Zupełnie niespodziewane rozmowy z Hieronimem ( Hirkiem ) Głowackim .

 

Dzisiaj wstał dzień otulony zimną mgłą i zapowiadał się smętnie.  Moja zwykle radosna na przekór nazwie – ulica Szara nie zapraszała jak codzień . W naszej Grupie messengerowej Ewa wrzuciła zdjęcia i coś napisawszy, zamilkła, bo zrozumiałe – Dziewczyna pracuje . Próbowałam jakiejś dyskusji z tym co wczoraj wieczorem napisał Leszek o nowym warszawskim pomniku –  ale odpowiedziało mi echo….

Jednym słowem  mocno wiało   listopadowym chłodem….

…..i nagle – jakby zgadując moje wątpliwości czy warto udzielać się w tej Grupie – czy kogoś interesuje to, o czym myślę, co interesuje , co fotografuję  – zupełnie niespodziewanie  odezwał się Hirek – Hieronim Głowacki z naszego poznańskiego roku Akademii Medycznej ( 1965 – 1971).  

Od razu zapachniało wielkim światem, bo Hirek od wielu lat mieszka i pracuje za granicą  i zrobiło się ….ciepło ….ciekawie i tak jakoś radośnie , bliskopomimo tego, że w ogóle siebie nie pamiętamy z okresu studiów.

           Oto nasza dzisiejsza messengerowa rozmowa,  w całości skopiowana i  uzupełniona moją narracją ( litery  pochyłe ) . Zwyczajowo  słowa i inicjały Hirka są podane pogrubioną czcionką a moje – zwykłą :    

 H.G. – Sierpień 1976, przede mną otwarta droga na świat, kierunek – ł druga połowa kuli ziemskiej – północ albo dalekie południe. Język angielski albo francuski. Na taki się przygotowałem.

W drodze na duży świat odwiedziłem kolegę Włodka Koniecznego, który już się w zagłębiu Ruhry znalazł.

Dziwnym trafem – tam się moja mama 1912 urodziła. Przypadek?

I Włodek mi mówi – „mam pracę dla ciebie, u nas na ginekologicznym oddziale” zrobiłem duże oczy – strach jeszcze większy. Bo ja ani w ząb po niemiecku. Na to nie byłem przygotowany. Ale propozycja kusząca, więc się zgodziłem. A więc intensywna nauka języka – na to miałem tylko 2 miesiące czasu. Było nie łatwo, ale bardzo interesująco.

W głowie polski, na zewnątrz niemiecki.

Jak to każdy obcokrajowiec, próbowałem 1 do 1 z polskiego na niemiecki tłumaczyć. Nie da się.

Ale też próbowałem trochę Polski przenieść do mojego otoczenia.

Właśnie zaczęła się jesień, A więc moją łamaną niemiecczyzną próbuję im opowiadać – jesień, Polska, liście, złote, nasza, typowa i wyjątkowa.

Pakuję coraz więcej słów, zwrotów.

W końcu zdeterminowany pokazuję zdjęcie z naszej przepięknej polskiej złotej jesieni.

A oni na to znaleźli jedną odpowiedź:

ach – das meinst du. Das ist doch unserer wundarbaren, deutsche, goldene Herbst. Ist das nicht schön? –

ach to masz na myśli. To jest przecież nasza przepiękna niemiecka złota jesień. Czy nie jest to piękne?

 

            Gdy przeczytałam ten tekst – zachwyciła mnie mnogość wątków, rodziło się wiele pytań – rozpoczęliśmy rozmowę :

 Z.K. – Hirku, przeczytałam początek Twojej opowieści :  „Sierpień 1976, przede mną otwarta droga na świat, (…) ” –  Dlaczego akurat sierpień 1976 ?….

H.G. – Bo była wtedy okazja …..

 Nie pytałam dalej   – może przyjdzie taka chwila i sam opowie – pomyślałam.  

 Z.K. –  napisałeś : „ W głowie polski, na zewnątrz niemiecki.” – No tak. Wajda gdy odbierał Oskara podziękował  po polsku, objaśniając – że on myśli po polsku…

H.G. – Tak daleko w mojej głowie nie byłem ….

Z.K. –   Hirku, czuję w Tobie fajnie wrażliwą  duszę, gdy mówisz – „W końcu zdeterminowany pokazuję zdjęcie z naszej przepięknej polskiej złotej jesieni. A oni na to znaleźli jedną odpowiedź: ( … ) . To jest przecież nasza przepiękna niemiecka złota jesień. Czy nie jest to piękne?”

 –  tak,  Hirku, jest to piękne, bo przyroda , zdjęcia, muzyka nie znają granic….

Granice są w nas …..

Z. K. korzystając z okazji pogadania, zapytałam :

–  Czy miałbyś ochotę wrócić do Polski

– Czy masz przyjaciół rdzennych Niemców

– Choć Tyś półkrwi jak zrozumiałam

H. G. – Przyjaciół to mam całą masę. Więcej Niemców jak Polaków (bo ich tu nie ma). Urodzenie w Niemczech nie jest równoznaczne z narodowością

Z. K.  – Kolega lekarz który mniej więcej w tym samym czasie co Ty, wyjechał mówi, że nie lubi towarzystwa Niemców. Ma wrażenie że kpią z Jego akcentu

Pewnie każdy ma inaczej…

  –  Bardzo ciekawy problem …

– Co w duszy gra – zapytałam – myśląc – co gra w duszy naszemu Koledze, lekarzowi pracującemu od tak wielu lat poza krajem.  

– My tu sporo piszemy o sobie

– Lub pośrednio poprzez zdjęcia,  linki , czy nasze wypowiedzi – widać – jacy jesteśmy

– No trochę widać 🙂

H .G. : ( nie odpowiedział co Mu w duszy gra, tylko ciągnął myśl o moim koledze na emigracji )

Kolega lekarz – różnica pomiędzy bratem a przyjacielem jest znana. A więc jest niemożliwe, żeby w kręgu miliona ludzi nie można było znaleźć  paru sympatycznych osób.

Z.K : – Myślę że chyba mój kolega ma problem ze sobą:

Kompleksy. Nadwrażliwość. I to ogranicza. Tak tylko głośno myślę –  bo pozornie Superman:)

– Ale czy Twoi przyjaciele są narodowości niemieckiej ?

H.G. – Akcent – ja też myślałem, że się nabijają. Poszedłem do logopedy i chciałem mój akcent zmienić. To by było możliwe. A na to pani mówi – panie Głowacki właśnie pana akcent robi pana sympatycznym. To jest pan, przez to pana wszyscy poznają. To jest pana marka. Pytałem się moich znajomych co o tym sądzą. Tak śmiali się, ale nie ze mnie, tylko z tego głupiego pomysłu zmienienia własnej osobowości

Z.K. – W Niemczech ponoć jest  dużo mieszkańców  narodowości  tureckiej ..

– Trafiłeś na wspaniałych ludzi

–  pewnie Twoja empatia czy atrakcyjność fizyczna ( nie pomnę i nie wiem  jak wyglądasz) miała wpływ na kontakty z ludźmi ….

H.G. – Urodzenie w Niemczech nie jest równoznaczne z narodowością

 – W naszym otoczeniu nie podkreśla się pochodzenia.

 –  Ja jestem politycznie bardzo aktywny, a więc jestem znany jako         lekarz albo polityk ale nie jako Polak.

  – Turków jest u nas bardzo mało.

 Z.K. – Biedny Krzyś Szereszewski ( nasz kolega z roku, lekarz, poeta , fotografik , który popełnił samobójstwo ) nawet wśród Polaków nie znalazł ani przyjaźni ani miłości….

– To super że tak masz

– Miło się czyta

H.G. – Moja matka mówiła – Jak ty będziesz dla ludzi otwarty, to będą ludzie dla ciebie też otwarci.

Z.K. –  Pięknie. Właśnie o tym pomyślałam ….

H.G. – Dziękuję.

Z.K.Ale bywa że trafia się w próżnię z tą otwartością:)

H.G. – A teraz dajcie mi pracować.

Z.K. –   Jednak musiałam zadać jeszcze jedno pytanie – bom kobieta – matka –  a poza tym bardzo interesują mnie korzenie – bo przecież nie wzięliśmy się z pustki –

– Ciekawe powiedziałeś o swojej Mamie …

Napisz kiedyś o Niej…

– Już pozwalam pracować 🙂

Zażartowałam niezbyt zręcznie  

– Wybacz . ……

Ta niezwykle ciekawa i wielowątkowa a nawet trochę intymna rozmowa, która nie zdarza się często –  spontaniczna i piękna -wobec takiego dictum jak praca –  nie miała szansy na kontynuację.  –  rozeszliśmy się do swoich zajęć i zapanowało pomiędzy nami  milczenie…..

 Ponieważ niestety już jestem nieco uzależniona od zaglądania do smartfona – choć czy w tym wieku jakiekolwiek uzależnienia są groźne ? 🙂 – po kilku godzinach  nagle „zobaczyłam” Hirka, który właśnie wpisywał chyba wcześniej przygotowany tekst – kontynuację  przerwanej rozmowy i swoją odpowiedź .  Zachwycające, jak pomimo pracy – i długiej przerwy w rozmowie – nasza trochę urwana myśl – przetrwała i nagle pięknie dojrzała wpadła do naszej messengerowej Grupy 🙂 ….

 Na marginesie muszę wyznać  , że te niespodziewane,  nieomal

„ wiosennoburzowe”  pojawianie się  ze swoimi przemyśleniami – zarówno Hirka ale też  Leszka –  jest dla mnie radością .  A Ich poglądy na ludzi, życie tak bardzo budujące – nic tylko czerpać z Nich siłę i mądrość …..

Ale koniec dygresji.

Bo Hirek tak spuentował nasz przerwany wątek o otwartości :

 H.G.  – Otwartość i próżność – nie ma 100 procentowego szczęścia. Jest tylko szczęście .

I tak też jest z otwartymi ramionami. Nieraz nie ma nikogo, ale wyjątkowo –  nieraz jest ktoś nieodpowiedni, ale bardzo wyjątkowo – ale suma summarum przewaga jest bardzo pozytywna.

Dlatego pozostają moje ramiona otwarte.

Wyjątki nie wpływają na moja nastawienie.
Znacie te powiedzenie – butelka w połowie pusta i butelka w połowie pełna? O tym przy innej okazji……

 

zdjęcia własne

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 3 ). Leszek Jurek i uśmiechnięta cykoria.

Leszek Milanowski, zdjęcie z internetu

Leszku miły !

Jak fajnie dziś nam się gadało przez telefon. Jesteś empatyczny, otwarty i dowcipny – zresztą taki jak kiedyś – takiego Cię zapamiętałam w tym naszym pamiętnym 1965 roku , kiedy rozpoczynaliśmy poważne życie z medycyną.  

Miły gawędziarz z Ciebie.

Rozmawialiśmy więc o sprawach poważnych, bo o Twojej Córce Anuli – która tak pięknie do Ciebie napisała na FB w Dniu Ojca – skopiowałam i znajduje się w poprzedniej części pamiętnika. Dziewczyna  to Niezwykła  i zasługuje na odrębną tu opowieść;  było też o Twojej pracy, planach, no i oczywiście o Pamiętniku. Po raz enty mówiłam, że moim marzeniem jest zostawić po nas ślad dla naszych dzieci – nie tylko dane personalne – że byliśmy i coś tam w życiu zdziałaliśmy – ale jakimi byliśmy ludźmi, jak nas postrzegano – jednym słowem marzy mi się opowieść o naszym Człowieczeństwie – nawet z wadami –  do czego niełatwo się przyznać, doświadczeniami,  zachowaniami  w różnych sytuacjach i o tym kto był z nami blisko i dlaczego nas lubiano lub  nie,  kto był nam obojętny . A ponadto jak to wszystko się przełożyło na relacje koleżeńskie po przeszło pół wieku nieobecności w życiu  ………. 

Gdy  gawędząc z Tobą dotarłam pod dom –  na drodze właśnie ćwiczył mój mąż, który  powiedział, by Cię pozdrowić. A Ty –  jak zwykle żywiołowy  – poprosiłeś o „ podanie go  do telefonu „. Wasza rozmowa trwała chwilkę, ale wybuchaliście śmiechem,  a moje ucho  usłyszało  jednym swoim kątem 🙂 Twoją odpowiedź, na zaproszenie do Michałowic – iż  się  boisz odwetu – bo masz chęć  mnie porwać  🙂 . Może nie dosłownie cytuję, ale sens był taki.

Oj, Panowie,  nie brakuje Wam dystansu do wieku, płci i siebie. Oczywiście i to mnie wprawiło w dobry humor, bo która kobieta nie marzy o porwaniu 🙂 , bo poza tym dzień zgodnie z moją wczorajszą zapowiedzią  w Grupie zaczął się dobrze.

….

Ale wpis dzisiejszy , który” wpadł do mnie” o świcie miał być całkiem inny, bo o cykorii . Brzmiał tak :

Leszku Miły !

Pomysł dzisiejszego wpisu przyszedł do mnie rano.

Gdy zauważyłam Twój nocny komentarz ( będzie na końcu tej opowieści – dla mnie BOMBA )  pod moim zdjęciem cykorii , które zamieściłam na Facebooku   zupełnie zaskoczona, roześmiałam się nieomal w głos . To zjawisko do tej pory występowało  u mnie raczej rzadko – ale  od czasu, kiedy Was ponownie spotkałam – gości we mnie coraz częściej. Wszyscy  tj. Mariolko, Jurku i Leszku  a także przybyli niedawno  spoza naszego kręgu studenckiego – internetowi przyjaciele – Elu i Ewo jesteście Kochani, Niepowtarzalni i odkrywacie  Siebie tak pięknie, aż chce się żyć …..

Oto ja, z Mamą , tj. Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz.  Chyba już wtedy budziły się we mnie pasje podróżnicze 🙂 . Potem już nigdy nie siedziałam na motocyklu.  Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.

A więc zwyczajowo – po kolei. Może „ pojadę” kuzynką Babci – Marią Rodziewiczówną – no cóż mam w sobie odrobinę tamtego genu ….. 🙂

Był koniec wczorajszego dnia, wrześniowy wieczór nadchodził  wielkimi krokami . Słońce wreszcie poszło spać. Jednak jak rozkapryszone dziecko przedtem uprawiało  szalone krwiste igry na niebie, potem łagodząc tamte obrazy zostawiło nam łagodne pastelowe obrazy pod powiekami  – dokumentacja się dokonała i zdjęcia zostały  wysłane w  wirtualny świat , tj. do „naszego „Messengera ….

I wreszcie  wtedy, zaspokojona widokami,  wróciłam do naszego michałowickiego domku, gdzie gościła cisza. Tylko cisza była z nami, choć zza okna wdzierały się ostre dźwięki balangi muzycznej  u sąsiadów,  u nas tylko WIELKA CISZA   – dwie lampki – pod jedną Mąż czytający książkę , pod drugą ja – przed laptopem,  z otwartym Messengerem – ale w tej cichości miotana mnogością uczuć.

Miejsce akcji przeniosło się do  internetu , który bezszelestnie i cierpliwie przenosił nasze myśli. Bo wszystko się działo pomiędzy Jurkiem , Leszkiem i mną. Reszta naszej messengerowej Grupy gdzieś zniknęła….

W tym samym czasie , Jurek Marcinkowski być może ( przecież dokładnie nie wiem, ale kiedyś wspomniał o Domowych zwyczajach ) ogrzewał się ciepłem poznańskiego  domowego Ogniska,  przesiadując nieopodal  Żony, w dużym pokoju, a nie w  swoim gabinecie, Oczywiście był włączony  telewizor i komputer, może miał słuchawki  na uszach  ( nie wiem jakie – może poproszę Go o zdjęcie ) , może też rozlewał białe wino, które właśnie kupił w okolicznym, mającym się likwidować  – Tesco – gdzie poza zakupami można poczytać aktualną prasę.

W tę domową sielankę wczoraj wkraczałam dość stanowczo i jak to ja-  za nerwowo  –  za co bardzo Go przepraszam – nieustannie coś pisałam  na mess oraz czasem wysyłałam  fragmenty korespondencji z Leszkiem. Oczywiście Jurek grzecznie wrzucał jakieś zdawkowe słowo, ale miałam wrażenie,  że   opędza się ode mnie  jak od natrętnej muchy.  Pewnie jednocześnie słuchał i oglądał  wiadomości różnych telewizji, pochłaniając informacje i szlifując znajomość wszystkich języków świata – oto nasz cały Jurek.  Potrafi równocześnie  wykonywać  kilka czynności – zadziwiająco  panując nad sytuacją (czego doświadczyłam niedawno , gdy pisaliśmy wspólne artykuły). Napisałam, zadziwiająco – bo trochę Pesel nam podrósł 🙂  , ale przed ponad 50 laty Jurek też tak miał – dobrze pamiętam , gdy coś do Niego gadałam w czasie zajęć  a On nie tylko odpowiadał – ale skrzętnie notował treść wykładu 🙂 .

Też mam podzielną uwagę, ale jednak, gdy zajmie mnie jakaś sprawa poświęcam się jej cała .

Wczoraj byłam pełna emocji – gdyż nawiązałam kontakt z Leszkiem ( oczywiście na Messengerze).  Problem dotyczył pamiętników – moich pytań o to,  co mogę z Jego listów do mnie zamieszczać, a czego – nie. Ale  gdy zaczął pisać o literówkach  i właściwie nie odpowiedział na pytanie – ja jako osoba Nadwrażliwa 🙂  ( definicja w necie – jeśli Ktoś ciekaw ) od razu pomyślałam, że nie jest zadowolony a może w ogóle chce się wycofać. I właśnie wtedy przyatakowałam Jurka – o czym było powyżej. Jednak potem się okazało, że Leszek „ wrócił „ do mnie po przeprowadzeniu ważnej dyskusji politycznej na FB i wszystko już było ok.

Jedno tylko mam na usprawiedliwienie – pomysł pisania naszych Pamiętników  oraz połączenie nas w Messengerze –  był Jurkowy – więc niech „spija wino, które sam uwarzył „  🙂

Jerzy T. Marcinkowski ze swoją piękną  siostrą Ewą Collony – Walewską ( też lekarką ). To bardzo ciepłe zdjęcie otrzymałam od Jurka .

A dzisiaj o świcie, po wykonaniu zdjęć budzącego się dnia , zerknęłam do FB, gdzie wczoraj wrzuciłam fotografię cykorii i rozpoczęła się tam  krótka i niewiele znacząca dyskusja.

Ale teraz  nagle zauważyłam , że Leszek wrzucił coś swojego pod zdjęciem mojej cykorii. Przeczytawszy –   zaniemówiłam , po czym wpadłam w doskonały , a nawet szampański humor….

….

No, ale dość gadania, bo dotarliśmy do tytułowej cykorii.

Pozwoliłam sobie skopiować całą stronę z FB

Poniżej podpis, zdjęcie wykonane na łąkach nadbużańskich i komentarze :

Cykoria podróżnik jeszcze uśmiecha się nieśmiało …

zdjęcie własne.

Komentarze :

Jerzy Marcinkowski Nauczyłem się rozróżniać cykorię podróżnika od chabrów 🙂

Jerzy Marcinkowski Podziwiam artystyczne zdjęcia kwiatów 🙂

Klara Klon A czy ktoś lubi cykorie białe liściaste pędy tego kwiecia hodowane bez dostępu światła pyszne gorzkawe ?

Jerzy Marcinkowski To te kwiaty się je?!

Klara Klon Można dodawać do sałatek kwiaty i młode zielone liście choć tylko w małych ilościach

Jerzy Marcinkowski Czyli jak się podaruje kobiecie bukiet kwiatów polnych to może stać się tak, że ona z tego bukietu zrobi pyszną sałatkę 🙂

Leszek Milanowski Jeśli Cię tym nakarmi to znaczy że obie strony dają z siebie co najlepsze, byle kwiaty polne nie były dawane z intencją zrobienia sałatki. Smacznego.

 Czy przeczytaliście dokładnie ?

Czy wiecie dlaczego byłam najpierw zaskoczona a potem rozweselona ?

Odpowiem od razu.

Bo Chłopaki mnie zauroczyły ….

Ale Leszek głębią swojej, rzuconej jakby mimochodem, myśli spowodował, że  „popłynęłam” z nią dalej aż pojawił się we mnie taki oto obraz :

 Otóż  wchodzę  na moją nadbużańską łąkę i zauważam  w dali jakby znajome sylwetki – to Leszek i Jurek myślę  z uciechą – rozsiadam się więc wygodnie  na tej  pięknej, dziewiczej  wonnej trawie przetykanej cykoriami, chabrami i usianej późnymi makami – czekam i marzę.  A już Leszek nadbiega  z kierunku angielskiego a Jurek  z poznańskiego . Każdy z bukietem  barwnych polnych kwiatów .

Jurek rzuca swój bukiet ze sprawnością szermierza – od lewej strony – bo leworęczny, jak kiedyś napisał – trafia na moje prawe  udo –  a Leszek ze sprawnością chirurga plastyka wrzuca  bukiet  bezpośrednio na mój podołek okryty szeroką barwną spódnicą.

Jest piękny młody nasz czas , wszyscy zauroczeni sobą i tacy jeszcze niewinni.

Ale każdy  myśli – chyba nie wtedy – a dopiero teraz , myśli swoje – bo już doświadczenie i życie smakowane wielokrotnie i wiedza. I ja myślę –   który z Nich marzy tylko  o sałatce zdobnej kwiatami ? , a który chce tylko  „dawać z siebie” ?

Tego nie wiem –  i nigdy się nie dowiem. Bo kwiatów od Nich nie dostałam i już nie dostanę  🙂

bo ta nasza  pierwsza młodość gdzieś w dalekiej dali – choć jest – tylko trochę inna –  bo jesteśmy od niedawna  razem i tętni w nas to samo serce i te same uczucia płoną –  nic to – że już dojrzałe jak te jesienne kwiaty z bukietów …..

 

zdjęcia kwiatków własne a u stóp Paryż …

 

 

 

 

 

Wczorajsza rozmowa…

ZnakZapytaĹťarĂłwka.jpg

 

 

  Czytam twój blog.

–   uhm, po co ? wiem, że nie dla ciebie moje pisanie.

–   Dlaczego przepisujesz Wiecha? Każdy może otworzyć książkę i poczytać

–   A jak ktoś nie ma książki? Ja nie mam. Albo nie chce mu się nurkować w necie. Przepisuję     więc, by było łatwo dostępne to, co mnie interesuje.

–  Ale mama mówiła, że Wiecha  nie da się czytać, gdy go drukowano w Expressie.

–  Być może nie czuła tamtych klimatów. Moi przyjaciele czują tak jak ja. Nie każdy musi.

–   I zdjęć tyle wrzucasz z netu, czy w ogóle można?

–   Jednak można, gdy są ogólnie dostępnych portalach, a nie prywatnych. Zresztą nie rozprowadzam ich, nie zarabiam na blogu, tylko pokazuję swoim .

–  Dlaczego piszesz jakbyś była święta, pisz prawdę.

–  O grzechach nikt nie lubi pisać. To nie spowiedź powszechna. Spisuję swoje przeżycia intymne w odrębnym folderze z zaznaczeniem, żeby otworzyli 20 lat po mojej śmierci

–  ha ha jeśli nawet nie przepadną razem z komputerem, to i tak nikt nie będzie ciekaw babci a właściwie już wtedy prababci, zwłaszcza dawno umarłej.

–  ale ktoś w radio mówił, jakaś psycholog, że teraz, gdy się już zestarzał, żałuje, że niczego  nie wie o babci. A bardzo chciałby ją widzieć jak żywego człowieka  który się nie różni od potomków. Nie tylko oglądać fotografię. Nie zapytał gdy jeszcze żyła. Teraz jest za późno. Więc ja na wszelki wypadek spisuję . Najwyżej to przepadnie i tyle.

–  powinnaś dodawać jakieś smaczki pikantne

–  po co ?

–  bo miałabyś całe chmary czytelników, a tak to co? kilkanaście może osób

–  kiedy ja nie chcę  tej chmary, piszę dla siebie, dla przyjemności i dla grona osób mi bliskich- zamiast pogadania czy opowiadania w kawiarni, do której dotrzeć nie mogę

–  za długie te wpisy

–  wiem, że nuży ciebie czytanie i wyłapujesz tylko fragmenty

–  tak tak wyłapuję istotę, całości nie czytam, bo mi się nie chce.

–  ale istota wyjęta z kontekstu traci swój sens. Wiesz, kiedyś miałam maila od rednacz pewnego portalu gdzie najlepsze blogi. Napisała jakoś tak: że oryginalny, różnorodny i żebym do nich wstąpiła a będę miała bardzo dużo czytelników. Nie podjęłam tematu. Dobrze mi w tej mojej niszy. Zresztą już nie krytykuj, bo wszystko wg ciebie jest nie tak. Żadnego plusa nie widzisz,  choćby najbardziej mikro . Dołujesz mnie, podcinasz skrzydła. Tracę wenę

–  jakoś nie widzę weny w tym co piszesz

–  kiedyś mój brat nieżyjący już niestety, dość uznany krytyk literacki, gdy mu wysłałam moje pisanie, odpisał, że są tam perełki. I to mi wystarczyło. Nie jestem literatem, pisarzem , przez długie lata pisywałam, ale co innego, innym językiem. Jestem po prostu gryzipiórkiem, chociaż kuzynka babci to Rodziewiczówna Maria , więc może mam geny pisania, tylko niewykształcone. Usiłuję się uśmiechać. I kocham ludzi, lubię z nimi być. I jestem szczęśliwa, gdy zostawią ślad w komentarzach, że byli, że mnie odwiedzili. Czuję się wtedy jak zamkniętym kręgu ludzi bliskich

– lubisz jak ci kadzą

– każdy trochę lubi, ty pewnie też.

 

Koniec rozmowy.

Do dzisiaj czuję się dziwnie, skrzydełka mam uszkodzone. Podfrunąć próbuję, ale na nic próba.  

Niebo daleko. Ziemia blisko.

Tylko nóżki pozostały. To i tak dobrze, że do tej pory posłuszne.  

Chodzenie po ziemi ….

Przyziemne chodzenie……

 

ZnakZapytaChłopiec.jpg

 Zdj z netu

 

 

Pogaduszki z Mikołajem.

z Majką.JPG

Z M. kilka lat temu

 

 

 

Pogaduszki z Mikołajem.

I znowu inny temat się tutaj wplótł , wypierając  planowane. Pani Konopnicka nadal czeka cierpliwie, bo właśnie wdarł się Mikołaj.

No, cóż tak jest, że trzeba wchodzić przebojem, wciskać się do głowy, tupać niecierpliwie przy moim krześle komputerowym, a właściwie zwykłym krześle ogrodowym ( bo wysokość wydawała się odpowiednia) przystawionym do stołu w dużym pokoju, gdzie laptop się rozsiadł. Tak więc uległam owemu tupaniu, blokowaniu klawiszy i tym podobnym zabiegom i ostatecznie poddałam się Mikołajowi.

Stanął przy mnie i mówi. Przecież przed kilkoma dniami były moje imieniny.  A nawet wtedy przyszedł do nas Św. Mikołaj.

Opowiedz mi coś o Mikołaju. Tylko krótko, bo jak wiesz ludzie z mojego pokolenia lubią krótkie teksty. Nie chcemy czytać długich, bo nudne. Odparłam, że moje pokolenie cierpliwie czytało nawet Kraszewskiego, którego Ty pewnie nigdy nie weźmiesz do ręki. Ale  „O Krasnoludkach i sierotce Marysi Konopnickiej” przeczytam, rzekł, obiecałem sobie gdy byliśmy w Bronowie, w dworku tej pani pisarki. Niech no tylko nauczę się czytać…

Wróćmy więc do Mikołaja, powiedziałam. Zgodził się bo taki był zamiar na początku naszego spotkania.

Właśnie minął  kolejny 6 grudnia , Twój dopiero 5, ale mój …. Mój Boże, ileż już takich dni było, jak ten czas leci. Zdziwił się że tych moich lat minęło już tyle, chociaż widziałam, że podana przeze mnie cyfra była dla niego abstrakcyjna. No cóż, jemu nawet starsze o kilka lat dzieci wydają się dorosłe.

Westchnęłam, właściwie w moim dzieciństwie prezentów na Mikołaja nie było, a tylko  jakaś mała szara paczuszka i to dopiero pod choinką.

Mikołaj zasępił się, jak to nie było  prezentów pod poduszką paczek różnokolorowych, z szeleszczącym papierem i wstążeczkami. Zawsze je zbieram, bo się przydają na następny rok.  Bo to były lata 50 ubiegłego wieku, odparłam, czasy powojenne były biedne, zgrzebne i szare. Nie rozumiem co znaczy zgrzebne. To takie stare nazwanie i oznacza byle jakie, bez ozdóbek i kolorów. Aha.

Nie wiem po co to Tobie opowiadam, i tak nie zrozumiesz.

A właśnie, że rozumiem bo w telewizji pokazują biedne dzieci, dla których robiliśmy w przedszkolu paczki. One nie chcą się przyznać do tego, że są biedne. Żeby im  nie było  z tego powodu przykro, nasze paczki wręczają im obcy ludzie.

Już tematu nie rozwijaliśmy , jedynie pochwaliłam, że to dobrze. Dobrze, że są ludzie którzy mają złote serca i się dzielą z innymi.

    Potem opowiadałam mu o mojej choince z dzieciństwa. Była wysoka pachnąca lasem i ozdobiona różnymi gwiazdkami z papieru i łańcuchami, które robiliśmy sami. Nie pomnę, czy były jakieś bombki. Może tak, może nie. Ale na pewno mój tata a Twój pradziadek przyczepiał specjalne klamerki  do gałązek i ja przyczepiałam . Klamerki miały takie gniazdko na świeczkę . Wkładaliśmy tam prawdziwe świeczki które zapalaliśmy przed Wigilią uważając, żeby któraś nie oszalała i nie podpaliła naszej choinki.

Popatrzyłam na Mikołaja. Zauważyłam jak pociemniał błękit jego ocząt. To było super, babciu wykrzyknął. Bardzo chciałbym mieć takie świeczki na choince no i oczywiście je zapalać. Wyjaśniłam, że teraz takie czasy, że nie tylko światełka są trochę sztuczne, ale nawet choinki bywają sztuczne. Temat się zrobił trochę niebezpieczny, bo pewnie dalsza rozmowa dotyczyłaby wymuszania zapalania prawdziwych świeczek na choince i w efekcie  jego rodzice zmyliby mi za to głowę.

     Dlatego też zmieniłam temat na świąteczne zapachy.  Wiesz, moja mama  dużo wcześniej, zanim przyszły święta wypiekała małe pierniczki i  co roku chowała je  w różnych miejscach, bym się nie dobrała przed czasem. Gdy zbliżały się święta, codziennie wracając ze szkoły  niuchałam, czy już coś specjalnego pachnie w kuchni. Gdy pachniało pięknie , pierniczkowo , od razu przystępowałam do szukania.  Myszkowałam po domu, zaglądałam nawet w mysie dziury i zawsze znajdowałam to, co mama przede mną  ukryła. Pamiętam ,  że kiedyś schowała je  w wielkim garnku z pokrywą do gotowania słoików z kompotami, który stał sobie jak zwykle pod stołem w kuchni i właściwie był niewidoczny, zasłonięty ceratą zwisającą ze stołu. Przeszukałam kuchnię i okolice, aż wreszcie zajrzałam pod stół. I ta kryjówka okazała się dla mnie za łatwa. Zabrałam się za chrupanie.  Mama się zdziwiła, że je znalazłam, ale nie krzyczała widząc, że  wszystkich nie dałam rady zjeść. Po prostu było ich za dużo na mój w końcu dziecięcy żołądek.  Tak więc pierniczki dotrwały do Wigilii.  Och, mój Gorzów pachnący piernikami, daleko już poza mną, westchnęłam.  

Mikołajek załapał temat. Uwielbiam piec pierniczki z siostrą i rodzicami a czasami też zapraszają nas ciocie na specjalny pierniczkowy wieczór . Ja obsypuję je maleńkimi okrągłymi cukiereczkami kupionymi w sklepie. Są piękne i bardzo smaczne. Mniam mniam….

Nasze pierniczki nie były ozdabiane cukiereczkami. Jak to? Tak to, odparłam. Po prostu takich smakołyków  w czasach mojego dzieciństwa nie było. Niemożliwe , może źle szukałaś, nie znalazłaś odpowiedniego sklepu, albo należało pojechać do jakiegoś centrum handlowego, albo delikatesów Piotra i Pawła, zresztą sam nie wiem gdzie. Ale na pewno gdzieś byś znalazła, gdybyś tylko zechciała.

No, cóż, wzruszyłam tylko ramionami.

I tak mały nie zrozumie…..

Chciałam zakończyć tę rozmowę, bo dziennik TVN się zbliżał, a tego rządowego nie oglądamy, ale Mikołaj nie ustępował. Miało być dużo i miało być o Mikołaju.

O Mikołaju będzie następnym razem. Zgoda. Jesteśmy umówieni, przybił „ żółwika” na pożegnanie i poszedł na strych szukać skarbów. Już się wdrapywał na schody, ale jeszcze wrócił. Powiedział:

Tylko obiecaj, że kiedyś pojedziemy  do miasta, gdzie się urodziłaś i gdzie byłaś mała taka jak ja i gdzie nie sprzedają kolorowych cukiereczków.  Mikołajku, już teraz tam można kupić wszystko to o czym zamarzysz, także kolorowe ozdoby na pierniczki. Ucieszył się, choć nie dowierzał. Odebrało mi mowę, bo jak małemu wyjaśnić, że „…czas jak rzeka, jak rzeka płynie, Unosząc w przeszłość tamte dni…” Niemen mi tylko zaśpiewał w głowie.  Tak, do babci Gorzowa kiedyś pojedziemy, obiecałam, zdając sobie sprawę, że rzucam słowa na wiatr. Jednak znając wyśmienitą pamięć i konsekwentny upór mojego wnuka, tak łatwo się nie wymigam…..

 

 PierniczkiGazetaWrocławska.jpg

O czym mi opowiesz budlejo

 

O czym mi opowiesz budlejo

SAM_4685.JPG

 

budleja.JPG

 

 

 

Nadal kwitnie  w michałowickim ogródku. Budleja Dawida. Pogadajmy więc o poranku…

Nie widziałaś, że kiedy wykopywałaś maleńkie pędy bzu w Gulczewie przy drodze obok domku sąsiada zaczaiłam się , przytuliłam do bzu i oto jestem

I przybyłaś do Michałowic, niespodzianie z bzem

Zakradłaś się

Ale teraz cieszysz oko

Miękkim czułym dotykiem pieścisz dłoń

Lubię Ciebie

Dobrze mi tu, miejsca dużo, wygrzewam się w słońcu

Żyć nie umierać

Zaskoczona jesteś moją obecnością, prawda?

Ale figlik spłatałam

Mam zamiar stale cieszyć Twoje oko

I pieścić dłoń, gdy obejmujesz

Kwiaty wydam najpiękniejsze

Już wydałaś w zeszłym roku, pewnie zapomniałaś

O niczym nie zapominam

Cieszę się, że dawno dawno temu przywiózł ciebie z Chin pewien Francuz

I dobrze zrobił. Bo nie przepadam za Chińczykami

Za mało rozmowni

Tu mi dobrze

Miło, że tak mówisz

Mogę Ci opowiedzieć o poprzednim człowieku, który mnie posadził w Gulczewie

Opowiedz

Też go dobrze pamiętam

Przysiadał pod krzewami, na obrzeżu działki z papierosem w zębach i oglądał swoje włości

Pracowity był bardzo

Rekompensował swoją wieloletnią nieobecność

Bo budował elektrownię atomową w Smoleńsku

Nazywał się Józef Chołody

Tak

Polubiłam jego chudą żylastą postać

Pamiętasz, jak w pierwsze Twoje imieniny przyniósł naręcze łubinów?

Kiedyś chciał ci pomóc piłować cherlawe drzewka, odmówiłaś i sobie poszłaś

Honorowa byłaś, czy co?

Nie wiem dlaczego tak się zachowałam

Trochę żałuję

Gdy pojawił się na stałe w Gulczewie zaprosił Granię i Ciebie by pokazać domek

Poszłyście

Podglądałam zza okna

Ciekawska jestem

Wiem

Pokazał domek , posadził przy stole postawił szklanki i nalał wódę czy coś innego

równie wieloprocentowego

Pełna szklanka tego była

Tak  w Rosji się pije

Nabrał nawyków stamtąd

Umoczyłyście usta ledwie

Serdeczny szczery

Kiedyś pod Twój domek, tam z tyłu, gdzie jego działka dochodziła zaczął wyrzucać zaschłe pędy roślin

Gniewałaś się  o to, że kompost sobie zrobił obok ciebie

Chociaż nic nie powiedziałaś

Byłaś oburzona

Słyszałam jak gderałaś

Ale następnego roku,

Gdy już umarł, prawda?

Tak

Wtedy do mnie przyszedł

Bo zobaczyłam zieloność na tej kupie kompostowej

Świeżą

Kwietną

Ofiarował Ci zza grobu kwiaty

Prawda?

Tak

 

Wszystko widziałam

I pamiętam

I mamy o czym rozmawiać

Wspominać

Tamte czasy

I tamtych ludzi których już nie ma

To ważne …

 

P7150173.JPG

Jedno spotkanie z Antkiem.

 

antek,ZG.JPG

 

 

Jak dawno to było, gdy pisywałam do nieistniejącego już portalu MM ( Moje Miasto) Gorzów pod Nickiem Łuka a potem dla odmiany Klarka. Tamte teksty zaginęły , ale na szczęście mam „brudnopisy”. I dzisiaj grzebiąc w tych materiałach znalazłam ten, który od razu zaczął się domagać, by zamieścić go w tym blogu. Gdy poczytałam, wrócił tamten lipcowy dzień, tamto spotkanie. Było dokładnie tak, jak opisałam….

 

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.

Nagle ktoś pyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? Spojrzałam.  Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre , lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.

Zapraszam .  Po chwili słyszę pytanie-czy pani też uważa , że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli,  odpowiadam, że tak , Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie. Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi. Milczę ale Słucham z coraz większym zainteresowaniem. Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie  Empiku. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną , tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empiku. Potem wyruszam dalej. Te gazety- wskazuje na swój bagaż- znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają . Dyskutujemy.

Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.

Czy pani wie , że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją . Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w Lalce, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie , bo czytałem o  pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach  i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.

Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.

Sąsiad z mojej ławki  opowiada dalej, że się bardzo cieszy , gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.

Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek . Jestem dumna, że go znam.

A wie pani , mówi , ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc,  odwiedzałem  dawne restauracje. Tańczyłem  z dziewczynami  kolorowymi jak motyle , z  dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i  z szerokimi  wirującymi   spódnicami na wykrochmalonych halkach.  Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych  firankach Gdy się zbudziłem , przetarłem oczy  popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle …

Potem  wysłuchał mojej opowieści o życiu , o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował  , wyjaśniał,  zapewniał , że tak jak jest , jest dobrze. Uwierzyłam mu , gdzieś w podświadomości miałam  pewność ,  że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu , do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.

 Stale sprawdzaliśmy która godzina . Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.

Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał . 

Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam , że jestem silna i spokojna .Widziałam  znikającą sylwetkę , srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.

 

Wiem , że kiedyś tutaj wrócę , szczególnie gdy będzie mi źle . Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić . Usiądę na ławce  na dworcowym skwerku .I wtedy przyjdzie Antek .

Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni . Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.

    Jeśli los Was zaprowadzi  do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? …..

….

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 6 )

List do Jacka ( 6 )

Jacku!!!

I oto kolejny list do Ciebie, bo pogadać by się chciało, ale daleko jesteś. Zresztą nie zawsze bezpośrednia rozmowa jest tak przyjmowana jak nieruchome słowo na papierze ( w tym wypadku monitorze). Nie budzi takiego sprzeciwu, nie może  odparować ciosów, po prostu  jest….

    Nie pomnę dokładnie, ale chyba miałeś 13 czy 14 lat, kiedy razem z matką wyemigrowałeś do Australii. Nie spodziewaliśmy się takiego przebiegu wydarzeń, chociaż już wiedzieliśmy, że tam wybyła żona naszego kuzyna ( syna brata  Twojego dziadka Wacka- Witolda Łukaszewicza, tego, który się urodził na syberyjskim zesłaniu ). Już kiedyś o nim wspominałam w tym blogu …zabrała ze sobą dwie córki, pozostawiając ich ojca w głębokim szoku i żałobie…. Ta kobieta porzuciła ciekawą pracę w Zielonej Górze, tak ładnie układała się jej kariera zawodowa, ale wybrała inne życie. Pochodziła z tych samych stron, w których urodziła się Twoja matka. Mieszkając w Zielonej Górze, przyjaźniły się , w pewnym sensie też stanowiły elitę tego miasta. Tak więc ich decyzje były szeroko omawiane w ich środowiskach. Echa docierały aż do Gorzowa.      

Podobno Ty bardzo chciałeś wyjechać. Nie wiem co Tobą kierowało, może tylko chęć przygody, a może oddalenie się od tego miasta, gdzie nadal mieszkał Twój ojciec  ale już z nową żoną, a jej syn był Twoim klasowym kolegą. Chyba nie darzyłeś go sympatią, bo jego matka zabrała Ci ojca…Tak więc zamknęło się koło wzajemnych pretensji. Pewnie zapamiętałeś to,  co  kiedyś wykrzyczała do Ciebie Iwonka . I teraz przyszła kolej na Ciebie, a teraz   Ty stawiałeś ten sam zarzut innemu chłopcu….Brutalny świat dorosłych zadeptywał Wam, biednym, porzuconym dzieciom, ich piękny niewinny i naiwny świat…

    Tak więc Gerta, Twoja mama zostawiła swoją radiową redakcję , gdzie była ceniona i nagradzana i poszła za Tobą, za Twoim pomysłem a może marzeniem. Wiernie Ci towarzyszyła, roztaczając opiekuńcze skrzydła. My już przestawaliśmy się dziwić tym decyzjom, musieliśmy zaakceptować i  tę sytuację, bo przecież nie mieliśmy wpływu na życie Zenona , jego żon i dzieci. Piszę, my, bo uczestniczyłam w rozmowach Twoich Dziadków, i razem z nimi próbowałam to wszystko objąć rozumem….  

I tak ten zły świat dorosłych osaczył mnie na początku mojego młodzieńczego życia. Pewnie dlatego budowałam potem tak swoją rodzinę , starając się by była silna i spoista, wielokrotnie rezygnując z własnych ambicji , potrzeb , jakby zatracając swoje ego. A wszystko dlatego, by zachować spokój i jakiś ład w mojej rodzinie . Teraz, po bardzo wielu latach patrzę na siebie z odpowiednim dystansem czasu, przyglądam się swojemu życiu jakby było to życie innej, obcej kobiety . I wiesz co , Jacku, pomimo jakiejś odrobiny  żalu, że czasami gubiłam swoje ego w swoim związku, czuję się z tym dobrze. Małżeńskie życie to wielokrotnie rezygnacja , akceptacja i tolerancja….i oceniając z tak bardzo odległej perspektywy jaką jest 45 lat w związku, takie postępowanie po prostu się najzwyczajniej opłaca ( wybacz, że używam tak brzydkiego, prawie merkantylnego  sformułowania) …

Mój Brat tego nie wiedział, może dopiero gdy się zestarzał, gdy był już schorowany, zrozumiał, że życie to nie wieczny bal. To ciężka harówa, czasem w pocie czoła i łzach, ale  warto . Wytrwał przy swojej trzeciej żonie do końca swoich dni. Był przy niej, gdy wielkie jego uczucie wygasło, bo przecież zawsze wygasa, był w chorobie, starości. A może to ona bardzo kochała i umiała tak kochać, że stanowiła niewidzialny magnes dla mojego niedojrzałego emocjonalnie brata. 

Ale  Jacku, zatrzymałam się w tym miejscu pisaniny mojej do Ciebie, bo się opamiętałam , że przybrała ona jakby formę kazania . Ale wybacz, mam prawo, bo właśnie skończyłam 66 lat. A wiek to słuszny…Nie muszę tego Tobie mówić, bo jesteś jeszcze barwnym motylem i pewnie zrozumiesz dopiero wtedy, gdy zamienisz się w nieciekawą ćmę. O ile jest to możliwe, bo przecież w przyrodzie niczego takiego nie widziano. Ale za to można zobaczyć motyle z uszkodzonym skrzydłem….może więc mój list stanie się dla Ciebie przyczyną do rozważań nad Twoim własnym  życiem, gdzie chyba sporo błędów, jak mi się wydaje…

 To już kończę, bo wyczerpałam siły na tych rozważaniach. A pewnie i Ty masz już dosyć czytania tego, co stara ciotka wypisuje….pozdrawiam Ciebie jak zwykle bardzo serdecznie, Twoich synów i w ogóle ten piękny daleki  kontynent- Twoja ciocia Zosia

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w CZD.

Spotkanie w CZD

 

Minęło sporo lat,  pracowałam już w CZD, gdy pewnego dnia odwiedziła mnie moja Anulka. Wówczas nie było telefonów komórkowych a zwykłe słabo działały. Więc nie anonsowała swojej wizyty, tylko po prostu przyszła zawiadamiając mnie wewnętrznym telefonem z portierni CZD.

 Zjechałam na dół windą, zagarnęłam Anulkę do oddziału, usadziłam na kanapie dyżurnego i wówczas zobaczyłam nieodłączne plamki na jej sukni. Była ubrana jak zwykle  wytwornie, suknia nosiła ślady dawnej elegancji, jeno nad biustem widniały te niestety rzucające się w oczy plamki, szczególnie dobrze widoczne w świetle padającym z okna położonego naprzeciwko.

Oczywiście udawaliśmy z kolegą Jurkiem Kryńskim, z którym pracowalismy biurko w biurko, że tego nie zauważamy.

Gaędziliśmy mile, ale w końcu zapytałam, co ją sprowadza do nas.

Oznajmiła ze spokojem, że właśnie udaje się na rozmowę z dyrektorem Centrum w sprawie pracy w Rehabilitacji. Zaniemówiliśmy, bo dobrze znaliśmy naszą profesor Goncerzewicz, która była niesamowitą pedantką, zresztą przybyła do CZD z Poznania, więc komentować nie muszę.  Gdy codziennie wizytowała Izbę Przyjęć, zwracała uwagę pielęgniarkom, że wystaje im rąbek prywatnej spódnicy spod fartucha. Zaczepiała na korytarzu lekarzy niechlujnie zapiętych pod szyją. O sprawdzaniu przez nią czystości nie wspomnę.

A tutaj nasza Anula ma stanąć przed jej obliczem z plamkami. Pomyśleliśmy , porozumiewając się wzrokiem, że nie ma szans na zatrudnienie.

Nie wiedzieliśmy ja zareagować, nic już się nie dało zrobić, więc po prostu milczeliśmy.

Wiedzieliśmy, że Anulę protegowała jej ordynator dr Czachorowska, o której już wspominałam. Ponieważ właśnie niedawno powstał w centrum oddział rehabilitacji, uznała, że Anula ze swoją pasją nadaje się do tej pracy znakomicie.

Na medycznej ścieżce. Wiadomość z Siennej.

Kierownik  przychodni, w której pracowałam,  wiedział o moich planach, gdyż wcześniej prosiłam go o napisanie opinii , niezbędnej jako załącznik do złożonego podania w Szpitalu im. Dzieci Warszawy.

Wiadomość, że nie zostałam przyjęta przywitał z ulgą, gdyż miał i tak trudności kadrowe.

Jak wielkie było moje zdumienie, gdy po kilku miesiącach otrzymałam telefon, by się zgłosić do dyrektora tego szpitala.

Pognałam tam jak na skrzydłach.

Ożyły nadzieje , wizja nowej oczekiwanej pracy uskrzydlała.

Tym razem przyjęła mnie sama pani dyrektor dr Halina Oziemska- Łozińska.

Była to wysoka , szczupła , piękna kobieta , ciemnooka , śniada ale o surowym spojrzeniu. Uśmiech rzadko gościł na jej twarzy. Przypominała mi przeoryszę zakonną .

Mimo, że nigdy żadnych przeorysz nie znałam, ale wyobraźnia mi podsuwała takie porównanie.

Rozmawiałyśmy dość długo, wypytywała o moje pochodzenie, losy rodziców, zawód męża , oceny uzyskiwane na studiach i mnóstwo innych spraw.

 Potem oznajmiła, że bardzo spodobałam się jej zastępczyni i ona też nie widzi przeszkód, bym została młodszym asystentem w tym szpitalu.

Miałam wrażenie, że złapałam Pana Boga za nogi.

Uszczęśliwiona, podziękowałam , ustaliłam termin podjęcia pracy i pognałam do domu.

Nie pomnę, czy ktoś w moim domu się ucieszył z tej wieści. Dzieciaki dostarczały tylu emocji, że na spokojne rozmowy czasu nie stawało.

Mirek zaakceptował, Rodzice pewnie w duchu też się radowali, bo popierali moje zawodowe aspiracje.

Jedynie perspektywa wielu dyżurów trwających od  zakończenia dnia pracy, tj. od 15 do 8 rano następnego dnia i odbycia kolejnego dnia pracy  mogło budzić wątpliwości.

Ale cóż znaczy młodość. Nie bałam się niczego. I miałam wrażenie, że wszystkiemu podołam. Gdy na to patrzę z perspektywy czasu, mojego wieku i doświadczeń, odnoszę wrażenie, że to nie byłam ja. Była to młoda, pełna pary i nadziei i wiary w swoje siły kobieta. Właściwie dziewczyna. Miałam wtedy 28 lat.

Następnego dnia oznajmiłam kierownikowi swojej przychodni, że zmieniam pracę. Zaakceptował, wszak widział, że w tym miejscu nie mam szans na podjęcie specjalizacji .

Złożyłam podanie w Dyrekcji ZOZ-u z prośbą o rozwiązanie umowy na zasadzie porozumienia stron.

O dziwo uzyskałam akceptację na moim podaniu i poczułam się wolna.

Miałam odejść po upływie trzech miesięcy, tj w grudniu 1975 roku.

 

Na medycznej ścieżce. Zgłaszam się do Szpitala im. Dzieci Warszawy.

Nie znałam niezwykłej historii szpitala im. Dzieci Warszawy , do którego teraz podążałam .

W ogóle niczego o nim nie wiedziałam, poza informacją pediatrów, którzy pracowali ze mną w przychodni, że szpital jest dobry i co najważniejsze- pracują w nim świetni, sympatyczni lekarze.

Jadąc tramwajem z Żoliborza do Dworca Centralnego, a trwało to około 25 minut, rozmyślałam i  jeszcze raz sobie wszystko układałam w głowie.

Chciałam być pediatrą. Miałam już troje własnych dzieci , więc nie bałam się tej specjalności, uważanej za dość trudną.

A tak w ogóle to lubiłam dzieci.

Jak już pisałam, złożyłam nawet podanie do kierownictwa ZOZu bielańskiego, by umożliwili mi rozpoczęcie pracy w przychodni dziecięcej a ja w ramach własnego czasu na tzw wolontariacie będę odbywała staże kliniczne, by złożyć egzamin i zdobyć upragnioną specjalizację. Odpisano mi jednak, że wobec braku chętnych do pracy w przychodni , nie widzą możliwości zabierania mnie internistom.

Nie pogodziłam się z tym faktem.

 Postanowiłam rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

Jak już kiedyś pisałam, byłam pierwszym lekarzem w naszej rodzinie.

Nie mogłam więc korzystać z pomocy czy porad bliskich.

Sama więc, przecierałam swoją ścieżkę zawodową .

Oczywiście nie mogę wykluczyć udziału przy owym modelowaniu osób trzecich, jak spotkanych na drodze starszych kolegów czy wreszcie zwykłemu zbiegowi przypadków.

Zaprenumerowałam więc tygodnik” Służba zdrowia”. Bo wiedziałam, że tam są ogłoszenia o konkursach na etaty lekarskie.

Wczytywałam się więc systematycznie i wreszcie któregoś dnia ujrzałam ogłoszenie, że jest konkurs na stanowisko młodszego asystenta ( tzn człowieka bez specjalizacji) w Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej.

Nie zdawałam sobie sprawy, że takie ogłoszenie jest tylko wymogiem formalnym, a faktycznie to kandydaci są dobierani na zasadach znajomości lub z polecenia osób wyżej postawionych w hierarchii .

I w swojej naiwności , może szczęśliwej naiwności wybrałam się do tego szpitala. Przedtem oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się na określoną godzinę.

Szpital znajdował się w pobliżu Dworca Centralnego, czyli w samym sercu Warszawy. Jednak był ukryty w koronach starych drzew i niewielkim ogrodzie.

Miejsce wydało mi się magiczne. Budynek był piękny i klimatyczny.

Był niewysoki, miał ciekawe zaokrąglenia ścian i niesamowitą klatkę schodową biegnącą wewnątrz  przeszkolonego wykuszu.

Tyle zapamiętałam z tej pierwszej wizyty w tym szpitalu.

Bo wówczas skupiałam się na czekającej mnie rozmowie.

Przejęta i chyba wewnętrznie spięta weszłam do sekretariatu i zameldowałam się miłej pani.

Usiadłam cichutko jak myszka i czekałam.

I nagle otworzyły się drzwi gabinetu dyrektora , z wielkim rozmachem i wyszła do mnie duża, miękka uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta z barankiem na głowie. Tak określano w tamtych czasach włosy na których wykonano zabieg ondulacji. Potem się dowiedziałam, że włosy tej Pani są takie z natury. Pani przywitała się ze mną serdecznie, kordialnie i wszystkie lody, które pętały moje serce pękły.

Rozluźniłam się i z uśmiechem odpowiadałam na pytania.

 Była to zastępczyni dyrektora, dr Zofia Truchanowicz.

Atmosfera rozmowy była się miła.

Pani doktor Zofia Truchanowicz, wice dyrektor szpitala jak się dowiedziałam, wypytała mnie o moją dotychczasową pracę i motywację chęci pracy w pediatrii.

Użyłam argumentu , który był mi najbliższy.

Oznajmiłam, że mam już troje dzieci, raczej sama je leczę, umiem pielęgnować i w ogóle lubię dzieci.

Pomimo miłego nastroju tej rozmowy, jednak dr Truchanowicz  wyznała, że mają już kandydatkę na to wolne miejsce, znaną im już wcześniej.

Jest to Marysia Gajda. Przed studiami medycznymi ukończyła liceum techników laboratoryjnych i pracowała  pracowała w tym szpitalu . Dopiero  potem dostała się na studia medyczne , które właśnie ukończyła. Ponieważ wcześniej obiecano jej etat w tym szpitalu  miała prawo pierwszeństwa.

Niestety  ogłoszenie w prasie o konkursie okazało się  czystą formalnością.

Po prostu taki był wymóg, by o wolnym etacie podawać informację do czasopisma medycznego, czyli ogłosić konkurs. W ten sposób poznałam mechanizmy , które rządzą światem. Konkurs konkursem, a decyzja kogo zatrudnić i tak należy do odpowiednich władz. Przełknęłam tę informację i pomyślałam sobie- trudno, takie jest życie.

Ale po chwili dr Truchanowicz wspomniała , że niedawno powstało Centrum Zdrowia Dziecka i właśnie zatrudniają  lekarzy do nowoutworzonych klinik . Tajemnicą poliszynela było to,  że kilka osób z tego szpitala stara się tam o etat.

Widocznie przypadłam do gustu i serca tej dużej ciepłej lekarce, gdyż poradziła, bym złożyła podanie o przyjęcie do pracy i zostawiła je w sekretariacie.

W przypadku wolnych miejsc, będę uwzględniana przy kolejnym przyjęciu .

Tak zrobiłam i wróciłam bez nadziei do domu.

 

Opowiedziałam rodzicom i mężowi, że widocznie takie było przeznaczenie losu i spokojnie wróciłam do mojej przychodni na Wrzecionie.