Historia pewnego wiersza. Spacer ze Smutkiem.

gulsatelit.JPG

To tutaj moje rozterki w większości wyimaginowane przychodzą a czasem chcą do wiersza. Więc piszę. Na tym zdjęciu z satelity, od góry Puszczy Białej odsznurowany fragment, potem rząd naszych domeczków oraz Bug z cudną cofką ( jak ja nazywają miejscowi)

P6301049.JPG

Nasz domeczek w cieniu lipy. Ależ ona wyrosła przez te 38 lat. A była patyczkiem miała tylko duże dwa liście , bo wielkolistna z nazwy a wiatr ją przyginał i wachlował nimi. Wyglądały jak uszy słonia.

P6210994.JPG

I wreszcie nasz Bug i wejście do cofki….szeroki, meandrujący, niespokojny i zdradliwy.  W jego wirach już przy nas utopiło się kilka osób. A może było ich więcej, tylko nie wiemy.  Cofka się przesunęła się na południe w ciągu tych lat tam spędzonych ( 38) o dobre 5 m co wytycza słupek metalowy Profesora, który służył do cumowania Jego własnoręcznie zbudowanej żaglówki o imieniu Trep…

Historia pewnego wiersza

A może nie wiersza tylko takiej sobie pisaniny, podpowiada mi stojący za plecami Duszek nieśmiałości pokory i kompleksów.

Odpowiadam mu, że pewnie ma rację. Ale nic nie mogę poradzić, na to, że takie” wierszyki” ( ucieszył się, że ujęłam w cudzysłów) same do mnie przychodzą, pobuszują pod czaszką, serce przyspieszą, bez korekty czy poprawek wyleją się na klawiaturę, potem  zmęczone całym tym zamętem idą potulnie do swojego folderu , jeszcze chwilę się moszczą, otrzepują ,  przeczesują piórka i smacznie zasypiają , lekko pochrapując.

A ja im mówię na dobranoc, śpijcie spokojnie, moje miłe, nagle poczęte z tęsknot nieokreślonych, lęków, smutków bez powodu ,  wyobrażeń, skojarzeń, rozmów z ludźmi prawdziwymi i wyobrażonymi, z cudu przyrody itd. itp.

 

Tak też było i z tym „ wierszem”. Spał sobie smacznie, aż przyszła na niego pora.

Po kolei było tak. Szukałam przyjaciółki z I roku AM, Moniki o której a właściwie o wspólnych naszych czasach pogodnych prawie wesołych ( zwłaszcza oglądanych z ponad 50 letniej perspektywy) w rozdziale Na medycznej ścieżce napisałam dość obszernie. Poszukiwania długo były  bezowocne . Aż wpadł mi pomysł, by zajrzeć do FB i poszukać chłopaków, bo jedynie oni nie zmienili nazwisk. I spotkałam tam Leszka Milanowskiego, superkolegę , prawdziwego „brata łatę”. Odpisał, potem zadzwonił. Mieszka w Anglii i nawet popełnił telefon do mojego syna, by rzucał pracę w Polsce i jechał na Wyspy, bo tam bardzo potrzebują neurochirurgów. Syn ma swoje zdanie na temat pracy na „cudzym polu”, ale orzekł, że Leszek jest bardzo fajny. Rozgadałam się, a miało być o wierszu. Więc wracam i kontynuuję.

Leszek podał moje namiary jeszcze dwojgu kolegom z grupy. Odezwali się, piszą pamiętnik naszego rocznika i pytali czy mogę coś skreślić . Wprawdzie w Poznaniu studiowałam tylko  przez 3 lata, ale mam wspomnień bez liku. Powiedziałam więc, że wprawdzie jest to w tym blogu, ale ok., wyślę. Potem się okazało, że sami piszą a z tego co my spłodzimy wybiorą to  zechcą,  więc się rozczarowałam, że nie będzie to jakaś pełna sylwetka każdego z nas. No cóż, jak napisała moja bliska Ela, którą poznałam dzięki temu miejscu,

„ będzie standard”.

Potem wspomnieli, że chcą też zamieścić tam  wiersze, jeśli takowe piszemy. I znowu nieopatrznie wysłałam im jeden. Od razu kolega, który jest profesorem i Prezesem Polskiego Towarzystwa Higienicznego, bez pytania o moją zgodę, zamieścił go w internetowym wydaniu ichniego czasopisma . Nawet fajnie ustawił wersy i podał link gdzie tego szukać. Ale Irenka, główny redaktor naszych „pamiętników „, której też od razu wysłał to moje „ dzieło” odpisała, że ma już wiele wierszy kolegów , czy się zgadzam na zamieszczenie swojego i że ostatecznie polonista będzie oceniał te wiersze i że będzie burzliwa dyskusja, czyli sąd kapturowy jak się domyślam ….

 

Czy jest mi  potrzebny ten okrojony, usztywniony pamiętnik , publikacja papierowa wprawdzie kusi, ale nie w takiej formie o jakiej wspomniałam powyżej i czy  jest mi  potrzebny sąd kapturowy- koledzy i jedna polonistka.

Nie, niepotrzebne to wszystko, odpowiedział głos w mojej głowie. Wystarczy, gdy Wam, kochani wrzucę tutaj , bo jesteście mi najbliżsi …..

      A na koniec jeszcze jedno. Znalazłam Monikę i jest nam dobrze, tak jak kiedyś, no prawie jak kiedyś. Prawie, bo każda ma już pełen plecak doświadczeń przyssany do ciała. Oj Moniko gdzie te czasy gdy byłyśmy piękne młode i takie lekkie, że unosił nas dobry wiatr  …..

 

A teraz pora na ten” wiersz”. Zapraszam wszystkich którzy czują podobnie jak ja, którym może coś da, albo nie da….wszystko jedno….

Przechodzisz udając obojętność

Bo widzisz na horyzoncie Smutek

Nie poznajesz  go

zmieniasz kierunek swojej trasy

 

Ale on i tak  na ciebie czeka

Ukryty za drzewami albo bardzo starymi domami

Wie, że jesteś sama

Że milczą telefony

Że nikt nie przyjdzie

Że nikt nie myśli o tobie

 

On, Smutek przychodzi i siada w twoich oczach

Wyjmuje kanapkę

Spokojnie przeżuwa

I patrzy

Potem zamyka w dłoniach

Coraz szczelniej i szczelniej

 

I nagle przypominasz sobie

Co robić gdy w wir rzeki wpadniesz

Musisz uwierzyć , że rzeka ma dno

Potem tylko poddać się tej wielkiej sile ssącej

Zamknąć oczy

Ciało bezwładnie zostawić

Pamiętać , że on już nasycony ciebie wyrzuci

Wypluje na pewno

 

Zobaczysz jak wstaje dzień

Niebo nad tobą piękne

I ptaki tylko twoje

 

31.08.2010, moje Gulczewo nad Bugiem

P7191245.JPG

 A może to kwiat paproci. Mój las…..

 

Jest taka droga w podwarszawskim lesie – Czerwona Droga .

Któregoś dnia moja śródborowska rodzinka zaproponowała kolejną wycieczkę. Naturalnie się zgodziłam, bo dużo wiedzą i zawsze coś ciekawego pokażą. Tym razem było podobnie. Mazowiecki Park Krajobrazowy nie tylko jest piękny i urozmaicony, bujny, z wiekowymi sosnami o przedziwnych kształtach ,  wydmami , bagnami, oczkami wodnymi i meandrującymi strumykami, ale też ukrywa wiele tajemnic. To wymarzony teren do spacerów i poznawania świata.

Tym razem powędrowaliśmy ze stacji kolejowej Śródborów przez sosnowe bory prześwietlane słońcem i dalej brzegiem rezerwatu „ Pogorzelski Mszar” , przekroczyliśmy  meandrującą Pogorzelską Strugę docierając na Czerwoną Drogę , obejrzawszy po drodze schrony i wylądowaliśmy w ośrodku edukacyjno- muzealnym „Baza Torfy”

 

I po tej wycieczce  przed laty,  jako Łuka napisałam w nieistniejącym portalu MM Gorzów (o którym już ode mnie słyszeliście) o Czerwonej Drodze ….miejscu dla mnie najbardziej magicznym

 

 

 czerw droga 4.JPG

 

 

z ruin warszawy.JPG

Na poboczu Czerwonej Drogi znalazłam  fragment muru , innych nie było. Czy faktycznie z Warszawy? Jeśli tak, to czy z 1940 roku czy z 1944?

 

 

 

Jest taka droga w podwarszawskim lesie – Czerwona Droga .

 

Ukryta w lasach otwockich . Piękna groźna i tragiczna. Czerwona od cegły domów zniszczonej  Warszawy i od krwi mordowanego świata .

 

 

Pociąg  wolno opuszcza  Warszawę. Zostawiam to miasto , którego miało nie być .  Wzniesione na ruinach. Żywe, tętniące , oszpecone złą i przypadkową architekturą. Ale jest piękne , trochę moje .

Jadę na wschód .Jeszcze Wisła niesforna leniwa i wielka. Potem kolejne stare stacje kolejowe. I sosny ogromne , brzozy wiekowe.

Wypatruję  ocalałych nielicznych już  drewnianych domów . Wszystkie są w niepowtarzalnym bo pomieszanym stylu nazwanym przez  Gałczyńskiego świdermajer. To Andriolli takie zaplanował, biorąc najciekawsze wg niego elementy architektury  szwajcarskiej, schronisk alpejskich i  podmoskiewskich dacz.

 

Za Otwockiem Śródborów.

Tutaj wysiadam. Idę w głąb Mazowieckiego Parku Narodowego. Jestem sama z moimi myślami. Wiem, że niedługo pokaże się niezwykła Czerwona Droga. Już jest. Bardziej czerwona niż na zdjęciach. Siadam na brzegu tej drogi.

Wyjmuję przewodnik i czytam.

 

 

Droga prowadzi do części tzw. Przedmościa Warszawskiego ( Bruckenkopf Warschau). Jeszcze można obejrzeć pozostałości fortyfikacji . Tak, tak widziałam….

Ich historia sięga wczesnych lat wieku XIX. Myśl utworzenia linii obronnej Warszawy powstała w głowach Rosjan.

W roku 1823 rozpoczęli i do 1915 roku prowadzili  budowę  Warszawskiego Obszaru Warownego.  Początkowo w widłach Wisły i Narwi wzniesiono  twierdze Modlin, Warszawa, Zegrze a następnie, ok. 1890 r. zdecydowano tworzyć linię fortów i umocnień polowych na wschód od Warszawy .

W sierpniu 1915 roku Niemcy zajęli ten rejon i nadal fortyfikowali do 1918 roku , przygotowując się do obrony Warszawy ze wschodu. Niemieckie dowództwo wróciło do rosyjskiej  koncepcji ufortyfikowania wschodniego przedpola stolicy w oparciu o naturalne przeszkody terenowe, lokalne wzniesienia i dolinki zabagnionych . Zamiast ciężkich  fortów zdecydowano  wznieść liczne niewielkie schrony oraz silnie rozbudowane pozycje polowe. Wybudowaną nowoczesną linię obronną nazwano Bruckenkopf Warschau ( Przedmoście Warszawskie .)

Potem nastała Polska, nasza, cudem odrodzona. W 1919 polskie dowództwo zezwalało o na rozbiórkę umocnień niemieckich.

Jednak w 1920 r. wobec zbliżającej się armii bolszewickiej przystąpiono do prowizorycznej odbudowy.

W dniach 13-17. VIII 1920 roku  ufortyfikowanego odcinka „Wiązowna” bronili przed bolszewikami żołnierze 15 DP gen. Władysława Junga.  Dawne linie umocnień niemieckich pokrywały się z 2 linią obrony Warszawy wyznaczoną 5.08.1920 roku przez gen Franciszka Latinika. Odegrały  znaczną rolę w czasie Bitwy Warszawskiej . Umocnienia te powstrzymały napór Armii Czerwonej, chociaż w rejonie Radzymina zostały przełamane. Obroniony został fort w Beniaminowie a z linii schronów pod Wiązowną atakowała w kierunku wschodnim polska 15 DP.

W 1921 roku , w Rydze podpisano traktat pokojowy z Rosją i przystąpiono do ostatecznej rozbiórki umocnień.

 

W czasie II wojny światowej, w latach 1940-41 niemieckie wojska ponownie przystąpiły do odbudowy Przedmościa Warszawskiego na gruzach umocnień z I wojny światowej.

Jesienią 1940 roku przygotowywano drogi dojazdowe , budowano rowy strzeleckie , zapory przeciwczołgowe i p/piechocie oraz wzmacniano schrony żelbetowe. Do pracy zmuszano okoliczną ludność, a szczególnie Żydów.

W maju 1941 roku wstrzymano budowę, koncentrując się na przygotowaniu ataku na ZSRR.

Dopiero w VI i VII 1944 saperzy , jednostki wartownicze i spędzeni cywile pospiesznie przygotowywali Przedmoście do obrony. Szczególnie uwzględniano  obronę linii kolejowej Warszawa- Lublin, po której jako ruchoma bateria kursował pociąg pancerny.

Cegłą z gruzów Warszawy utwardzano stare trakty Gliniane- Karczew, Okoły- Otwock Wielki. Do dziś pozostałości tych dróg w Lasach Otwockich nazywane są „ ceglankami” lub Czerwonymi Drogami.

Do czasu nadejścia Rosjan Niemcy nie zdążyli przygotować  całej linii do obrony.

 W końcu lipca 1944 roku  wojska wchodzące w skład 1 Frontu Białoruskiego właśnie tutaj przełamały linię frontu .

Podczas walk o południową  część Przedmościa Warszawskiego dostał się   do niewoli gen Frank. Załamało się prawe skrzydło 9 Armii Niemieckiej. Stracili pociąg pancerny…

 

Obecnie pozostały, najlepiej zachowane fragmenty umocnień w rejonie Dąbrowickiej Góry, na szczycie której znajduje się ciężki schron  obserwacyjny typu 120a( Regelbau 120 a). Ma wymiary 14×11,5 m.. Jest jednym z najcięższych obiektów wybudowanych przez Niemców na Przedmościu Warszawskim. Grubość jego ścian stropów wzmocnionych belkami stalowymi wynosi 2 m. …

 

 

 

Zamykam książkę. Dużo tej historii. No cóż mamy to nieszczęście mieszkać na szlakach które odwiecznie przemierzały różne wojska. Czy tego chcieliśmy czy raczej nie, byliśmy deptani…

 

czer dr.JPG

Czerwona Droga jak krzyż…..

 

 

Jest cisza. Nadal siedzę przy Czerwonej Drodze.

I słychać szum. Nie wybudzam się z zadumy.

Bo widzę ludzi w mundurach, słowa rosyjskie, niemieckie i polskie. Mnożą się obrazy , daty, historia przepływa obok.

A przede mną Czerwona Droga .

Z wilgotnej dusznej mgły wyłaniają się  furmanki.

Całe rzeki wolno płynących furmanek.

Czarne poskręcane włosy , ostre długie nosy i  oczy furmanów z zapamiętanym obrazem płonącej Warszawy. I ludzi podobnych z łopatami na wozach też widzę.

Jadą wolno.

Na wozach mają swoje serca złamane klęską, poniżeniem i cegły czerwone . Cegły starej nieistniejącej Warszawy i ludzkie wśród nich szczątki.

Ich świat się kończy.

 

 

 

” Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej”

Pod  tutejszym wpisem sprzed kilku dni  zatytułowanym  „Rozmowa” wielu moich przyjaciół zamieściło swoje opinie , zwykle wspierające, które dodały mi sił i spowodowały, że  odzyskałam radość życia. Dzięki Kochani.

W jednym z komentarzy Grażyna tak  napisała: „ dlaczego sam mądrala nie pisze…”

Wtedy się odezwał Sylm, mój Rozmówca. Pewnie nie wytrzymał, albo dopiero zajrzał do blogu.

I oto wczoraj  znalazłam taki oto Jego komentarz:

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.
Sylm”

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.

Sylm”

Odpisuję więc tutaj :

Zosineczka dziękuje za pozdrowienia i za chwilę  zamieści  to, co uratowała przed zagładą.

Pewnie Sylmie ( mój znakomity i bardzo mi bliski kolego z LO) chciałeś udowodnić, że nie tylko jesteś „ mądralą” ale masz całkiem dobre pióro. Wielka szkoda, że nie dajesz się namówić do dalszego pisania. Ale cóż, podobnie jak poglądów, czy odczuć narzucić komuś  pisania się nie da. Po prostu nie i już…..

 

Ale po kolei.       

   W  2008 a może 2009 roku dowiedziałam się, że istnieje portal MM- moje miasto- Gorzów. Odezwały się dawne sentymenty do miasta w którym się urodziłam i dojrzewałam. Najpierw ostrożnie tam zaglądałam, by się zorientować o czym ludzie piszą. Okazało się, że jest fajnie, czasami przytulnie, czasami bojowo. Można było zamieszczać różne teksty, niekoniecznie  związane z Gorzowem. Po prostu każdy pisał jak chciał i co chciał ( oczywiście w ramach przyzwoitości i pod kontrolą profesjonalnych redaktorów). Powstawała miła historia ludzkich zainteresować umiejętności „ literackich”, etc. Tym chętniej przystąpiłam  do grupy piszącej i komentującej.        

    W pewnym momencie na naszym gwiaździstym MM kowym firmamencie pojawiał się nowy obiekt. Od razu wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników i komentatorów oraz nadzieje, że będzie pisał dalej. Ale nie miał ochoty. No cóż, znane są w historii literatury osoby, które błysnęły tylko jedną powieścią, a potem zamilkły. Jak np. E.J. Bronte  i jej „Wichrowe wzgórza”….:)

 

Niestety po pewnym czasie zmieniono nazwę i formułę portalu . Stał się zwykłym, jakich wiele, portalem informacyjnym i dla nas już nie było tam miejsca.

O planowanej zmianie uczciwie nas poinformowano , można było się powtórnie zalogować. Ale i tak większość naszych „ artykułów” uleciała w niebyt.

Udało mi się skopiować kilka ciekawszych, i dzięki temu przedłużyłam im życie, chociaż ukryte w moim komputerze.

I pozostali mi przyjaciele z tamtych czasów, wartość nad wartościami. …

 

To tyle tytułem wstępu.

 

A teraz przyszła pora na  uratowany od zagłady tekst Sylma, wspomnianej  MM kowej gwiazdy…Zapraszam więc do czytania….

 Letnia.JPG

Gorzów,nasza Letnia trwa….zdjęcie własne z 2008 roku

 

 

 

6.10.2009 MM G.

 

„ Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej

 

 

Czerwiec 1968.

 

Słoneczny dzień. Siedzę w Letniej i czekam. Na Nią. Zwykle umawialiśmy się w Nowej, dziś chciała w Letniej. Nie zastanawiam się dlaczego.

 

Już widzę jak nadchodzi. Śliczna w jasnej sukience. Pewnie moja. Trzy miesiące wcześniej, w Wielkanoc wszystko jej powiedziałem. Nie usłyszałem „nie”.

 

Już jest. Powitanie, siadamy. Brzydki stolik pospawany z stalowych prętów z mozaikowym blatem, równie ohydne krzesełko. Co tam, ważne, że już jest, że przyszła. Przed nami trzy miesiące wakacji. Będzie dobrze.

 

Cóż to? Na palcu złoty krążek. Obrączka. Skąd? Dlaczego nie powiedziała, że to już niedługo?

Jeszcze próbujemy rozmawiać. Głupie pytania, głupie odpowiedzi. Bez sensu. Nie ma już ŁU., jest KONO.

Wychodzimy. Każde z nas idzie w innym kierunku, do swojego życia. Na długo.

 

1968–2008.

 

Przez wiele lat nie wchodzę do Letniej. Jest jak bolący ząb, którego dotyka się językiem, żeby przekonać się czy jeszcze boli. Spoglądam przez szyby, czy na lewo od wejścia stoi jeszcze ten stolik, świadek tamtego zdarzenia sprzed lat.

Długo stał. Czasy się zmieniały, a on trwał. Wreszcie zniknął. Wtedy wszedłem i zamówiłem wódkę.

 

Czerwiec 2008.

 

Stoimy przed wejściem do Letniej. Przyjechała po latach do Gorzowa .Już nie pasuje do nas określenie „ludzie w średnim wieku”. Ten etap za nami. Letnia to punkt, z którego przed 40 laty wyruszyliśmy do dorosłego życia. Koło się zamknęło.

 

Jest wczesne popołudnie. Ponury deszczowy dzień. Na tarasie gwarno. Piwo leje się strumieniami. Małozębne pani uwodzą podobnych do nich panów. Uwiedziony stawia piwo, kupuje papierosy.

 

Chcę wejść do środka, na lewo tam, gdzie był tamten stolik, którego już nie ma. Nie chce.. Pewnie, Letnia to nie La Bocca. „

 

 

I jeszcze mój ulubiony  komentarz, jeden z wielu  :

Dobre bo osobiste, opowiedzianą historię każdy może przełożyć emocjonalnie na własne doświadczenia „sercowe” a wiadomo nic nie przejmuję jak coś co się samemu doświadczyło. Prawdopodobnie każdy ma taki swój stolik i swoją „Letnią”. Będąc praktycznie od zawsze mieszkańcem Gorzowa (z kilkuletnią przerwą) mam dużo miejsc, które powodują u mnie szczególne emocje i mieszanki odczuć, człowiek to nie tylko ciało, nie tylko teraźniejszość, to strasznie zawiła mieszanka wspomnień i różnych uczuć – o tym przypomina nam autor. Idąc przez miasto spoglądam, tu była kiedyś moja szkoła, tu całymi popołudniami kapaliśmy z kolegami piłkę, a tu z mamą nauczycielka szedłem na lody po pochodzie 1-wszo majowym. To już nie te miejsca, ale wspomnienia jakże żywe.

Pozdrawiam,
Muminek

Od A. do Z. Pierwsze spotkanie.

Przysiadłam na brzegu kanapy. Coś skrzypnęło.

Popatrzyła na mnie  okrągłymi oczami . Takimi jak kiedyś. Zachowała te oczy jakby wiecznie zdziwione, pytające, nieśmiałe. Miała proste i zadziwiająco długie jak na nasz wiek  rzęsy. Rzęsy firanki. Dawna fryzura na  pazia. Tylko dziwnie posiwiała. Szczupła szarawa  buzia. Dłonie sękate z tkliwością dotykające kota. Kot na kolanach. Też stary.

A więc to jest ta moja Anna. Dawna Anna z wczesnych lat 70 ubiegłego wieku. Młodziutka wtedy jak ja, nieco ponad dwudziestoletnia, zawsze zdecydowana, energetyczna, z pomysłem na życie, karierę zawodową, uwielbiana przez pacjentów.

Skąd wiedziała o czym myślę?

No cóż, trochę się postarzałyśmy, ale w środku stale jesteśmy takie same. Prawda? rzekła. Potwierdziłam może zbyt mało entuzjastycznie.

Ty masz dużą rodzinę, jakąś karierę za sobą.

Nie przesadzaj. Było jak było, została rodzina, fakt.

A ja jestem sama, zawsze byłam sama. No niezupełnie sama , poprawiła się, bo z Miłym, moim kotem.

Jak fajnie go nazwałaś. To jeszcze moja mama tak go nazwała. Zamyśliła się.

Poruszyłam się na kanapie. Ponownie coś zgrzytnęło.

Usłyszała, bo nie dało się nie usłyszeć.

Uśmiechnęła się z przepraszającym uśmiechem.

Nędzna szpitalna emerytura, bo dyżurów nawet nie miałam, ani dodatkowych prac nie mówiąc o kilku etatach. Zdrowie nie bardzo mnie lubiło.

Wiem, ale pacjenci cię kochali.

Może i kochali, ale tego się nie pamięta. Gorzej gdy jakiś błąd czy nieudane działanie.

O,  to się pamięta, przez całe życie, przychodzi nocą – dodałam.

Skinęła głową.

Mieszkam w tej kawalerce prawie od urodzenia.

Pamiętam, kiedyś Ciebie odwiedziłam, pożyczyłaś mi „Wirówkę Nonsensu” Głowackiego.

Uśmiechnęła się szeroko. Nawet zęby miała niezłe, a może już sztuczne. O, książki, to moja jedyna miłość której nie zniszczył czas.

Już od wejścia zauważyłam regały ciężkie od książek i od razu miałam ochotę podejść , jak w mojej ukochanej michałowickiej bibliotece i wyjmować tomy, stare, może zakurzone i dotykać, dotykać, dotykać…Piękny masz księgozbiór Anno . Uwielbiam.

Ucieszyła się jak dziecko. Wiesz, to mi wystarczy za męża, dzieci, willę pod miastem, no może Miłego nie zastąpi…

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, oznajmiłam, bo czułam przyciąganie do tego miejsca, do Saskiej Kępy , kiedyś tu mieszkała szczęśliwa wtedy Grania z Rodziną i dwie Ireny i w dodatku Miron Białoszewski niedaleko był w swoim „Chamowie”. Czułam przyciąganie do tej maleńkiej kawalerki , podobnej do naszej, żoliborskiej, gdzie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Do kawalerki już tęskniłam, do maleńkiej zawieszonej pod warszawskim niebem wysoko nad ziemią i do Anny.

Mojej dawnej Anny ze snu o młodości…

Zaczęłam się zbierać, by dotrzeć przed zmrokiem do domu, bo tam kotwica.

Nie protestowała.

Anna wszystko rozumiała, zawsze, bez słów.

Podała mi płaszcz.

Przytuliłam, pachniała kotem….

 

 

 

Kochani !

P7310624.JPG

 

 

Kochani !!!!

Przesyłam Wam prawie motyli uśmiech mojego storczyka ….melduję , że dzięki Wam powoli wyłażę z doła….wybaczcie tamto niemiłe…..już się poprawię… już nigdy więcej….

Wczorajsza rozmowa…

ZnakZapytaĹťarĂłwka.jpg

 

 

  Czytam twój blog.

–   uhm, po co ? wiem, że nie dla ciebie moje pisanie.

–   Dlaczego przepisujesz Wiecha? Każdy może otworzyć książkę i poczytać

–   A jak ktoś nie ma książki? Ja nie mam. Albo nie chce mu się nurkować w necie. Przepisuję     więc, by było łatwo dostępne to, co mnie interesuje.

–  Ale mama mówiła, że Wiecha  nie da się czytać, gdy go drukowano w Expressie.

–  Być może nie czuła tamtych klimatów. Moi przyjaciele czują tak jak ja. Nie każdy musi.

–   I zdjęć tyle wrzucasz z netu, czy w ogóle można?

–   Jednak można, gdy są ogólnie dostępnych portalach, a nie prywatnych. Zresztą nie rozprowadzam ich, nie zarabiam na blogu, tylko pokazuję swoim .

–  Dlaczego piszesz jakbyś była święta, pisz prawdę.

–  O grzechach nikt nie lubi pisać. To nie spowiedź powszechna. Spisuję swoje przeżycia intymne w odrębnym folderze z zaznaczeniem, żeby otworzyli 20 lat po mojej śmierci

–  ha ha jeśli nawet nie przepadną razem z komputerem, to i tak nikt nie będzie ciekaw babci a właściwie już wtedy prababci, zwłaszcza dawno umarłej.

–  ale ktoś w radio mówił, jakaś psycholog, że teraz, gdy się już zestarzał, żałuje, że niczego  nie wie o babci. A bardzo chciałby ją widzieć jak żywego człowieka  który się nie różni od potomków. Nie tylko oglądać fotografię. Nie zapytał gdy jeszcze żyła. Teraz jest za późno. Więc ja na wszelki wypadek spisuję . Najwyżej to przepadnie i tyle.

–  powinnaś dodawać jakieś smaczki pikantne

–  po co ?

–  bo miałabyś całe chmary czytelników, a tak to co? kilkanaście może osób

–  kiedy ja nie chcę  tej chmary, piszę dla siebie, dla przyjemności i dla grona osób mi bliskich- zamiast pogadania czy opowiadania w kawiarni, do której dotrzeć nie mogę

–  za długie te wpisy

–  wiem, że nuży ciebie czytanie i wyłapujesz tylko fragmenty

–  tak tak wyłapuję istotę, całości nie czytam, bo mi się nie chce.

–  ale istota wyjęta z kontekstu traci swój sens. Wiesz, kiedyś miałam maila od rednacz pewnego portalu gdzie najlepsze blogi. Napisała jakoś tak: że oryginalny, różnorodny i żebym do nich wstąpiła a będę miała bardzo dużo czytelników. Nie podjęłam tematu. Dobrze mi w tej mojej niszy. Zresztą już nie krytykuj, bo wszystko wg ciebie jest nie tak. Żadnego plusa nie widzisz,  choćby najbardziej mikro . Dołujesz mnie, podcinasz skrzydła. Tracę wenę

–  jakoś nie widzę weny w tym co piszesz

–  kiedyś mój brat nieżyjący już niestety, dość uznany krytyk literacki, gdy mu wysłałam moje pisanie, odpisał, że są tam perełki. I to mi wystarczyło. Nie jestem literatem, pisarzem , przez długie lata pisywałam, ale co innego, innym językiem. Jestem po prostu gryzipiórkiem, chociaż kuzynka babci to Rodziewiczówna Maria , więc może mam geny pisania, tylko niewykształcone. Usiłuję się uśmiechać. I kocham ludzi, lubię z nimi być. I jestem szczęśliwa, gdy zostawią ślad w komentarzach, że byli, że mnie odwiedzili. Czuję się wtedy jak zamkniętym kręgu ludzi bliskich

– lubisz jak ci kadzą

– każdy trochę lubi, ty pewnie też.

 

Koniec rozmowy.

Do dzisiaj czuję się dziwnie, skrzydełka mam uszkodzone. Podfrunąć próbuję, ale na nic próba.  

Niebo daleko. Ziemia blisko.

Tylko nóżki pozostały. To i tak dobrze, że do tej pory posłuszne.  

Chodzenie po ziemi ….

Przyziemne chodzenie……

 

ZnakZapytaChłopiec.jpg

 Zdj z netu

 

 

Terapia Wiechem. ” Lot nad Szmulkami” i moje takie tam….

Terapia Wiechem. „ Lot nad Szmulkami”  i moje takie tam.

Kartkuję niewielką książeczkę z felietonami Wiecha zatytułowaną ” A to ci polka”. Jeszcze jej nie oddałam do biblioteki, bo przepisuję sobie te teksty i za każdym razem gdy ją otwieram, uśmiecham się i odlatuję. Zapraszam  Was, oderwijcie się jako i ja się odrywam od tego co nas oblepia, zadziwia i przeraża. Dziś , Kochani będzie o ” luku” z nieba na Warszawę. I zaraz potem takie tam moje gadanie wspominkowe.

Są lata 70 ubiegłego wieku, lata naszej dumnej chmurnej ale i lekkiej jak piórko przeszłości. Pan Wiech tak sobie gawędzi. Najpierw musi zwyczajowo napisać o tym co się wtedy działo, czyli o meczach piłkarskich. Może być to smakowite dla pasjonatów tego sportu, jak np. dla pana Pilcha, pewnie dla nas niekoniecznie Ale w drugiej części felietonu  znajduję to, co dla mnie fajne. I już lecimy  samolotem a pod nami Warszawa:

 

WarszNaPierzynieZMgłyTVN.jpg

Takie cudne zdjęcie znalazłam w necie, w portalu TVN. Zatytułowano je: Warszawa na pierzynie..”. I nic to, że niewiele widać…oddaję głos Wiechowi, on nam opowie:

 

„                                     LOT NAD SZMULKAMI

 

   Że żone mam niemożebną sportówkie, to wszyscy wiedzą, bo nieraz już o tem zaznaczałem. Totyż  nikt sie nie zdziwi, jak nadmienie, że przez pare godzin nie wstawała od telewizora, podczas tych meczy z Bułgarią i Turkamy, gdzieśmy , jak wiadomo, jednych naleli dwa do knota, a drugich dwa do kółka. Pokazało sie, że dobre jesteśmy na błoto, co?

    Troszkie nam było nieprzyjemnie wobec Bułgarów, że to demokracja demokracje w kostkie kopie i w mokre trawe przewraca, ale sport jest sport. Za to jeżeli się rozchodzi o Turków, to grzeliśmy ich z czystem sumieniem za Wołodyjoszczaka , za Baśkie i pana Zagłobe. Sobieski lepiej by się z niemi nie obleciał

     No, ale w ciepłem pokoju przy telewizorze siedzieć, pyzy ze słoninką opychać i na mecz kapować, to każden potrafi. Ale samemu jakiś wyczyn sportowy zasunąć , to już rzecz druga. A Gienia zasunęła i mnie jeszcze z sobą zabrała.

    Za tak zwanych bohaterów przestworzy żeśmy się zostali po sześćdziesiąt złotych z łebka. Nie na długo, na piętnaście minut, ale dla mnie wystarczyło na większą ilość cykorii. Jednem słowem, wzięliśmy udział w lotach nad Warszawą.

     Ja na razie chciałem pryskać już z autobusu, któren wiózł nasz na Okęcie, ale Gienia wskazała mnie na dwóch chłopaczków, które razem z rodzicami jechali na ten lot, i mówi:

     – Jak ci nie wstyd, dzisiaj małe dzieci samolotami podróżują.

     – Mały dzieciak frajer jest, wszystko go zabawia, sprawozdania z niebezpieczeństwa sobie nie zdaje, bo gazet nie czyta. Ale my się dzieciakami trajlować nie potrzebujem, bo oboje wiemy, że jest sie czego bać. Jednakowoż stolice z tak zwanego lotu ptaka warto zobaczyć.

     Najgorzej, że nie wiedziałem , jak sie pod względem żołądkowej diety zachować, bo jeden znajomy lotnik radził, żeby wsunąć przyzwoity obiad z trzech dań z komputem. A znowuż niejaki Gwizdek Alojzy, którego wujo za woźnego w Locie sie zatrudnia, powiedział, że nie ma nic gorszego , jak z pełnym bancem w taką nadpowietrzną podróż się wypuszczać. Znakiem tego, wybrałem sie na czczo, wziełem tylko z sobą przyzwoitą wałówkie, to znaczy pół kila suchej kiełbasy i pare ogórków.

    Ale okazało sie to niepotrzebne, w europlanie o jedzeniu ani przez minutę sie nie myślało. Oczy żeśmy tylko wytrzeszczali, żeby się tej naszej Warszawie z wierzchu przypatrzyć. Faktycznie jest taka więcej przepiękna. Widoczek jak rzadko. Brudnego śniegu na trotuarach z góry prawie nie widać, to jest raz, taki Bazar Różyckiego, wygląda jak wiszące ogrody Semiramidy z 1001 nocy, to jest dwa.

   W ogólności Szmulki najwięcej się nam spodobali. Gienia nawet raban podniosła i zaczęła krzyczeć do pilota:

   – Panie motorniczy, zjedź pan troszkie niżej nad ulice Ząbkowskie, bo chce sie sąsiadce Mordzielakowej pokazać. Niech zżółknie z zazdrości.

   Ale pilot się spieszył, bo jeszcze pół Warszawy miał nam pokazać. Obejrzeliśmy sobie wszystko detalicznie. Z większych starszych budynków spodobał sie nam Dworzec Główny utrzymany w tak zwanem stylu barakowym.

   Za to całkiem nowocześnie i ze smykałką są wybudowane przystanki kolejowe Ochota i Powiśle. Dopieru z lotu ptaka widać,  jak to jest primo woto zaprojektowane. Łamane dachy w podobieństwie faworków dają gwarancje dużego bezpieczeństwa. Wyglądają tak, że jakby w razie, broń Boże, wojny nadleciał tu nieprzyjacielski lotnik, z miejsca sobie pomyśli:

   – To już było bombardowane- i poleci do cholery.

   Nie zdążyliśmy sie jak sie należy wszystkiemu przyjrzeć, a europlan spuścił sie już na ziemie i trzeba było wysiadać. Gienia w krzyk i nie chce. Musieliśmy jeszcze jeden kurs oblecieć, ale Mordzielakowej znowuż w oknie nie było.

    W najbliższą niedziele Gieniuchna zamiaruje odbyć nowy lot nad Szmulkami.

    – Musiem ją koniec końcem przytracić- musi się rozchorować- mówi.

   A ja się zgadzam, bo wycieczka jest tak pouczająca , że sie o cykorii zupełnie zapomina „

 

 

 

BR1967.jpg

 

Zdj z netu. Widok z lotu ptaka na Bazar Różyckiego

 

z8219442Q,Pyzy-z-rozyca.jpg

Pyzy gorące pyzy, flaki…..zdjęcie z netu, ale z czasów późniejszych niż opisywane, bo choćby torba pasiasta , parasol i plastikowe pojemniczki.  Za to ten typ paniusi oferującej przysmaki taki sam, odwieczny, ponadczasowy….

 

A teraz pora na ” moje takie tam” zapowiadane w tytule tego wpisu? A więc zaczynamy:

 

 

Kochani. Najpierw będzie przydługi wstęp. Już dobrze mnie znacie i wybaczycie.

 Uwielbiam ucieczkę od złego nastroju, skisłej codzienności, obrzydliwościami kapiącej polityki, i w ogóle od tego co obmierzłe na tym świecie.

Uwielbiam także tę porę jeszcze ciemną o tej porze roku, kiedy dzień się zbliża  a ziewająca noc idzie spać. I za chwilę ma wstać nowe z radością witane, bo na własnych nóżkach wstanie z łoża, co w wieku trolejbusowym ( tu Wiech się kłania) jest wyczynem i powodem do zachwytu.

Wówczas też odwiedzają mnie jakieś cienie z przeszłości, przed świtem bardziej intensywne, zmaterializowane, trójwymiarowe nawet , jednym słowem po prostu żywe. To są dobre cienie, złe zostawiam za progiem, więc te ostatnie zniechęcone odchodzą w niebyt.

Ponadto uwielbiam dygresje. Wciskają się na klawisze tupią blokując płynność tekstu. Ulegam, bo po co walczyć. Ważne, że główny wątek się snuje.

Moje  zapowiedziane w tytule „takie tam „ będzie swoistym miksem o moim zakochaniu w Bazarze Różyckiego, pyzach itp.

     Dzisiaj, jak zwykle przed świtem,  miałam miłego gościa. Niespodziewanie odwiedził mnie sam pan Wiech. Zaskoczona i ucieszona przywitałam się grzecznie. Był szarmancki, wytworny jak ponoć zawsze i zwrócił się do mnie najpiękniejszą czystą polszczyzną. Ażem się wzdrygnęła. To jest ten pan, którego pisanie jest tak różne od jego mowy, którą właśnie usłyszałam, bo w tekstach używa bazarowych i starowarszawskoulicznych gwar.   Dziw nad dziwy.

Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam dlaczego tak pisał. Bo wiesz, dziecinko ( poczułam się młodziutka, zaopiekowana gdy tak mnie nazwał ),  zakochałem się w  warszawskich gwarach jeszcze w dzieciństwie. Tak mówił nasz dozorca z Poznańskiej- Wicuś Pijak. Potem był Kercelak, gdzie czułem się jak ryba w wodzie i wreszcie moje Szmulki, gdzie osiedliśmy z żoną jeszcze młodzi oczarowani sobą i zakochani. Tam, po prawej stronie Wisły, na Szmulkach , na tej  starej Pradze, mieszkali ludzie, którzy byli solą tego miasta i ocaleli po wojnie, tylko tam ocaleli, gdy miasto umarło.

      Czy pan wie, że ja jeszcze zanim pana poznałam, też zakochałam się w Pradze. Mieszkaliśmy  na Żoliborzu. Ale tam takich klimatów nawet na obrzeżach dzielnicy , czyli pod Hutą Warszawa ani na Marymoncie nie było.

     Pierwszy raz byłam na Pradze, po ślubie z M., potem długo nie. Gdy tak dziergam swoje wspomnienia, przychodzi mi na myśl, że warto w nich grzebać. Bo dotychczas wydawało mi się, że  M. nie pokazywał mi Warszawy. Owszem, bywaliśmy w  parkach, ogrodach na Starówce, w teatrach, kinach, ale teraz przypomniałam, że jednak był też Bazar Różyckiego! Widać coś w moim mężu drzemało, nie pytałam z kim odkrywał to miejsce. Bo i po co? Po co  zastanawiać się nad przeszłością , wypytywać,  odkrywać co było i jak było, bo potem może być tylko ból.

   Więc w tym 1968 roku, cała naiwna, zauroczona, oszołomiona, młodziutka, ale już z obrączką na palcu  poznałam Bazar Różyckiego.

 Gdy byliśmy tam z M.,  wówczas po raz pierwszy ( wszystko wtedy było po raz pierwszy ) ,  zachwyciła mnie na tym Bazarze grubaśna baba z wielkim koszem, która wołała pyzy, gorące pyzy, flaki. Mam w oczach miejsca, gdzie przesiadywały te baby, bo były co najmniej trzy.  

Zatrzymaliśmy się, poprosiliśmy o dwie porcje. M. już tam bywał,  znał te smaki,   nie miał oporów, więc i ja nie miałam. Może teraz mielibyśmy lęki że brudne , zatrute to jedzenie, czy choćby zakażone jakąś salmonellą lub inną cholerą. Wówczas z ufnością poprosiliśmy od dwie porcje.

Babina odkryła coś, co przykrywało kosz, może jakąś derkę, nie pomnę , pojawił się wielki gar z którego zdjęła pokrywę i wówczas się rozniósł zapach przedni.

W tymże  garze ukrytym pod ową derką w koszu miała wyborną smakowitość. Podała nam dwie miseczki ceramiczne,  a może słoiki ( bo tak piszą w necie, gdy teraz studiuję ten problem)  bo jak wiecie, plastikowych jednorazowych pojemniczków jeszcze nie było i wówczas się zadziwiłam. Pyzy okazały się inne niż znałam do tej pory…

 Ale po kolei. W moim gorzowskim domu rodzinnym nie było tradycji lepienia takich różnych smakołyków. Mama jedynie piekła na święta serniki( palce lizać) i soczyste makowce. Żadnych więc makaronów ( potem kilka razy robiłam sama jak przystało na ambitną mężatkę, ale nie uzyskały żadnej opinii, przeszły niezauważone), żadnych pierogów, klusek czy pyz.

Pyzy jadałam w Poznaniu, gdzie studiowałam przez pierwsze 3 upojne lata.  Chodziłyśmy z Moniką do restauracji przy ulicy Matejki, która znajdowała się nieopodal Palmiarni. Westchnęłam, bo z Moniką straciłam kontakt po wyjeździe do Warszawy, a  była wspaniała nietuzinkowa, z polotem i częściowo dzięki niej  nią przetrwałami trudny rok pierwszy na AM. I stale hoduję w sobie żal, że nie mogę jej znaleźć spotkać i pogadać- gdzieś się rozpłynęła w wielkim świecie. .

Wczoraj zapytałam na FB, Tadeusza, syna kuzynów, który jest rodowitym poznaniakiem jak nazywała się ta restauracja. Odpisał, że chyba Zagłoba. Tak więc wchodziłyśmy z Moniką do tego podłużnego chyba, niewielkiego, dość mrocznego wnętrza ale buchającego ciepłem zwłaszcza w mroźne dni. Skostniałe z zimna, wygłodniałe jak wilki, z głową nabitą wiedzą, ale wolne jak te pticy, gnałyśmy  z pobliskiego Anatomicum, przez park, gdzie Palmiarnia i wpadałyśmy do Zagłoby. Rozsiadałyśmy się wygodnie , zamawiałyśmy to koronne danie,  niedrogie, bo nasze studenckie kieszenie były wiecznie dziurawe i chwilę czekałyśmy. Wkrótce pan kelner wnosił dwa parujące talerze z wielkimi bułami  dwiema może trzema polanymi czerwonawym sosem z drobinami mięsa albo kiełbasy.  Natychmiast zagłębiałyśmy w owych pyzach zęby, pokonując cieniutką lekko pergaminową  skórkę , zgniatałyśmy w zębach miąższ pulchny, elastyczny, drożdżowy. Sos myśliwski  miał smak wówczas niespotykany, a może spotykany, ale dla mnie nieznany, smak ostry kwaśnawy rześki , mniam mniam. Ależ to była uczta!

    Tak więc na Bazarze Różyckiego zadziwiłam się, że warszawskie pyzy to zupełnie co innego. Były  niewielkie, czarniawe z odcieniem błękitu, nie miały tej cieniutkiej gładkiej skórki jeno  chropowatość po wierzchu.  Gdy później zgłębiłam temat dowiedziałam się, że pyzy poznańskie są z mąki zwykłej , drożdżowe i gotowane na parze a warszawskie  ziemniaczane. Ziemniaki uwielbiam  od urodzenia, więc pałaszowałam z wielkim apetytem. Polane tłuszczykiem ze skwarkami i smażoną cebulką smakowały przednio….

      Oderwałam się od wspomnień, od monitora i zadarłam głowę  wypatrując gościa, któremu opowiadałam. Pan Wiech właśnie zmierzał w kierunku drzwi wejściowych. Zerwałam się, a nasza zielona herbata? Kiedy indziej, odpowiedział, chętnie skorzystam. Dzisiaj muszę iść dalej, bo obowiązki wzywają.  A ty, dziecinko, tak ładnie się rozkręcasz, wspominasz, piszesz  , może komuś dajesz chwilę oderwania od skrzeku codzienności, chwilę zapomnienia,  uśmiech pogodę ducha i spokój.

Jest dobrze. Tak jest dobrze. Moja misja spełniona…..

 

PoznanskiePyzy.jpg

Pyzy poznańskie…

 

Pyzy Warszawskie.jpg

 Pyzy warszawskie.

zdj z netu

Terapia Wiechem. ” Wszystko pokasować” i mój margines.

trolebus.jpg

Warszawa trolejbus i ludzie….rok 1946…zdj z netu

 

 

Najpierw będzie felieton Wiecha przepisany własnoręcznie z tomiku” A to ci polka”: A potem moje pogaduszki…zapraszam do wspomnień…..

 

”                                  WSZYSTKO POKASOWAĆ

 

   Pare dni temu w tył pojawiła sie w prasie cóśkolwiek przerażająca wiadomość o tem, że trajlebus „ 56” ma być podobnież skasowany. Zwłaszcza mokotowiaki mocno zdrefili.

 – Czem bedziem jeździć, jak pragniem zdrowia?- mówią  jeden do drugiego.- Autobusy chodzą, jak jem wygodniej, albo po cztery razem, albo żadnego. Dostać sie- przeważnie senne marzenie. W zime jem za zimno, a lato za gorąco, w deszcz za mokro, w śnieg za ślizgo, cholera. A trajlebus zapycha w każdą pogode, co pare minut. Czem derekcja zamiaruje te parnaście tysięcy osób ze Starówki na Mokotów i nazad dwa razy dziennie przerzucać ?

   Tak właśnie martwią sie te pasażery z góry i płaczą rzewnemu łzamy na same myśl o tem skasowaniu. A po mojemu, martwić sie nie ma czem. Jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

    A fakt jest podobnież faktem, że trajlebusy właśnie „ 56” mają niemożebną melodie do żarcia elekstrycznego prądu i tramwajom go sprzed nosa sprzątają, tak że te nie mogą rozwinąć tak zwanej szybkości, wleką sie ja przedwojenne dziady na odpust i korki komunikacyjne wytwarzają.

   Więc rzecz jasna, że trzeba to usprawnić i trajlebusy wont z trasy. A teraz co sie będzie działo, o wiele to nie pomoże? ( A nie pomoże na mur, bo to wszystko jest proszę derekcji MZK- bajer na Grójec).

    Jeżeli więc sie okaże, że tramwaje w dalszem ciągu ulice blokują i nie mogą sie na bok nastąpić, bo po szynach chodzą- trzeba będzie i tramwaje , i szyny na szmelc wyrzucić.

    Zostaną same autobusy, ale taki tłok się w nich wytworzy, że ludzie szyby łokciami będą wybijać i głowamy dziury w dachu. W tej sytuacji- jak mówi Wicherek- żeby Rady Narodowej na nieobliczalne straty nie narażać, wycofa sie i autobusy.

    Nareszcie luz sie na jezdni zrobi, lemuzyny będą mieli swobodny przelot. A i żywsze pasażerowie skorzystają.  Troszkie ruchu na świeżem powietrzu dobrze każdemu na płuca i insze podroby podziała. Klatkie piersiowe sobie wyrobi, muskuły na nogach, no i nerwowo wypocznie.

   A w trajlebusie różnie bywało. Sam widziałem, jak wsiadła raz do „ 56” staruszka z kijem od szczotki. Siedziała spokojnie i trzymała ten swój kij z boku, ale kto nowy wsiadł, zaraz zaczynał z nią sprzeczkie. Rozchodziło sie o to , że kij wyglądał na podpórkie należącą do trajlebusowego  urządzenia i jak trajlebus zarzucał na skręcie, kto stał bliżej , zaraz sie za niego łapał.

    Pierwszy dostał niem w szczękie jakiś dyrektor z teczką pod pachą. Ten powiedział tylko

„ o przepraszam” i odsunął sie do tyłu.  Staruszka spojrzała sie na niego  niezadowolniona i rzekła:

   – Trzeba  patrzyć, za co sie łapie.

   Na następnym wirażu złapał sie za kij jakiś bronet ciężkiej wagi w okularach. Wyrwał go staruszce, nabił sobie śliwkie na czole i przewrócił trzy osoby, co za nim stali. Na razie nie wiedział, co sie zrobiło. Myślał, że trajlebus sie wali, ale jak się zerwał z podłogi i oprzytomniał, dawaj staruszkie sztorcować, że jeździ z takiemy patykamy.

    Pani starsza tyż  nie była od macochy, więc odszczeknęła sie z miejsca:

  – Cztery oczy ma i jeszcze nie widzi, że to szczotka, ślepa komenda. Jeszcze się dziwi, że sie drążek na niego przewrócił. Filar spod mostu nie utrzymałby takiego słonia wilanowskiego.

    Pasażerowie mieli z tego śmiechu do diabła i troszkie i z przyjemnością czekali, kto będzie następny. Ale jak sie nacieła na kij jakaś paniusieczka z torbą gwarantowanych jajek eksportowych i pół trajlebusu jajecznicą opryskała, wszyscy powsiedli na staruszkie.

   Wtenczas babcia wyszła zupełnie z nerw, złapała swoją lagie w ręki i dawaj nią miłować, kogo popadło. Pierwszy dostałem ja, bo żem najbliżej stojał, aż mnie limon pod okiem wyskoczył. Większość pasażerów urwała sie w biegu . Dopieru pokotowie MO  odebrało pani starszej nadłamany drążek.

     Faktycznie porządek trzeba było czasem zaprowadzać, ale żeby aż kasować trajlebusy? W każdem bądź razie przyszłe rekordziści w biegach Starówka- Mokotów i nazad się na to nie zgadzaja. A cała Warszawa ich popiera.”

trolej157ObecnieRondoONZ60lataXXwieku.jpg

Rondo ONZ- takie puste pamiętam….i taki  trolejbus, autobus i samochody pamiętam też….zdj z netu

 

        Trolejbusy w Warszawie uruchomiono w 1946 roku i można je było oglądać na ulicach do 1973 roku. Początkowo były oznaczane dużymi literami, ale wkrótce przemianowano je na cyfrowe . Nosiły numery od  51- 90. I wtedy to Wiech ukuł fajne powiedzenie- wiek trolejbusowy. W tym felietonie  został uwieczniony  rok, kiedy trolejbusy umierały.  Wprawdzie w latach 80 ubiegłego wieku odtworzono linię z Mokotowa do Piaseczna, ale w 2000 roku ślad po tych środkach komunikacji bezpowrotnie zaginął.

Czy żal ich wtedy było, nie powiem, bo zwaliste były, mało ruchliwe, a w dodatku  skręcające po wielkim łuku bo przyczepione do podniebnej sieci elektrycznej . Podobno wielokrotnie dochodziło do przecinania się  trakcji elektrycznych tramwajów i trolejbusów.

Aż tak wielkich kolizji nie widziałam, ale pomnę , gdy  ich przyczep do linii elektrycznych nagle odpadał od tego zasilania i  dostojnie osiadał na dachu trolejbusu.

Od razu robiło się zamieszanie i kotłowanina. Ludziska  nerwowo wysupływali się z tłumu przeciskali do drzwi . wyszarpywali oba skrzydła i wyskakiwali z pojazdu setnie przy tym złorzecząc.  Kierowca zaś, klnąc na czym świat stoi, wysiadał, coś usiłował podnieść, robił się wielki korek i najczęściej gnaliśmy wówczas do innego środka komunikacji, gdyż duże odległości były trudne do pokonania per pedes ( chociaż  uwielbiałam i uwielbiam łażenie na własnych nogach).

Usiłuję przypomnieć sobie koloryt ówczesnych ulic Warszawy. I dziwne, bo wszystko widzę w szarych barwach, no może za wyjątkiem sukienek. Różnobarwnych, figlujących z wiatrem sukienek, uszytych często własnym sumptem, bo wówczas nie było takiej mnogości sklepów jak dzisiaj. Moda Polska i owszem, ale ceny były zawrotne, więc pozostawała własna inwencja no i ew. krawcowa. Pamiętam wszystkie moje sukienki z tamtych lat.

Ale tak ogólnie, to zakodowałam w głowie tę  powszechną szaroburość jak ze starych fotografii.

      To pyszne, że został nam Wiech,  wyśmienity kronikarz tamtej Warszawy, jej klimatów….wszytko wraca, nasz „ wiek trolejbusowy” nie ma teraz znaczenia. Znowu jesteśmy młode, podfruwajki jak kiedyś mawiano, soczyste dziewczyny z tamtych lat….jesteśmy znowu…

 BasenyLegiiŁazienkowska1.jpg

Baseny Legii, chyba wczesne lata 60 ubiegłego wieku, bo moja pierwsza bratowa ,  Grażyna nosiła taki kapelusik i spódnicę z drutami na dole, by był stale klosz …

 

.

 

    Czytam  felieton Wiecha” Wszystko pokasować” z tomiku „A to ci polka” i przenoszę się z uśmiechem w lata 70 ubiegłego wieku.

Ach trolejbusy i moje dawne lata bynajmniej  wtedy nie trolejbusowe. Nie to co teraz! No cóż, wiek trolejbusowy przyszedł, który przyjąć należy z pokorą. Wszystko już było.      

Teraz spotykam się  z Wiechem, hoduję wspomnienia i co jest cudem, bo  jeszcze się zachwycam  wieczorną Kasjopeą na szerokim michałowickiem niebie i radośnie witam świt. Jest dobrze.

      Wtedy były moje niepełne  22 lata, wakacje, V rok AM za chwilę , obrączka , lekkość i beztroska ciała, duszy, głowy i serca., ufność, przyszłość i przeszłość nieistniejące, łapanie, zachłystywanie się  tym co tu i teraz . .

    Nadal czuję zapach tamtej Warszawy roku 1968, właśnie  niedawno tu zamieszkałam na Żoliborzu. To miasto pachnie inaczej niż mój Gorzów, który kwitnącymi lipami się utrwalił w pamięci  i niż rogalowy świętomarciński Poznań.

Tak, Warszawa pachniała wtedy inaczej,  szczególnie wieczorem, gdy drzewa krzewy, a jest ich tak dużo, najintensywniej oddychają. Wówczas powietrze się jakby rozrzedzało, było lekkie delikatne nieco wilgotne i zielonkawe. Wielkie warszawskie przestrzenie, rozrzucone domy wtapiały się w  mrok i była tylko ciemność, światła i  my pod niebem bardzo szerokim, gwiaździstym ….

    I widzę siebie, tamtą, młodziutką, rozwichrzoną i roześmianą. Właśnie  wsiadam w zatoczce nieopodal  Dworca Gdańskiego w trolejbus linii 53 i jadę na Łazienkowską, na Legię, na baseny, gdzie ponoć śmietanka warszawska się zbiera. Nijakiej śmietanki wprawdzie nie widzę, ale jest Mundek, z którym umówił mnie mój mąż. Mundzio ma dużo wolnego czasu w odróżnieniu od męża. Wprawdzie nie wiem jak to się dzieje, bo  pracuje, ale pewnie umie się od roboty wymigać i tyle. Mawiano o nim  „Niedziałek nigdy w poniedziałek”, bo takie nosi nazwisko i zwyczajowo poniedziałki w pracy ma nieobecne. Jego piękna żona Marta, co w Mazowszu tańczyła  przesiaduje nad księgowymi tabelkami, a my się pławimy w basenowej wodzie i jesteśmy w raju. I nic to, że raj przykurzony , ale dla nas raj….

Potem był powrót trolejbusem, albo autobusem i szafa grała…..pięknie nam grała….

.Basenylegii2.jpg

 

basenyLegii3PolańskiWypatrzyłJolantęWyborcza.jpg

Baseny Legii, zdj z netu. Młodość, uroda, wielkie targowisko ciał, łowisko najpiękniejszych….

Terapia Wiechem. Dlaczego ? Dlatego.( 2).

WiechDoroĹźka2.jpg

Wiech  Warszawa i dorożka….

 

Barwy życia mojego Terapety

 

  Za oknem styczeń śnieży, chałupka jeszcze śpi, jest cichutko, najciszej. Ja w szarym zacisznym ciepełku przed laptopem. Żyć nie umierać powtarzam.

A w dodatku umówiłam się  z Wiechem. I wiecie co,  kochani ?.

Przyszedł i jestem z nim i czuję wśród zamętu na świecie jego terapeutyczną dłoń i uśmiech. Mówi, odleć ze mną z tego świata, do mojego. Jest bezpieczny kolorowy pogodny ciekawy i wystarczająco daleki by ochronić przed złem wszelakim.

Zapraszam i Was na ten seans terapeutyczny. Będzie fajnie!

        Miało być słów parę o Terapeucie, ale tak się nie da. Bo trzeba obszernie, zamknąć wszystko co się da w tekście, wszystko ma znaczenie. Bo życiorys ten okazuje się bogaty i barwami nasycony.

I tu się kłaniam  panu Tomaszowi  Urzykowskiemu (ach to imię mojego dziadka i także Pierwszego Zauroczenia, opisanego tu detalicznie w Opowieści Sylwestrowej).

Pan Tomasz  Urzykowski 12 sierpnia ubiegłego  roku, z okazji 120 rocznicy urodzin Wiecha zamieścił  bardzo ciekawy artykuł w Wyborczej. Starannie zebrał dane z książek o pisarzu i z jego autobiografii i pięknie  opracował.

Jeżeli nie czytaliście, Kochani, postaram się podać tu w skrócie, dodając jeszcze inne informacje oczywiście znalezione w necie. Zamierzałam uczynić skrót, ale jak widzę, niestety mocno skrócić  nie da, bo wszystko w nim ważne.

       Podobno  było tak , że gdy czytelnik tekstów Wiecha spotykał go na gruncie prywatnym czy zawodowym wpadał w osłupienie.

Otóż ten człowiek piszący gwarą ludzi z nizin społecznych, cwaniaczków z warszawskich przedmieść, był wytwornym , elegancko ubranym panem, czarował swoich rozmówców wyglądem i erudycją. Posługiwał się piękną, nieskazitelną polszczyzną.

Publicysta i prawnik Tadeusz Wittlin w książce „ Nad szarej Wisły brzegiem. Książka o Stefanie Wiecheckim- Wiechu i jego barwnej uroczej Warszawie” tak  opisywał swoje pierwsze spotkanie z Wiechem w przedwojennej redakcji „Kuriera Czerwonego”  :

 

” (…) widzę przez szybę siedzącego za biurkiem wytwornego pana w średnim wieku z monoklem w oku i z lekko zarysowanym wąsem, przyciętym brzytwą. Czarne ubranie z kamizelką skrojone idealnie, niewątpliwie na miarę, kremowa koszula za złotymi spinkami przy mankietach i granatowy w czerwone prążki krawat zawiązany z precyzją dopełniają nieskazitelnej całości.”

 

     Stefan Wiechecki urodził się w 1896 roku, w wielodzietnej rodzinie właściciela sklepu wędliniarskiego przy ul Marszałkowskiej.

Dom w którym przyszedł na świat, leżał poza granicami Warszawy , a okolica miała wtedy nieomal wiejski charakter i wymownie patriotyczny. Bo dom ów sąsiadował z kościołem św. Wawrzyńca przy ul. Wolskiej, który stoi na dawnej reducie powstania listopadowego, znanej z bohaterskiej obrony i śmierci swojego dowódcy gen. Józefa Sowińskiego. Nic zatem dziwnego, że malcowi zaszczepiono miłość do ojczyzny, której przecież wtedy nie było. A może odczuwał fluidy tej ziemi, sam, bez zaszczepiania.

Tak pisał w książce autobiograficznej zatytułowanej „ Piąte przez dziesiąte” wydanej w 1970 roku :

 

 „… dziecinne lata moje upływały w atmosferze bojowo- patriotycznej, w cieniu powstań narodowych, w ogniu walk rewolucyjnych roku 1905. Cień powstania listopadowego zaciążył już nad moim urodzeniem, gdyż przyszedłem na świat w małym domku na Woli.”

 

      Kiedy  miał półtora roku, rodzina przeniosła się do potężnej czynszowej kamienicy przy ul. Wielkiej 45 ( dziś jest to Lwowska, Poznańska i fragment pl. Defilad).

      To tu spotkał się po raz pierwszy z gwarą warszawską , którą mówił dozorca domu Wicuś Pijus. We wspomnianej autobiografii zanotował:

 

„Przez owego Wicusia, jak pseudonim wskazuje, znajdującego się przeważnie na tak zwanym gazomierzu, poznałem tajniki warszawskiej mowy wiązanej. Był on jednym z pierwszych moich wykładowców nadwiślańskiego dialektu (…) Muszę tu stwierdzić, że każde z jego wyrażeń stanowić by mogło prawdziwą ozdobę » Słownika Wyrazów Zelżywych «profesora Wieczorkiewicza”.

 

     Ale nie tylko  dozorca miał wpływ na późniejszego pisarza. Chłopak lubił przesiadywać w warsztacie szewskim, który mieścił się w oficynie kamienicy. Jego właściciel pan Dobrosielski, weteran Powstania Styczniowego opowiadał o licznych bitwach używając podobnego języka jak dozorca, Wicuś Pijak. Nie mniejsze wrażenie robiły na rosnącym dzieciaku podwórkowe występy magików z popisowymi numerami „ Człowiek- Wąż. „ albo „ Kobieta- Krzesło”. W  autobiografii tak opisuje tamten czas i miejsca starej , już nieistniejącej Warszawy:

 

„(..)  wyparte nieraz przez Wicusia z podwórza dzieciaki i na ulicy znajdowały wiele ciekawych rzeczy. Na rogu Siennej był sklep kupiecki pana Andrzejewskiego z chałwą i daktylami na wystawie. Obok mieścił się zakład tapicerski pana Mojżesza Ryndzuńskiego. Nieco dalej cukiernia pana Szczerkowskiego, demonstrująca w witrynie wspaniałe torty z fontannami czerwonego lukru. (.) Całą watahą wybiegaliśmy aż na Marszałkowską, gdzie, niedaleko Siennej, istniał magazyn materiałów artystyczno-malarskich pana Wadowskiego. (.) Tu budziły pierwsze niepokoje lekko zawoalowane biusty Franciszka Żmurki. Tu przyciągał nasze oczy obraz Kossaka przedstawiający szarżę Czerkiesów na tłum przed kościołem Świętego Krzyża”.

Podobne scenki jak z tego obrazu Kossaka Wiechecki widział na żywo. W pobliżu domu, gdzie mieszkał,  w tzw. krwawą środę 1906 roku bojownicy PPS starli się z wojskiem i policją, na ulicy leżały trupy. Stefan z bratem i krewnym ojca w ostatniej chwili uciekł do bramy przed nacierającym konno kozakiem….

 

      Pierwszy wydrukowany tekst Stefana Wiecheckiego był zupełnie inny od następnych. Gdy autor miał 12 lat, czyli w 1908 roku opisał  umierającego z nędzy pisarza i zatajając nazwisko wysłał ten tekst do małego warszawskiego  wydawnictwa czasopisma „Wiarus”. Uradował się wielce, gdy już po tygodniu  ujrzał swój artykuł wydrukowany i opatrzony

” mrożącą krew ilustracją „ 

       Wkrótce po opublikowaniu pierwszego tekstu, rodzina Wiecheckim przeniosła się z powrotem na Wolę, na róg Chłodnej i Okopowej, w pobliże ogromnego targowiska – pl. Kercelego, nazywanego Kercelak.  Tutaj młodzieniec już gruntownie zapoznał się z warszawskim dialektem. „. W swoich wspomnieniach tak pisze:

 

 „(…) Na tym wielkim placu, pełnym bud, budek, straganów, klatek z gołębiami i stoisk z psami, przysłuchując się rozmowom handlowców z kupującymi, poznawałem tajniki i niuanse tej szemranej mowy. Bo na Kercelaku, oprócz wymiany drobnotowarowej odbywało się coś jeszcze. Gwary poszczególnych dzielnic Warszawy zlewały się w jeden dialekt warszawski, który mnie tak zafrapował swoją oryginalnością i celnością, że już w szkole zacząłem nim pisać ćwiczenia z języka polskiego”.

   

Ojciec dbał o wykształcenie syna.  Wysłał go do Gimnazjum Filologicznego Wojciecha Górskiego przy ul. Hortensji 2 ( dziś ul. Górskiego). Było to jedyne gimnazjum w Warszawie z polskim językiem wykładowym. A trzeba tu wspomnieć, że Polski wówczas nie było !  Tutaj przyszły Wiech miał szczęście spotkać polonistę, który zadawał uczniom zadania na tematy dowolne lub o Warszawie. To wtedy Wiechecki rozpoczął swoje pisanie gwarą. Nauczyciel nie tylko nie tępił tej swoistej maniery, a nawet  zachęcał chłopca do poznawania folkloru miasta. .Jednak  ogólnie nie był zadowolony z ucznia. Późniejszy pisarz tak opowiada we wspomnianej  autobiografii „ Piąte przez dziesiąte” :

 

Nauczyciel   „Mawiał zwykle, oddając moją pracę: – Pan Wiechecki, jak zawsze, prześlizgnął się po temacie, ale, że zrobił to nieźle – trzy plus. Poza owe trzy plus nie udało mi się nigdy w szkole wyskoczyć, ale na ten gwarze ślizgam się już kilkadziesiąt lat i chwalę to sobie” .

 

      Tadeusz Wittlin wspomina, że Wiechecki mając 13 lata zapuścił wielką iście lwią grzywę, by upodobnić się do „ prawdziwego literata”. Dyrektor Gimnazjum, Górski tępił takie fryzury, więc skarcony Stefan szedł do łazienki, wsadzał głowę pod strumień wody i zaczesywał włosy. Ale ledwie „Góral” się oddalił, chłopak mierzwił czuprynę i wyglądał gorzej niż wspomniany już słynny dozorca Wicuś Pijus. Ostatecznie niepokorny uczeń został uroczyście zaprowadzony przez woźnego do fryzjera, gdzie został ostrzyżony i co dzisiaj wydaje się  dziwne- zabieg odbył się na koszt gimnazjum !

        Poza karierą literata  chłopiec marzył o karierze aktorskiej. Grywał w amatorskich teatrach , początkowo w rolach uczniów, sierot, pikolaków. Ale z czasem dorósł do roli drugiego amanta. Wówczas przybrał sceniczny pseudonim Stefan Gozdawa. Podczas występu w Teatrze Popularnym w Sali Związku Rzemieślników Chrześcijan spotkał piękną brunetkę Leokadię Fałdoską używającą imienia Irena. W sztuce „ Cyganie” Józefa Korzeniowskiego on wcielił się w cygańskiego wodza a ona – w tańczącą przed nim dziewczynę. Nic więc dziwnego, że ich poniosło. Zaiskrzyło. Zakochanie przetrwało przez całe ich życie, nawet gdy zostali małżeństwem.

      Gra w teatrze nie sprzyjała edukacji szkolnej i pewnie także ta wzbudzona namiętność spowodowała, że Stefan oblał maturę, choć  zdał ją w następnym roku w Gimnazjum im. Mickiewicza a i ukochana miała bardzo mierne oceny.
      W 1916 roku zaciągnął się do Legionów Polskich  i po 2 latach  wyszedł do cywila.

Wkrótce  wrócił do wojska by bronić kraju przed bolszewikami. Walczył z zapałem i zaangażowaniem tak wielkim, że po zwycięstwie przywiózł do domu Krzyż Walecznych.         

       Otrzymał dobrze płatną pracę w referacie prasowym Polskiego Czerwonego Krzyża.        I dopiero wtedy matka Ireny, uznała, że jest odpowiednim kandydatem na męża jej córki.  

Ślub wzięli w 1923 roku i zamieszkali  po drugiej stronie Wisły, w prawobrzeżnej Warszawie, najpierw przy ul. Wileńskiej 59 a potem przy Stalowej 1. I tam czuł się rozkosznie, wśród specyficznych mieszkańców tzw. Szmulek.

      Wkrótce potem Wiech porzucił pracę w PCK i z pomocą finansową ojca założył własny teatr. Mieścił się w dwóch połączonych mieszkaniach na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Wolskiej 32. Nosił nazwę Popularny, na pamiątkę sceny , na której się poznali zakochani. Pierwszą sztuką tam wystawioną były Dzieje salonu” Kazimierza Wroczyńskiego. Tadeusz Wittlin pisał

 

„sala wypełniona była po brzegi, a widzowie śledzili akcję na scenie z zainteresowaniem i bawili się szczerze”. Reagowali śmiechem, wykrzykiwali „ dobrze mu tak” gdy winny został ukarany, etc.

 

Dodatkową atrakcją powodującą, że zjeżdżali się ludzie z całej Warszawy był fakt , że serwowano tam  golonkę i bigos z pobliskiego baru Pod Cyckami.

      Na spektakle przybywali też gangsterzy ze słynnej grupy Taty Tasiemki z Kercelaka. Nie kupowali biletów a gdy mijali sprawdzających bilety mówili” Miesięczny”, rozchylając nieco marynarkę by pokazać broń. Wpuszczano ich bezszmerowo, bo byli  przydatni. Słynni

„ tasiemkowcy” stanowili swoistą ochronę. W przypadku próby wyczynów chuligańskich czy pijackich na widowni, ci  panowie  wstawali ze swoich miejsc na widowni i w miarę dyskretnie wyprowadzali niegrzecznych. Po krótkiej chwili słychać było donośny rumor spadającego ze schodów ciała.  

 

„. Incydent był wyczerpany, kończyło go definitywnie zjawienie się w mojej kancelarii funkcjonariuszy straży porządkowej, którzy meldowali: – Panie dyrektorze, wszystko w najlepszym porządeczku. Barłoga odpłynął!” – wspominał Wiech.

 

    Na spektaklach pojawiały się też znakomitości polskiej kultury jak : Leon Schiller, Józef Węgrzyn, Stefan Jaracz czy Jan Kiepura, który kiedyś  odśpiewał tam arię Jontka z opery Halka.

    Rozochocony Wiechecki wystawiał co tydzień nowe premiery. Były to głównie farsy i melodramaty, ale czasami też sztuki bardziej ambitne  wg Fredry, Bałuckiego czy Żeromskiego.

Sam Wiechecki też pisywał sztuki tam odgrywane. Były poważne o tematyce historycznej, jak np.” Bitwa pod Radzyminem” czy „Śmierć generała Sowińskiego”.

Wykazywał też spryt o czym świadczy następujący fakt. Pewnego dnia się dowiedział,  że ukończono film „Trędowata” i niedługo będzie premiera w kinie Kometa. Od razu kupił tę powieść Mniszkówny i w swoim teatrze wystawił wg niej sztukę, wyprzedzając o 2 tygodnie premierę filmową .
        Jednak pomimo wysiłków dyrektora Teatr Popularny przegrał konkurencję z kinami. Aktorzy domagali się wysokich honorariów, na które nie było Wiecheckiego stać.

I w 1926 roku Teatr zamknięto.

        Wiechecki zaczął się rozglądać za pracą dziennikarza. Poszukiwania rozpoczął od redakcji szacownego „Kuriera Warszawskiego” przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie drukowano samego mistrza-  Bolesława Prusa.

 Ówczesny redaktor naczelny, Tadeusz Kończyc zamówił u Wiecheckiego reportaż na temat wieczoru pod choinką w Domu Akademickim. Chyba się mocno zdziwił, gdy otrzymał felieton w formie rozmowy kandydata na reportera  z mistrzem murarskim Miętusem o sprzedaży choinek na Kercelaku. Roiło się tam od zamierzonych błędów stylistycznych, gramatycznych  a nawet ortograficznych.

Miętus mówił:

 

„ (…) murarz przyzwyczajony za to i tamto w zimie sie łapać. Na Boże Narodzenie choinkami sie handluje, a na Wielkanoc znowuż baranki odchodzą i jakoś musi być. O wiele mnie sie rozchodzi, to do handlu się nie kwalifikuje, za miętkie serce posiadam”. Dalej jest opowieść jak to Miętus za darmo oddawał choinki biednym dzieciom.

 „ Obciachane to, nagie i bose, ale aż jem sie oczy do krzaków świecą (…) No, to miałem ich słuchać i greka udawać ?- Mata, chłopaki- mówię – choinkie i zmiatajta do domu”.

Redakcja „Kuriera” ten tekst  wydrukowała, ale wycięła  i wygładziła to, co było jego solą, wyrzuciła  gwarowe określenia, zwroty i tym samym ogołociła artykuł ze specyficznego niepowtarzalnego  klimatu.

Nic więc dziwnego, że obrażony Wiech postanowił szukać innego czasopisma. Akurat powstała popołudniówka „ Kurier Czerwony” i tam Wiech skierował swoje kroki. Redaktor naczelny od razu przeczytał przyniesione felietony  zaśmiewając się przy tym  do łez a na koniec powiedział „ Do szybkiego zobaczenia”

Od tej pory niedawny dyrektor teatru jak z rękawa sypał felietonami z życia miasta, jak zwykle ubrane w warszawską gwarę. Drukowano je też w innych pismach. Ostatecznie zajął stałe miejsce felietonisty w„Expressie Wieczornym „ a w jego dodatku „ Dzień Dobry” jako Józef Gawęda udzielał porad dla nieszczęśliwie zakochanych,

         Po kilku latach zajął się dziennikarstwem sądowym. Przesiadywał w sądzie grodzkim, który zajmował się niewielkimi sprawami natury raczej pieniaczej lub porachunkowej maluczkich. Miał zapewne  niezły ubaw z miałkości  spraw tam poruszanych, z pyskówek oraz wielkiej galerii typów, nierzadko spod ciemnej gwiazdy, które przewijały się w salach tego sądu .  Redakcja” Kuriera Warszawskiego” i „Kuriera Czerwonego” nie żądała sprawozdań poważnych, akceptowała humorystyczne interpretacje i wymysły Wiecha.  Notował, zresztą zgodnie z prawdą, że jego bohaterowie mówili ” musiem”, ”zamiaruje”,

„ u nasz” „Żalibosz.  Na ZUS mawiano  „ Chora Ubezpieczalnia” , a fikcyjni bohaterowie Wiecha-  Walery Wątróbka i Piecyk   Urząd Stanu Cywilnego nazywali „ magistrackim kościołem ”, posterunkowego –” postronkowym”, fatamorganę przemianowali na

„ fatamruganę”, a przepity głos to był „ sznaps- baryton”…

        Stefan Wiechecki używał  pseudonimu Wiech, co wg jego żony- tak,  stale tej samej Ireny z teatru gdzie był cyganem a ona przed nim tańczyła- skrócił swoje nazwisko z prozaicznego powodu jakim było lenistwo. On sam wyjaśniał, że chodziło mu o wiechę, którą murarze wieńczą najwyższe piętro wznoszonego budynku a pracodawca zaprasza ich na popijawę…..

       I przyszła II wojna światowa, która odmieniła losy świata.

      Podczas Powstania Warszawskiego publikował teksty w dzienniku „ Powstaniec”.

Czas okupacji niemieckiej Wiech opisał w powieści „ Cafe pod Minogą” wydanej w 1947 roku. W 1959 roku na podstawie tej powieści zrealizowano film o tym samym tytule.

       Po wojnie Stefan Wiechecki nadal mieszkał w kamienicy na rogu Stalowej i Inżynierskiej, tj. na warszawskiej Pradze, na tzw. Szmulkach,  , gdzie prowadził niewielki sklepik ze słodyczami. Warszawa leżała w gruzach, mieszkańców zabito lub wypędzono i jedynie tam pozostali rdzenni warszawiacy a z pożogi wojennej ocalały kamienice . I tam jak w soczewce się skupił ocalały koloryt dawnej Warszawy.

Toż to był dla Wiecha istny raj, niewyczerpane źródło z którego czerpał pisząc swoje felietony. 

    Wówczas  pisywał  do „Życia Warszawy” i „Kuriera Codziennego” a następnie do „Expressu Wieczornego”, któremu był wierny aż do śmierci. Poszerzał galerię swoich bohaterów, chociaż fikcyjnych, ale jędrnych żywych i skupiających wszystkie charakterystyczne cechy warszawiaków. Do znanego sprzed wojny historyka- amatora-Teofila Piecyka dołączyli inni bohaterowie jak Walery Wątróbka komentator codziennych wydarzeń w stolicy i jego żona Gienia, brat Gieni- Piekutoszczak, wuj Wężyk z Grójca, ciotka Kuszpietowska oraz Apolonia Karaluch. Zbiory tych felietonów ukazywały się w odrębnych publikacjach np. „Ja panu pokażę” ( 1938). „Wiadomo- stolica” ( 1946), „Helena w stroju niedbałem „( 1949), „Ksiuty z Melpomeną „( 1963), „Śmiech śmiechem” ( 1968), „Dryndą przez Kierbedzia” ( 1990)

 Po wydania „ Expressu Wieczornego” z felietonami Wiecha ustawiały się pod kioskami kolejki.

      Wiech nie tylko pisał o sprawach doraźnych, ale też bardzo zabawnie przedstawiał swoją wersję historii Polski. W tomiku wydanym w 1949 roku zatytułowanym „ Helena w stroju niedbałem , czyli królewskie opowieści pana Piecyka” np. pisał  że legendarna Wanda to „ ta co nie chciała folksdojcza”, Zygmunt III Waza- „ w charakterze słupa stajał”, a Stanisław August Poniatowski „ lubiał wrąbać cóś dobrego i niezależnie stołówki w łazienkach prowadził”.

Tu na marginesie muszę wspomnieć, że ostatnio zapytałam mojego syna o Wiecha, natychmiast zniknął , pognał w stronę regałów z książkami , wybrał jedną . Nieco sfatygowana, ale wzruszenie. Przydało się synowi  namiętne odwiedzanie antykwariatów w czasach licealnych. A teraz  podziwiam jego uporządkowanie, bo wiedział gdzie jej szukać. W odróżnieniu ode mnie, wszystkie moje  książki chaotycznie rozproszone po całym mieszkaniu, zawstydziłam się. Wręczył mi właśnie ową Helenę- otwieram teraz i widzę, że to jest pierwsze wydanie!!!

      Wiech swoje monologi pisał dla Polskiego Radia  i czytał tam swoje felietony.

Zmarł nagle na serce 26 lipca 1979 roku i został pochowany na Cm. Powązkowskim.

        Pożegnałam się z panem Wiechem. Odszedł cicho tak jak przyszedł. Ale mnie nie opuścił, bo zawsze mi towarzyszy. Poczytuję to, co napisał i zawsze się uśmiecham. Tyle w nich  warszawskich wydarzeń które pamiętam i o których tylko słyszałam, spektakli teatralnych ….

     Na Wiecha jeszcze nie przyszedł czas, chociaż bywa, że ludziska, nawet młodzi rzucają

” wiechami”.  Bo Wiecha czytywali nie tylko intelektualiści, ale też zwykli zjadacze chleba.  Długo królowały  na warszawskich ulicach Targówka, Woli, na bazarach Hali Mirowskiej czy Polnej jego powiedzonka takie jak:

„ – Wypotrzebował ją  – W ząbek czesany  – Znakiem tego  – Śmiej się pan z tego  –  Przypuszczam, że wątpię  –  Skoro jeżeli –  A to ci polka – Niech ja skonam..            „

A niedawno się dowiedziałam, że Wiech jest twórcą powiedzenia „ wiek trolejbusowy”, gdyż w pewnym czasie po Warszawie jeździły trolejbusy z numerami od 50-99.

Ale o tym później…

 

Terapia Wiechem. Dlaczego? Dlatego. (1)

WiechRozmawiającyDorożkarz.jpg

Klimatyczne zdjęcie z Wikipedii. Wiech rozmawiający z dorożkarzem zmierzającym na Pragę, w tle Wisła i Warszawa..

 

Kolejne święta Bożego Narodzenia za nami, radość dymnie się rozmyła, zapach piernikowej choinki spowszedniał . Minął  tamten  sen.  Nowy Rok wkroczył  tanecznie ,  zawirował a teraz  jakby oklapł w radości. Tak to jest zawsze. Oczekiwanie piękne i potem normalność. Niby się kręci to życie  w kółko , ale ruchem posuwistym do przodu. Kolejne urodziny imieniny etc.

    A tu dookoła skrzeczy rzeczywistość. Po chwilowej ciszy i ciepłej wodzie w kranie nagle kleisty ukrop się leje na głowę. A uciekać nie ma dokąd. Schować głowę jak nasze pieski w czasie hukowej nocy w garderobiane ciuchy i przetrwać. Na nic nie ma mamy wpływu, więc pozostaje ucieczka  w słowo. Dlatego  w tej gęstej atmosferze niepokoju, grozy nawet , zawirowań na świecie, złych prognoz, rozdarcia kraju, szczucia, podsłuchiwania, śledzenia, karania i tylko Bóg wie czego jeszcze,  rozpaczliwie poszukiwałam leku. Choćby  krótko działającego , ale dającego  chwilę relaksu.  I znalazłam Wiecha, jego teksty sprawiły, że się zaczęłam uśmiechać  a wczoraj nawet moja młodzież załapała temat.  

Ale najpierw po  kolei. Było tak.

Jak wiecie, a może nie wiecie, bo nie zajrzeliście do tamtego blogowego wpisu , niedawno wędrowałam z „Królem” Twardocha po starej warszawskiej Woli.

I nagle  zapragnęłam lektury, która będzie też o tym mieście i jego kolorycie. O ludziach których już dawno nie ma i o czasach zapomnianych .

Gdy tak główkowałam , co by tu przeczytać, byle nie było długie i nudne, naszpikowane wiedzą historyczną, nagle zaśpiewał mi w głowie Wodecki „ Zacznij…” mam, złapałam wątek : Zacznij od Wiecha!  .

I pognałam do  michałowickiej biblioteki i wypożyczyłam dwa niewielkie tomiki felietonów tego autora zatytułowane  ” A to ci polka” i „Wiech na 102. ”

     Wiech pisywał jeszcze w  czasach które wiązały się z naszą dojrzałością ( zmarł w roku 1979)  ,  ale jakoś wówczas nie budził zainteresowania  Wtedy w ogóle mało czytałam ( poza tekstami medycznymi ), byłam mocno zajęta innymi sprawami, dużą  rodziną i  intensywną pracą . Zresztą nie kupowaliśmy Expressu, gdzie Wiech zamieszczał swoje felietony. A nawet jeśli je kiedyś przeczytałam, nie porywały ,  bo opisywały codzienność, a tę mieliśmy za oknem. Poza tym raziła  gwara warszawska, a jak niektórzy twierdzą,  zmodyfikowana nieco przez autora tychże felietonów. Był to jeszcze okres kiedy  walczono na wszystkich frontach z naleciałościami językowymi, jak np. z gwarą śląską , uważając że zanieczyszcza nasz piękny polski język. Miał być on nieskazitelny, poprawny, wszystko miało być jednakowe, jak mniemam chciano by zapomnieć o zaborach itp.  Wtedy niektórzy  mówili  o Wiechu źle i niechętnie. W poprzednim okresie lat 50 ubiegłego wieku był wykluczony przez cenzurę, nawet wydano nakaz wycofania jego książek z bibliotek.

Potem się odmieniło, ale jednak byli krytycy jak   Zygmunt Lichniak czy Jacek Bocheński , który w latach 60 ubiegłego wieku pisał:

„ Wiech paskudzi język polski”

Od kilku lub kilkunastu lat jest inaczej. Wróciły dawne sentymenty, klimaty, Kaszubi wprowadzili nawet napisy ulic w ich języku, co widziałam w Jastarni. Tak, wzruszały mnie te dwujęzyczne –  polskie i kaszubskie tabliczki.

Jednym słowem przyszedł do nas wreszcie czas  odkrywania  swoich korzeni, poszukiwania wiedzy o przodkach. I to jest fajne.

     Wspomniałam o negatywnej krytyce, ale od początku pisania Wiech miał  licznych wielbicieli,  znamienitych , uznanych ludzi kultury. I tak Julian Tuwim nazywał go  

„ Homerem warszawskiej ulicy i warszawskiego języka ” i w swoich „Kwiatach Polskich „ zamieścił o nim strofę.

Zachwycał się jego pisaniem Stefan Kisielewski, z chęcią czytywał Karol Szymanowski, cenił  przebywający w Ameryce Jan Lechoń, uwielbiała Pawlikowska- Jasnorzewska i Melchior Wańkowicz .

Gdy w 1937 roku zgłoszono Wiecha do Nagrody Akademii Niezależnych, Antoni Słonimski tak uzasadniał tę nominację :

 „ Wolę książkę , która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia”. Fajne, prawda?

 Ponadto Michał Choromański pisał,  „O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem”.       Wystarczy tych ocen , podsumowań i dowodów uznania? Wystarczy by poczuć się raźnie w gronie wielbicieli, oczywiście w charakterze szarej myszki podgryzającej w kąciku stare annały. 

      Przed wielu laty nasz zaprzyjaźniony wiekowy sąsiad działkowy, wielki erudyta, wszechstronnie uzdolniony, istny człowiek renesansu lubił mówić „Wiechem.”  Znał wiele jego tekstów na pamięć. Wygłaszał je więc w różnych okolicznościach, zaśmiewając się i zarażając nas tą radością. Miał przyjemny głos i super interpretował. Zostało to w moich wspomnieniach bo gdzieś głęboko w czułość zapadło.

     Teraz wszystko to ożyło, chyba dojrzałam, by docenić  specyficzny rodzaj humoru  Wiecha, jego  uśmiech bez sarkazmu czy wyśmiewania, różnorodność scenek z życia i obszerną galeria typów, a właściwie ludu Warszawy- tego dawnego zasiedziałego i nowego powojennego który tu przybył z różnych stron.  Ponadto  lekkość stylu Wiecha i  chwytająca za serce, już zapomniana, wymieszana w tyglu , ale jędrna i wiecznie żywa gwara warszawska. Może nie są to nasze korzenie, bo wileńskie i beskidzkie daleko, ale 48 lat mieszkania w Warszawie zrobiły swoje.  Co tu mówić,  wrosłam w to miasto. Pierwszych 18 lat życie spędziłam w Gorzowie nad Wartą, zaledwie trzy lata w Poznaniu a potem już tylko tu gdzie teraz jestem.  Więc jak się teraz mówi, słoikami, czyli przybyszami  jesteśmy, ale już dobrze spleśniałymi i nadgryzionymi zębem czasu…to tutaj urodziły się nasze dzieci i wnuki….

    Tak więc siedząc sobie w ciepełku z pieskami córki myślami bujam nad Bugiem, gdzie stary wspomniany profesor bywał i my młodsi i nasze dzieci. To se ne vrati, jak mawiają Czesi- zresztą to też powiedzonko naszego starego profesora….

Jak na razie nie wznawiano  książek Wiecha, nawet w e- antykwariacie aktualnie nie ma, ale tam zamówiłam  „Dzieła zebrane”  i czekam. 

Wobec tego ,  jak wspomniałam wcześniej, podreptałam ci ja do michałowickiej biblioteki , sięgnęłam na półkę z literaturą polską i wydobyłam Wiecha. Spośród wielu pozycji jego autorstwa, wybrałam na chybił trafił dwa tomiki zatytułowane” A to ci polka” i „Wiech na 102”.  Trafiłam przednio.  Oba zostały wydane w 1974 roku, który pamiętamy dobrze. To lata naszej młodości  utrwalone, szarobure wprawdzie i przaśne ale opisane z humorem, uśmiechem bez sarkazmu i kąśliwości. Gdzieś już ukryte, zapomniane. Teraz przypominam sobie jak było, uśmiecham się i odlatuję od aktualnej skrzeczącej rzeczywistości.  

Zapraszam Was do tego wspólnego lotu…..