Śladami mojego Taty. Jeszcze powrót do Rakowa….

Śladami mojego Taty. Święta.

I wracamy do Rakowa, rodzinnego gniazda mojego Taty na dalekich kresach. Cofamy się w czasie.

Jest koniec XIX wieku. Staśka, moja przyszła babcia, urodzona w roku 1874, ma już kilkanaście lat i bardzo pomaga swojej matce, Michalinie, w obowiązkach domowych. Bo dzieci przybyło. Już jest na świecie Walerka, Mania, Aleksandra i Edward.

O dalszych dziejach rodzeństwa mojej babci pisałam niedawno.

 

Codzienne życie Michaliny, Bolka i ich dzieci jest  ciekawe. Bo czas jest zorganizowany i wypełniony po brzegi zajęciami.

Wczesnym świtem rozpoczynają się  zabiegi higieniczne. Najstarsza, Staśka ( moja przyszła babcia) zagania rodzeństwo, jeszcze niewielkie dzieciaki na podwórko, pod studnię. Tam ustawiają się grzecznie w kolejce według wieku, nie protestują, bo trochę się boją swojej siostry.

Ale po przełamaniu porannej niechęci, wkrótce już pluskają się z radością w metalowej wanience, do której Staśka stale dolewa świeżej wody. Te nawyki wcześnie ukształtowane, pozostały w nich do późnej starości. Mój Tato, jak tylko sięgam pamięcią był zawsze bardzo zadbany, świeżo pachnący i dbał o porządek wokół siebie. Niestety nawyku utrzymywania porządku nie odziedziczyłam po nim w pełni – a szkoda:)

Potem każde z dzieci otrzymywało przydział grządki do wypielenia, nawet te najmłodsze pod wodzą najstarszej siostry uczyły się odróżniać maleńkie listki warzyw i kwiatów od pospolitych chwastów.

Ale chętnie wykonywały swoje prace, bo potem mogły brać udział w zajęciach, które uwielbiały.

Zajęcia które prowadziła Michalina, to była prawdziwa szkoła i przedszkole.

Wkrótce stryszek wypełniał się rakowskimi dziećmi w różnym wieku i tam uczyły się pierwszych liter, malowania, lepienia z gliny, szycia i wymyślały bajki.

Ich rodzice mogli  spokojnie odbywać swoje prace gospodarskie, rzemieślnicze  i różne inne. Rosły kolejne pokolenia dzieci, którymi najpiękniej jak potrafiła, zajmowała się Michalina. Powoli obowiązki te przejmowały jej córki.

Dzieciaki rakowskie pięknie śpiewały, więc mój pradziadek – Bolek Rodziewicz, który był nadal organistą w miejscowym kościele przywoził im śpiewniki. Nawet miały śpiewnik domowy Moniuszki. I poza zajęciami plastycznymi, Michalina zabierała je na dół swojego domu, do salonu, gdzie gromadziły się wokół fortepianu, Michalina grała, a one śpiewały z radością i zapałem.

Takie to były niezapomniane chwile w domu moich pradziadków na dalekich kresach …

Śladami mojego Taty . Okruchy wspomnień o mojej Babci Staśce

I znowu jedziemy do Babci. Ulubiona podróż pociągiem, małe miasteczko z szerokimi ulicami. Cieszę się. Już można nałożyć sandałki, bo wiosna nadeszła. Ziemia pachnie i jest pięknie.

Dochodzimy do domku z oknami nisko położonymi nad chodnikiem. W oknach zawsze kwitnące kwiaty i gęste firanki.

Wchodzimy do domu.

Siadam naprzeciwko łóżka Babci i wpatruję się w tę staruszkę. Nie jest mi bliska, nigdy nie przytula. Ale nie pragnę przytulania, nie jestem do tego przyzwyczajona. Babcia raczej budzi moje zainteresowanie i trochę lęku.

Widzę moją Babcię, jakby to było dziś.

Oczekuję na taki moment, kiedy Babcia podnosi się ze swojego łóżka i drepcze do kuchni. Jest maleńka i drobniutka ale zawsze wyprostowana. Porusza się  lekko bezszmerowo.

Kuchnia jest obszerna. Na jej zapleczu jest miejsce dla mnie niezwykłe. Już kiedyś poznałam to miejsce, ale zawsze jest dla mnie bardzo atrakcyjne. Skradam się za babcią, oczywiście Babcia się odwraca i mówi- chodź dziecinko. Drepczemy więc razem.

Drzwi do pomieszczenia sąsiadującego z kuchnią otwierają się z trudem i wielkim skrzypieniem. Ale Babcia mimo pozorów kruchości jest silna.

Więc po chwili obie stajemy w otwartych już drzwiach. W nosy biją stamtąd zapachy. Są nadzwyczajne.  Wciągam głęboko powietrze. Takich zapachów  nigdy potem nie czułam . Te w domu mojej Babci w Trzciance były niepowtarzalne i jedyne.

 Oczy powoli się oswajały z mrocznym wnętrzem tego pomieszczenia. I stopniowo  ukazywały się rzędy wiszących szynek, kiełbas i słonin. Widok był dla mnie tajemniczy i budził lęk. Babcia odważnie brała do ręki wiszący brzeg szynki i jednym silnym ruchem wielkiego noża obcinała szeroki pasek.

Nie zagłębiałam się w czeluści tego pomieszczenia. Widok spod drzwi był wystarczająco silny i budził mój lęk. Więc wolałam nie sprawdzać, co tam było dalej.

Z tym wonnym paskiem odkrojonej szynki Babcia wycofywała się do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi.

Smaku tej szynki nie zapamiętałam, może nawet jej nie skosztowałam. Ogólnie byłam niejadkiem i chyba tylko kasza manna na mleku mocno posłodzona była dla mnie atrakcją.

Kiedyś, w 1955 roku byliśmy w Łebie na wczasach wagonowych. Wtedy rodzice odebrali telegram, że zmarła Babcia. Po krótkiej naradzie, uznali, że mnie – wtedy ośmioletnią zostawią pod opieką 13 letniego Pawła, który był z nami na tych wczasach . Paweł był synem przyjaciół moich rodziców a potem stał się bratem mojego męża. Lubiliśmy się, był odpowiedzialny, poważny i zastępował mi rodzonego brata- Zenona, który miał wtedy 20 lat i buszował gdzieś w świecie.

Gdy rodzice wrócili, opowiedzieli, jakie były okoliczności śmierci mojej Babci. Babcia Staśka zmarła nagle. Rano wstała jak zwykle, podreptała do spiżarni i porcją szynki weszła do kuchni. Stała przy kredensie i kroiła tę cudnie pachnącą szynkę.

I nagle wypadł  nóż z jej ręki i umarła.

Spotkała Ją wymarzona śmierć.

Nie byłam smutna. Nie opłakiwałam Babci. Była jedyną osobą z tego pokolenia, którą znałam. A jej odejście było zwykłą koleją losu.

Chyba po prostu nie kochałam mojej Babci bo nie miałam okazji jej lepiej poznać…

Śladami mojego Taty . Nałóg

Tomasz dowiedział się o nałogu Staśki dopiero po ślubie. 

W ogóle się nie spodziewał, że dziewczyna z dobrego domu, może palić papierosy. Uważał, że pasuje to jedynie takim kobietom … kobietom „spod latarni „ .

I tu nagle przeżył szok. Nie wiemy jak się zachowywał, w jaki sposób próbował walczyć z papierosami w swoim domu. Ale po wielu latach opowiadał o tym mojej Mamie, nie tając zgrozy i oburzenia.

Staśka,  pomimo próśb męża,  paliła przez całe swoje życie .

Papieros  towarzyszył  jej w macierzyństwie, połogu i starzeniu się .

Pomimo totalnego odymienia, żadne z jej dzieci nie uległo temu nałogowi….

Śladami mojego Taty. Staśka i papierosy

Tomasz  wyidealizował sobie Staśkę.

A była zwykłą dziewczyną, nie wolną od wad.

Był skłonny zawsze wszystko jej wybaczać, za wyjątkiem jednego.

Otóż największą  wadą  jego ukochanej było umiłowanie palenia papierosów.

W końcu XIX wieku, w którym upływała jej młodość, o szkodliwości tego  nałogu nie było nic wiadomo. 

A młode dziewczyny chciały być wyzwolone, nowoczesne . Naoglądały się w czasopismach  na właśnie takie kobiety.

Idolką wszystkich była George Sand. Umarła zaledwie dwa lata po urodzeniu Staśki, bo w 1876 roku. Jej pamięć stale była świeża a sylwetka modna. I nieomal wszystkie pannice z miast i wsi chciały być takie jak ona. Oczywiście nie miały pomysłu na działalność literacką, by jej dorównać w tym temacie, ale za to miały papierosy. Starsi chłopcy, ich bracia studiowali już w Wilnie, i tam mogli się zaopatrywać w eleganckie papierosy, które nie przypominały zwykłych machorkowych skrętów.

Staśka nie była gorsza od koleżanek, a nawet wkrótce je prześcignęła.

Śladami mojego Taty . Tomasz Łukaszewicz…

Rodzice Staśki, widząc, że ten pracowity spokojny dobry chłopak adoruje ich córkę, zaczęli go zapraszać na popołudniowe rodzinne spotkania przy samowarze. Początkowo nieśmiało przyjmował zaproszenie, ale wkrótce zadomowił się w domku organisty. Bo Bolek nadal grał w Rakowskim kościele . I to jak grał. Tomasz przychodził na wieczorne msze i z ukrycia wsłuchiwał się w muzykę, którą czarował Bolek.

Tomasz Łukaszewicz był synem wytwórcy serów. Jego ojciec doskonale wyczuwał zapotrzebowanie ludzi i sam dopilnowywał produkcji żółtych serów , które znane już były w okolicy i w dalszych regionach kraju. Tomasz mu pomagał, zajmował się też dystrybucją. Często wyjeżdżał, zawsze udawało mu się sprzedać własne wyroby , bo sery były przednie a chłopak budził zaufanie.

Tomasz lubił te wyjazdy. Najbardziej interesowały go koleje żelazne. Gdy obok drogi przejeżdżał ze świstem i buchającą parą pociąg, zatrzymywał swój wóz i długo się wpatrywał w parowóz i mijające go wagony, aż znikały na horyzoncie. W Rakowie nie było kolei, więc ten widok był dla niego bajkowy i zaczarowany.

Tomasz uwielbiał wieczory na tarasie domku Rodziewiczów. Siadywali tam ze Staśką. Wdychali zapachy maciejki , słuchali śpiewu słowików. Tomasz opowiadał o swoich podróżach i powoli , ostrożnie oswajał dziewczynę z myślą, że może kiedyś będą razem. Ona  czuła się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie.

Śladami mojego Taty . Jeszcze o Staśce- mojej Babci…

Stasia uwielbiała prace domowe, piekła wyśmienite mięsa, ale najpyszniejsze były jej pierniki. Michalina powoli oddawała jej swoje kuchenne berło i dopuszczała do wszystkich tajemnic kuchennych. Stasia więc powoli stawała się królową kuchni. Ponieważ także kochała kwiaty, więc każdą wolną chwilę wykorzystywała na pielęgnowanie kwiatowego ogrodu przed domem. Warzywami zajmowała się niechętnie, i raczej zapędzała swoje siostry do pomocy. Od wczesnej wiosny domek tonął w kwiatach. Rosło ich wielkie mnóstwo. Wydawało się, że  specjalnie rozkwitają, by cieszyć oko i nawet konkurują ze sobą o łaskawość ich opiekunki.

Śladami mojego Taty. Pojawia się Tomasz Łukaszewicz…

 Dziewczyny, pannice z rodu Rodziewiczów rosły jak na drożdżach. Okoliczni chłopcy chętnie odwiedzali ten dom. Tam było tyle radości , po prostu kwitła młodość.

Najstarsza córka Michaliny i Bolka, błyskotliwa, ruchliwa , urocze niewielkie stworzonko oczarowała poważnego chłopaka z sąsiedztwa, Tomasza. Zawsze przychodził na potańcówki. Patrzył rozmarzonym wzrokiem na wirującą w tańcu Stasię. Miała powodzenie, chłopaki chciały ją tulić, ale wymykała się ze śmiechem. Zerkała na siedzącego w narożniku pokoju Tomka. Miał takie przejrzyste zielononiebieskie łagodne rozmarzone oczy . Czuł się onieśmielony, bo wszak rodzina Rodziewiczów była uznaną szlachtą o wyższej randze. Należeli bowiem do dworzan, ich przodkowie byli zatrudniani w dworach królewskich. Wprawdzie jego ojciec też trzymał w rodzinnym kufrze papiery szlacheckie. Ale należeli do gałęzi słabszej, nie szczycili się wysokimi stanowiskami w kraju. Tak więc Tomasz miał kompleksy i wątpliwości, czy jego uczucie zostanie odpowiednio przyjęte. Nie sądził, że Staśka zagięła na niego parol. Podobał się jej ten chłopak i już. I żadne przeszkody nie istniały. Zresztą Michalina i Bolek nie mieli zadęcia rodowego, cieszyli się szczęściem swoich dzieci.

Śladami mojego Taty . Moja przyszła Babcia- Staśka i kwiaty..

Michalina zajęta prowadzeniem zajęć z dzieciakami i młodzieżą, oraz rodzeniem i kołysaniem kolejnych swoich dzieci, zaniedbała swój ogród. Drzewa i krzewy rodziły pięknie, ale kwiaty zdziczały a grządki zarastały chwastami.

Czasami Bolek włączał się do prac ogrodowych, ale wolał duże prace, jak kopanie, grabienie, wycinanie niepotrzebnych pędów. Nie przepadał za wyrywaniem chwastów.

I wkrótce  Staśka przejęła te obowiązki.

 Rodzice patrzyli z przyjemnością, widząc ją wśród kwiatów, gdy schylona nad ziemią, drobnymi łapkami detalicznie wyrywa nawet najdrobniejsze chwaściki.

Bolek lubił zakupy. Z wypraw do Wilna , zawsze przywoził  nasionka i cebulki kolejnych kwiatów.

Nie było takiej potrzeby, bo Staśka sama hodowała nowe roślinki.

Na oknie w jej pokoiku w doniczkach zasiewała w lutym zebrane jesienią nasionka. Lubiła obserwować jak pojawiają się maleńkie zielone wąsiki a potem już całe listki. Jej rodzeństwo uwielbiało wpadać do tego pokoiku i zawsze zaglądało do tych doniczek. Cieszyły się, gdy mogły z dumą obwieścić, że już widać zieloną kropeczkę na tle brunatnej ziemi. Bardzo pilnowała, by żadne z nich nie wyciągało łapki i nie dotykało roślinek. Ponieważ była najstarsza, zdecydowana, stanowcza , trochę się jej bały i nie miały odwagi by przy niej psocić.  Ponieważ jednak się bała, że któreś wpadnie w czasie jej nieobecności i wyrwie roślinkę, co było tak kuszące, któregoś dnia zakupiła haczyk i sama zamontowała go do drzwi swojego pokoju. Specjalnie usadowiła go wysoko, tak by żadne z maluchów tam nie dotarło. Była już spokojna o losy swoich roślinek.

Mogła się zajmować ogrodem. Przed domem powoli wyrastał istny gąszcz stale kwitnących roślin. Kwitły zapamiętale, zarażone entuzjazmem swojej pani. Gdy przekwitały jedne, natychmiast pojawiały się następne. Jakimś cudem barwy ich cudnie z sobą harmonizowały, bywało, że układały się jedynie wszystkie odcienie czerwieni lub błękitów.

Jednego dnia siostry Staśki  podsłuchały, że w kwietnym ogródku ktoś rozmawia. Przybiegły jak zwykle zaciekawione. Ale była tam tylko ich siostra. Usłyszały jak przemawia do roślinek. Stały i z rozdziawionymi buziami się dziwowały.

 Taka była moja Babcia.

Śladami mojego Taty . Staśka walczy o czystość rakowskich dzieciaków…

Dzieci rakowskie codziennie rano pojawiały się pod domem Michaliny i Bolka.

To było już takie niepisane prawo, umowa, że mają w tym domu zajęcia, a ich rodzice mogą zajmować się swoimi sprawami.

Po zajęciach teatralnych, malarstwa i lepienia z gliny wracały do swoich domów z ociąganiem, dopiero wtedy, gdy ich rodzice zabierali je do siebie….

Staśka z uporem i cierpliwością  stawała rano w drzwiach wernady i obserwowała przychodzące dzieci. Gdy miały katary, co nie było rzadkością, zmuszała dzieciaki , by wysmarkiwały nosy, i likwidowały wiszące  spod nosa „ sople” , które  dotychczas wycierały rękawem albo po prostu zlizywały.

Staśka usiłowała im to obrzydzić i zmienić zwyczaje.

Któregoś dnia znalazła stare prześcieradło, pocięła je starannie na niewielkie kwadraty , które ułożyła w koszyczku, na stoliku przed wejściem na schody. Każde z dzieci, po pokazaniu z dumą czystych nóg, musiało wziąć tą szmatkę i starannie wysmarkać nos. Potem wyrzucały ją do przygotowanego wiaderka. Staśka codziennie prała te zabrudzone chustki . Nie brzydziła się nawet, co było zadziwiające. Pokazywała dzieciakom, że chusteczki są codziennie  świeże i czyste. Może zapamiętały tę lekcję. Może nie.

Staśka znakomicie uzupełniały się ze swoją matką- Michaliną .

Michalina dbała o rozwój wyobraźni dzieci i ich edukację, a Staśka o naukę codziennych zabiegów higienicznych.

Już wiem, po kim mój Tato miał duszę artysty co nie bardzo korespondowało z jego wielkim zamiłowaniem do porządku i czystości !

 

Śladami mojego Taty . Staśka, moja przyszła babcia i dzieciaki rakowskie

Właśnie taka była. Niewysoka, energiczna, bardzo ruchliwa zdominowała swoje rodzeństwo i oczywiście rodziców.

Wstawała bardzo wcześnie, lubiła oglądać niebo przybierające różowe barwy a potem rozświetlone refleksami słońca walczącego z chmurami. Wybiegała przed dom i wpatrywała się w ten teatr na niebie.

Nie przepadała za teatrzykiem lalkowym swojej mamy. Uważała, że wymyślanie bajek nie jest zajęciem dla niej. …Ale gdy dzieciaki przybywały na ich stryszek, a działo się to codziennie, bo Michalina- matka Staśki systematycznie prowadziła zajęcia z dziećmi Rakowskimi, Staśka stawała w sieni u podnóża schodków i z marsową miną sprawdzała stan czystości dzieciarni.

Walczyła z ich brudnymi głowami, koszulkami oraz butami. Jeśli miały buty, musiały je zdejmować i codziennie  sprawdzała stan higieniczny ich nóg. Stopy dzieci były zwykle były czarne, gdyż rzadko je myły i właściwie nie korzystały z butów. Zresztą większość butów w ogóle nie miała. Może była w każdym domu jakaś jedna para, którą zakładały kolejno, gdy wybierały się do kościoła.

Ponieważ Stanisława, czyli Staśka, nigdy nie przepuściła brudasa na stryszek, dzieciaki same zaczęły się myć. Ich rodzice byli zdziwieni, że przed studnią ustawiała się kolejka ich pociech. Potem się zorientowali, że odbywało się to przed planowanym wyjściem do domu Michaliny i Bolka. Powoli poprawiał się stan higieniczny całej wsi. Ludziska zaczęli dostrzegać , że właściwie jest przyjemnie, gdy nogi pachną szarym mydłem a spod pach nie wydziela się przykra woń.

Tak więc Staśka odniosła sukces.