Wzgórzowy Bal dla Niepotrzebnych

P7240867.JPG

 

Przed laty  istniał jeszcze portal Moje Miasto Gorzów. To tam spotykaliśmy się w grupie fajnych ludzi, którym się chciało.

Chciało się być razem, pisać, dyskutować, wymieniać poglądy.

Był miły kontakt z redaktorami, którzy czasami coś tam poprawiali, drażniło, gdy zmieniali tytuły, mogli, bo  taka była umowa, ale  ogólnie zamieszczano tam nieomal wszystkie teksty.

Tak więc pomiędzy wiadomościami z miasta, zdjęciami dziur na ulicach można było znaleźć  luźne teksty nie zawsze związane z Gorzowem. To urozmaicało codzienność i pięknie ją ubarwiało.

Niestety zmieniono nazwę portalu na Nasze Miasto Gorzów  i formułę, tak jak to w życiu bywa. Przyszła nowa zmiana.

I jest to teraz  zwykły portal informacyjny jakich wiele.

Jakże miło, że z tamtych czasów zostali nowi a teraz już starzy znajomi a nawet można ich nazwać przyjaciółmi…..

        Niestety świat się kręci, ale czy w dobrą stronę? …lepiej nie wspominać tu aktualnej dobrej zmiany” w kraju i na świecie, bo człek wpada w rozpaczliwą furię.

Więc wolę wracać do tego co było, co już sprawdzone i bezpieczne. Zapraszam więc….

        Ostatnio przeglądając różne swoje stare foldery znalazłam taki tekścik który przed 7 laty wrzuciłam do naszej MMki jako Łuka…..( Łuka to nick od mojego nazwiska panieńskiego- Łukaszewicz).

 

PA234221.JPG

 

 

 Jest późna jesień, nadchodzi noc. Spaceruję po gorzowskich wzgórzach. Obserwuję rośliny, niedawno zielone, kwitnące, wydały na świat swoje owoce a teraz kończą swój żywot. Myślę, że jestem do nich podobna.

Moje życie też przemija.

Obok leżą śmieci. Robię zdjęcia. W nocy, w świetle lampy błyskowej nawet one wyglądają jakoś pięknie i tajemniczo.,

Wyobrażam sobie, że nadeszła pora na wielki, radosny, finalny bal. Więc wymyślam sobie ten bal i zapraszam wszystkich którzy czują jak ja…

 

 PA224186.JPG

 

 

Właśnie gdzieś w górach zasnęła zima, zmęczona jak każdy wcześniak.

 

Moje miasto jeszcze marudzi przed snem.

 

 A na wzgórzach właśnie trwają szumiące gorączkowe przygotowania.  

 

Koniec sezonu, wielki finał niedługo i ostatni bal .

 

Jeszcze wrzucane  kolory , błyszczyki, pudry, zmiana biżuterii .

 

I już są piękne :

bardzo dojrzałe liście

omdlewające trawy

sztywne badyle we frakach

szyszki w połogu

głogi w karminach

 a nawet potargane strzępy  folii opalizują ptasiozwierzęcą bielą .

 

Pytają, czy zostanę.

Oczywiście , bo to bal też dla mnie…

to przecież Bal dla Niepotrzebnych

 

zapraszamy wszystkich  

 

…czas zaczynać

 

…orkiestra…

 

PA224189.JPG

 

PA224210.JPG

 

PA224216.JPG

 

PA234304.JPG

 

PA234244.JPG

 

PA234225.JPG

 

PA234339.JPG

 

 

 

 

Jesienny monolog zamiast rozmowy z polską mimozą.

 

Łany mimozy polskiej za okienkiem na stryszku. Michałowice

SAM_5177.JPG

Już jest coraz bardziej  senna .

Nawłoć pospolita .

Mniej złotem nasycona, przygaszona, uspokojona i pogodzona z losem.

Bo nieuchronnie nadszedł  październik, kolejny w naszym i jej życiu.

Szalała od lipca, ale teraz pora iść spać.

Niechętnie rozmawia, więc nie zmuszam, jeno monologi wygłaszam szeptem i mówię, że chciałabym coś o niej napisać no i wrzucić zdjęcia.

Mimoza przeciągając się, jakby mimochodem  się zgadza . Jestem zmęczona, mówi. Uwielbiam cię…ja na to.

Więc teraz pogadam, a Ty  odpoczywaj sobie.

     Wiem, że  wolałabyś swoje popularne nazwy jak :

polska mimoza, złota dziewica, złotnik, urasz albo  złota rózga. Jednak nie jestem pewna,  czy lubiłaś gdy kiedyś nazywano cię prosiana. Chociaż inne nazwanie takie jak  głowienki czerwone jest nawet fajne.

Ale na chrzcie  dano ci imię Nawłoć a w dodatku pospolita. No cóż, trudno, musiałaś się pogodzić.

Ale dobrze wiesz, że  wcale pospolita nie jesteś, przynajmniej z urody.

Jedynie fakt, że często u nas , na naszym Mazowszu, mieszkasz,  może sugerować ową pospolitość w nazwie.  

Ale tak naprawdę jesteś cudnej powierzchności, o delikatnym smukłym ciałku  wysokim i bardzo długonogim   i  w dodatku cichutkoszumnym .  

Matka Natura zaplata ci  malownicze  złote dredy , które podziwiam i którymi  tak bardzo lubi się bawić zachodni wiatr.

Uwielbiam ciebie , nie pozwalam skosić, gdy jesteś niemowlęciem w powijakach zaledwie i wypatruję końca lipca . Wtedy wybiegasz z koleżankami czy siostrzycami na brunatno zielonkawe płaskie połacie naszej niziny i nagle  nieużytki michałowickie pokrywają się złotem.

Wtedy sycę  oczy, oglądam pojedyncze nawłociowe dziewczyny a także ich gromady .

I tak jest do września, kiedy to powoli gaśnie ich złoto, przekwitają jak my wszyscy a wreszcie usypiają badylasto….

To tak jak my chyląc się ku zimie życia marniejemy, drobimy kroczkami i „nie dla nas sznur samochodów” jeno izdebka i ogródek. I tak już jest. Bilet w jedną stronę i niebawem koniec „ jazdy”. I już prawie widać jasność u kresu.

Ale  ty, polska mimozo, powrócisz do nas wiosną i złotem obsypiesz lato i będzie radość z narodzin. Taka jak w tym roku, a może Bóg da, że będzie nam dana ta radość  i w następnym. Kto wie…

Pięknie Matka Natura zaplanowała twój długi letni żywot….

    Ale wcale nie jesteś panienką tak słodką i bezbronną. Posiadasz ukryte „pazurki”, bo Natura podrzuciła ci trochę trucizny  byś miała siły w młodości swej bronić się przed zgłodniałym zwierzęciem.  Biedne bydełko, całkowicie nieświadome zagrożenia, po zjedzeniu twojej zieleniny wysoko gorączkuje i puchnie oraz wydala ogromne ilości moczu, co powoduje ekstremalne odwodnienie organizmu i odejście w niebyt…

   Ale gdy dorastasz jesteś łaskawa dla nas a przede wszystkim dla pszczółek. Lubisz ich odwiedziny , cieszysz się, gdy usłyszysz dalekie jeszcze brzęczenie. Widzę jak wtedy przeciągasz się  rozkosznie oczekując pszczelich  pieszczot. Uwielbiasz to łaskotanie i iskanie po złotych dredach szorstkich łapek owadzich i chętnie służysz swoim pyłkiem, byśmy mieli miodzik przepyszny.

       Jednak dawni ludzie , jak to ludzie, wiecznie eksperymentujący, niezrażeni chorobą bydła, musieli spróbować czy im nie zaszkodzisz .

Już Indianie używali twojej  kanadyjskiej odmiany  jako odtrutki p/ jadowi żmij

Plemiona germańskie traktowały cię  jako herbatę, a my dowiedzieliśmy się o twoich  właściwościach od wziętych do niewoli Turków i Tatarów.

I warto było, gdyż okazało się, że zebrane w czasie kwitnienia twoje 25 centymetrowe wierzchołki , ususzone w cieniu zawierają  duże dawki rutyny i kwercetyny.

     Możemy pić herbatkę z twojego suszu gdy  boli pęcherz albo nery ( określenie moich pacjentów) co oznaczać może że wprowadziły się tam bakterie a nawet kamień.

      Herbatka ta może pomóc, gdy boli paluch a badania potwierdzają, że to dna moczanowa czyli słynna z literatury choroba królów czyli podagra.

Mimozo polska jakże jesteś mocarna, pomimo swej pozornej wiotkości, bo  potrafisz zwalczać trucizny które opanowały człowieczy organizm w różnych chorobach, np. reumatycznych, a potem je wydalasz w ekspresowym czasie  zwiększając objętość wydalanego moczu nawet o kilkaset procent!  

       A  przy okazji obniżasz zbyt wysokie ciśnienie  tętnicze choreńkiego człeka.

      Dzięki zawartości garbników i rutyny, która uszczelnia drobne naczyńka krwionośne ,  potrafisz zatrzymać biegunkę a także wyleczyć wrzody żołądka.

      Można herbatką twoją płukać jamę ustną i gardło w przypadku stanów zapalnych , a także przemywać skórę gdy pojawią się na niej trudno gojące się rany czy owrzodzenia.

     Stale jesteś dostępna w necie czy aptekach zielarskich jako Solidaginis herba czyli  ziele nawłoci …

Można cię też  znaleźć na ulotce w mieszankach polecanych w chorobach nerek i dróg moczowych które pewnie dobrze znamy a nazywają się Urogran i Fitolizyna.

     Ponoć  kąpiel w naparze z twojego ziela,  wzmacnia zwiotczałe mięśnie i skórę . Gdy stosuje się takie kąpiele co 3 dzień przez miesiąc, możemy któregoś dnia nie poznać się w lustrze bo nasza skóra stanie się  jędrna i zaróżowiona. Fajne, prawda?

      Pani Anna Mazerant- Leszkowska w „ Małej księdze ziół”  opisuje te wszystkie wymienione twoje zalety, moja ty złota,  zaznaczając, że uwielbiasz towarzystwo liści brzozy, brusznicy, bratka czy owoców jałowca i wtedy dopiero pokazujesz co potrafisz w temacie przepędzania chorób z ludzkiego życia

          Ależ się rozpisałam na tematy leczniczo kosmetyczne, ale emocje musiały znaleźć tu ujście, bowiem dopiero teraz to wszystko odkryłam czytając różne mądre księgi.

Najbardziej mi wstyd, że jakem nefrolog nie wiedziałam o cudownych twoich własnościach . Biję się w piersi i jednocześnie cieszę, że jeszcze żyję  i mogę się uczyć!

Stale się uczyć, doświadczać, to jest super !

        Odrywam wreszcie  wzrok od komputera i od tej pisaniny i zapraszam na ostatnie tegoroczne jesienne spotkanie z cudną złotowłosodredową długonogą dziewczyną

– ulotną jak pełnia lata

– mimozą polską

        Dobranoc piękna i

        do zobaczenia

        do miłego…..

SAM_5181.JPG

SAM_5205.JPG

SAM_5187.JPG

 

 

Zaproszenie do innego świata ( 4 )

Moi Kochani!

Rozpisałam się a  Wy naczytaliście, jeśli daliście radę i dobrnęliście do tego momentu – dziękuję Wam za to.

Gdy zakończyłam lekturę książki, a nie mam zwyczaju przeglądać jej przed przeczytaniem tak jak to robi Mirek, zaskoczyło mnie to, co napisała autorka w posłowiu.

Może jednak warto  postępować tak jak M.

Bo przez ten  cały czas gdy czytałam, zadawałam sobie pytanie skąd się wziął taki oryginalny pomysł i jego rozwinięcie.

I na koniec znalazłam odpowiedź. 

Fajnie, gdy autor nawiązuje taki osobisty kontakt z czytelnikiem….

A teraz zapowiadane już wcześniej słowa autorki „ Ucznia architekta”, Elif Safak o  jej

„ warsztacie „ pisarskim. Cytuję fragmenty , gdyż streszczanie swoimi słowami byłoby profanacją :

        „ Nie jestem pewna, czy pisarze wybierają tematy, czy to tematy w jakiś sposób odnajdują ich.

Przynajmniej ja odniosłam wrażenie, że z Uczniem architekta stało się to drugie.

Pomysł na tę powieść zrodził się pewnego słonecznego popołudnia w Stambule, gdy siedziałam w taksówce, która utknęła w korku. Wyglądałam przez okno ze zmartwioną miną spóźniona na spotkanie, gdy mój wzrok prześlizgnął się z ulicy ma meczet nad morze.

Był to Molla Czelebi, jedna z mniej znanych architektonicznych perełek Sinana.

( najsłynniejszego XV wiecznego architekta tureckiego, autora ponad 400 znamienitych budowli w świecie- mój przyp. )

 Na murku siedział mały Cygan, bębniąc w odwróconą do góry dnem puszkę. Pomyślałam, że jeśli dłużej postoimy w tym korku, równie dobrze mogę zacząć wymyślać historię o architekcie Sinanie i Cyganach.

Samochód ruszył i pomysł zupełnie wypadł mi z głowy do czasy, aż tydzień później przyszła pocztą pewna książka przysłana mi przez drogiego przyjaciela. „ The Age of Sinan….”Jeden rysunek z tej ksiązki szczególnie przykuł moją uwagę: był to portret Sulejmana Wspaniałego , wysokiego i eleganckiego w pięknym kaftanie.

Bardziej jednak zaintrygowały mnie postaci w tle.

Przed meczetem Suleymaniye stał słoń z kornakiem; czaili się na obrzeżach obrazu, jak gdyby gotowi czmychnąć, nie mając pewności, co robią w tej samej ramie co sułtan i jemu poświęcony pomnik. Nie mogłam oderwać wzroku od tego wizerunku. Historia mnie odnalazła.

     W trakcie pisania tej książki chciałam zrozumieć nie tylko świat Sinana. Lecz także jego głównych uczniów, współpracowników, niewolników i zwierząt, które mu towarzyszyły.

Gdy jednak pisze się o artyście, który żył tak dawno temu i stworzył tak wiele jak Sinan, największym wyzwaniem jest rekonstrukcja chronologii.

Zbudowanie jednego meczetu trwało od siedmiu do dziewięciu lat i Sinan wzniósł ponad trzysta sześćdziesiąt pięć budowli różnej wielkości.

Tak więc z myślą o odpowiednim tempie narracji postanowiłam odstąpić od ścisłego porządku chronologicznego i stworzyć własne ramy czasowe, gdzie prawdziwe zdarzenia historyczne zostały nałożone na nową linię czasu. Na przykład w rzeczywistości Mihrimah wyszła za mąż w wieku lat siedemnastu , ja jednak chciałam, żeby ślub odbył się później, aby dać jej i Dżahanowi więcej czasu. Jej mąż, pasza Rustern zmarł w roku 1561; lecz dla dobra opowiadanej historii chciałam, żeby pożył nieco dłużej. Kapitan Gareth to postać całkowicie fikcyjna, ale jej pierwowzorem byli zarówno europejscy żeglarze, którzy zaciągnęli do osmańskiej floty; jak i marynarze osmańscy, którzy przeszli na drugą stronę. Ich historia nie doczekała się jeszcze opisania.

   Wprowadzenie Taqiego ad-Dina do opowieści na wcześniejszym etapie dziejów była świadomą decyzją. W rzeczywistości został on nadwornym astronomem za panowania Murada. Wątek obserwatorium był jednak dla mnie na tyle istotny, że przesunęłam datę śmierci wielkiego wezyra Sokollu.

Malarz Melchior i ambasador Busbecq byli postaciami autentycznymi. Przyjechali do Stambułu około 1555 roku, ale zmieniłam daty ich przybycia i wyjazdu.

W kilku książkach natknęłam się na wzmianki o grupie osmańskich architektów w Rzymie, ale pozostaje niejasne, czym dokładnie tam się zajmowali.

Wyobraziłam ich sobie jako uczniów Sinana, Dżahana i Davida.

A w Wiedniu naprawdę żył słoń o imieniu Sulejman, którego historię przepięknie opisał Jose Saramago w „Podróży słonia „

    Kończąc: niniejsza powieść jest wytworem wyobraźni. Jednakowoż prowadziły mnie i inspirowały wydarzenia historyczne i prawdziwe postaci. Czerpałam pełnymi garściami z wielu anglojęzycznych i tureckojęzycznych źródeł ….

    Niechaj świat płynie jak woda- mawiał Sinan. Mam tylko nadzieję, że ta powieść też będzie płynąć jak woda w sercach czytelników.”

 

BiałeSłonieZimbabwe.jpg

 

Zdj, z netu

 

 I jeszcze kilka moich ulubionych cytatów z tej książki:

 

„ ….W raju rosło drzewo niepodobne do innych na ziemi. Jego gałęzie były przezroczyste, korzenie chłonęły mleko zamiast wody, a pień ikrzył się jak skuty lodem, lecz gdy się do niego zbliżyć, nie było  przy nim zimno- wcale a  wcale. Każdy liść na owym drzewie oznaczony był imieniem człowieka, Raz w roku w miesiącu szaban, w nocy z czternastego na piętnasty, zbierały się wokół niego w krąg wszystkie anioły. Poruszały zgodnie skrzydłami. W ten sposób wzbudzały silny wiatr, który  potrząsał gałęziami. Liście zaczynały opadać. Czasem lot ten trwał długo. Innym razem liść spadał w mgnieniu oka. W chwili, gdy dotykał ziemi, ten, którego imię nosił, wydawał ostatnie tchnienie.  Dlatego też uczeni mędrcy nigdy nie postawią stopy na suchym liściu, na wypadek, gdyby mieścił w sobie czyjąś duszę…”

( str. 375)

 

„….mówił z trudem Sinan. -Wszystko działo się z jakiegoś powodu. Trzeba myśleć o powodzie, nie nienawidzić sprawcy. „ ( str.376)

 

„ ..Nad miastem zaległa mgła; słońce było niewyraźną aureolą za kłębami szarości. Na pierwszy rzut oka Galata na drugim brzegu Złotego Rogu wyglądała jak zawsze. Domy- w połowie kamienne, w połowie drewniane- stały w rzędach jak psujące się zęby; mijała kościoły bez dzwonów; z kaplic dolatywał zapach świec i kadzidła; otaczała go ludzka zbieranina- Florentczycy, Wenecjanie, Grecy, Ormianie, Żydzi, franciszkanie….”( str.379)

 

 „…-Ta figurka tutaj…kto to?

– Święty Tomasz- wyjaśniła zakonnica ze zmęczonym uśmiechem.- Patron stolarzy, budowniczych, architektów i robotników budowlanych. Znano go też jako niedowiarka. Wątpił we wszystko, nic nie mógł na to poradzić. Ale Bóg i tak go kochał….”( str.382)

 

 „ …Mądrość nie spływa z nieba jak deszcz, bierze się z ziemi, ze znojnej pracy- powiedział Dżahan, przypominając słowa ich mistrza” ( str. 389)

 

„ W tym momencie Dżahan zrozumiał, że życie jest sumą wyborów, których nie dokonujemy; ścieżek utęsknionych , ale nie obranych…”

 

„ Niewysoki i chudy jak trzcina, ubrany w łachy, z drewnianą łyżką zawieszoną na szyi….

Zerknąwszy jedynie na stopę Dżahana, uzdrawiacz stwierdził, że nie jest złamana, jedynie fatalnie zwichnięta.

Zanim Dżahan zdążył zapytać, co to znaczy, znachor wepchnął mu do ust łyżkę, chwiał stopę i przekręcił. ….

…później znachor pokazał mu ślady po zębach na łyżce. Najwyraźniej nie tylko Dżahan je tam zostawił.- Sami połamańcy?- spytał, gdy już mógł mówić.- Też rodzące. One gryzą najmocniej….” ( str 436)

 

Itd., itd….takich mądrych i barwnych cytatów można by mnożyć….ale po co? Jeśli ktoś ma ochotę, to sam przeczyta  książkę…

 Elif Safak „Uczeń architekta”2014  przekład Jerzy Kozłowski, Wydaw. Znak Kraków 2016

 

Ciekawa jestem wrażeń…

Zaproszenie do innego świata ( 3 )

OrhanPamuk.png

Orhan Pamuk

StambułPamuk.jpg

 

ElifShafak_Ask_EbruBilun_Wiki_cropped.jpg

Elif Safak

UczeńArchSafak.jpg

To oni zaprosili nas do innego zaczarowanego świata….zdj z netu

 

 

Po niewielkim przerywniku spowodowanym Imieninami mojego Taty, wracam do końca opowieści o Turcji, którą zatytułowałam Zaproszenie do innego świata.

Tym tytułem chciałam się odciąć od tego co nas otacza. Od politycznego zgiełku, od galopującej nienawiści i historii która ’kołem się toczy’- co nie daj Boże, by stało się prawdą. Odpocznijmy więc od współczesnych lęków, dygotu nawet lub depresji.

Wróćmy w dawne czasy, gdyż są już bezpieczne dla nas, bo zasłonięte szczelną choć niewidzialną kurtyną lat a nawet wieków które przeminęły….

      Było tu już o Orhanie Pamuku, tureckim nobliście i jego „Stambule”, którym zaraził mnie pragnieniem ujrzenia tego miasta z rozkołysanego pokładu statku. Postanowiłam popłynąć i przeżyć niezwykłą przygodę. Jednak niespokojne czasy i moje biegnące coraz szybciej, z zadyszką już, nieubłaganie, lata stanowią  granicę, której już nie przekroczę.

Ale mogę sobie wyobrazić…

      I oto jestem, miasto wyłoniło się na horyzoncie, jeszcze uśpione, jeszcze czarne zmrokiem ale już gdzieniegdzie bielejące świtem, by na naszych oczach pojaśnieć wybudzić się i do nas uśmiechnąć. Jest pięknie wyniosłe i umajone  meczetami , których  minarety strzeliste wiodą prosto do Pana Boga, niezależnie jak kto Go nazywa.

I z tego” miejsca, skąd widać światło”czyli minaretu już  łka muezin , pewnie z głośnika, ale głos jak żywy i wzbija się w niebo i pulsuje i ogrania nas tym orientalnym klimatem i zaprasza by pójść wąskimi uliczkami starego miasta i poszukać ludzi. Wyczytać na ich twarzach to co opisuje Pamuk- i ową romantyczność czasem tragiczną i łaskawość dla innych i łzy nieszczęsnych nieszczęśliwych kochanków zaklęte w kamień nad Bosforem  i ślady dawnych lat i całą tą literaturę wyczytać….

      Bo tym razem będzie o pani Elif Safak.

Ta turecka pisarka, urodzona o jedno pokolenie później niż Pamuk ( on rocznik 1952 a ona 1971), bardziej od niego światowa, bo przyszła na świat we Francji, potem wyemigrowała z matką, nauczycielką,  do Hiszpanii i gdy już dojrzała i stała się świadoma swoich korzeni, wróciła do Turcji. Jednocześnie porzuciła nazwisko ojca, przyjęła drugie imię matki za swoje , ukończyła w Ankarze  studia gender i stosunki międzynarodowe oraz obroniła pracę doktorską. Otrzymuje liczne stypendia zagraniczne, z których korzysta z ochotą ale zawsze  wraca, wraca do  kraju swoich przodków i zanurza się w jego klimatach.

     I pisze powieści, pierwszy najsłynniejszy bodaj „ Pchli targ”, potem „Lustra”, które mniej mnie wciągnęły i wreszcie pojawia się u nas jej  powieść„ Uczeń architekta”. Książka dla mnie niepowtarzalnie przejmująca , pełna klimatów i niezapomniana.  Jest pięknie napisana, świetnie przetłumaczona wciąga bez reszty i pozostawia trwały ślad w takim czytelniku jak ja… Książka snuta jak opowieści  w Baśni Tysiąca i jednej nocy, czarowna, barwna i dziergana misternie  złotą nicią. Historie w niej zawarte są pełne, zamknięte, cudnie ze sobą powiązane, nasączone ciepłem. Tak, to jest bardzo ciepła książka. .

 To ta  lektura zapamiętana na długo, zaprosiła mnie do spisanie tych wspomnień o Turcji, którymi Was, Kochani raczę od pewnego czasu zapraszając do innego świata.

     Tak , to inny świat, odległy nieomal o lata świetlne, świat czasów Imperium Osmańskiego, panowania sułtanów Sulejmana Wspaniałego, Murada i innych .

Jest najpiękniejszą jaką czytałam historią miłości człowieka i zwierzęcia. O ich przywiązaniu, wzajemnym  zrozumieniu i ukochaniu. To historia  przyjaźni chłopaka- Hindusa z białym słoniem. Słoń biały  rodzi się niezwykle rzadko i w tej akcji stanowi niezwykły prezent z Indii  dla sułtana, a właściwie sułtanki . Razem ze słoniem przybywa do Turcji ów chłopak, opiekun słonia, tzw. kornak, gdyż nikt nie potrafi zrozumieć białego słonia, nikt nie jest w stanie się nim dobrze opiekować. Słoń nie potrzebuje mowy ludzkiej, by wyrazić swoje pragnienia, potrzeby i uczucia, które w mig rozpoznaje jego młody opiekun. Czas biegnie….

   Inna historia, to nieszczęśliwa miłość do kobiety. Chłopak ów beznadziejnie zakochuje się w dziewczynie nie ze swojej kasty, ale nawiązuje z nią bliskie przyjacielskie relacje i jest wierny tej pierwszej jedynej miłości. Jakie to piękne….

Jak wspomniałam wcześniej  Safak równolegle dzierga kilka historii, zręcznie je przeplatając, by nie znużyć czytelnika a jednocześnie podtrzymać jego zainteresowanie i poziom emocji. Pisarka jest dla mnie super! Ukłon w jej stronę jak również w kierunku tłumacza.

     Chłopak poza swoim ukochanym przyjacielem- słoniem i pielęgnowaną w cichości miłością do dziewczyny , odkrywa swoją pasję. I to kolejna historia. Gdy kornak przypadkowo spotyka tureckiego wielkiego Architekta i budowniczego- Sinana, co oczywiście też wiąże się ze słoniem, ten Wielki Człowiek dostrzega zdolności chłopaka, zatrudnia go u siebie, naucza i pozwala na rozwój samorodnego talentu. Razem budują obiekty, które pomimo upływu wielu wieków można nadal oglądać.  

I tu moje odkrycie, biję się w piersi, nic nie wiedziałam na temat tego Wielkiego Architekta- Sinana.   Zmusiło mnie to do pogrzebania w necie i poczułam jak się rozwijam. Czyż nie piękne jest to uczucie gdy się ma tyle lat ile się ma. …a wieczny rozwój człeka leciwego…piękne, przyznacie….

Więc grzebię w necie jak młódka, uszy mam czerwone i chłonę nową dla mnie wiedzę.

Znajduję tu tylko zdjęcia budowli Sinana, ale też propozycje wycieczki jego śladami . Zachowane obiekty są one rozsiane po wielkim terenie dawnego Imperium Osmańskiego. Nie tylko w Turcji, ale też w Bośni, Mekce, Budapeszcie. Niesamowite, że był twórcą ponad 400 pysznych budowli, które możemy nadal podziwiać   Jakże urocza musi być taka wycieczka tropami Sinana,  choć pewnie wysoce wyczerpująca. Można nogi zedrzeć i doznać zawrotu głowy by obejrzeć te wszystkie Meczety , łaźnie, pałace, mauzolea, karawanseraje ( domy podróżne przy trasach karawan) , mosty, szkoły, akwedukty i szpitale …..

      Sinan a właściwie Hoca Mimar , urodzony w 1489 r. , żył prawie 100 lat !  Aż trudno uwierzyć. Taki wymiar długowieczności w tamtych czasach, gdy i dziś to bardzo słuszny sędziwy i dostojny wiek, niewielu ludziom pisany….

Urodził się w chrześcijańskiej rodzinie w Anatolii jako Grek lub Ormianin, a na chrzcie nadano mu imię Józef.

Gdy miał 22 lata trafił na dwór sułtana w wyniku branki i służył przez 19 lat w korpusach janczarów.

Potem zamieszkał w Stambule, przeszedł na islam i przyjął imię Sinan.

W 1514, roku dostał się do oddziału inżynierów, a od 1528 roku został nadwornym architektem  sułtana. Oby tylko jednego sułtana, – on był nadwornym architektem aż trzech kolejnych władców  Imperium Osmańskiego- Sulejmana Wspaniałego. Selima II i Murada III…..

 

Pozostaję w zachwycie, że tyle wiedzy  zdobyłam, jak  bardzo poszerzyły się moje horyzonty. Jak bardzo ożyły moje marzenia, niedościgłe, ale wiecznie młode….

I jestem szczęśliwa, że mogłam się z Wami tym podzielić….

A wszystko się wydarzyło  za sprawą tylko  jednej przeczytanej książki . …

„ Uczeń architekta”…..Elif Safak…w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego

        

      To na razie tyle, jeszcze jeden wpis będzie, a właściwie cytaty samej  Safak . Są tak dla mnie wartościowe i urocze, że nie będę ich przekształcała swoimi słowami, bo byłaby to profanacja….

 

Imperiumosmańskie1.pngMapa Imperium Osmańskiego….tam można znaleźć budowle zaprojektowane i wykonane przez Wielkiego Architekta- Sinana

 

z20571398AA,Meczet-Selimiye-w-Edirne--dawniej-Adrianopol--w-eu.jpg

 

SelimiyeMosque i SocialComplezSinan16 wiek.jpg

 

SelimyieCamii-uważanyPrzezHistorykówZaNajpiękniejszyNaŚwiecie.jpg

 

z20571405AA,Wnetrze-meczetu-Sulejmana-Wspanialego-w-Stambule--.jpg

Zdjęcia z netu…..

 

 


 

 

Mojemu Tacie, imieninowo…

 Tato na torach.jpg

Na torach, zakochany w kolei na wieki wieków, inżynier dróg i mostów….Mój Tato….

 

 

Dzisiaj imieniny Wacława.

Także mojego Taty.

Wszystko już o Nim tu napisałam.

Że wytworny i delikatny,  raczej małomówny, wrażliwy na przyrodę i piękno świata, wileńsko rzewny , bardzo opiekuńczy i szalenie pracowity …i  zakochany w swojej kolei na wieki wieków…

.

Dziękuję Ci, Tato, że byłeś

Właśnie taki

Dałeś mi ciepło

Cichą obecność

Pokazałeś niebo i chmury

Piękne kadry pejzażu w obiektywie aparatu fotograficznego

 

W pewne niedzielne południe byłam darem od Mamy w Twoje imieniny

Może nie zawiodłam

Nie wiem….

 

Czuję Twoją obecność …wszyscy czujemy…

Jesteś Tato  z nami.

 

W tym pięknym dniu

Wczesnojesiennym

W urodzie świata

Jesteś….

 

tato, ok 19, babcia, mały witek,jego matka.jpg

 

Tato w centrum, jego Mama- Stanisława z d. Rodziewiczówna obok…

Rodzice, ślubna chyba, 1932.jpg

Rok 1932, ślubne..

Tato 1932 i po obozie.jpg

 

Zdjęcie-0560.jpg

Na balkonie naszego mieszkania przy dawnej Nowotki w Gorzowie…

 

Zdjęcie-0682.jpg

Przy pracy, jak zwykle, do końca swoich dni….1957

 

Zdjęcie-0562.jpg

 

 

Zaproszenie do innego świata. cd.

 

MeczetOrtakoyXIXw.JPG

Stambuł – Meczet Ortakoy z XIX wieku. Zdj z Wikipedii

 

 

I gdy bujam w tym innym,  dobrym świecie, gdzie lazur Morza czystego jeszcze, bez ciał  biednych utopionych uchodźców, których lepiej sobie nie wyobrażać, zanurzam się w lekturze i tu znajduję ucieczkę przed złem dzisiejszego świata i zaznaję ukojenia. Nawet to, co kiedyś było ludzką tragedią, wygładzone przez nieubłagany upływ czasu dziś wydaje się tak dalekie, że aż nierealne. 

Przed kilku laty „ zaraziłam się” pisaniem Orhana Pamuka . Ten turecki noblista, który całe swoje życie spędza w kraju ojczystym tak potrafił zaczarować przeszłość, że człeka wciągnął w tamte czasy , że zda się było tam tylko dobro, uczucia i uroda miejsc.

Jego powieść  „ Stambuł”, jak już kiedyś tu pisałam,  to piękna emocjonalna wędrówka po mieście niezwykłym stale śniącym dawne czasy osmańskiej potęgi, teraz śpiące nad wielką wodą, przeglądające się w jej lustrze, a także oglądanie ludzi. Takich ludzi jak zwykle , ale  jakby innych niż nasza nacja. Bardzo uczuciowych i co ciekawe, nie potrafiących czy nie chcących walczyć o swoje szczęście. Pamuk opowiada, że gdy turecka dziewczyna odrzuca miłość tureckiego chłopaka, ten godzi się bez boju . Nie uwodzi, nie czaruje, nie podejmuje prób zdobycia zimnego serca wybranki, ale zagłębia się w swoim bólu. Robi to nawet z rozkoszą, delektuje się swoją tragedią . By to uczucie pielęgnować, podsycać, wędruje nad wody Bosforu by w księżycowej scenerii sprzyjającej rozdarciu i refleksjom zajmować się  rozdrapywaniem  rany….

jakież do nam dalekie , chociaż patrząc na obecnie tworzoną historię przez wygraną partię, jakże bliskie….pielęgnowanie ran…

oczywiście moje słowa nie oddają całego uroku pióra Pamuka, więc  po prostu warto zanurzyć się w lekturze  jego „Stambułu”……

Jednak pora się oderwać od tego pisarza i jego klimatów, a wrócić do tego co miało być zamierzone:

A miało być tylko o pewnym moim marzeniu. Więc wracam do tematu.

Lektura  wspomnianego „ Stambułu „ wzbudziła we mnie wielką chęć, ba , nawet pragnienie, by popłynąć z Europy jakimś statkiem ( jest ich wiele) do Turcji, kraju będącego na rozdrożu kontynentów, pięknego i romantycznego.

I zobaczyć jak Stambuł wypiętrza się z wody, ogromnieje, pokazuje swoje stare i nowe już oblicze, poprzetykane strzelistymi minaretami, wyzłocone słońcem…

Ach, zobaczyć Stambuł….

.oczywiście w dzisiejszej sytuacji i politycznej i mojej własnej- no cóż, latka lecą…to marzenie pozostanie pięknym marzeniem. Ale czyż nie piękniejsze bywają marzenia niż ich realizacja?

Więc odrzućmy lotniska, upojne widoki z okien samolotu, weźmy rejs do Stambułu. Gdy oddali się port, znikną nadbrzeża, miasto wtopi się w horyzont, zostaniemy tylko sami z bezmiarem wód turkusowych. A gdy nastanie ciemność i turkus pójdzie spać, poddajmy się kołysaniu i  zaśnijmy na chwilę w ciasnej kajucie pod pokładem.

Niech nam już nie  przeszkodzi rybno-morski zapach, przez niektórych nazywanym po prostu smrodkiem czy zaduchem.

Na marginesie czy pamiętasz Graniu nasz rejs z Cypru do Ziemi Świętej i Egiptu. Bywało Wam z Krysią niezbyt miło, wonie, kołysanie, ale jaki efekt !!!

I gdy nad ranem wrócimy na pokład i zobaczymy jak świt maluje wodę i niebo i nagle ujrzymy ziemię ….

nie ma dla piękniejszego uczucia, jak to pierwotne, którego doświadczali  odkrywcy lądów.-  poznawanie nie nasze, samolotowe, krótkie jak mgnienie oka ale powolne, stopniowe odkrywanie, z kołyszącym pod stopami pokładem, zapachami, wielką stale oddychającą wodą z jej głębokimi westchnieniami i wreszcie uczta dla oka. Ziemia…

To jest TO !

Więc zamknijmy oczy by się poddać marzeniu….

BłękitnyMeczet.jpg

Stambuł-  Błękitny Meczet- XVII wiek. Zdjęcie z Wikipedii

 

MeczetDolmabahce.jpg

Stambuł- Meczet Dolmabahce.- XIX wiek. Zdj. z Wikipedii

 

PałacBeylerbeyi.jpg

Stambuł- Pałac Beylerbeyi, XIX wiek. Zdj z Wikipedii

 

HagiaSofia.JPG

I wreszcie Perełka z IV wieku – kościół Hagia Sofia………pamięta czasy rzymskie i Konstantynopol.  pewnie oburza się , gdy teraz mówią na miasto Stambuł…..

Zaproszenie do innego świata.

antalya_turcja1500_tatiana_popova_shutterstock.jpeg

 

Zaproszenie do innego świata.

Może tytuł jest zbyt pompatyczny, nieadekwatny do tego co chcę napisać. Ale taki mi przyszedł i już….wybaczcie…

 

I znowu nadeszła  niedziela. Dzień bez problemów, wypoczynkowy i jak chcą obecne władze rodzinno- kościelny. Ale jeśli ktoś nie chce, czy nie może, to co ? Może rodziny nie ma , albo jest ona daleko a do kościoła jakoś niespieszno. Więc  dla nich jest to  taki dzień jak co dzień….i wtedy można śnić na jawie…

      Po wczorajszej ulewie, moje góry upojone i zamroczone wodą którą obdarowało  niebo , jeszcze śpią a welon gęstej mgły daje im ukojenie i sen.

Więc jestem sama w tym tumanie, zamknięta w chałupce z komputerem wprawdzie obudzonym brutalnie, ale nie obrażonym za to, miłym porannym towarzyszem. Mirek jeszcze chrapie, i dobrze, bo mogę bez przeszkód powędrować w inne czasy i do innego miejsca, które kiedyś sobie ulubiłam.

Ucieknijmy od publikatorów, zresztą dziś nie pognam po Wyborczą, nie włączajmy radia, bo w ulubionej kiedyś  Jedynce same religijne klimaty.

Zapraszam więc Was, Kochani do mojego świata.

Dzisiaj zabieram Was do Turcji. Nie tej, o której piszą, że rozdarta, że ma nas ratować przed uchodźcami, nie tej dzisiejszej. Ale tej z dawnych czasów , ze wspomnień czy tylko  marzeń sennych…

    Może i Wam,  jako i mnie, Turcja pozostaje w pamięci  jako słodka „kraina łagodności „ ofiarowana na krótkie chwile urlopu, z wczasami zaplanowanymi wcześniej, z urodą i emocjami oczekiwania na ów urlop. I wreszcie nadchodzi ten dzień.  Pierwszy dzień wolności.

Lotnisko z kawą zbyt drogą, albo piwem w lotniskowej kawiarni, czy pamiętasz Graniu , ten czas oczekiwania na moment, gdy na ekranie tablicy informacyjnej pojawi się napis, że już boarding….

I zza okna  samolotu lądy i morza i wreszcie Turcja  pięknie obrysowana, zanurzona w  niezmierzonym falującym turkusie. A potem powitanie w wilgotnych zapachach ziół, bo to pierwszy oddech na tej ziemi, ciepło, słodycz plaż i zanurzenie w wodzie,  góry w tle. I wszechobecna specyficzna muzyka, nieco łkająca, rzewna ale śpiewna i wpadająca w serce i ludzie życzliwi turystom, specyficzne ubiory, nakrycia głów, szarawary i fajki wodne wszędzie  …i zatrzymajmy film na tych wrażeniach , niech tak zostanie ….…niech żyją wakacyjne wspomnienia….cdn

 

zachĂłd nad Gorzowem.JPG

Korespondencja w jedną stronę.

SAM_5579.JPG

 

 

 

Pajączki- moje  niezwykłe.

Podziękujcie Matce Naturze jako i ja dziękuję w waszym imieniu za ten szczególny dar.

Wasze ciałka obdarowała gruczołami na końcu odwłoku, które produkują mokrą nić twardniejącą w zetknięciu z powietrzem. Jest ona kilkadziesiąt razy cieńsza niż ludzki włos a jej  wytrzymałość przekracza dwukrotnie wytrzymałość tak samo cienkiej linki stalowej. Równocześnie potrafi się ona rozciągnąć tak , że nie pękając, przekracza o 40 % pierwotną długość.

I nie tylko nić wam Matka Natura pozwala tworzyć, ale też macie zdolności artystyczno- inżynierskie.

Odmierzając odległości długością swojego ciała tak cudną dziergacie pajęczynę, że właśnie dziś rano doznałam kolejnego olśnienia. Wprawdzie góry ktoś ukradł , bo mgły schodziły z nich gęste, ale za to wy,  moi sąsiedzi  przez noc zdziałaliście cuda.

Pobiegłam po aparat fotograficzny by zatrzymać w czasie poranną urodę pajęczyn. Jeśli macie ochotę, zajrzyjcie do tego blogu i na pewno  wpadniecie w zachwyt nad swoim dziełem.

I na razie nie stosujecie swojego zwyczajowego recyklingu, by zjadając już zużyte nici uzupełnić białko w swoim ciałku. Zachowajcie swoją tkaninę , może jutro też zachwyci.

Może tego wam nikt nie opowiedział, bo wszystkie wasze pokolenia zapracowane wielce, ale posłuchajcie tego, co znalazłam w piśmidłach  na wasz temat.

Nic dziwnego , miłe pajączki, że ludziska od wieków otaczali was szczególną  estymą.

Jak mawia legenda, przed 3500 lat król Dawid ukrył się w jaskini przed wrogami. I wówczas  przyjazny mu pająk udziergał  nocą ogromną  pajęczynę, która zasłoniła wejście do jaskini. Nikt tam nie zajrzał myśląc, że dawno tu nikt nie wchodził, bo pajęczyna nie była rozdarta. W ten sposób pająk uratował króla Dawida , który potem został królem Izraela.

Ponoć i Matka Boska z Dzieciątkiem ścigana przez pachołków Heroda ukryła się w grocie . I tu pospieszył przyjazny pajączek ze swoją pajęczyną. Utkał taką, że prześladowcy pomknęli dalej nie podejrzewając, że ktoś tam wchodził. 

Podobnie  było z naszym Królem Władysławem  Łokietkiem. Gdy uciekał przed Wacławem Czeskim, schronił się w grotach w Ojcowie. I któż mu przyszedł z pomocą? Oczywiście pająk i jego pajęczyna.

Podobnych legend świat zna wiele.

Nic dziwnego, że na Ukrainie nie wymiata się pajęczyn, a im jest większa, tym lepiej. Stanowi ona nawet ozdobę choinkową na pamiątkę pewnej biednej wdowy, która nie miała pieniędzy na udekorowanie choinki. Biedne dzieciska poszły spać z nagą choinką w izbie. Rano obudziły matkę radosnym wołaniem- drzewko jest ozdobione. Okazało się, że mieszkaniec domu, oczywiście pająk , w nocy spowił choinkę migoczącą w świetle pajęczyną, która w dodatku z czasem przemieniła się w srebro i złoto. Dzięki temu ta bardzo biedna rodzina przestała już być najbardziej ubogą we wsi. Dlatego teraz w tej krainie obowiązuje obecność na choince przynajmniej plastikowego pająka. Fajne, prawda?

I jak was nie kochać pajączki.

Niektórzy wierzą, ze pojawienie się pająka  w domu wieszczy jakieś niezwykłe wydarzenie w życiu.

A gdy znajdzie się on na ubraniu, może oznaczać niespodziewany  a miły przypływ gotówki.

Gdy ujrzymy ciebie pajączku, jak tkasz pajęczynę o świcie, możemy spodziewać się prezentu.

Gdy pajączku biegniesz po ścianie, nadchodzi do naszego domu dobro wszelakie…

Trudno się dziwić, że obdarowywani przez ciebie, niby zwykły  pająku, ludziska przez wieki myśleli, że i zdrowie możesz przywrócić. Wierząc święcie w skuteczność twoich „wyrobów”, astmatykom podawali do połknięcia mały kłębek pajęczyny. Nakładali ją też na świeże krwawiące mocno rany. A na ropiejące pajęczynę z przeżutym chlebem- skąd my to znamy, oczywiście  „ Trylogii” za sprawą imć pana Sienkiewicza. W przypadku żółtaczki, dawni medycy podawali chorym do spożycia żywe pająki natłuszczone olejem.

Gdy przychodziła choroba do domu, zawsze umieszczano pająka  w zamkniętym pudełku i obserwowano kiedy umrze. Wierzyli, że umierając zabiera ze sobą chorobą a pacjent zdrowieje.

W ludziskach skołowanych trudami życia panował pogląd, że wy pajączki posiadacie magiczną moc. Więc tym chętniej opiekowano się wami, wierząc, że jesteście talizmanem. Dodajecie siły, jesteście symbolem słońca i nowego dobrego życia. 

I tak widząc ciebie, maluchu który sobie najspokojniej dziergasz swoją misterną tkaninę należy wyrazić życzenie „ Jeśli pająk zejdzie, to moje życzenie się spełni”. Jeśli po tych słowach faktycznie zdecydujesz się zejść, to będzie ok. Ale jeśli nie? No cóż, nie wszystkie życzenia się spełniają….można próbować dalej….

Wiele osób dobrze się czuje w waszym towarzystwie, bywacie nawet jak członkowie rodziny a samotnym dajecie poczucie bezpieczeństwa….

Dziękujemy wam pajączki za autorstwo tych pięknych   opowieści  i zwiewną urodę pajęczyny….

Jesteście nadzwyczajne

Bardzo was lubię i nigdy nie niszczę waszych dzieł. Niektórzy poczytują to jako zwykłe moje lenistwo…

Pewnie jest w tym ziarno prawdy, a być może nie….

Jak to zwykle z prawdą bywa.

Dobranoc mileńkie, ciekawe co przyniesie jutro?

 

SAM_5574.JPG

 

SAM_5577.JPG

 

SAM_5586.JPG

 

SAM_5583.JPG

 

SAM_5589.JPG

 

SAM_5561.JPG

 

 

 

Imieninowe kochanie…

 

StefaDzieckoSiostra.JPG

Stefka, moja Mama. Jedyne zdjęcie z Jej dzieciństwa jakie posiadamy….Już jest starsza, niż opisywana poniżej….

 

 

 

Dzisiaj są Imieniny mojej Mamy.

Stefanii, Stefki, jak mówiono tu, w Godziszce.

Od rana jestem z Nią, rozmyślam, czuję obecność, pomimo tego, że przebywa od 2000 roku w tym Drugim  Lepszym Świecie…

     I wracam do dawno zapisanych tu Opowieści mojej Matki. Ale po 6 chyba latach można przypomnieć jak było wtedy, gdy ledwie XX wiek się zaczął…..

      I znowu tu jestem, w Beskidzie Śląskim, jak przed ponad 60 laty. I stale młoda jak kiedyś, może tylko z bledszym zachwytem , staję  na zboczu Skrzycznego. Jednak widok jest tak piękny, „że umarłego by ruszył” a cóż dopiero mój Zachwyt. Czuję jak we mnie rośnie ten Zachwyt , dojrzewa, kraśnieje i już jest, taki jak kiedyś….

     Widok na wielką Kotlinę Żywiecką jest rozległy. Zda się , że to Pan Bóg  zabawia się układaniem makiety i pokazywaniem jej tym, którzy chcą patrzeć…Nawet miejscowi mówią, że tu jest pięknie, a cóż dopiero my, wakacyjni przybysze …

Krajobraz zamyka daleki  Beskid  Mały i Żywiecki z Babią Górą w tle  i dwugarbną   Romanką z przytulonym , wychylającym się  zza niej figlarnie,  Pilskiem…

Kotlina ma nierówne dno, pofałdowane a na grzbiecikach  wzniesień Najwyższy poukładał domki by z dalekiej perspektywy naszej chałupki wyglądały jak paciorki nanizane na sznureczkach dróg i strumyków .

       Nieomal u moich stóp jest miejsce gdzie urodziła się moja Matka. To duża wieś, Godziszką zwana. Smukła wieża kościoła zaznacza ten rejon, gdzie kiedyś  stary drewniany sczerniały przysadzisty dom moich góralskich dziadków przysiadł zmęczony przy drodze biegnącej dalej w dół, aż do Łodygowic. Jeszcze pamiętam tą rodzinną chatę,  wejście i mroczne wnętrza z pięknymi świętymi obrazami zawieszonymi skośnie pod sufitem ….Już oczywiście nie ma tej chałupy, tylko przetrwała w opowieściach Mamy i mojej pamięci.

I przychodzą Jej opowieści o młodości  górskiej i obrazy….

    W 1907 roku w rodzinie Jakubców przychodzi na świat kolejna dziewczynka.  Ma duże  intensywnie błękitne  oczy , w których do Jej ostatniego dnia niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy już rozgląda się po świecie, ma trzy a może cztery lata,  myśli, że jest niekochana. Rodzice są zapracowani, oschli, bez słów o miłości, bez przytuleń i miłych gestów. Twardzi górale wieśniacy.

 A w domu  „dziecków” stale przybywa, ona jest najstarsza u drugiej żony Dziadka Michała- Marianny. Z pierwszej żony  pozostało jeno wspomnienie, grób i pięć córek. Same dziewczyny w domu, stałe oczekiwanie na syna.

Tak, mała Stefka ma powody, by uważać, że nie jest kochana…

Lubi tedy  przesiadywać  samotnie na wysokim progu tego  przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat . Bywa, że ktoś przechodzi, że krowy przejdą na łąkę albo wóz drabiniasty zaskrzypi…

     Ale czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta. Dziewczynka siedzi nieruchomo wstrzymując oddech z zachwytu. Ta chwila jak mgnienie oka mija, bo powóz już znika w tumanie kurzu i wszystko wydaje się snem.

I wreszcie przychodzi jeden taki dzień, niezwykły.

Bo powóz nie pędzi dalej drogą do Łodygowic, mijając obojętnie zabudowania i górali krzątających się obok domów czy na polu , ale zatrzymuje się przed starą chałupą gdzie na wysokim progu siedzi mała niebieskooka zachwycona dziewczynka . Z powozu wysiada ta wytworna, pachnąca kobieta , kobieta jak z bajki. Chociaż nie jestem pewna, czy Stefka znała jakieś bajki, czy zapracowana matka miała czas na gawędy i rozmowę z dziećmi. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. Więc wszystko jest jak w bajce, którą może kiedyś opowiedziała babcia a może jednak  mama….

Tak więc ta wytworna pani podchodzi do dziecka i  pyta o ojca.

Ojciec jest, dziecko potakuje nieśmiało. Pani wchodzi do izby . Musi schylić głowę, bo próg jest wysoki a odrzwia maleńkie, by ciepło nie uciekało zimą.

Dziewczynka nasłuchuje z ciekawością o czym to rozmawiają dorośli w chałupie…i słyszy, przemiły głos eleganckiej  pani :  na to dziecko już dawno zwróciłam uwagę. Nie mamy swoich, zabierzemy ją do dworu, będzie miała wszystko, jak w raju, adoptujemy i wychowamy jak zechce ojciec..

Dziewczynka wstrzymuje oddech.

Ma  może 3, może 4 lata,  ale rozumie, że teraz ważą się jej losy.

Tak, na pewno ojciec ją odda, bo nikt tu jej nie kocha, jest dziewczyną, a nie wymarzonym synem, w dodatku już kolejne pędraki pełzają po izbie.

Jak boli to małe serce, buzia w podkówkę i łzy zalewają oczy …i rodzi się  pamięć o tym dniu , która trwa do końca życia, do zniedołężnienia ponad 90 letniego …

I gdy rozpacz dziecka sięga dna, nagle słyszy słowa ojca:

– ja nie mam „dziecek”  na rozdawanie.

          Od tej pory już  wie , że jednak jest kochana….

 

Dzisiaj Twoje Mamo Imieniny, obserwuj nas z chmurnej przestrzeni, kochamy Ciebie i zawsze będziemy pamiętali, dopóki żyjemy…..

Bądź wreszcie szczęśliwa w tym Drugim Lepszym Świecie, bo ten Ciebie nie oszczędzał…Bądź Mamo…..

 

 

Zaproszenie….

O moich beskidzkich korzeniach było już dużo.

 Dzisiaj postanowiłam zmęczonym czytaniem tekstów oczętom dać wytchnienie.

 I napiszę niewiele , tylko kilka słów

 A właściwie  będą tylko zdjęcia i pozdrowienia ze skraju Kotliny Żywieckiej….

 

nasz domek, skrzyczne.JPG

2005 rok. 500 m.n.p.m. Na obrzeżach Kotliny Żywieckiej właśnie się urodziła nasza chałupka. Skrzyczne w tle, przed nim  od lewej Palenica i Niesłychany Groń…w tej wsi, tylko 100 poniżej  przyszła na świat moja Mama….

 

SAM_5300.JPG

Chałupka już wydoroślała….

SAM_5301.JPG

Widok z ogródka. Jezioro Żywieckie w dole…

 

SAM_5352.JPG

Nasza  ulica Południowa zmierzająca w kierunku Beskidu Małego i Jeziora Żywieckiego.. W dole centrum Godziszki

 

SAM_5361.JPG

Godziszka się zbliża….

 

SAM_5351.JPG

i już bliżej Godziszka, dalej  kościół w Kalnej , Beskid Mały, Jezioro Żywieckie, amputowana Góra Żar….a dalej ok 50 km Wadowice, gdzie JPII….

 

SAM_5346.JPG

Po drodze przybliżony zoomem widok na Beskid Żywiecki, Kościół w Pietrzykowicach, Żywiec i nowa autostrada na południe….

 

SAM_5261.JPG

Gdy wracam, z mgieł właśnie wyłania się Babia Góra i panorama na Beskid Żywiecki, czasem lśnią szczyty  Tatr, ale niestety nigdy nie udało mi się złapać obiektywem..

 

SAM_5362.JPG

Wieczorny powrót do chałupki. Beskid Śląski przede mną. Cudne są zachody słońca za Skalitem i niestrudzeni” wędrowcy” na zboczu.Po lewej niewidoczne Skrzyczne, a obniżenie to przełęcz Siodło wiodąca m.in. do Szczyrku

 

SAM_5268.JPG

I przychodzi taka noc….