyszedł i niebawem wróci. W niszy , pod kosodrzewinową ścianą była nieczynna wprawdzie bezwodna fontanna o niskim obrzeżu a nieopodal  romantyczne betonowe przysadziste ławki tak posadowione, że umożliwiały siedzącym widok na bawiące się dzieci i daleką rozległą dolinę Warty. Wydawało się nam więc, że ktoś stamtąd wyszedł na chwilę,  że lada moment wróci, wyjdzie zza krzaków, że spojrzy wrogo. I powie, że to nie wasze, nie wasze rewiry. My tu jesteśmy….

 Tak, to opuszczone jakby przed chwilą miejsce relaksu  wydawały się nam nieprzyjazne, obce, nosiły ślady czyjegoś życia. Tam kryła się tajemnica, której nie znaliśmy a przeczuwaliśmy tylko. W tamtych czasach nikt o tym nie mówił, panowała jakaś zmowa milczenia nad niemieckim rodowodem miasta, a faszerowano nas  informacjami o jego polskim pochodzeniu.

Ale dzieciaków nie można oszukać. Wyczują fałsz na odległość. Mają jakieś własne bardzo czujne antenki wyłapujące kłamstwo dorosłych. Już zaczynaliśmy rozumieć, że ktoś tu kiedyś mieszkał i gdzieś wybył a my zjawiliśmy się jakby przypadkowo.

Tego nie odczuwałam przedtem bawiąc się na płytach dawnego cmentarza poniemieckiego rozrzuconych w krzakach parczku dotykającego ulicy Estowskiego i Kos. Gdyńskich. Pewnie dlatego, że jednak z biegiem czasu umysł dzieciaka się zmieniał, świadomość rosła i wyobraźnia też.

Byliśmy dziećmi  rodziców okaleczonych II wojną światową. Dzieci naznaczonych ich traumą z genami do których się wbudowała. Nasi rodzice próbowali posklejać swoje życie, zapomnieć o umarłych i żyć dalej. Ale jak to było możliwe, gdy rany świeże a dookoła nasilający się terror stalinowski. Nie wiem, jak to było możliwe. Ale jakoś to przetrwali , bo życie ma swoje prawa, czas trochę łagodzi ból a my dostarczaliśmy im zajęć. Tak, powojenne pokolenie dźwigało w sobie tragedie rodziców,  nosiło w sobie ich lęki , rosło karmione opowieściami  o minionych czasach spędzonych w innych częściach kraju, w górach czy na wileńszczyźnie, czy wreszcie na rodzinnych Kujawach. Usiłowaliśmy  zrozumieć świat.

I tak gdy miałam  10 lat i zamieszkaliśmy pod koszarami,  powoli  docierały  do mnie i do moich podwórkowych kumpli  dzieje Gorzowa, poniemieckiego miasta kiedyś Landsbergiem zwanego. Nie czuliśmy się tutaj pewnie, nie tak jak czułam się w naszych Beskidach, gdzie pradziadowie się rodzili i spoczywali w swojej ziemi. Mieliśmy podcięte korzenie, i jak przesadzone rośliny wypuszczaliśmy nikłe swoje korzonki, wczepiając się w tę ziemię ale

czuliśmy jak unoszą się nad nami i nad tym miastem  duchy poprzednich mieszkańców, chropawy ich język, ich miłości takie jak nasze, cierpienia i radości.  

Chociaż  nie widzieliśmy tamtych czasów, to w nas było, rosło i dojrzewało…. I wreszcie się dowiedzieliśmy jak było kiedyś , mówić już było wolno ale tamto kłamliwe milczenie  zostało. Pomimo tego wrośliśmy w nasze miasto w nasz Gorzów….udało się…..

 

 Zdjęcie-0776.jpg

 My, schodki, koszary w tle. Podpis w albumie ręką Taty……