Wczoraj pozwoliłam sobie śladem wielu uczestników mediów społecznościowych wrzucić do Instagrama (jako KlaraSzara0) i Facebooka (jako Klara Klon) swoje selfie. Dobre było światło i o dziwo po raz pierwszy w życiu uznałam że zdjęcie jest niezłe tzn. wyglądam nieźle pomimo bliskiego już terminu ukończenia 77 wiosny życia J. Dałam hasztagi trochę prowokujące: #życie #zapisane #na # twarzy. Na zasadzie „uderz w stół a nożyce się odezwą” w krótkim czasie pojawiały się przemiłe komentarze, z które Wszystkim dziękuję. Np. Małgorzata Jancelewicz napisała, jak przystało na dr stomatolog widząc szczegóły: „I oczy, jak u Demarczyk, w ,, Groszkach i różach”…
A najbardziej wzruszający jest komentarz krajana mojego Taty
i Brata z Rakowa – Yana Roslevskij’ego. Od razu poczułam tę wschodnią rzewność
liryczną, którą też czasem lokalizuję w swoim sercu i umyśle…. Yan napisał tak: „Życie ma to do siebie, że
przykłada dłuto do twarzy, ale nie do każdej, tylko do godnych tego dłuta”. Od
razu poczułam się wyróżniona Yanie, choć to oczywiście Twoja licentia poetica
jedynie J
„Zosiu, nigdy się nie
chowaj…. Dzisiaj dojrzałość jest piękna i jeszcze na dodatek trendy” napisała
Iga Borowska- Krajnik
Tak więc podzieliwszy się najnowszymi moimi doświadczeniami
dla przypomnienia nota biograficzna.
Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ur. 28.09.1947 r. w
Gorzowie Wlkp. – Studia : Akademia Medyczna – obecnie Uniwersytety Medyczne:
w Poznaniu (1965- 1968) a następnie w Warszawie (1968- 1971).
Praca: lata 1971 – 1975 Przychodnia Rejonowa ZOZ Warszawa Żoliborz;
lata 1975 – 1981 Szpital im. Dzieci Warszawy ( zakaźny) ul. Sienna 60
Warszawa; lata 1981- 2004 Klinika Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego IP-
Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa, adiunkt, kierownik Poradni Nefrologicznej
przy tej Klinice – aktualnie emerytura. 2 stopnie specjalizacji z
pediatrii i doktorat 1991 r. – granty i liczne publikacje z
dziedziny nefrologia, choroby metaboliczne (zaburzenia gospodarki wapniowo-
fosforanowej, osteoporoza u dzieci).
Aktualnie wespół z prof. Jerzym T. Marcinkowskim, córką
Pauliną Rosińską- dr psychologii i synem Marcinem Konopielko –
neurochirurgiem i innymi autorami pisze recenzowane książki z zakresu szeroko
pojętej higieny. Zostały wydane: 1. Przewodnik po rozległych obszarach higieny
i epidemiologii, 2. Ponadczasowa misja higieny i epidemiologii, 3. Tatuaże. Gdy
ciało staje się tłem, 4. Modyfikacja ciała. Kręta droga od urody do znaczenia
po śmierci, 5. Higiena psychiczna w krajobrazach miejskich. Poszukiwanie triady
Witruwiusza: trwałości, użyteczności i piękna, 6. Tajemnicze bóle kręgosłupa,
7. Odpoczynek w panoramicznym spojrzeniu higieny psychicznej. Ponadto wiele
rozdziałów w monografiach redagowanych przez innych badaczy.
Pasje – fotografia; od 2011 roku prowadzenie
wielotematycznego bloga ( zapiski rodzinne, ścieżki edukacji, historia Szpitala
im Dzieci Warszawy, przyroda, ciekawe miejsca w Polsce, książki, własne
fantazje itd. ).
Pochodzenie –ojciec, Wacław szlachta kresowa tzw.
dworzanie, bliski krewny Marii Rodziewiczówny , inżynier dróg i mostów
–matka, Stefania, góralka beskidzka, nauczycielka –Brat, Zenon, dziennikarz,
literat, krytyk literacki.
Rodzina – od 1. 06. 1968 zamężna, mąż Mirosław mgr
inżynier, 4 dzieci ( ekonomista, inżynier, neurochirurg, psycholog),
8 wnucząt i jedna prawnuczka.
Ponury czas od 4 dni. Kiedy to umarł Człowiek o Pięknym Sercu , zabity nożem psychopaty o zadziwiająco poukładanym działaniu – celnym w wyborze miejsca czasu i Osoby… rezygnacja najwspanialszej Postaci istniejącej od 27 lat na gnuśnym polskim firmamencie ….więc zapisanie do Facebookowej Grupy #MuremZaOwsiakiem i wysłanie Mu zdjęcia z kosmykami trawy wystającymi ze zlodowaciałej kępki śniegu.. symbolu zielonej Nadziei … a poza tym wszechogarniająca smuta zanurzona w szarej bezśnieżnej tu zimie….
Uciekam więc w swój blogowy zakątek, gdzie ciepło i zwyczajnie. Właśnie znalazłam swoją dawną opowieść o Marcie Argeritch ( kopiuję ) oraz tekst Leszka Milanowskiego o Muzyce i o Niej – tej Niezwykłej pianistce …… zapraszam do naszych opowieści :
Któregoś dnia , kiedy to w Grupie messengerowej wspominałyśmy z Mariolką wyprawy do Filharmonii i Opery w Poznaniu, przypomniałam, że w tamtym czasie – rozpoczynającym się w 1965 roku – gdy razem studiowaliśmy ukochaną medycynę – byłam na koncercie Marthy Argerich. Świeżo po zdobyciu I Nagrody na Konkursie Chopinowskim, kruczowłosa o wielkim temperamencie zawładnęła sceną, widownią , całą Uniwersytecką Aulą i na zawsze zapisała się w naszej pamięci …
Już kiedyś wspomniałam o tym przeżyciu we wpisie : http://zofiakonopielko.pl/?p=4353 ) , a teraz po chwili zastanowienia – by nie był tu tylko suchy link – podaję ten fragment :
Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich
Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967) najlepiej zapamiętałam niezwykłą, dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.
Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.
Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji. Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry. Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …
Zachowałam ją w pamięci jak piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich …..
Do wspomnianej na wstępie naszej Grupowej messengerowej rozmowy z Mariolką o Filharmonii – po chwili włączył się Leszek z tej swojej Anglii – swoją drogą zadziwiające jest jak wyczuwa, gdy omawiamy temat który Go frapuje – chyba telepatia ? . Napisał On tak :
( Bywszy tzw. „kulturalnym ” starostą na naszych studiach – naprawdę, nie miałem korzyści z rozprowadzania biletów do Opery.
Byłem członkiem „Jeunesse Musicales du Pologne” pod kierunkiem Sławka Pietrasa – tego słynnego dyrektora Teatrów Operowych w Poznaniu, Łodzi i Warszawie) .
Byłem już po Szkole Muzycznej (z repetą w drugiej klasie podstawówki – stąd moje dzieci wypominają i do dziś wstydzą, że mają tatusia – repetenta). J
W Liceum – już dobrowolnie – grałem nawet Etiudę Rewolucyjną pod kierunkiem wcześniejszego uczestnika Konkursu Szopenowskiego – Profesora Gulda. Piękna, spokojna, życzliwa postać – polski Żyd z pochodzenia. Oczywiście Jego narodowość nie ma znaczenia, ale chcę podkreślić, że temu człowiekowi zawdzięczam późniejszą możliwość wysłuchania Marthy Argerich w 1965 roku.
W tym właśnie roku robiłem w Kutnie maturę.
Przygotowując się do egzaminu dojrzałości, by jakoś odreagować zakuwanie i stresy – w maju 1965 pojechałem do Warszawy do Filharmonii by posłuchać eliminacji Konkursu Szopenowskiego .
Trafiłem akurat na Marthę Argerich. Piękne Mazurki z których te prostsze sam grałem.
( To dzięki temu, że Tata wywiózł mnie do pasania krów w 9-tym roku życia, gdy zbuntowany nie chciałem chodzić na muzykę).
– o tym Leszek już szczegółowiej opowiedział – ten tekst znajduje się w poprzednim blogowym pamiętnikowym Jego wpisie – przyp. Z. K. )
Martha Argerich WIELKĄ PIANISTKĄ JEST….
…. Co do Marthy Argerich. Kilka dni temu na FB ukazał się Koncert Scarlattiego w wykonaniu Marthy ARGERICH. Większość komentarzy – tylko po angielsku była pełnych zachwytu. Każdy gdzieś Ją słyszał. Jeden z komentatorów mówił – że to niemożliwe, by ten koncert zagrać w takim tempie – że to jest zrobiona ścieżka dźwiękowa. Nie wdałem się w dyskusje, ale zamieściłem swoją uwagę…. ( .treści tej uwagi Leszek nam nie podał, pozostaje tylko się domyślać …)
By oszczędzić wczytywania się w biografię tej największej na świecie pianistki – jak jest nazywana przez znawców muzyki, skopiowałam kilka informacji podawanych w Wikipedii.
W wieku trzech lat rozpoczęła naukę gry na fortepianie.
Mając 8 lat dała swój pierwszy koncert – wykonała I Koncert fortepianowy C- dur op.15 Ludwiga van Beethovena . Rok później – XX Koncert fortepianowy d- moll KV 466 Wolfganga Amadeusa Mozarta oraz Suity francuskie BWV 812-817 Johanna Sebastiana Bacha.
W roku 1955 przeniosła się do Europy. Szkoliła się u Friedricha Guldy w Wiedniu oraz u Madeleine Lipatti i Nikity Magaloffa w Genewie.
Rok później debiutowała w Stanach Zjednoczonych w nowojorskim Lincoln Center oraz nagrała swoją pierwszą płytę, na której znalazły się utwory Chopina, Brahmsa, Ravela, Prokofjewa i Liszta.
W 1978 roku dała swój ostatni recital solo. Od tego czasu wykonuje przede wszystkim muzykę kameralną i koncerty.
Na marginesie tylko warto dodać, że całym jej życiem nie jest tylko muzyka. Artystka żyje pełnią – trzykrotnie zamężna , matka córki Stephani……
Resztę (np. ciekawie o dzieciństwie ) można poczytać pod m.in. tym linkiem, a niezwykłe zdjęcia ( niektóre z nich zamieściłam powyżej ) znajdują się na Jej stronie w FB .
Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos. Głównie z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka
Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „ …. chyba ponadczasowe….
Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?
Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli poznańskiej Akademii Medycznej .
Dziś wiemy, że w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz i wiele wspólnych wspomnień….
Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich. Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając kolegów ze studiów nie mogłam pominąć Kajtka.
I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy w krótkich odcinkach – bo rodzinka jak to teraz mają młodzi – wolała takie – a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z wielu podanych powodów – jest ciekawe i ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i mogłoby być scenariuszem do filmu …..
Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek
Kajtek. Był naszym kolegą z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich .
Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.
To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw. Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.
Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .
Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!
Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.
Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.
Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.
Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta. Ulokowany na parterze wielkiej kamienicy stanowił w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta. Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość, wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.
Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało, przyszły nowe inne czasy.
Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia. Był i czekał jak zwykle.
To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….
I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…
Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.
Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.
I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna, może tylko trochę inaczej…
Po koncertach Kajtek zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.
Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…
Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich
Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967) najlepiej zapamiętałam niezwykłą, dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.
Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.
Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji. Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry. Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …
Zachowałam ją w pamięci jak piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .
I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )
Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….
Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..
Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego :
Leszku !!!! dałam swoje podtytuły – jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!
KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI
Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).
Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.
NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY
Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.
DYSKUSJE O LEMIE
Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „, Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.
O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM
Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a Andrzej wciągnął mnie do ZMS ( skrót od nazwy Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej wichrzycieli i młodzież bananową” przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam. Zostałem usunięty z ZMS-u. Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.
Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo – PZPR – przyp. Z. K. ) . Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.
Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny, żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną śmiercią.
Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.
JAK POZNAŁEM KAJTKA
Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć ) Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.
DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI REMA
Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.
KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII
Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.
POCHODZENIE KAJTKA
Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )
KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE
BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „
Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie. Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.
POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ
Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim. Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…) 🙂
NURKOWANIE
Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.
To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo. A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?
EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA
Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?
ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE I MOJE ROZWAŻANIA
I tu powrót do Andrzeja. Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek był w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.
W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .
SZPITAL PSYCHIATRYCZNY
Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku? Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się? A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….
DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?
Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna. Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.
CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ
Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już do grobu..
POGRZEB KAJTKA
Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..
NASZ POWRÓT Z POGRZEBU
Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam? Przez całe chyba ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…
Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.
Jak zakończyć? Cześć Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…
Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…
Jak fajnie dziś nam się gadało przez telefon. Jesteś empatyczny, otwarty i dowcipny – zresztą taki jak kiedyś – takiego Cię zapamiętałam w tym naszym pamiętnym 1965 roku , kiedy rozpoczynaliśmy poważne życie z medycyną.
Miły gawędziarz z Ciebie.
Rozmawialiśmy więc o sprawach poważnych, bo o Twojej Córce Anuli – która tak pięknie do Ciebie napisała na FB w Dniu Ojca – skopiowałam i znajduje się w poprzedniej części pamiętnika. Dziewczyna to Niezwykła i zasługuje na odrębną tu opowieść; było też o Twojej pracy, planach, no i oczywiście o Pamiętniku. Po raz enty mówiłam, że moim marzeniem jest zostawić po nas ślad dla naszych dzieci – nie tylko dane personalne – że byliśmy i coś tam w życiu zdziałaliśmy – ale jakimi byliśmy ludźmi, jak nas postrzegano – jednym słowem marzy mi się opowieść o naszym Człowieczeństwie – nawet z wadami – do czego niełatwo się przyznać, doświadczeniami, zachowaniami w różnych sytuacjach i o tym kto był z nami blisko i dlaczego nas lubiano lub nie, kto był nam obojętny . A ponadto jak to wszystko się przełożyło na relacje koleżeńskie po przeszło pół wieku nieobecności w życiu ……….
Gdy gawędząc z Tobą dotarłam pod dom – na drodze właśnie ćwiczył mój mąż, który powiedział, by Cię pozdrowić. A Ty – jak zwykle żywiołowy – poprosiłeś o „ podanie go do telefonu „. Wasza rozmowa trwała chwilkę, ale wybuchaliście śmiechem, a moje ucho usłyszało jednym swoim kątem 🙂 Twoją odpowiedź, na zaproszenie do Michałowic – iż się boisz odwetu – bo masz chęć mnie porwać 🙂 . Może nie dosłownie cytuję, ale sens był taki.
Oj, Panowie, nie brakuje Wam dystansu do wieku, płci i siebie. Oczywiście i to mnie wprawiło w dobry humor, bo która kobieta nie marzy o porwaniu 🙂 , bo poza tym dzień zgodnie z moją wczorajszą zapowiedzią w Grupie zaczął się dobrze.
….
Ale wpis dzisiejszy , który” wpadł do mnie” o świcie miał być całkiem inny, bo o cykorii . Brzmiał tak :
Leszku Miły !
Pomysł dzisiejszego wpisu przyszedł do mnie rano.
Gdy zauważyłam Twój nocny komentarz ( będzie na końcu tej opowieści – dla mnie BOMBA ) pod moim zdjęciem cykorii , które zamieściłam na Facebooku zupełnie zaskoczona, roześmiałam się nieomal w głos . To zjawisko do tej pory występowało u mnie raczej rzadko – ale od czasu, kiedy Was ponownie spotkałam – gości we mnie coraz częściej. Wszyscy tj. Mariolko, Jurku i Leszku a także przybyli niedawno spoza naszego kręgu studenckiego – internetowi przyjaciele – Elu i Ewo jesteście Kochani, Niepowtarzalni i odkrywacie Siebie tak pięknie, aż chce się żyć …..
Oto ja, z Mamą , tj. Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz. Chyba już wtedy budziły się we mnie pasje podróżnicze 🙂 . Potem już nigdy nie siedziałam na motocyklu. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.
A więc zwyczajowo – po kolei. Może „ pojadę” kuzynką Babci – Marią Rodziewiczówną – no cóż mam w sobie odrobinę tamtego genu ….. 🙂
Był koniec wczorajszego dnia, wrześniowy wieczór nadchodził wielkimi krokami . Słońce wreszcie poszło spać. Jednak jak rozkapryszone dziecko przedtem uprawiało szalone krwiste igry na niebie, potem łagodząc tamte obrazy zostawiło nam łagodne pastelowe obrazy pod powiekami – dokumentacja się dokonała i zdjęcia zostały wysłane w wirtualny świat , tj. do „naszego „Messengera ….
I wreszcie wtedy, zaspokojona widokami, wróciłam do naszego michałowickiego domku, gdzie gościła cisza. Tylko cisza była z nami, choć zza okna wdzierały się ostre dźwięki balangi muzycznej u sąsiadów, u nas tylko WIELKA CISZA – dwie lampki – pod jedną Mąż czytający książkę , pod drugą ja – przed laptopem, z otwartym Messengerem – ale w tej cichości miotana mnogością uczuć.
Miejsce akcji przeniosło się do internetu , który bezszelestnie i cierpliwie przenosił nasze myśli. Bo wszystko się działo pomiędzy Jurkiem , Leszkiem i mną. Reszta naszej messengerowej Grupy gdzieś zniknęła….
W tym samym czasie , Jurek Marcinkowski być może ( przecież dokładnie nie wiem, ale kiedyś wspomniał o Domowych zwyczajach ) ogrzewał się ciepłem poznańskiego domowego Ogniska, przesiadując nieopodal Żony, w dużym pokoju, a nie w swoim gabinecie, Oczywiście był włączony telewizor i komputer, może miał słuchawki na uszach ( nie wiem jakie – może poproszę Go o zdjęcie ) , może też rozlewał białe wino, które właśnie kupił w okolicznym, mającym się likwidować – Tesco – gdzie poza zakupami można poczytać aktualną prasę.
W tę domową sielankę wczoraj wkraczałam dość stanowczo i jak to ja- za nerwowo – za co bardzo Go przepraszam – nieustannie coś pisałam na mess oraz czasem wysyłałam fragmenty korespondencji z Leszkiem. Oczywiście Jurek grzecznie wrzucał jakieś zdawkowe słowo, ale miałam wrażenie, że opędza się ode mnie jak od natrętnej muchy. Pewnie jednocześnie słuchał i oglądał wiadomości różnych telewizji, pochłaniając informacje i szlifując znajomość wszystkich języków świata – oto nasz cały Jurek. Potrafi równocześnie wykonywać kilka czynności – zadziwiająco panując nad sytuacją (czego doświadczyłam niedawno , gdy pisaliśmy wspólne artykuły). Napisałam, zadziwiająco – bo trochę Pesel nam podrósł 🙂 , ale przed ponad 50 laty Jurek też tak miał – dobrze pamiętam , gdy coś do Niego gadałam w czasie zajęć a On nie tylko odpowiadał – ale skrzętnie notował treść wykładu 🙂 .
Też mam podzielną uwagę, ale jednak, gdy zajmie mnie jakaś sprawa poświęcam się jej cała .
Wczoraj byłam pełna emocji – gdyż nawiązałam kontakt z Leszkiem ( oczywiście na Messengerze). Problem dotyczył pamiętników – moich pytań o to, co mogę z Jego listów do mnie zamieszczać, a czego – nie. Ale gdy zaczął pisać o literówkach i właściwie nie odpowiedział na pytanie – ja jako osoba Nadwrażliwa 🙂 ( definicja w necie – jeśli Ktoś ciekaw ) od razu pomyślałam, że nie jest zadowolony a może w ogóle chce się wycofać. I właśnie wtedy przyatakowałam Jurka – o czym było powyżej. Jednak potem się okazało, że Leszek „ wrócił „ do mnie po przeprowadzeniu ważnej dyskusji politycznej na FB i wszystko już było ok.
Jedno tylko mam na usprawiedliwienie – pomysł pisania naszych Pamiętników oraz połączenie nas w Messengerze – był Jurkowy – więc niech „spija wino, które sam uwarzył „ 🙂
Jerzy T. Marcinkowski ze swoją piękną siostrą Ewą Collony – Walewską ( też lekarką ). To bardzo ciepłe zdjęcie otrzymałam od Jurka .
A dzisiaj o świcie, po wykonaniu zdjęć budzącego się dnia , zerknęłam do FB, gdzie wczoraj wrzuciłam fotografię cykorii i rozpoczęła się tam krótka i niewiele znacząca dyskusja.
Ale teraz nagle zauważyłam , że Leszek wrzucił coś swojego pod zdjęciem mojej cykorii. Przeczytawszy – zaniemówiłam , po czym wpadłam w doskonały , a nawet szampański humor….
….
No, ale dość gadania, bo dotarliśmy do tytułowej cykorii.
Pozwoliłam sobie skopiować całą stronę z FB
Poniżej podpis, zdjęcie wykonane na łąkach nadbużańskich i komentarze :
Cykoria podróżnik jeszcze uśmiecha się nieśmiało …
zdjęcie własne.
Komentarze :
Jerzy Marcinkowski Nauczyłem się rozróżniać cykorię podróżnika od chabrów 🙂
Klara Klon Można dodawać do sałatek kwiaty i młode zielone liście choć tylko w małych ilościach
Jerzy MarcinkowskiCzyli jak się podaruje kobiecie bukiet kwiatów polnych to może stać się tak, że ona z tego bukietu zrobi pyszną sałatkę 🙂
Leszek MilanowskiJeśli Cię tym nakarmi to znaczy że obie strony dają z siebie co najlepsze, byle kwiaty polne nie były dawane z intencją zrobienia sałatki. Smacznego.
Czy przeczytaliście dokładnie ?
Czy wiecie dlaczego byłam najpierw zaskoczona a potem rozweselona ?
Odpowiem od razu.
Bo Chłopaki mnie zauroczyły ….
Ale Leszek głębią swojej, rzuconej jakby mimochodem, myśli spowodował, że „popłynęłam” z nią dalej aż pojawił się we mnie taki oto obraz :
Otóż wchodzę na moją nadbużańską łąkę i zauważam w dali jakby znajome sylwetki – to Leszek i Jurek myślę z uciechą – rozsiadam się więc wygodnie na tej pięknej, dziewiczej wonnej trawie przetykanej cykoriami, chabrami i usianej późnymi makami – czekam i marzę. A już Leszek nadbiega z kierunku angielskiego a Jurek z poznańskiego . Każdy z bukietem barwnych polnych kwiatów .
Jurek rzuca swój bukiet ze sprawnością szermierza – od lewej strony – bo leworęczny, jak kiedyś napisał – trafia na moje prawe udo – a Leszek ze sprawnością chirurga plastyka wrzuca bukiet bezpośrednio na mój podołek okryty szeroką barwną spódnicą.
Jest piękny młody nasz czas , wszyscy zauroczeni sobą i tacy jeszcze niewinni.
Ale każdy myśli – chyba nie wtedy – a dopiero teraz , myśli swoje – bo już doświadczenie i życie smakowane wielokrotnie i wiedza. I ja myślę – który z Nich marzy tylko o sałatce zdobnej kwiatami ? , a który chce tylko „dawać z siebie” ?
Tego nie wiem – i nigdy się nie dowiem. Bo kwiatów od Nich nie dostałam i już nie dostanę 🙂
bo ta nasza pierwsza młodość gdzieś w dalekiej dali – choć jest – tylko trochę inna – bo jesteśmy od niedawna razem i tętni w nas to samo serce i te same uczucia płoną – nic to – że już dojrzałe jak te jesienne kwiaty z bukietów …..