Magiczne Skalite, ukochane moje…

 

PA020128.JPG

Skalite, widok od Godziszki. Ulica Południowa i przełęcz Siodło …

 

 

 

 

I nieustannie wracamy w Beskidy , do miejsc gdzie urodziła się i spędziła pierwsze lata życia moja mama- Stefka. Szukamy Jej śladów, które czas skutecznie wymazał, ale zostały w mojej pamięci. Opowieści Mamy, moje dziecięce wspomnienia z pobytów wakacyjnych u wujka Szczepana pachnących świeżym sianem, krowami, chrumkaniem świń , krowami i porannym mlekiem „ prosto od krowy” które ciocia wstrzykiwała prosto do metalowego kubeczka pokrytego białą emalią z dużym uchem, który był mój w te wakacje. Do tej pory czuję ciepło tego kubka gdy po napełnieniu  brałam go w dłonie. Owa niezwykła łaskawość ciała krowy, jej zapach i niepowtarzalny smak mleka i pianka to najpiękniejsze klimaty mojego przecież miejskiego dzieciństwa… Piana unosiła się wysoko ponad brzeg kubka i pozostawała na górnej wardze, gdy łapczywie chlipałam to świeże mleko… Uwielbiałam takie poranki….

Ale miało być o Skalitem.

Siedzimy sobie więc pod naszą szałasochałupką z Kotliną Żywiecką u stóp i poglądamy  na dookolne góry zamykające ową kotlinę.

Na wschodzie pasmo Beskidu Małego, na południe Beskid Żywiecki a my  opieramy się o Beskid Śląski. Nad nami Skrzyczne z dwoma piersiastymi górkami- Palenicą i Niesłychanym Groniem.

A obok nich przysadziste, kopiaste Skalite. Zaliczane jest do Pasma Baraniej Góry, stąd niewidocznej ,  sięga 864 m. n. m. i poprzez przełęcz Siodło łączy się z najwyższym szczytem tego Beskidu- Skrzycznem a także ze starym kurortem- Szczyrkiem, o którym pewnie kiedyś wspomnę. Szczyrk to już inny świat. Dla nas nieomal obcy i odbierany właściwie jako mało przyjazny.

Tak więc siedzimy sobie na zboczu górskim a mój wzrok stale wędruje na Skalite. Jej nieustanna wielowiekowa cierpliwa praca w dostarczaniu nam wody , dźwiganie skoczni narciarskiej od strony Szczyrku i niedawne rozrycie zbocza przez wielki sprzęt by powstały liczne szerokie dukty na których dwie ciężarówki mogłyby się minąć . Wprawdzie można po nich wygodnie wędrować, ale nadal nie wiemy w jakim celu powstały. Jak mówią miejscowi, być może utworzono je dla narciarzy… Na pewno zostały okupione cierpieniem tej góry i być może odległymi skutkami zniszczenia poszycia i niebywale licznych cieków wodnych.

Tak więc z lękiem patrzę na tę górę i gdybym wierzyła, że Bóg mnie wysłucha wznosiłabym do niego modły o zachowanie tej góry.

Na razie ona cierpliwie milczy i gra na niej zachodzące słońce a przerzedzone wielkie świerki wspinają się na szczyt jak wędrowcy strudzeni ale pełni siły i widzący swój cel.

Tak więc piszę o Skalitem i życzę tej górze wytrwania i ostatecznego zwycięstwa w walce z destrukcyjnym działaniem okrutnego człowieka….

 

....JPG

 

 

 

P5021582.JPG

 

 

P5021607.JPG

 

 

PA040359.JPG

 

 

P8080340.JPG

 

 

ap foto 127.jpg

 

Gdy własny mąż jest moim kierowcą.

 Ten tekst zamieściłam w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka 21.09.2009 r. Jest więc stary ale jary. Dzisiaj go znalazłam….uśmiechnijmy się!

 

0.JPG

 

 

 

Wracaliśmy samochodem. Jak zwykle prowadził mąż, a ja, stary kierowca siedziałam obok. Topór wisiał w powietrzu. Uratował nas aparat fotograficzny.

Wybieramy się w dość długą podróż. Oczywiście, samochodem. Jestem starym kierowcą ,  ale teraz prowadzić nie mogę, bo są odgórnie narzucone zasady. Kierowcą w tym wypadku może być tylko on, mój mąż. Potulnie siadam obok. Trasa jest prosta i znana. Nie muszę szukać mapy, a potem odpowiadać za źle wybraną drogę. Ulga..

  

 Wyjeżdżamy za późno, bo nie przewidział trudności, a ja przecież mówiłam… Jedziemy.

Pogoda jesienna, dzień krótki, zbliża się szarówa, zaczyna siąpić, potem już pada równo.

 

Czuję jakieś skurcze w nogach od wciskania nieistniejących po mojej stronie pedałów. Potem zaczyna drżeć prawa ręka od obsługiwania swojego kierowcy : a to przecieranie okularów, podawanie butelki z wodą, ocieranie potu z czoła.  Wprawdzie potu nie widzę, ale za to skutecznie zasłaniam kierowcy pole widzenia.

 Mój lewy łokieć już całkiem zdrętwiał  przyciśnięty do boku, by nie przekroczyć granicy jego królestwa. Bardzo pilnie obserwuję szosę, więc moja szyja przypomina szyję Masajki, a oczy mgłą zachodzą od wypatrywania znaków przydrożnych.

 

Już dawno zachrypłam. Jest źle.  Atmosfera gęstnieje. W powietrzu wisi topór.

Zamiana miejscami nie wchodzi w grę. Wyjść w pełnym biegu też trudno. 

I  gdy już z wielkim trudem hamuję kolejną falę mdłości, wyjmuję aparat fotograficzny. Robię zdjęcia.

  

Wszystko odpływa. Deszcz nadal pada, ale jest ślicznie. Błogi spokój. Dojeżdżamy bez problemów.  

Mąż jakoś dziwnie zrelaksowany wysiada z samochodu.

A  ja mam swoje deszczowe, dla mnie bardzo klimatyczne zdjęcia..

 

 

2.JPG

 

 

1.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 

 

3.JPG

  Bielsko Biała zza deszczowej szyby. Piękny odrestaurowany dworzec austriackiego cesarza Franciszka Józefa – będąc obok, warto zajrzeć do wnętrza i obejrzeć zjawiskowy sufit….

Droga Krzyżowa.

Dzisiaj  byłam świadkiem niezwykłej Drogi Krzyżowej.

Nie była typowo miejska, uliczna czy wiejska , gościńcowa.  

W Busku procesja tradycyjnie przemierza aleje Parku Zdrojowego.

Pognałam tam  o oznaczonej godzinie , nastrój gęstniał a ja z zapartym tchem i sercem w którym odzywały się głosy dzieciństwa zajęłam się fotografowaniem.

Nie ukrywam, że podniosły nastrój się udzielał……jedynie dzieciaki czasami wypadały z roli i ponosiła je wrodzona werwa, czego przykładem fajny chłopiec na zdjęciach ….

I tylko wielkie parkowe  drzewa stały obojętnie a wszechobecne tu zawilce szeroko otwierały swoje białe zaciekawione oczęta….

 

1.JPG

 

 

 

3.JPG

 

 

 

5.JPG

 

 

 

6.JPG

 

 

 

7.JPG

 

 

 

9a.JPG

 

 

 

12.JPG

 

 

 

13.JPG

 

 

 

14.JPG

 

 

 

Spotkanie z Marconim.

markoniec.JPG 

Aleja Mickiewicza wiodąca z Rynku i za bramą przechodząca w  Aleję Marzeń…widok z Parku Zdrojowego…

 

 

Od trzech tygodni codziennie spotykam się z Henrykiem Marconim. Ten słynny architekt często odwiedza Park Zdrojowy w Busku.

Jeśli czasem zapomni, przywołuję go natężając myśli. Źle napisałam. Myśli o Marconim nie natężam, bo same wychodzą z mojej głowy, gdzie jest im tłoczno. Wyfruwają w tym miejscu , na cudnej parkowej  Alei Marzeń , gdy  wpatruję się w  Łazienki, które lśnią na jej końcu jak drogocenna kolia , i gdy odwracam głowę  by zobaczyć szczyt Garbu Pińczowskiego, gdzie Rynek….

I wtedy widzę, że jest , on, wielki Henryk Marconi. Nadchodzi a właściwie spływa z wysoko położonego Rynku. Gdy się do mnie zbliża, widzę na jego twarzy zadowolenie i dumę , że to on zaprojektował cały ten kompleks. Taki udany, miły oku całościowy kompleksowy projekt. Jego jest  Rynek i obecna Aleja Mickiewicza spływająca wstęgą szeroką w dół i przez wielką bramę ogrodzenia  przenikająca we wspomnianą Aleję Marzeń otuloną starymi drzewami parku które stoją na wielkim  puchatym zielonym dywanie przetkanym zawilcami i fiołkami   by zatonąć w Łazienkach czyli obecnym Sanatorium…..

Był rok 1822 gdy generał  Pac zaprosił do nas, do  Królestwa Polskiego 30 letniego wówczas rzymskiego architekta. Ten się zgodził , pozostał, działał, pracował , projektował , tu żył, założył rodzinę i zmarł mając 71 lat, co w tamtych czasach było wiekiem sędziwym. Na warszawskich Powązkach znajduje się jego grób, skromny, jednopłytowy….

 W Wikipedii nazywają go jednym z najwybitniejszych polskich architektów  pierwszej połowy XIX wieku. Podkreślam, polskich architektów. Pytam czy to prawda, że czuł się Polakiem, potwierdza….

Potem zaprasza mnie do Łazienek na kawę do maleńkiej uroczej kawiarni. Wiem, że kawa już pachnie i czeka sernik na gorąco, wart grzechu, tym bardziej, że nawet mój glukometr nie wariuje po takiej uczcie…

A dookoła jest pięknie i magicznie….

 

 

maroo.JPG

 

Dawne Łazienki Marconiego zwane teraz Sanatorium. Widok spod bramy Parku Zdrojowego…

 

marwnetrze2.JPG

 

W Łazienkach Marconiego

 

 

marwnętrze1.JPG

Hall Łazienek Marconiego- Orfeusz

 

marwnętrze.JPG

Hall Łazienek Marconiego- Eurydyka

 

 

marbalowa.JPG

 

Łazienki Marconiego. Dawna sala balowa przekształcona w latach 50 ubiegłego wieku w salę koncertową..

 

 

marwnętrze4.JPG

 

W  Łazienkach Marconiego…

Kwietniowy dzień w Parku Zdrojowym w Busku, gdy spadł śnieg w Tatrach

 

Przed trzema dniami podano w radio , że w Tatrach spadł śnieg.

Jak zwykle o 6 rano wyskoczyłam z łóżka, gdy tylko zabrzmiał dzwonek budzika w telefonie mojej współpasażerki, tfu, współlokatorki. Nie wiem dlaczego nie wykasowała tego zlecenia na czas, kiedy nie musi wstawać do pracy. Ale jest dobrze, bo mogę opuścić łóżko, oblucje łazienkowe odbyć  zaparzyć kawę i bez skrupułów otworzyć komputer pozostawiając wrodzoną delikatność w pościeli która nakazywała mi że nie wolno przeszkadzać. Przeszkadzam więc z radością i  bez granic o tej 6 rano. ..

Bo jest tak, że wieczorem zasypiam jak najedzone i przewinięte w suche pieluszki zdrowe niemowlę pomimo tego, że gra telewizor i pali się światło. Już się nauczyłam tego, żeby wrodzoną grzeczność chować w szufladę i pomimo zalewu opowieści koleżanki spokojnie oznajmiać dobranoc odwracając się do ściany. Budzę się około drugiej, widząc smacznie chrapiącą koleżankę po fachu , wyłączam telewizor, gaszę światło i jest ok.

Po tej przydługiej dygresji wracam do dnia, kiedy to powiedziano w radio, że w Tatrach spadł śnieg.

Jak zwykle wylazłam przed Mikołaja i zwyczajowo robiąc „niuch niuch „poczułam cudny świeży lodowaty powiew znad niedalekich przecież gór. Rześko było i ciekawie.

Tak rozpoczął się dzień niby zwykły, ale jakże inny wieczorową porą. Otóż gdy słońce zabierało się do snu, po raz enty poszłam do parku Zdrojowego. I to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie, zachwyt i już więcej nie będę się wysilała, by pomnażać określenia bo słów brakuje. Zdjęcia pstrykałam tylko a na niebie dział się teatr. Teatrum zwykle mówię, istny spektakl.

Koronki udziergane z gałęzi drzew delikatnie podtrzymywały szalejące niebo….dzięki Ci Stwórco, myślałam…..

 

Niebo.JPG

 

 

Niebo000.JPG

 

Niebo00.JPG

 

 

To były zdjęcia z Parku Zdrojowego w Busku wykonane tego  kwietniowego pamiętnego dnia, a raczej popołudnia, gdy spadł śnieg w Tatrach…

A to co o nim pisze Leszek Cmoch w ” Przewodniku dla turystów zwiedzających Ponidzie” .Wyd Agencja Turystyczna 2002 

 Buski Park

 „ Założony przez ogrodnika planistę Ignacego Hanusza. Plany architektoniczne ( przynajmniej cześci łazienkowej) wykonał Henryk Marconi.

W buskim parku wyodrębniamy trzy części: 1) ogród łazienkowski, zwany parkiem zdrojowym, bezpośrednio związany z Sanatorium Marconi”, zamknięty ogrodzeniem i rzeczką  Maskalisą. 2) poczwórna aleja Mickiewicza, promenada długości ok. 850 m, łącząca ogród łazienkowski z rynkiem3)skwerek o pow 0,7 ha na rynku ( pl.Zwycięstwa), stanowiący zabytkowe założenie ogrodowe z gwiaździstym układem dróg obsadzonych alejowo i przestrzeniami międzyalejowymi wypełnionymi formami krzewiastymi. W 1977 roku pomiędzy rzeczką Maskalisą a ul. Lipową powstała nowa część parku.

W ogrodzie łazienkowskim na pow. 16 ha rośnie ok. 4,5 tys drzew różnych gatunków. Najliczniej występują: klon pospolity, jesion wyniosły, klon jawor, klon polny, garb pospolity, robinia akacjowa, lipa drobnolistna, kasztanowiec zwyczajny, wiąz szypułkowy. Mniej liczne są: brzoza brodawkowata, modrzew europejski, czeremcha pospolita. Szczególne gatunki stanowią: kłęk kanadyjski, platan klonolistny, kasztanowiec żółty, katalapa bignoniowa.

Ok. 12 % drzew ma ponad 100 lat.

Charakter parku mają także lasek komunalny sosnowo- olszowy na wzgórzu Sole ( tzw. Małpi Gaj ) z drzewostanem ok. 50-letnim oraz ogrody sanatoryjne.”

 

Niebo0.JPG

 

Niebo1.JPG

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..

 

 

 

 

Pierwszy śnieg tego roku…

 

Spóźnił się na Boże Narodzenie i nie przyszedł z Nowym Rokiem, ale dotarł pod Warszawę wczoraj i zakrył brud , ludzkie problemy wybielił i optymizm przyniósł…pierwszy śnieg tego roku….

 

Zapraszam do naszego domku, gdzie jeszcze jarzą się światełka na najprawdziwszej choince. Błądzić nie będziecie, bo bramka charakterystyczna a w ogrodzie drzewka, które się tu  z wyraźną radością kokoszą od kilku lat. Wyhodowała je z nasionka  a potem nam ofiarowała nasza gorzowska przyjaciółka. W tym celu musiała pokonać  odległość ponad 500 km dzielącą nas od  Gorzowa, miasta w którym się urodziłam i spędziłam wczesną młodość sprawiając nam swoją wizyta i prezentami niespodziankę i uciechę. Bo poza drzewkami mamy m.in.kostki  granitowe z likwidowanych gorzowskich traktów , cegłę  z rozpadającego się podgorzowskiego pałacu,  fragment muru z pięknym stiukiem, który spadł z ruiny, korę z wiekowego drzewa, które umarło nad Kłodawką- niewielką rzeką, która przepływa przez Gorzów i razem z wielką Wartą obejmuje ramionami centrum miasta. W ten sposób powstało  prywatne  Gorzowskie Muzeum  w Michałowicach. Gdy ostatnio 3 letni wnuk  wziął do ręki jeden kamień, jego 5 letnia siostra ostrzegła- nie wolno tego brać, bo to z muzeum babci:)

Tak tak goniu, chyba mogę Ciebie nazwać przyjaciółką. Nasza znajomość jest młoda,  zawsze fascynująca. Poznałyśmy się dzięki pisaniu do portalu MM- Gorzów. To było bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie – jak można było po sposobie pisania tekstów, komentarzy wyniuchać bratnią duszę. I co ciekawe , spotkania w realu potwierdziły , że spotkałam fajnych ciekawych świata, przyjaznych ludzi…pozdrawiam Ciebie goniu, Magmag, bodka , jamajkę, i-elę, i wielu innych, których nicki zapamiętam na wieki wieków- amen ….i jak zwykle zapraszamy do nas Was i Waszych przyjaciół i oczywiście naszych przyjaciół …pozdrowienia śnieżne …

 

 

Bramka.JPG

 

 

domek.JPG

 

 

Kasztanek.JPG

Gorzowski kasztanek ma się dobrze na ziemi michałowickiej!

 

Klonik.JPG

Klonik z Gorzowa , najmłodsze nasze ogródkowe dziecko

 

 

Lipka.JPG

Gorzowska lipka, będzie pięknie rozłożysta ( wnuki a może prawnuki nie będą miały problemów, by wdrapać się na gałęzie) ,  bo nie jest przycinana pomimo zaleceń „naczelnego specjalisty od drzew „- czyli goni, która te trzy drzewka sama wyhodowała  nieomal z nasionka i jak napisałam powyżej,  osobiście nam dostarczyła ….

 

Poranne rozmyślania w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia…

Święta, święta i właściwie po świętach. Już drugi dzień od Bożego Narodzenia się rozpoczyna. Było jak zwykle ciepło i rodzinnie. Nieco zamieszania w naszym pustym już domu. Dzieciaki przybyły, jedzenie przyniosły, potem posprzątały i wyfrunęły do swojego życia. Kolędy były śpiewane i grane na pianinie przez babcię. Niestety jak na razie żadne z wnucząt nie wykazuje zainteresowania nauką gry na instrumentach. Wprawdzie kiedyś Julka ładnie na gitarze brzdąkała, malowniczo siadając na wysokim stołku, ale minęło. Mam wprawdzie nadzieję, że muzykowanie do niej wróci, tak jak do mnie wróciło po 40 latach. A pozostała czwórka wnucząt jeszcze wykluwa się z jajka nieomal, wypierza. I zobaczymy jak z nimi będzie. Wprawdzie z Majcią i Mikołajem rodzice chodzą do filharmonii na poranki muzyczne dla dzieci, które nadal prowadzi chyba nieśmiertelna ciocia Jadzia. Przecież i my bywaliśmy z małymi naszymi dziećmi na koncertach przez nią prowadzonych.

Tak więc wstaje dzień i niebo zaczyna grać kolorami, więc łapię aparat i zdjęcia jeszcze ciepłe tutaj wrzucam. Refleksyjny to poranek, bo najpierw leniwy, przejedzony wszak, a potem stopniowo myślenie „pod sufitem” się rozwija  o tym, że czas mija, jeden odchodzi a drugi przychodzi. A my jesteśmy, trwamy. Jak długo jeszcze ? Ale w tym miejscu muszę przerwać, bo dalsze rozwijanie tematu prowadzi na smętne tory. Więc przerywam, nie myślmy o tym co będzie, co los przyniesie. Cieszmy się każdym dniem który wstaje, chwilą ulotną daną nam na własność i myślmy pozytywnie. Podobno takie myślenie przynosi samo dobro.

Jestem z Wami Wszystkimi, Kochani – bierzemy się za ręce i tworzymy łańcuch bliskich sobie serc. Jesteśmy razem- czy też to czujecie?

 

 

Widok0.JPG

 

 

widok00.JPG

 

 

widok2.JPG

 

Właśnie wstaje dzień, drugi dzień od Bożego Narodzenia. Zapraszam do naszego domku, gdzie choinka czeka i otwarte serca dla Was, Kochani ….

Perła w ciechocińskiej koronie.

 

 

ŁazIV.JPG

 

 

ŁazIVD..JPG

 

 

ŁazIV,1.JPG

 

 

Oczywiście może oburzyć się jakiś znawca sztuki, ale dla mnie prawdziwą perłą w Ciechocinku jest Szpital Uzdrowiskowy nr 1 czyli dawne Łazienki IV. Obiekt ten zaprojektowany przez Juliana Majewskiego, zrealizowany w latach 1900- 1906, potem wielokrotnie remontowany z daleka pysznie lśni bielą, urodą bryły i dachowych ozdób. To tylko zewnętrzny ogląd. Mam wielką ochotę tam zajrzeć, ale lękam się brzydoty, zaniedbania czy brzydkiego zapachu, co zdarza się nierzadko w tym kraju. Ładna fasada, a wnętrze to ruina.

Paradne wejście jest zamknięte, więc pokonuję drzwi skromne, położone z boku, nad którymi napis informujący o czynnym basenie oraz sponsorowaniu Szpitala przez NFZ. Gdy przewrotnie  napisałam sponsorowaniu- oczywiście natychmiast chciałam sprostować- przecież ta organizacja siedzi w naszych portfelach, rządzi naszymi ciałami, decyduje kogo ratować, a kogo odsyłać na ważne zabiegi do kolejki- niech latami czeka. Jednym słowem Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia to pan życia i śmierci. Ale dość tych dygresji. Może nie istnieje idealny system ochrony zdrowia, więc dlaczego nasz miałby taki być.

Tak więc, ponarzekawszy, wracam do ciechocińskiej perły w koronie.

Wchodzę więc do wnętrza dawnych Łazienek IV. Pomimo informacji, że obiekt jest czynny, wchodzę na palcach, nieomal wstrzymując oddech. Kolejne drzwi otwieram, parkiet lśni niebezpiecznie, sufit zawieszony gdzieś tak wysoko, że głowę zadzierać trzeba. Korytarze szerokie, po bokach ponumerowane drzwi . Nikogo nie widzę,  ludzi jakby wywiało.  Nagle się jedne otwierają i wychodzi z pomieszczenia na ten lśniący parkiet paniusia w skromny szlafroczek ubrana i człapie w kapciuszkach w nieznanym kierunku. Zjawa to , czy co?   Przecież ja już widzę panie zwiewne, wytworne, pachnące cygaretkami i perfumą egzotyczną oraz panów we frakach, którzy zmierzają w kierunku, gdzie właśnie ja. Przy nich  źle się czuję w swoim zimowym obuwiu, z kurtką w ręce , ubrana byle jak… usuwam się więc pod ścianę, a właściwie się w nią wtapiam. Na twarzy czuję że jakiś woal mnie muska delikatnie i towarzystwo znika.

Otwieram oczy , a obok właśnie przeczłapuje kolejna osoba w szlafroczku , zagubiona w tym wielkim korytarzu.

Zbieram się w sobie, odwagę przywołuję, bo ciekawość – co dalej zobaczę- silniejsza od nieśmiałości mojej.

I stawiając ciężkie zimowe buty na tej drewnianej cudnej zadbanej podłodze podążam za rozbawioną grupą, którą widziałam chyba we śnie na jawie.

I nagle otwiera się przede mną widok, którego chyba opisywać nie będę, bo mam zdjęcia. Wystarczą, muszą wystarczyć, opisu nie będzie, bo słów nie ma odpowiednich.

Napiszę tylko, że to jest sala balowa, obecnie zwykła poczekalnia.

I już orkiestra stroi instrumenty, wciskam się we framugę drzwi, aż wreszcie znajduję dobrą kryjówkę za otwartymi wierzejami. Przez niewielką szparkę podglądam. Właściwie to nie wiem, czy lubię podglądać- chyba nie. Ale widok jest dostępny wszystkim, więc nie jestem takim pełnym podglądaczem- pocieszam się. Tkwię tak pomiędzy ścianą a drzwiami i chłonę widoki i muzykę i ten początek XX wieku, jeszcze pełen elegancji, czas inny niż nasz, a może dlatego, że umyty przez wskazówki zegara i kartki z kalendarza, nieco już rozmazany, sepią przyprószony….jest pięknie, muzycznie, pary wirują  walcem , ale już pora wracać. Niechętnie wyłażę ze swojej kryjówki, zresztą nogi trochę ścierpły….

Gdy czuję niewielki mrozik na nosie i policzkach, wracam do rzeczywistości swojej, szaroburej.

Ale dlaczego widzę otwarte paradne wejście od podjazdu, i ostatnie pary wysiadające z powozu….może to jakiś obraz ostatniego z rodu znanych malarzy- Kossaków- Karola a może to tylko moja wyobraźnia….jest cudnie…odchodzę bezkwietną o tej porze aleją, ciechocińskim deptakiem i unoszę myśl, że są jeszcze w Ciechocinku inne perły, odrestaurowane ale bronią tam dostępu panienki w recepcji i ceny zaporowe, hotelowe i  nowobogackich ciuchy o  czterocyfrowych złotówkowych cenach.

To nie dla zwykłych jak ja śmiertelników.

A dawne Łazienki IV to obiekt dla nas, chorych ułomnych niezdarnych niebogatych ale potrafiących się cieszyć zaproszeniem do tego miejsca, gdzie muzyka gra tajemna i cienie minionej epoki mieszkają….

 

 

ŁazBalowa.JPG

 

 

ŁazBalowa2.JPG

 

 

ŁazBalowa1.JPG

 

 

ŁazBalowa4.JPG

 

 

ŁazBalowa3.JPG

 

 

ŁazienkiIVd..JPG

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 5 )

Jacku!

Od czasu tej mojej pierwszej wizyty w Waszym domu, nawiązaliśmy ciepłe relacje z Twoją Mamą, Rodzice przyjęli i ukochali Wnuka.

Pewnie  odczuwałeś, jak byli z Ciebie dumni….Wszyscy byliśmy dumni z Ciebie, Twojej  pasji zawodowej, sukcesów i wszystkiego – no prawie wszystkiego co robiłeś.

Gdy miałeś chyba z 6 lat, Twoi Dziadkowie- Stefania i Wacław Łukaszewiczowie zabierali Ciebie i Iwonkę- Twoją przyrodnią siostrę , starszą od Ciebie zaledwie o 3 lata,  do Gorzowa, potem na wczasy. Iwonka w tym czasie mieszkała już ze swoją mamą, Grażyną w Świnoujściu i dom dziadków, nasz gorzowski dom, przy ul Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich) był dla niej spokojnym portem, gdzie zawsze czekała miłość.

Moja Mama, a Twoja Babcia wspominała, że pierwsze Wasze spotkania i wspólne spędzanie czasu nie było słodkie. Iwonka była wrogo do Ciebie nastawiona, aż wreszcie kiedyś pękła i wykrzyczała, że zabrałeś jej tatusia. Od tego momentu chyba przełamały się jakieś lody. Rozpoczęły się rozmowy bez specjalnego owijania w bawełnę tego co się stało. Iwonka była jeszcze niewielką dziewczynką, ale już doświadczoną przez los, więc przedwcześnie dojrzałą. Ty trzpiotowaty, ale wrażliwy, bystry , rozumny, rozpieszczany przez matkę, odbierałeś lekcje tolerancji, akceptacji tego co się wokół Ciebie działo. Jednym słowem, też dojrzewałeś przedwcześnie. Tym bardziej, że niedługo potem i Ciebie opuścił ojciec.

 Pamiętam Was dobrze…Zachowały się zdjęcia, które wykonywał Wasz Dziadek Wacek.

To na razie tyle opowieści z tych czasów. Obejrzyjmy wspólnie te zdjęcia….pozdrawiam Ciebie i Twoich Synów bardzo ciepło…ciocia Zosia

 

 

ZenonJacekIwka1965.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Jacek z ojcem. Obok Iwonka wystrojona przez ciocię Zosię w kokardy i klipsy.

 

 

IwonaZenonJacek1957.jpg

 

Te same zdjęcia i sąsiednie też Twoje, ojca Twojego i Iwonki z jednej strony albumu. To Twój dziadek, Wacław Łukaszewicz je wykonywał i starannie wklejał przed nieomal pół wiekiem. Zauważ smutne oczy Iwonki….

 

IwonaJacek1968.jpg

 

A tutaj już nieomal jesteście zaprzyjaźnieni z Iwonką. Pierwsze zdjęcie wykonane w Gorzowie, przed Domem Dziecka, bo tak nazywał się sklep z dziecięcymi akcesoriami obok pięknej historycznej niezapomnianej Łaźni.

 

 JacekIwonaG,.JPG

 

Jacek i Iwonka, przyrodnie rodzeństwo przed szkołą w Gorzowie przy ul. Estkowskiego.

 

JacekIwona1.JPG

 

 

Moje ukochane Bratanki….na wyjeździe z dziadkami