Na medycznej ścieżce. Asystent anatomii

 Na pierwszym roku studiów medycznych wszystko  było niezwykłe. Nagle znalazłam się w ogromnym mieście jakim się jawił Poznań , mój Gorzów został daleko – jazda pociągiem z przesiadką w Krzyżu trwała ponad cztery godziny .  Mieszkałam u obcych ludzi na dalekich peryferiach miasta. Pierwsze zajęcia na uczelni i ilość materiału do zakuwania powodowały zamęt w głowie. Jednym słowem wszystko było niezwykłe….

Jednak pierwszy asystent z którym mieliśmy zajęcia z anatomii był  zwykły . Inni asystenci mogli zachwycać urodą lub wiedzą a nasz  był niewysokim brzydalem.  Był synem znanego profesora, kierownika innej katedry Akademii Medycznej. Nazywał się Andrzej K.  My pomiędzy sobą  mówiliśmy o nim – nasz Andrzejek.  Koledzy podejrzeli, że przychodził czasami delikatnie mówiąc,  zawiany. Gdy pojawiał się na horyzoncie, zastanawialiśmy się, czy swoim wówczas tanecznym krokiem trafi do drzwi naszej Sali sekcyjnej. Bywało różnie, kiedyś przymierzał się aż cztery razy. Nie trafiał, cofał się pod przeciwległą ścianę , odbijał i lądował poza wejściem. Odetchnęliśmy z ulgą , gdy wreszcie dotarł do właściwej klamki .

Ale po przekroczeniu progu Sali błyskawicznie przytomniał i zajęcia prowadził w zupełnie niezłym stylu. Jeśli stylem można nazwać zwykłe szkolne sprawdzanie listy obecności , odpytywanie z zadanego materiału, którego objętość z dnia na dzień wynosiła średnio 250 stron podręcznika anatomii po redakcją Bochenka. Wystawiał oceny i przystępował do demonstracji preparatów i objaśniania .

Prawdopodobnie jego przypadłość powodowała, że nie wydawał nam się bogiem jak inni asystenci, a zwykłym ułomnym śmiertelnikiem i  trochę mniej się go baliśmy .

Śladami mojego Taty. Dziecko uczy się sztuki przetrwania…

 

 

 

Jeszcze raz pokazuję to zdjęcie, bo mnie wzrusza.  Witold Łukaszewicz, mój  kuzyn, dzielny chłopak urodzony na dalekim Kazachstanie

 

 

 

Ale wracam do opowieści z Kazachstanu…jest druga wojna światowa, a na dalekich stepach mieszkają zesłane tam polskie kobiety z dziećmi , żony najczęściej już zamordowanych polskich wojskowych albo zaginionych na bezkresie Rosji….

Gdy mój kuzyn, Witold, tam urodzony już miał  może pięć lat, mama wyprawiała go na tory kolei transsyberyjskiej oddalone o kilka kilometrów . Tam miejscowe chłopaki zbierały maleńkie kawałeczki węgla, nieomal pył , które wypadły z wagonów   przewożących  ładunki węgla z niedalekich kazachstańskich  kopalń. Ciocia uszyła mu spodnie o wielkich bufiastych nogawkach. I w tych nogawkach, jak w kieszeniach synek przynosił wymarzone kawałeczki węgla. Była bardzo dumna z syna, tym bardziej, że to co robił było niedozwolone.

Cieszyła się też,  gdy się wybierał w inne okolice, gdzie pakowano ziarno. Tam też niepostrzeżenie zbierał resztki zboża , które potem matka rozgniatała pomiędzy dwoma płaskimi kamieniami i piekła wyśmienite placki.

Trudne warunki życia spowodowały, że dziecko wcześniej dojrzewało i uczyło się walki o przetrwanie….

 

Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

I wracam do opisywania moich dziejów z medycyną związanych .

W poprzednich wpisach , które znajdują się w rozdziale zatytułowanym” Na medycznej ścieżce” było o wczesnym dzieciństwie i lalce z nacinanym i zszywanym brzuchem, chorobach rodziców , o spotkaniu  dr Piotr Kunowicza,  dr Kaczmarka , którzy stali się  dla mnie wzorcem postępowania prawdziwego lekarza.  Potem opisywałam pierwsze zetknięcie z blokiem operacyjnym, gdzie nieomal zemdlałam słysząc dźwięki piłowania kości. Potem  był  okres  studiów w AM w Poznaniu, najbardziej charakterystyczne zajęcia z nieszczęsnym ‘ dziurawym wojskiem” włącznie i pożegnanie tego miasta. Dla mnie najsilniejsze i swoistą dramaturgią nasycone są wspomnienia  ze szpitalnych praktyk…

Teraz już studiuję w Warszawie ale wracam myślami do swoich poznańskich kolegów.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

  Spośród dość bezbarwnych kolegów  odznaczał się  Leszek Milanowski. Był niewysoki, energiczny, ruchliwy i zawsze miał opanowaną wiedzę medyczną.  

Miał jednak wielki kompleks.

Był właścicielem dość dużych uszu, czego nawet początkowo nie dostrzegałam.

Ale Monika była od mnie dużo bardziej bystra i któregoś dnia opowiedziała mi o tych uszach i dziwnym zachowaniu Leszka. Potem i ja zwróciłam na to uwagę. Gdy tylko padało słowo uszy czy ucho, niezależnie od okoliczności i wcale nie związane z jego osobą, np. ktoś mówił ” bolały mnie dzisiaj uszy”- Leszek purpurowiał i chrząkał nerwowo.

Któregoś dnia Monika postanowiła wyleczyć go z kompleksów.

Zastosowała metodę, której nie znałam a nawet wydawała mi się co najmniej kontrowersyjna.

Otóż w momencie, gdy wchodziliśmy do naszej sali ćwiczeń, Monika wyraźnie i głośno, tak, aby wszyscy słyszeli, witała Leszka słowami :

O, cześć Leszek, jakie masz piękne duże uszy.

Byłam spłoszona, podobnie jak ten kolega. Chciałam się zapaść pod ziemię. Widziałam, że wszyscy nieruchomieli, cała sala nagle milczeniem się pokrywała i czułam jak narastało ciśnienie do granic bólu uszu…

Wyobrażam sobie jak on się wtedy czuł.

Ale Monika z uporem powtarzała tę formę powitanie, codziennie przez kilka kolejnych dni .

I wtedy wydarzył się cud.

Pewnego dnia jak zwykle zbieraliśmy się w sali sekcyjnej w Collegium Anatomicum i tam właśnie nastąpił wiekopomny moment naprawdę wart uwiecznienia przynajmniej skromną tablicą na murze uczelni. Otóż na niezmienne dictum  Moniki” witaj Leszku, jakie masz piękne uszy” nagle  pękł balon naszego niepokoju bo zupełnie niespodziewanie Leszek się rozpromienił !!! Nie zapłonął przy tym swoim krwistym rumieńcem, nie uciekał oczami w okolice sufitu gdzie spokojnie żeglowały muchy unosząc na łapkach formalinowe ślady skąd czerpane, nie muszę pisać.  Tym razem tak nie było. Leszek patrzył śmiało w oczy Moniki , i najnormalniej w świecie   wybuchnął śmiechem. Oczywiście po chwili ciszy i my zaczęliśmy się pokładać ze śmiechu. Dobrze, że jeszcze nie zaczęły się zajęcia, bo nasz śmiech w takim miejscu był co najmniej niestosowny. Ale cóż, byliśmy bardzo młodzi, a okazja do wspólnego śmiechu naprawdę niezwykła.

Czułam jak wszystkim spada wielki kamień z serca.

Od tego momentu już wszystko było dobrze.

Monika odniosła sukces.

Leszek poczuł, że go naprawdę lubimy  a rozmiar jego uszu nie ma żadnego znaczenie.

Moje uwielbienie dla Moniki sięgnęło sufitu…..

Śladami mojego Taty. Witold teraz

Jak dobrze, że Witold zdążył mi nieco opowiedzieć o sobie, zanim uległ poważnemu wypadkowi tracąc mowę. Jest teraz w bardzo dobrym zielonogórskim ośrodku przykościelnym. Odwiedzaliśmy go niedawno. Wśród innych pensjonariuszy wyróżnia się uśmiechem, łagodnością . Powoli odzyskuje rozumienie i mowę. Poznał mnie , na pewno mnie poznał, bo oznajmił to po swojemu. Dzięki wspaniałej opiece sióstr i innych pracowników ośrodka , ale przede wszystkim swojej wieloletniej towarzyszce życiowej- Basi, jestem o niego spokojna….

 

Moim współbiesiadnikom tekstów tego blogu , którzy czują się znudzeni  opowieściami o rodzinie obiecuję powrót do przeplatania tematów i kontynuację wpisów o mojej medycznej ścieżce.

Śladami mojego Taty. Morze na stepie…

 

 

 

Mój kuzyn, Witold Łukaszewicz urodzony na Kazachstanie

 

 

Dziecko otrzymało imię Witold, po zaginionym ojcu.

Hodował się dobrze, jak na te warunki. Po pewnym czasie już biegał z miejscowymi dzieciakami. A gdy miał trzy czy cztery lata, kiedyś o poranku, zawołała go mama, by wylazł z barłogu i wyszedł przed ich” dom”. Mama wołała, chodź synku, zobaczysz morze. Wybiegł bardzo zainteresowany, bo był ciekawy świata. I zobaczył. Był wielki złoty falujący zielony błękit i szum. To było morze. Prawdziwe. Jego pierwsze.

Długo wierzył, że zobaczył morze. Gdy był trochę starszy  dowiedział się , że to była tylko fatamorgana na stepie…..

 

Śladami mojego Taty. Poród na Kazachstanie.

W takich warunkach nabrzmiewała ciąża mojej cioci. Dzieciątko chciało żyć za wszelką cenę. Rozwijało się ładnie, wysysając soki życiowe z łona swojej matki.

Czy ona miała  czas, by myśleć o mężu? Tęsknić?

Któregoś dnia poczuła skurcze porodowe. Wiedziała, że nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc. Żadnego lekarza, pielęgniarki nie było w okolicy. Żyła w  maleńkiej osadzie Kazachskiej na  wielkim bezkresnym stepie.

I wtedy przyszły miejscowe kobiety.  Zabrały rodzącą z ziemianki i wyprowadziły na świeże powietrze. Była bezwolna a może im już ufała. Zdążyła się do nich przyzwyczaić i je poznać. Nie protestowała, gdy założyły jej starą burkę pod pachy i podwiesiły  na cherlawym drzewie .  Była to wypróbowana przez lata miejscowa tradycja ułatwiająca szczęśliwe zakończenie porodu.  I wtedy urodził się bez żadnych powikłań mój  kuzyn.

A dookoła był step i wpatrzone w misterium porodu  oczy mieszkańców. Bo zeszła się cała wieś, by uczestniczyć w tak wielkim wydarzeniu jakim było przyjście na świat nowego człowieka….

Śladami mojego Taty. Jania …

Zresztą miejscowi ludzie byli życzliwi przybyszom. Pomagali jak umieli, podrzucali jakieś resztki jedzenia, uczyli jak zdobywać żywność. Jednak nie wszyscy.

Któregoś dnia kilkunastoletnia Janka krzątała się koło domu, ale coś ją podkusiło, by pobiec w step  w poszukiwaniu  dzikiego czosnku. Roślina ta ratowała ich przed szkorbutem i innymi awitaminozami.

I właśnie tam ujrzała kilku Kazachów na koniach.

Otoczyli dziewczynę.

A była zjawiskowej urody. Zachowała ją do bardzo późnej starości. Jasna szczupła twarz , wielkie błękitne oczy i długi płowy warkocz. Była wysoka i smukła. Piersi już rysowały się pod bluzką . I miała bardzo długie nogi , jak łania….

A może to czyjaś opowieść , historia innej polskiej dziewczyny zgwałconej przez Kazachów.

Czy dziewczyny, które przeżywały swoje najpiękniejsze lata na stepach w prymitywie, głodzie i lęku mogły potem żyć normalnie. Okazało się , że mogły.

Jania była pogodna i ciepła.

Tylko na starość zapadła w swój świat Alzheimera. Los jej darował postać choroby łagodną. Jest spokojna. Ma obok siebie kochającego męża i dzieci.

Śladami mojego Taty. „Domek” na Kazachstanie

Ziemianka, w której zamieszkała ciocia już miała  dach z wysuszonych badyli , a ściany wylepione nawozem .

Jednak ciocia wymarzyła sobie jeszcze jeden szczegół. Brakowało okienka w ścianie. Znalazła kolorowe szkiełko, może fragment rozbitej butelki i wydrapała dziurkę w cuchnącej jeszcze świeżym nawozie ścianie i włożyła tam szkiełko. Podobno zbiegła się cała wieś, by oglądać i podziwiać niezwykłą urodę tej ziemianki.

 

Śladami mojego Taty. Kobiety polskie…

Odtąd tam był jej dom.

Gdzieś na dalekiej wileńszczyźnie  został ich rodzinny uroczy drewniany wspólny domek w kwiatach. Czy przychodził do niej w snach? Czy w ogóle miała siły by śnić?

Pewnie w ogóle nie myślała o tym, bo toczyła walkę o przetrwanie swoje i  dzieci.

Ileż hartu ducha miała w sobie ta kobieta? Ileż hartu ducha miały inne polskie, zwykle trochę rozpieszczone, wychuchane przez rodziców i współmałżonków kobiety z rodzin szlacheckich i zwykle zamożnych. Ale czy miały jakieś wyjście. Nie miały. Więc się przystosowały, zahartowały i dały radę.

 

Śladami mojego Taty Rodzina brata mojego Taty- Witolda na Kazachstanie…

Nie zważając na błogosławiony stan Cioci, pozostawiono ją samą z tym brzuchem i nieletnią córką na pastwę miejscowych. To była inna forma zsyłki. Jedna polegała na wspólnym życiu zesłanych w barakach łagrowych a druga- to samodzielne egzystowanie wśród Kazachów. Sowieci zapędzili kilku miejscowych do wykopania dołu  pod ziemiankę dla przybyłych i sklecenie konstrukcji, która miała być ich domem. Oczywiście nie oszczędzano cioci- musiała pracować z innymi. Ale w końcu ich nowy dom powstał.