Śladami mojego Taty . Staśka walczy o czystość rakowskich dzieciaków…

Dzieci rakowskie codziennie rano pojawiały się pod domem Michaliny i Bolka.

To było już takie niepisane prawo, umowa, że mają w tym domu zajęcia, a ich rodzice mogą zajmować się swoimi sprawami.

Po zajęciach teatralnych, malarstwa i lepienia z gliny wracały do swoich domów z ociąganiem, dopiero wtedy, gdy ich rodzice zabierali je do siebie….

Staśka z uporem i cierpliwością  stawała rano w drzwiach wernady i obserwowała przychodzące dzieci. Gdy miały katary, co nie było rzadkością, zmuszała dzieciaki , by wysmarkiwały nosy, i likwidowały wiszące  spod nosa „ sople” , które  dotychczas wycierały rękawem albo po prostu zlizywały.

Staśka usiłowała im to obrzydzić i zmienić zwyczaje.

Któregoś dnia znalazła stare prześcieradło, pocięła je starannie na niewielkie kwadraty , które ułożyła w koszyczku, na stoliku przed wejściem na schody. Każde z dzieci, po pokazaniu z dumą czystych nóg, musiało wziąć tą szmatkę i starannie wysmarkać nos. Potem wyrzucały ją do przygotowanego wiaderka. Staśka codziennie prała te zabrudzone chustki . Nie brzydziła się nawet, co było zadziwiające. Pokazywała dzieciakom, że chusteczki są codziennie  świeże i czyste. Może zapamiętały tę lekcję. Może nie.

Staśka znakomicie uzupełniały się ze swoją matką- Michaliną .

Michalina dbała o rozwój wyobraźni dzieci i ich edukację, a Staśka o naukę codziennych zabiegów higienicznych.

Już wiem, po kim mój Tato miał duszę artysty co nie bardzo korespondowało z jego wielkim zamiłowaniem do porządku i czystości !

 

Śladami mojego Taty . Staśka, moja przyszła babcia i dzieciaki rakowskie

Właśnie taka była. Niewysoka, energiczna, bardzo ruchliwa zdominowała swoje rodzeństwo i oczywiście rodziców.

Wstawała bardzo wcześnie, lubiła oglądać niebo przybierające różowe barwy a potem rozświetlone refleksami słońca walczącego z chmurami. Wybiegała przed dom i wpatrywała się w ten teatr na niebie.

Nie przepadała za teatrzykiem lalkowym swojej mamy. Uważała, że wymyślanie bajek nie jest zajęciem dla niej. …Ale gdy dzieciaki przybywały na ich stryszek, a działo się to codziennie, bo Michalina- matka Staśki systematycznie prowadziła zajęcia z dziećmi Rakowskimi, Staśka stawała w sieni u podnóża schodków i z marsową miną sprawdzała stan czystości dzieciarni.

Walczyła z ich brudnymi głowami, koszulkami oraz butami. Jeśli miały buty, musiały je zdejmować i codziennie  sprawdzała stan higieniczny ich nóg. Stopy dzieci były zwykle były czarne, gdyż rzadko je myły i właściwie nie korzystały z butów. Zresztą większość butów w ogóle nie miała. Może była w każdym domu jakaś jedna para, którą zakładały kolejno, gdy wybierały się do kościoła.

Ponieważ Stanisława, czyli Staśka, nigdy nie przepuściła brudasa na stryszek, dzieciaki same zaczęły się myć. Ich rodzice byli zdziwieni, że przed studnią ustawiała się kolejka ich pociech. Potem się zorientowali, że odbywało się to przed planowanym wyjściem do domu Michaliny i Bolka. Powoli poprawiał się stan higieniczny całej wsi. Ludziska zaczęli dostrzegać , że właściwie jest przyjemnie, gdy nogi pachną szarym mydłem a spod pach nie wydziela się przykra woń.

Tak więc Staśka odniosła sukces.

Śladami mojego Taty. Jeszcze o mojej Babci- Stanisławie…

Opowiedziałam już o rodzeństwie mojej Babci, a teraz wracam raz jeszcze do czasów, gdy miało się urodzić pierwsze dziecko Michaliny i Bolka Rodziewiczów- moja przyszła Babcia- Staśka.

Zastanawiam się , jaka była. Pozostały jedynie strzępki informacji przechowywanych w opowieściach rodzinnych i moje bardzo mgliste wspomnienia. Wszak miałam zaledwie osiem lat, gdy Babcia przeniosła się w zaświaty , mieszkała w pewnej odległości od Gorzowa- w Trzciance Lubuskiej i widywałam Ją sporadycznie. Jedynie analizując pewne cechy mojego Taty oraz swoje, mogę się snuć pewne spekulacje na temat , które cechy odziedziczyliśmy po niej, po tamtej rodzinie Rodziewiczów.

 

Otrzymała bardzo stare imię. Nie dowiemy dlaczego właśnie takie.  Może  ktoś ważny w rodzinie je nosił, a może tylko się podobało  Michalinie i Bolkowi .

A może jednak jej rodzice wierzyli w przeznaczenie i w to, że dziecko w momencie nadania mu imienia, otrzymuje w przedziwny sposób cechy przypisane do tego imienia.

Takie myślenie magiczne też mnie fascynuje, chociaż oczywiście wiara ta jest irracjonalna. Ale może jednak coś w tym jest, wszak wielka księga imion jest sporządzona na podstawie długoletnich  obserwacji ludzi. Nie wiem jak to jest naprawdę i na pewno nigdy się nie dowiem….

Teraz wracam w przeszłość. Widzę ten niewielki domek w Rakowie, miasteczku przy rosyjskiej granicy. Domek, gdzie uwili swoje gniazdko Bolek i Michalina. On, sierota po powstańcu styczniowym, jedynak, samotnik , organista w miejscowym kościele , chłopak ciekawy świata, mądry i czuły. Ona, wesoła, pogodna, jasna , opiekująca się dzieciarnią Rakowską angażując ją w organizowanie teatrzyku kukiełek, wspólne malowanie i lepienie z gliny i bardzo bardzo zakochana w swoim mężu.

Jest wieczór, ich dziecko wierci się w rosnącym stale brzuchu mamy. Mały stolik nakryty dzierganą serwetą, samowar, herbata w ładnych filiżankach albo raczej w szklankach osadzonych w srebrnych  oprawkach, słój z konfiturą, malinowa  ich słodycz w ustach. Michalina  szyje maleńkie koszulki z  cieniutkiego płótna, w kołnierzykiem haftowanym i sznurkowymi wiązaniami.  Bolek ogląda z czułością żonę i te koszulki. Usiłuje sobie wyobrazić , jak to będzie niedługo, gdy przyjdzie na świat ich pierwsze dziecko. Jeszcze nie wie, czy będzie to dziewczynka czy chłopczyk. W tamtych czasach nie było badań takich jak USG, na podstawie których jeszcze przed urodzeniem dziecka, można z dużym prawdopodobieństwem rozpoznać jego płeć. USG w Polsce pojawiło się dopiero po 1980 roku . A moja Babci rodziła się w 1874 roku!

Ale ponieważ  mój przyszły pradziadek jest człowiekiem czynu, przerywa rozmyślania, wstaje i z bibliotecznej półki wybiera starą zakurzoną księgę. Otrzymali ją od opiekuna Bolka, księdza Eustachego.

Bolek otwiera tę księgę i czyta. Michalina słucha nie podnosząc oczu znad robótki.  

Już najwyższa pora, by wybrać dziecku imię. Dyskutują na ten temat. Jest jedno imię , które im się podoba. Stanisław, Stanisława- melodyjne brzmienie, łagodność jakiegoś przodka o tym imieniu w tle- tak , pewnie tak nazwiemy swoje dziecko….

. Po przeczytaniu Wielkiej Księgi Imion już są  całkowicie pewni, że los im przynosi Staśkę lub Staśka.

Są to imiona te są pochodzenia słowiańskiego i tak stare, że nie od razu zgadujemy, co mogły na początku oznaczać. Wydaje się , że używane do tej pory takie określenia , jak :  „zastanowić się”, „stanowczy”, „ustanowić” wiążą się z tym imieniem.  Tak więc dziewczyna – Staśka- to dziewczyna o silnej osobowości , z  wrodzoną stanowczością  i zamiłowaniem do ustanawiania nowego porządku.

Stanisławy nie należą do istot płochych ani lekkomyślnych. Przeciwnie, chętnie podejmują się odpowiedzialnych zadań i ról społecznych.

Życie traktują poważnie, są zapobiegliwe i można polegać na ich zdrowym rozsądku.

Rodzice nadający swojej córeczce imię Stanisława powinni wiedzieć, że wyrośnie na kobietę samodzielną, ambitną i dobrze sobie radzącą z wszelkimi kłopotami.

Co więcej, Stanisława często będzie wygrywać w konkurencjach typowych raczej dla silnych mężczyzn.

Michalina i Bolek oderwali się od czytania tego wielkiego słownika imion, zamknęli przykurzoną księgę . Nie bardzo wierzyli w te informacje, ale już wiedzieli, że właśnie  dziecko o takich cechach chcieliby mieć.

I oczekiwali , bardzo oczekiwali na przyjście na świat swojego potomka- pierwszego potomka……

Śladami mojego Taty. Ostatnie spotkanie z żoną Edwarda Rodziewicza.

Ostatnio moja kuzynka Jadzia Heyda przypomniała sobie opowieść swojej babci- Oli ,  siostry mojej Babci Stasi.

Otóż Babcia Ola z mężem po ślubie zamieszkali w Jekaterynosławiu. Dziadek Jadzi był kolejarzem i tam dostał pracę. To były tereny rdzennej Rosji.

Gdy wybuchła rewolucja październikowa rozpoczęły się krwawe rozliczania z „wrogami ludu”. Mordowano bez opamiętania. Ponadto w całym kraju zapanował straszliwy przerażający głód.  Na pustych ulicach leżały ciała zmarłych  z głodu i zamordowanych .

W tym koszmarze rodzina ciocio- babci Oli jakoś trwała.   Ale wyobrażam sobie z jakim lękiem spędzali bezsenne noce, drzemiąc jedynie o świcie i budząc się po chwili nasłuchując kroków na schodach.

Przecież ich  szlacheckie polskie nazwisko- Drzewiccy musiało budzić zainteresowanie zabójców.

Być może, chronił ich,  zawód Dziadka- męża Oli, kolejarze byli potrzebni bolszewikom . Więc póki co , dawano  im spokój.

 Któregoś dnia późnym wieczorem ktoś zapukał do drzwi ich mieszkania. Otworzyli z lękiem. W drzwiach stała słaniająca się wynędzniała kobieta i poprosiła o wsparcie.

Oznajmiła, że jest żoną Edwarda Rodziewicza, brata Oli.

Nie chciała wejść do domu, więc Ola pospiesznie przygotowała pakunek. Zebrała kilka cieplejszych ciuchów, i trochę jedzenia- kawałek słoniny i bochenek chleba.

Żona Edwarda łapczywie złapała  w zgrabiałe i sine dłonie  ofiarowany tłumoczek i  pospiesznie odeszła.

Co się działo z tą rodziną w tych trudnych do opisania czasach, nikt nie wie. Być może , że  jej mąż –Edward Rodziewicz zginął, jak większość ludzi ze znanych starych  rodów.

Przecież polska szlachta to w pojęciu bolszewików największy wróg ludu. Mordowano tzw. białych bez oporów. 

Komu udało się uciec poza granice Rosji, miał szanse przeżyć……

Śladami mojego Taty. Edward Rodziewicz- jedyny brat mojej Babci

 

Najmłodsze, bardzo oczekiwane, bo po czterech córkach urodzone dziecko Michaliny i Bolka Rodziewiczów- Edward nie było rozpieszczane. Wymagano od niego więcej niż od dziewczyn, uczono samodzielności i trenowano siłę woli.

I wyrósł na młodzieńca o męskiej urodzie, był uparty i niezależny  jak jego matka.

Rodzice nie zauważyli, że wieczorami wymyka się z domu, a może wierzyli w wizyty u kolegi.  Ciekawe, że nawet nikt z sąsiadów nie doniósł rodzicom, że młody człowiek spotyka się urodziwą panną. Może młodzi tak umiejętnie się maskowali, nie wiadomo.

Aż któregoś dnia wszystko się wydało, pewnie w końcu zorientowała się któraś z sióstr.

Nie byłoby w tym nic złego, wszak w tym wieku idzie się za głosem serca.

 Ale Edward pokochał Rosjankę. Dla rodziny to była hańba. Ile wylano łez  z tego powodu, ile przeprowadzono rozmów, błagań.  Ale chłopak był nieugięty. Postanowił się ożenić i jego decyzja była nieodwołalna. 

Nawet  zwykle łagodny i tolerancyjny  ojciec-  Bolek uniósł się i w kolejnej rozmowie oświadczył, że wypiera się syna.

Z ogromną konsekwencją zerwali z nim kontakty i nie dopuszczali do rozmów na jego temat.

Jak bardzo bolały  serca gdy odchodził . Matka wypłakała oczy . Któregoś dnia córki zauważyły łzy ojca. Nad do tej pory radosnym domem zawisł cień tych decyzji.

Wypędzony i wyklęty syn nigdy nie wrócił do rodzinnego domu i ślad po nim zaginał.

 Może rodzice wiedzieli, gdzie się podziewa, ale w rodzinie nie przetrwała żadna informacja na ten temat.

Może gdzieś tam, w swoim świecie jednak był szczęśliwy, może nie…..nie wiemy

Śladami mojego Taty. Najmłodsze dziecko Bolka i Michaliny, wymarzony syn Edward

Michalina i Bolek Rodziewiczowie, moi pradziadkowie,  z radością witali kolejne swoje dzieci i wprowadzali je w swój świat. Świat pełen miłości, radości i wzajemnego szacunku.

Gdy  urodziło się  najmłodsze  dziecko, radość rodziców nie miała granic. Bo był  to wymarzony potomek męski. Dano mu na imię  Edward .

Wszystkie cztery córki były wrażliwe i trochę rozpuszczane przez rodziców, więc po urodzeniu syna, rodzice nie demonstrowali zachwytów nad tym , że pojawił się „ następca tronu”.

Ale wieczorami, gdy dziewczyny już spały, Michalina i Bolek  wyobrażali sobie jakie będzie miał życie i byli pewni , że zostanie jakąś ważną personą . Oj te nadzieje, marzenia rodziców, chyba znane wielu ludziom i jakże często płonne….

I tak mijały lata, dzieci rosły niespodziewanie szybko, jak to zwykle w życiu bywa.

Pojawiali się adoratorzy córek, dom był radosny,  pełen młodzieży .  Co tydzień odbywały się potańcówki, wtedy Bolek grał na fortepianie a młódź zapamiętale tańczyła .

Śladami mojego Taty . Syn ciocio- babci Mani i akordeon

Może  moje ciocio- babcie działały wg swojego z góry ułożonego planu,  gdy do nas przyjeżdżały i nagle wyjeżdżały a może  tylko ulegały zmiennym nastrojom , nie wiadomo.

Czasy po II wojnie światowej, lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku to już przeszłość. Byłam wtedy niewielką dziewczynką, a teraz niebawem stuknie mi 65 lat. Jak to się stało, że te lata minęły jak jeden oddech? I fajnie, że czas płynie, stale coś się dzieje, „Dzień niepodobny do dnia  „ ….I wcale nie chciałabym cofnąć czasu i wrócić do dawnych wydarzeń. Dobrze jest tak , jak jest. Bylebym zdążyła spisać wszystkie wspomnienia, które się tłoczą pod moim sufitem…..

Wracam więc, do opowieści o naszej rodzinie….Ciocia Mania wyszła za mąż za Grynkiewicza, imienia niestety nie pamiętam.  Zamieszkali w Piotrkowie Trybunalskim. Duża ciepła i łagodna Ciocio- babcia Mania czasami  przyjeżdżała do nas  bez swojej siostry, Walerki , ale za to ze swoim najstarszym synem- chyba Stasiem. Niestety nie jestem pewna czy tak się nazywał.  Był dużo ode mnie starszy, więc odnosiłam się do niego z szacunkiem i nieśmiałością.

 To była dopiero radość, gdy przyjeżdżał. Wiedziałam dlaczego się cieszę. Do naszego dość smutnego domu wkraczała radość, bo  Syn Mani przywoził ze sobą  akordeon  i grał.

Siadał przy ogromnym stole w dużym pokoju naszego mieszkania przy ul. Kos. Gdyńskich i swój występ zawsze rozpoczynał  melodią „ Czerwone maki na Monte Cassino” . Nie wiem, czy był jakoś związany z armią Andersa, ale tyle uczucia było w jego muzyce, że podejrzewam jakieś związki. Szkoda, że byłam zbyt mała, by pytać o jego losy. A teraz już jest za późno. …

A może był tylko wrażliwym młodym człowiekiem z wrodzonym patriotyzmem  i wielką miłością  do muzyki .

Obserwowałam  moich Rodziców, w czasie gdy grał. Milczeli i byli bardzo wzruszeni. Od tej pory gdy słyszę tę  melodię, widzę nasze dawne gorzowskie mieszkanie, Stasia z akordeonem i zamglone oczy Rodziców.

W tamtych, stalinowskich czasach ta melodia to była wolność i inny piękniejszy świat…..

 

Będąc niedawno  w Horyńcu  Zdroju , spotkałam ładną dziewczynę. Rozpoczęłyśmy rozmowę. Powiedziała, że mieszka w  Piotrkowie Trybunalskim.  I wtedy mojej głowie  zapaliła się czerwona lampka . Piotrków Trybunalski to przecież Grynkiewicze. I film się rozwinął. Wróciły wspomnienia gorzowskie, pojawiła się miękka Ciocio- babcia Mania i jej syn. Oczywiście zapytałam tę dziewczynę, czy słyszała o takich mieszkańcach swojego miasta. Bez zastanawiania się, od razu wymieniła  Marka Grynkiewicza. Powiedziała, że jest uznanym obywatelem tego miasta, wykłada na miejscowej uczelni, jest aktywny społecznie i ogólnie ma ciekawą osobowość.  Niestety nie podała mi bliższych namiarów, bo nie znała. Zapytałam więc wujka Gogle. Znalazłam Marka Grynkiewicza. Wszystko się zgadzało, jest radnym w Piotrkowie i wykładowcą miejscowej uczelni.

Uznałam, że na pewno jest  wnukiem Babci Mani- moim równolatkiem i synem mojego uwielbionego akordeonisty. Znalazłam w necie jakiś adres mailowy . Nie namyślając się napisałam pod wskazany adres . Zapytałam wprost, czy  jest wnukiem Mani. Wyjaśniłam, że zbieram rodzinne  wspomnienia, i dlatego zależy mi na kontakcie z nim.  Ale nie doczekałam się odpowiedzi na ten mail. Rozważam możliwość , że  po prostu mojego listu nie otrzymał, albo uznał, że nie ma żadnych wspomnień, lub  nie ma ochoty na rodzinne kontakty. Trudno. Nie przeżywam tego szczególnie.  C’est la vie…

Przecież przeszłość już dawno odeszła. Ale  pozostały wspomnienia, stale świeże i bujne.

 I gdzieś z oddali słyszę  melodię unoszącą się w naszym gorzowskim domu , widzę młodego człowieka z akordeonem i moją wzruszoną rodzinkę skupioną nad stołem ….

I  tylko maki na Monte Cassino kwitną jak kiedyś…….

 

 

Śladami mojego Taty. Kolejna córka Michaliny i Bolka Rodziewiczów- siostra mojej Babci- Mania.

Czasami pojawiała się w naszym gorzowskim domu jeszcze jedna siostra mojej Babci Staśki,  Mania. Miałam wtedy kilka lat, ale dobrze ją pamiętam . Była bardzo wysoka, o obfitych kształtach , ale w odróżnieniu od swojej siostry- Walerki, emanowała ciepłem, miękkością i łagodnością  .  Zresztą nawet jej imię- Mania brzmiało inaczej niż ostre brzmienie imienia Walerka.

 Bywało, że zjawiały się u nas razem z Walerką, odbywając tajemne rodzinne misterium pielgrzymowania po domach różnych członków rodziny. Ponieważ moja Babcia- Stasia po II wojnie światowej , jak większość naszych członków rodziny, musiała wybyć z Wileńszczyzny, zamieszkała w Trzciance Lubuskiej. Stąd już niedaleko było do naszego Gorzowa. Pojęcie niedaleko wtedy nie istniało. Po prostu wsiadało się do pociągu i jechało. Czas jazdy ani liczne przesiadki nie stanowiły przeszkody. W tamtej epoce, dla ludzi czas miał inny wymiar, niż dzisiaj. My uwielbiamy szybki transport i denerwują nas przerwy w podróży. Obie ciocio- babcie cieszyły się wolnością a podróż była dla nich miłym ciekawym zajęciem. Lubiły podróże, ze śmiechem opowiadały o licznych przygodach i nowych, poznanych ludziach.

Gdy obie kroczyły z dworca przez nasz niewielki parczek, zawsze generałem była Walerka, kroczyła zamaszyście przodem a za nią  jak jej cień , miękko sunęła ciocia Mania.  Zajmowały całą szerokość alejek parkowych , czym się w ogóle nie przejmowały. Były dostojne i władcze, więc wszyscy omijali je grzecznie, bez słów komentarza.

 Ledwie się mieściły w drzwiach naszego mieszkania , wpychały się jedna przed drugą. Ale solidne, poniemieckie drzwi bez trudu wytrzymywały napór tych dużych ciał .

Potem rozkładały swoje walizki i spokojnie się instalowały w dużym pokoju.

Mama nawet nie pytała jak długo mają zamiar pozostać, bo wszak nie wypadało. Ale spodziewaliśmy się długiego pobytu.

Czasami niespodziewanie po dwóch tygodniach obie ciocie komunikowały, że zamierzają wyjechać i wędrowały dalej.

Pozdrowienia z Kotliny Żywieckiej.

Ten tekst znalazłam wśród  moich starych artykułów zamieszczonych w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka. Dzisiaj jest dla mnie dzień leniwy, refleksyjny , rozmarzony, dzień powrotów……

 

 

Babia Góra płonie o świcie. Zdjęcie własne.

 

Od urodzenia mieszkam w Gorzowie.

Są wczesne lata 50 ubiegłego stulecia. Nadchodzą wakacje.

I znowu czekam na wielkie spotkanie, coroczną cudną przygodę.

Oto wyjeżdżamy  w miejsce magiczne.

Tam urodziła się moja Mama…

Żegna nas gorzowski dworzec kolejowy. Nie boimy się przepełnionych pociągów, przesiadek na trasie,  wielkich bagaży. Miejsca nie zawsze wolne w przedziałach czekają. Często jest do dyspozycji miejsce stojące na korytarzu, w wielkim tłoku, zwykle w pobliżu WC. Śpię na jakimś tobole.  I budzę się o świcie, jak zwykle. Tato mówi, jesteśmy  przed Pszczyną. Zrywam się całkowicie wypoczęta i podniecona. Przecież z tego miejsca już widać góry. Moje góry. Tajemnicze, niezmienne od wieków, moje piękne…

Jeszcze jedna przesiadka w Bielsku. Pociąg do Żywca przekracza Bramę Wilkowską i zanurza się w Kotlinie Żywieckiej. Sunie sapiąc wyznaczając żelazne granice   pasma Magurki, które jest  długim łagodnym grzbietem Beskidu Małego.

Potem czeka wujek z parą pięknych koni i wsiadamy do najprawdziwszej  bryczki. Jedziemy  przez łagodne tereny, przez strumyki kamieniste. Wujek rozmawia z końmi. Wykonują jego słowne polecenia. Konie są jego wielką miłością.

 A panorama na całą Kotlinę leży otwarta jak wielka księga.

Jesteśmy u celu.

Jesteśmy we wsi pod Skrzycznem, gdzie rezyduje już inne pasmo górskie-  Beskid Śląski .

 Wracam w to miejsce często. Zawsze z tą samą radością ze spotkania.

Staję na progu chałupy położonej ok. 500 m n.p.m.

Nieomal u stóp rozciąga się wielka przestrzeń otoczona górami z lśniącą linią Jeziora Żywieckiego na linii horyzontu. Góry widziane z tej perspektywy wydają się niewielkie.

 Podziwiam jeszcze jedno, trzecie  ramię górskie obejmujące tę Kotlinę. Jest to Beskid Żywiecki z dostojną, niby prawdziwa baba w zapasce i tak samo chimeryczną Babią Górą. Właśnie we wschodzącym  słońcu  Babia bierze poranną kąpiel… I cała różowa w różowym peniuarze pozuje do zdjęcia…

 Rozmyślam o historii tego miejsca. Ileż ludów  wędrowało tędy z południa na północ.

Ok. 5000 lat temu z ziem nad Dunajem leżących przybyły grupy ludności neolitycznej. Zostały w tej ziemi liczne ich ślady. W III w. p. n. e dotarli tam Celtowie wnosząc umiejętności  obróbki żelaza. Potem kupcy rzymscy wędrowali nad Bałtyk tzw. szlakiem bursztynowym. I wreszcie w VII wieku pojawili się Słowianie. Powstały szlaki solne… Tereny te pamiętają Polskę Piastów, panowanie  niemieckie, własne Państwo Żywieckie, najazdy Szwedzkie, zabory. Pamiętają  licznych  królów polskich i cesarzy pamiętają… Dzieje były zawiłe, długie historie by opowiadać… pozostały liczne ślady dawnych czasów i wielkie tradycje walki o polskość.

 Patrzę na sąsiadujące dwie niewielkie  góry usadowione przed Skrzycznem. Jedna to Niesłychany Groń ( ależ nazwa !) a druga to Palenica. Palenica ma charakterystyczny stożkowaty kształt. Takich Palenic jest w górach sporo. Ponoć na większości z nich zapalano ognie w czasie przemarszu wojsk i w ten sposób przekazywano sobie informacje…

 Zawsze mnie wita i żegna niesamowity  ciekawski kot sąsiadów. Wygląda tak, jakby zakładał maskę wenecką. Czy widział ktoś podobnego kota?

Tutaj wszystko jest inne…

 


Śladami mojego Taty. Kolejne dawne panny Rodziewiczówny , moje Ciocio- Babcie. Walerka.

Kolejna  siostra mojej Babci- Staśki to  potężna Walerka. Wyszła za mąż za Dzierżyńskiego,  kuzyna Feliksa- nazywanego krwawym katem.  Mieli dwóch synów.

Gdy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, zalegała co najmniej przez dwa tygodnie. Wspominam ją dobrze, bo właściwie w naszym dużym mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106, w Gorzowie, ludzie się gdzieś gubili i nie było problemów z zakwaterowaniem dodatkowej osoby.

Pamiętam tylko jak dostojnie kroczyła z dworca przez parczek leżący obok naszej kamienicy. Jej tekturową walizkę dźwigał mój Tato.

Potem przesiadywała na naszym tapczanie przywiezionym przez Mamę z Wileńszczyzny, zajmując jego dużą powierzchnię, i pogadywała z moimi Rodzicami. Oni pracowali, więc nie mieli czasu na dłuższe rozmowy. Więc ciocio- babcia sobie po prostu spokojnie siedziała.

Po wielu dniach podejmowała decyzję wyjazdu. W tym terminie prosiła Tatę o odprowadzenie na dworzec, co było naturalne bez przypominania. Tato się dziwował, bo wyprawa na dworzec rozpoczynała się od świtu, wiele godzin wcześniej od planowanego odjazdu pociągu. Ale ciocio-babcia nalegała, więc niebawem sunęli  dostojnie przez niewielki parczek prowadzący od naszego domu na dworzec. Tam spędzali kilka godzin i ciocio-babci zadowolona wielce odjeżdżała w siną dal. Tzn do swojego Wrocławia.

W tym czasie była już wdową, nie znam okoliczności śmierci jej męża.

Mieszkała we Wrocławiu z najstarszym synem i jego żoną. Nie mieli dzieci. Ten syn ciocio- babci Walerki, Staszek był wspaniałym studentem. Do historii rodzinnej przeszła opowieść o jego niezwykłym zapale pochłaniania wiedzy. To właśnie było przyczyną, że studiował prawo aż 7 lat. Aż któregoś dnia zupełnie niespodziewanie, oświadczył swojej matce, która już zrezygnowała z myśli o wykształconym synu, że właśnie został  prawnikiem . Odnoszę wrażenie, że poznał wszystkie kluby studenckie , knajpy oraz podziemne lokale cieszące się jak najgorszą opinią. Pewnie było to przydatne w praktyce sędziowskiej J.

Może przydatne nie było w jego zawodzie , ale sądząc z zaangażowania we wprowadzanie w życie mojego brata- Zenona, wiedza ta do czegoś się jednak przydała. W efekcie mój brat kontynuując poznańskie studia polonistyczne  we Wrocławiu, miał wielką ochotę zakończyć już  edukację. Zresztą te studia nie spełniały jego marzeń, gdyż wówczas w ogóle nie było wymogów pisania własnych tekstów. A przecież mój Brat uwielbiał tylko paranie się piórem, zresztą w tym czasie z dość dobrym efektem- pojawiły się jego pierwsze publikacje prasowe. I właśnie głównie z powodu brata bywaliśmy we Wrocławiu, bo Mama spłacała jego liczne długi . Ale cóż, wiedza kosztujeJ

Może miałam wtedy  5- 7 lat, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy takie wielkie miasto. Budziło mój lęk, bo było ogromne, czarne, wyglądało jak umierający olbrzym z wytrzeszczonymi oczodołami pustych wybitych okien.  

Dzierżyńscy  mieli mieszkanie mieli przepastne i mroczne. Można się było w nim zgubić. Spałam na dwóch zestawionych skórzanych fotelach i przez całą noc pilnowałam, by te fotele się nie rozjechały. Jednak na ranem traciłam kontrolę nad siłą ciężkości mojej pupy, która wklinowała się pomiędzy oba siedzenia i skutecznie rozpierała oba fotele. Wpadałam więc przez utworzoną szparę , z całą pościelą na podłogę, czując przez sen drewniane nogi fotelowe obok siebie oraz śliski chłodek podłogi . I byłam zdumiona, gdy rano słyszałam głos moich Rodziców, którzy mnie poszukiwali i wreszcie wydobywali z otchłani. Na moje szczęście wizyty nasze we Wrocławiu były krótkie i wracaliśmy do naszego  ukochanego Gorzowa.  

Drugi syn ciocio- babci, Walerki , Kazik,  po wojnie mieszkał w Warszawie, gdzie dostał pracę w Najwyższej Izbie Kontroli. Podobno był wiernym odbiciem urody Feliksa, i wysocy urzędnicy w Warszawie radzili mu, by wykorzystał swoje nazwisko i podobieństwo, bo wtedy będzie miał  szanse by zajść daleko w karierze zawodowej.  Ale chyba tego nie zrobił, bo był zwykłym urzędnikiem, chociaż w dość renomowanej placówce. Tak więc   do końca nie wiem, czy jednak w czasach stalinowskich bliskie pokrewieństwo z Feliksem nie zadziałało. Miał uroczą żonę, ale zmarł bezpotomnie.

Z tymi krewniakami nie rozmawiałam nigdy, bo byłam dzieckiem. A dzieci i ryby przecież nie mają głosu….