List od Jacka. ” Garnitury”.

 

hp_scanDS_781513291339.jpeg

Jacek chyba w pierwszych latach pobytu w Sydney.

 

kolejny tekst Jacka:

 

„Garnitury

 Nie jestem zwolennikiem garniturów. Właściwie ich nie lubię. Szczerze mówiąc nie cierpię. A tak na prawdę nie znoszę też noszenia garniturów. Garnitur kojarzy mi się z mundurem, a mundur z przynależnością do jakichś tam instytucji, tudzież organizacji, czy też kolektywu..

Garnitur może być Wszystkim w Odpowiednim Otoczeniu, ale takie otoczenia nigdy mnie nie interesowały, bo rozmowy sprowadzały się do “garniturów”.

Natomiast nie mam nic przeciwko fragmentom garniturów, czy częściom składowym mundurów też. 

Pod koniec trzeciego roku Liceum, chyba za karę Radiowęzła, profesor Sikora wyznaczył mnie na sztandarowego do jakiejś tam akademii w auli. Fajna perspektywa, bo moja oprawą były dwie dziewczyny z naszej klasy – akurat sztandarowanie w tamtym roku wypadło na nasza klasę matematyczno-fizyczną, z czego bardzo był zadowolony Dziadek, bo chciał mieć wnuka inżyniera.  Mimo tego kładł duży nacisk na mój rozwój fotograficzny w międzyczasie.

Te dziewczyny: Ewa i Viola, były moimi pierwszymi miłościami wg Platona.

Pomyślałem, że może to być śmieszna groteska pożegnania się z Liceum, no i świetna zabawa przy okazji. 

Niestety nadeszły czarne chmury pod nazwą garnitury. Jako sztandarowy musiałem wystąpić w garniturze. Jeszcze wtedy nie do końca wiedziałem co ma na myśli poeta, ale mama znalazła krawca i poszliśmy na jakiś rekonensans, tudzież przymiarki. Moda była na sztruks i to w  dodatku brązowy z ogólnego braku materiałów.

Po tygodniu ubrali mnie w spodnie, koszule, jakąś muszkę, tudzież krawat, kamizelkę i na koniec dobili mnie marynarką.

Ruszyć się nie mogłem, ale sztandarowanie wymagało baczności, a buty miałem o numer za małe, bo akurat te numery były w sklepie “Goplany”.

Koniec akademii – niesiemy ten sztandar w rytm jakiejś piosenki typu “ zawsze niech będzie słońce”, Szpilmana.

Podchodzi do mnie nasz profesor Sikora.

– no widzisz, Łukaszewicz, jak ładnie stałeś na baczność – przyda ci się w wojsku. 

Dopiero po latach, trzy miesiące przed jego śmiercią odkryłem jego poczucie humoru. Ale to inna historia.”

 

Profesora Sikorę oraz przyczyny dla których uciekał z Polski Jacek opisał w poprzednich rozdziałach….

 

List od Jacka. ” Światłomierz”

hp_scanDS_78151339464.jpeg

Jacek z kamerą….

 

List od bratanka, Jacka Łukaszewicza:

 

„Światłomierz

 

Przypomniała mi się taka mała scenka. Po przyjeździe do Australii  chciałem zrobić jakiś kurs fotograficzny podczas wakacji. Poszedłem na egzaminy. Dali nam aparaty oraz światłomierze – to było marzenie ściętej głowy w Polsce. Oświetlili jakąś scenę i musieliśmy zrobić serię fotek uwypuklając jakiś tam fragment. Chłopcy zaczęli rozgryzać tajemnicę światłomierzy, a ja wziąłem aparat i po pięciu minutach wyszedłem.

Po przejrzeniu fotek następnego dnia, wykładowca pyta dlaczego nie używałem światłomierza. 

– nie bardzo potrzebuję

– to skąd znałeś przesłony?

– Dziadek mnie nauczył…

– a jaki światłomierz miał dziadek?

– On nie miał światłomierza…On fotografował tak jak widział

 

No i później zamiast “studiować” w tym koledżu, dostałem wakacyjny pół etat wykładając podstawy fotografii, czyli dosłownie cytując mojego Dziadka i od tego czasu studenci dali mi ksywę Grandjack.

 

Skojarzyłem to, ponieważ dziś miałem wykłady ze studentami. Wyjąłem moje precjoza ze skrzyni i cisza.

– co to jest?

– to są światłomierze…

– my nie potrzebujemy…

I tak skończyły się zajęcia.”

List od Jacka. „Komunista”

Jacek_Lukaszewicz 1991.jpg

Lata 80 ubiegłego wieku, właśnie Jacek opuścił Polskę…. Zdjęcie dostałam od Jego Kolegi, też Jacka, za co Mu dziękuję

 

 

 

A to tekst, który mi przysłał Jacek Łukaszewicz:

 

„Komunista

 

Któregoś dnia podczas kwarantanny paliłem z kolegą papierosa na piątym piętrze. bo tam można było wszystko, bo tam byli sami tzw. singles. Poznaliśmy ich dobrze.

Stoimy za cienką ścianką i podsłuchujemy.

 

Wchodzi Janek z uśmiechem debila na twarzy. 

– co jest Jasiu, pyta Krzyś…

– kurwa, kurwa, Jaś wyjmuje z kieszeni dwie flaszki i wznosi ręce do nieba….kurwa syn mi się  urodził, wykrztusił Jaś i opadł na krzesło. 

– to trza go ochrzcić, mówi Grześ.

– polej małolat…

– dlaczego zawsze ja?

– bo jesteś kurwa małolat, lej

– chłopaki kocham was, kurwa syn…

– no to jak go chrzcimy?, pyta Grześ.

– mnie się podoba “Zbyszek”, mówi Krzyś.

– ładnie….”Zbysio”, przytakuje Grześ.

– a mnie się podoba…”Bolesław”, mówi Jaś wpatrzony gdzieś w dal.

– jaki Bolesław, kurwa jaki Bolo, co ty kurwa takie imiona masz i skąd, kurwa?, pyta Krzyś.

– tak jest, przytakuje Grześ.

– co ty kurwa chcesz, aby dzieci na niego wołały Bierut.

Po pierwszej flaszce.

– jaki Bierut, mama mówiła sama, że za Bolesława, to był dobrobyt, odetchnął Jaś.

– co ty pierdolisz, dziecko jesteś, że mamie wierzysz….mamy zawsze, kurwa kłamią, zastanowił się Krzyś.

– polej małolat.

– żaden kurwa Bolesław, ma być Zbyś i huj, gdzie twoja mała żonka?, pyta Krzyś

– tak jest kurwa, gdzie jest? dopytuje się Grześ.

– a mnie się podoba imię “Bonifacy”, szepnął małolat do Krzysia.

– co ty, chcesz żeby pedałem był na starość? gdzie ta twoja dupa jest? pyta Krzyś.

– tak jest, gdzie jest? dodaje Grześ.

– wracam do Polski, chłopcy, napijmy się, mówi Jaś.

Nad Jasiem nachyla się małolat.

– co ty kurwa bredzisz, stul pysk tutaj, wyszeptał małolat.

– jak to wracasz do Polski? pyta Krzyś.

-syna mam w Malborku, rozumiesz, tłumaczy Jaś.

– jak to wracasz? pyta Grześ.

– kocham ten kraj, muszę lecieć, kurwa, mówi Jaś.

– najpierw Bolesław, teraz wracasz, do komuny, kurwa, do komuny chcesz wracać po tym co tutaj widziałeś, i co pewnie im opowiesz jak to jest tutaj w niebie, co kurwa?, mówi Krzyś.

– chłopaki, syn, bełkocze Jaś.

– patrz jaki skurwysyn, mówi Grześ.

– komunista jebany, mówi Krzyś.

Jaś zasnął na krześle.

– wszystkim o nas powie, kapuś jebany, mówi Grzes.

– co wy chłopaki, najebany jak wiewiórka, położymy go do wyra, podniósł się małolat.

– tak jest, komunista i kapuś, niech kurwa leci do peerelu….Grześ bierz go pod rękę, ja mam drugą, małolat bierz kurwa nogi, rozkazuje Krzyś.

– co was pojebało, płacze  małolat.

– bierz, bo polecisz razem z nim, warknął Grześ.

Niosą śpiącego Jasia. 

– co się dzieje, chłopcy? otwiera oczy Jaś.

– lecisz do Polski, wyszeptał Krzyś.

Po czym otworzyli okno i wyrzucili komunistę z piątego piętra, a na piątym piętrze nie ma winnych, więc winny jest Bolesław, tudzież Zbyś.”

 

 

List od Jacka. ” Australia”

Oto kolejna opowieść Jacka, mojego bratanka o przygodach na obczyźnie….

 

„Australia

 

 

Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała. 

– Jacek, ja chcę do domu…

– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….

W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.  

Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.

– do you speak english?

– etwas….

– I want to go to Australia….

Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.

– me too want to go Australia….

– let’s go together then….

Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.

– you go there…

Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.

– ferfluchten….

Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.

– ja chcę do domu…

– najpierw pojedziemy na policje….

– żadnej policji, wracamy…

– zobaczymy.

Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.

– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….

Spojrzałem na przerażoną mamę.

– wir wollen nach Australie…

Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.

– szaden Australia, tylko azyl polityczny…

Mama pociągnęła mnie za rękaw.

– Jacuś, bój  się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…

– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…

– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….

Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.

– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?

–  ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.

I pojechaliśmy,  kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.

– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…

– jaki namiot, Jacek – wracamy….

Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.

– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.

Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..”

 

 

List od Jacka. „Złodziej i wódka”

Już raz wrzuciłam ten list od Jacka, ale zaginął pod kolejnymi wpisami…więc powtarzam, by zachować ciągłość opowieści Bratanka o czasie gdy opuszczał Polskę….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Złodziej i wódka

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 

Zżerała mnie ciekawość.

 

– poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 

Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 

– no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 

Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 

– Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 

No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 

Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

„Mówią, że wszyscy go tu znają i mogą poręczyć…

To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…”

 

 

Listy od Jacka. Pół żartem pół serio.

 

 

JacekŁukaszewicz1.jpg

Jacek Łukaszewicz, bratanek na oko 16-17 letni. To zdjęcie powinno być przed poprzednią opowieścią ale wczoraj je dostałam od Pana Jacka , licealnego kolegi mojego Jacka. Dzięki temu, że piszę ten blog chłopaki się odnalazły. I jest mi miło…..

Oto kolejny list od Jacka, niezbędne uzupełnienie poprzedniego. Życie jest pełne niespodzianek…..

 

Pół żartem pół serio

 

” W 1989 roku podczas studiów w Paryżu przyjechałem na tydzień do Polski – właściwie to tylko do Zielonej Góry. Poszedłem z przyjaciółmi do knajpy niedaleko mieszkania Sikory. Postanowiłem go odwiedzić. Zostawiłem przyjaciół w knajpie i zastukałem do drzwi profesora Sikory. Nic się nie zmienił. 

– słucham, czego chce dziadostwo?….

– dzień dobry panie profesorze….Łukaszewicz Jacek….

Chwila konsternacji, ale pamięć miał jak nasza Babcia.( Stefania Łukaszewicz-  przyp.Z.K.)

– Łukaszewicz….ty wyjechałeś przed maturą….wejdź…napijesz się ze mną?

Sikora był samotnym człowiekiem. 

– nie wiem, czy mi wypada, panie profesorze….

– pamiętam, ty prowadziłeś radiowęzeł…

Usiedliśmy u niego w kuchni. Wyjął  Żytnią, polał i poczęstował mnie kubańskim cygarem.

– mów, Łukaszewicz, dlaczego wyjechałeś?…

– pan profesor dał mi perspektywę wojska za ten radiowęzeł….

– i ty w to uwierzyłeś, dziadostwo….to był żart, żeby was trochę postraszyć…a alkohol wypiliśmy z chemikiem – Marczewskim….

– to znaczy, że to był żart?….

– musiałem dać przykład innym, a poza tym ktoś was zakablował….

– kto, panie profesorze?…

– nie jestem kapusiem, Łukaszewicz….

Wypiliśmy. I nagle zobaczyłem łzy w oczach nieposkromionego Sikory. 

– widzisz, dziadostwo, wy zawsze byliście moja jedyna rodzina….

– a pan panie profesorze był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem….

Po czym upiliśmy się jak szpaki i po tradycyjnym misiu wróciłem do moich pijanych przyjaciół. Profesor Sikora umarł trzy miesiące później. 

Czyli pół żartem, pół serio.”

List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”

 

Opowieść Sylwestrowa ( 11).

Winogrady_60te.jpg

Stara pocztówka z netu. Trasa na Winogrady. Łagodność wzgórza wspinająca się ulica i tory tramwajowe , zabudowania Akademii Rolniczej, gdzie „Nurt” i nasza młodość zaklęta…..

 

 

Już sama nie wiem, czy od razu opowiedzieć o końcu znajomości  z T. czy popłynąć za dygresją, która się tłoczy i niecierpliwie tupie na klawiaturze …..Pewnie będzie i jedno i drugie, przeplatane . Bo nic się nie dzieje w pustce…

     Z T. spotkaliśmy się tak jak za pierwszym razem, przypadkowo. Wtedy, w tych Sylwestrowych Bierutowicach,  to był mój zawrót głowy. Teraz, po pół zaledwie roku tej niby znajomości nastąpiło coś zwykłego,  wyblakłego i obcego. Żadnych zachwytów zauroczeń Tamtym już nie było.

Przy wzrastającym pulsie budzącej się seksualności , wrażliwości emocjonalności i bóg raczy wiedzieć czego, potrzebowałam silnych doznań zawirowań i przeżyć.

A z T. to była wtedy mglista już przeszłość, dopiero  teraz, gdy już jestem babcią, pojawił się tamten czas obudzony i  rozjaśniony zachwytami . Dobrze, że Tamto , bierutowickie było takie. W czasie poznańskich spotkań z T.  zabrakło tamtej scenerii gór śnieżnych , światełek na zboczach i przenikliwych spojrzeń zamrożonego srebra gwiazd rozwieszonych na  naszym bardzogranatowoczarnym aksamicie nieba ,  zamrożonych księżycowych lśnień  kaskad górskich  strumyków. Wszystko zostało zamknięte w tamtych lśnieniach, tajemniczości …Jak w szklanej przezroczystej kuli, w której wnętrzu  góry i śnieg i lód i para młodych przytulonych nieśmiało która schodzi w dół pustego nocnego Karpacza….

.    Matura ( 1965) jednak była przełomem w moim  życiu, niezbyt wtedy uświadamianym sobie wejściem w dorosłość , dopiero widocznym z perspektywy półwiecza.

Czuło się , że czas nas niesie, stale do przodu, w nieznane, ale pociągające, nowe, ciekawe , inne.

    I w takim oto moim stanie ducha i rozkwitającego ciała był w Poznaniu kurs przygotowawczy do egzaminów na AM . Byłyśmy tam Lidką O. Nie przyjaźniłyśmy się w czasach LO, ale lubiłam Lidkę, bo była wesoła  i wyluzowana, taki brat łata z zachrypniętym niskim głosem. Była i nadal jest ładna. Szczupła buźka, regularne rysy, uśmiech i zgrabna figura. Lidka  zamierzała startować na medycynę raczej w Szczecinie, ale dowiedziawszy się, że jest taki kurs w Poznaniu , wybrała się ze mną.

Osiadłyśmy, jak już pisałam, na Winogradach i rozpoczęłyśmy nowe życie. Nasz ukochany nadwarciański wzgórzowopiękny Gorzów został tam gdzie był, ale my rwałyśmy do przodu, do wrażeń, przeżyć stale nowych . No cóż, niosła nas młodość dynamiczna i ciekawska.

Nie pomnę jak długo trwał ten kurs, chyba ze dwa tygodnie. To wystarczający obszar  czasu by  czegoś tam się nauczyć, poszerzyć bazę licealnych wiadomości z chemii, biologii i fizyki, ale przede wszystkim zadomowić w mieście. Nabrać wielkomiejskiego prawie studenckiego sznytu który także polegał na paleniu papierosów, do czego mnie namówiła Lidka . A może ja ją namówiłam, nie pomnę, bo przecież nikotynizm miałam w genach po babci Rodziewiczównie, która paliła od 16 roku życia. A działo się to w końcu XIX wieku. Nieważne, która zaczęła ten temat, bo w tym temacie, zresztą jak i w innych panowała pomiędzy nami zgoda i sztama. Tak więc, w 1965 roku,  na poznańskich Winogradach przeszłam inicjację palenia co w naszym pojęciu wysoce nobilitowało.

     Kolejnym moim pierwszym w życiu doświadczeniem były wypady do studenckiego klubu. Na to nie trzeba było namawiać, garnęłyśmy się tego innego życia, przyciągało jak magnes.  I wkrótce poza ( a właściwie przed ) nauką w czasie tego kursu przygotowawczego to  fajfy stały się dla nas najważniejsze.

    Teraz czytam, że  już w latach 20 i 30 ubiegłego wieku wymyślono i używano takiego określenia zabaw od” piątej po południu „ , ale ja usłyszałam tę nazwę po raz pierwszy. Owszem, mówiono, że młodzi się bawią na prywatkach, a starsi na dancingach . Samo  słowo dancing było dla nas staroświeckie i niemodne , „ myszowate”. Jawiło się jako ciemne zjawisko  zabawy  nudnych i  zepsutych  dorosłych .

Dla nas fajf miał smak wyzwolenia, szumu i zawrotu głowy młodością tudzież  wolnością .  

To archaiczne teraz dla młodych taneczne spotkanie można by porównać do dyskotek, ale różnica była ogromna, właściwie przepaścista. Fajfy były to spotkania kameralne, chyba kawiarniane, a nasze  odbywały się w klubach studenckich,

  Szybko odkryłyśmy z Lidką, że nieopodal naszego miejsca zakwaterowania, w tym samym kampusie, mieści się to miejsce wypełnione muzyką i tańcem.

Był to ” Nurt”. Sama nazwa była i nadal jest dla mnie piękna. Dynamiczna, ruchoma, szeroka, daleka, bezkresna, romantyczna. Zwiastuje podróż w słodkie nieznane …

Oczywiście zaraz tam pognałyśmy. Ale przedtem…

Całkiem niedawno Lidka mi przypomniała, jak się przygotowywałyśmy do naszego klubowego  „debiutu ”. Oczywiście okazało się, że pamiętałam, tylko gdzieś zagrzebane w pamięci siedziało. Uznawszy, że jesteśmy wyblakłe zaproponowała, że zrobi nam  makijaż. Poddałam się biernie, bo nigdy żadnego makijażu pomimo wprawdzie jeszcze nieukończonych ( bo przychodziły z końcem września) ale już 18 lat nie widziałam, nie doświadczałam, co świadczyło o moim opóźnieniu w rozwoju w tej dziedzinie. Wprawdzie filmy z Brigid Bardot czy jakieś westerny oglądałam w Gorzowie namiętnie, więc makijaże mogłam wypatrzyć ale niosła mnie wtedy fabuła, szeroki ekran zachwycał, zdjęcia, pejzaże, muzyka.

Lidka okazała się prawdziwszą kobietą niż ja. Wiedziała to, czego ja bidulka nie wiedziałam, że panuje moda na „ kociaki”. Już wtedy chyba nie mówiono na ładne młode” ale kociak”, chyba mówiono” ale babka” , a teraz „ ale laska”. A może już inaczej teraz mówią,  nie nadążam. Muszę wnuki zapytać. 

Wówczas to, w tych latach 60 ubiegłego wieku  było modne malowanie powiek na  tzw. kocie oko. Była to wyraźna, czarna krecha na górnej powiece zawijająca się w górę lub w dół ( w zależności od kształtu powiek) poza zewnętrzny kąt oka.

Tak więc Lidka, uznała, że należy przed wyjściem do Nurtu wykonać makijaż.  Oczywiście nie miałam  żadnych kosmetyków ( co teraz niewyobrażalne, bo malują się  nawet małe dziewczynki, są dla nich zestawy kosmetyków, ponoć nieszkodliwych ). Ale Lidka miała. Wydobyła niewielkie płaskawe wąskie pudełeczko, otworzyła. I ujrzałam w nim czarny kamień. Chyba jednak wiedziałam co to jest. Może widywałam u bratowej, starszej o kilka lat. Nagle Lidka zauważyła, że nie mamy pędzelka. Bo jak pomnę sposób używania takiego tuszu polegał na otwarciu pudełeczka, napluciu na kamień , który wówczas rozmiękał , rozmazaniu pędzelkiem  i naniesieniu na powiekę. Obie byłyśmy bezradne. Ale Lidka nie tracąc chwili do namysłu, bo już w klubie grali, wyjęła zapałkę, nadgryzła, pożuła i pocmoktała jej koniec, uzyskując rozczapierzenie końca. Po czym przystąpiła do dzieła.

Pomimo niejakich wątpliwości końcowego efektu oraz lęku, że wydłubie mi przy okazji oko, siedziałam jak trusia, grzecznie na krzesełku ( mam ten obrazek w oczach) i poddawałam się  zabiegowi , bo przecież chciałam być piękna i bardzo dorosła. Młodzi, gdyby to przeczytali albo by nie uwierzyli, albo tylko wzruszyli ramionami ale może najzwyczajniej zdziwili, że tak mogło być.

     Gdy uznałyśmy, że jesteśmy odpowiednio piękne wkroczyłyśmy do klubu. Ciasno tam było i byle jak. Ale chłopaki zerkały, bo na akademii rolniczej, do której należał campus na Winogradach chyba było  raczej  mało dziewczyn.

Albo po prostu zrobiłyśmy odpowiednie wrażenie.

Już ktoś prosił do tańca,  już wychodziliśmy na środek.

A śpiewał nam „ wschodzący” wtedy Niemen. Mawiają, że ten wczesny Niemen był mało ambitny, ale jakże przejmująco brzmiał jego głos, melodia i teksty tego co śpiewał mam w uszach, zresztą są i teraz  powtarzane w radio. Gdy słyszę te piosenki, mam ciarki i miękkość serca. 

Zaledwie przed 7 laty od naszego pierwszego fajfu,  Czesław przyjechał znad swojego Niemna, jako późny repatriant z tamtych stron które po II wojnie światowej  nazywały się ZSRR. Miał miękki wschodni akcent , z zapachem wiatru znad stron mojego Taty, melodie i teksty jego piosenek były liryczne, wpadające w ucho a raczej bezpośrednio do serca, budząc w nim tkliwość. Ponadto przy tej muzyce tańczyło się wspaniale. . Tak, po szaleństwach rockowych, po Majdaniec, krzykliwej choć teraz słuchanej przeze mnie z sentymentem Karin Stanek,  Niemen wprowadzał tajemniczy liryczny  spokój, piękne kołysanie….

Niemen był wtedy królem w tamtym moim Nurcie.

Już jakiś chłopak ciągnął za rękę na parkiet, już miałam położyć mu rękę na ramieniu, a on obejmował mnie  w pasie, bo tańczyliśmy w parach, gdy kątem oka dostrzegłam siedzącego w prawym narożniku Sali przy niewielkim stoliku. Kogóż, ach kogóż.

Najspokojniej w świecie siedział tam T. Może zasłuchany, może znudzony, daleki i obojętny. Tak charakterystycznie układał dłonie siedząc na fotelu, że zapamiętałam ten układ do tej pory. Nie bardzo wiem jak to opisać. Była w tym jakaś nonszalancja, niedbałość a może bezradność ( teraz mi przyszło to określenie ). Jednym słowem ten układ Jego rąk spowodował, że niepokoiłam się  o dalsze jego losy. Niepokoiłam się oczywiście wtedy, gdy nagłe przypomnienie przychodziło. Ale przyznam, że było to bardzo rzadko i nie jakieś spontaniczne, ale celowo  wywołane,  tak jak teraz,  po pół wieku. .

Widząc T,. zostawiłam chłopaka na parkiecie i z radością rzuciłam się w kierunku T. Popatrzył, poznał chyba, wstał leniwie i poszliśmy tańczyć.

Tańczyliśmy.

Niemen śpiewał rzewnie.

Nic nie czułam.

I pewnie T. podobnie….

Potem inni chłopcy porwali mnie do tańca, a T. został albo wyszedł. Nie rozglądałam się, nie szukałam, nie wodziłam tęsknie wzrokiem, bo tęsknoty we mnie nie było.

   Ale jednak coś zostało z tamtego czasu, może tylko tam zostawiona cząstka młodości, nastrój Nurtu i tamten Niemen. Gdy zapraszał do” Baru pod papugami „ czuliśmy egzotyczny klimat tego baru, gdy śpiewał „ Czy mnie jeszcze pamiętasz” niczego nie czułam poza rzewnością, bo o nikim tak nie myślałam . Nie potrzebowałam, by ktoś pamiętał, wspominał. Życie pędziło do przodu, tylko do przodu, bez oglądania się wstecz.

Nawet „ Choć  czas jak rzeka” , najbardziej ukochana przeze mnie piosenka Niemena wówczas nie prowokowała do jakiś głębszych myśli. Kto w bardzo młodych latach zastanawia się nad upływem czasu? Dopiero teraz, a może od czasu pełnej dojrzałości, od czasu wchodzenia w wiek średni , gdy nagle usłyszę tę melodię, wraca tamto. I gdy samotnie  ( uwielbiam samotne wędrówki), przybywam  nad  mój Bug, patrzę na jego szybko płynące wody, zawsze wraca tamten Niemen i słyszę jak śpiewa:

 

„….Choć czas jak rzeka, jak rzeka płynie,
Unosząc w przeszłość tamte dni…”

…. i kołyszę się w ramionach jakiś chłopaków, których już nie pamiętam i jestem w klubie na Winogradach, moim pierwszym.

      Kto wymyślił  nam tamten czas, śnieżnobiałe Pierwsze Zauroczenie, Poznań ,  zielone wzgórza na które się wspięły Winogrady z szaroburym studenckim klubem o jasnym proroczym imieniu „Nurt”. I dziewczyny w nim, które w tym „Nurcie” z nurtem swojego życia płynęły, dziewczyny świeże jak pierwsza trawa, jeszcze zielone ufne, ale już z mocno wymalowanymi powiekami. I ktoś kołysał je muzyką i znamienne słowa Niemena dobierał .

 

       Nie wiem kto To wymyślił , nazwał , poukładał tak , żeby było Pięknie…..Najpiękniej….

 

Zdjęcie-0112.jpg

Nad Bugiem….

Opowieść Sylwestrowa ( 10 )

PB162212.JPG

Poznań. Widok z ul Roosvelta, z chodnika najbliższego torów kolejowych. Od prawej- kino Bałtyk , potem  początek ul . Grunwaldzkiej i dalej w lewo- tereny Targów z charakterystyczną „wszystkowidzącą „wieżą…  zdj zrobiłam w 2008r.

 

 

Tymczasem w tym samym  1965 roku, gdy doznałam pierwszego w życiu Olśnienia które pozostawiło Wielkie Zauroczenie T. , nieubłaganie zbliżała się matura. Podjęłam decyzję studiowania w Poznaniu. Chęć leczenia a co za tym idzie medycyna od wczesnych lat  mnie pociągała, pewnie częściowo z powodu chorób moich starych rodziców, bo byłam ich dzieckiem późnym powojennym. Może już urodziłam się mając w sobie  pragnienie by nieść pomoc innym. Wszak Tata lubił doradzać w sprawach medycznych ( jeśli coś nt. wiedział, bo wszak był tylko inżynierem ) ale jeśli nie to, zawsze  wykazywał empatię i wielką opiekuńczość.  

Teraz dodatkowo Akademia Medyczna nabrała kolorytu poprzez znajomość z Tomaszem, wszak był jej studentem. I oczywiście wybrałam Poznań nie tylko z powodu dobrego dojazdu, w przeciwieństwie do Szczecina i niewielkiej wprawdzie, ale znajomości tego miasta z czasów kiedy to wożono mnie do ortodonty, raczkującej wtedy specjalności. Biedny dr Święcicki, miły blondynek nabiedził się z moim zgryzem, a ja skutecznie unikałam noszenia aparatu. Nabiedzili się też rodzice, bo jednak trzeba było pociągiem z Gorzowa z przesiadką w Krzyżu spędzać w pociągu ponad 4 godziny i tyle samo z powrotem.

         Muszę się przyznać , że wybrałam Poznań, także z powodu Tomasza.

 Maturę na szczęście przefrunęłam gładko. Uczyłam się dobrze a i jej formuła po raz pierwszy była skrócona. Zamiast 7 chyba przedmiotów zdawało się tylko trzy. Polski matematyka i wybrany dodatkowy. Kamień spadł mi z serca, że odpadła historia. Nawet niektóre jej fragmenty mnie ciekawiły, ale te wszystkie królewskie koligacje itp. to był gąszcz nie do zapamiętania. No cóż, już kiedyś się przyznałam, że bozia nie obdarowała mnie talentem bycia znawcą historii. W dodatku czytając te historyczne opracowania miałam nieustanne wrażenie, że ktoś kto to zapisał, nie był obiektywny. I pomimo tego, że żył w tamtych czasach  patrzył na to wszystko swoimi oczami, bo tak w końcu jest. Bo tak naprawdę jest to co widzimy….Widzicie jak się tłumaczę , zawsze warto mieć jakieś usprawiedliwienie dla swoich niezdolności czy nieumiejętności. Łatwiej się żyje…:)

      Tuż po maturze znalazłam się w Poznaniu na kursie przygotowawczym do egzaminów na AM. ( wtedy Akademia Medyczna, teraz Uniwersytet Medyczny) . Z tego powodu  nie byłam na balu maturalnym. Wprawdzie mogłam wyskoczyć do G. ale tak naprawdę nie poszłam na ten nieszczęsny bal, bo zawiódł P. K. Gdy nauczyciele powiedzieli, że możemy kogoś zaprosić, nie polegając na szkolnych kolegach, nikogo, z którym chciałabym spędzić ten czas nie było w pobliżu. I wtedy  Mama wpadła na pomysł , by zaprosić P., syna Jej jeszcze wojennych przyjaciół . Takich na śmierć i życie. Więc czemu nie  P.?  Przecież był mi jak Brat, nigdy inaczej Go nie postrzegałam. Dużo czasu spędzaliśmy razem w czasie wspólnych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Zaproszony ,  potwierdził, ale niebawem odpisał, że jakieś czynniki wyższe nie pozwalają mu opuścić Warszawy. Przełknęłam łatwo, tym bardziej że i tak nie miałam ochoty na takie imprezy. Tylko dobrze, że żadnej kreacji jeszcze nie miałam. Napisałam kreacji, i od razu się uśmiechnęłam , bo przypomniałam bal maturalny najstarszej wnuczki, a było to chyba w 2010 roku, kiedy olśniewające iście hollywodzkie suknie dziewczyn porażały. Ileż te mamuśki musiały na nie wydać kasy. Moja Weronika kupiła sobie sama ładną, stosunkowo niedrogą kieckę, którą pewnie sponsorowali dziadkowie. Wyglądała świeżo i zachwycająco.  Moja ew. „ kreacja” balowomaturalna pewnie miałaby być zwykłą sukienczyną. Więc i lepiej że nie byłam na swoim balu maturalnym.

Pewnie dlatego zapamiętałam studniówkę,. I pamiętam jakby to było dziś kolegę z klasy, R.M. , który poprosił mnie do tańca. Miał wprawdzie jarzące oczy  ale deptał po palcach. Ładny był z niego chłopak, wysoki, smukły z wielkim poczuciem humoru , błyskotliwym umysłem, lubiliśmy się na co dzień. Ale niestety taniec nam nie wychodził.  R.M.  długo potem oznajmił, że się we mnie beznadziejnie kochał, czego nijak nie widziałam. Może to go paraliżowało, a ja nie byłam na tyle ambitna, by się nim wtedy zająć, poprowadzić w tańcu. Potem sobie gdzieś poszedł….Teraz mam o to do siebie żal. Ale wtedy człek inaczej myślał. Jak mawiają, gdyby wróciły dawne czasy ale pozostało dojrzałe myślenie wszystko byłoby może inne.

Tak moje chłopaki, wnuki, pomimo tego, że teraz każdy tańczy jak chce, jeśli się nie ma tańca we krwi, warto się uczyć tzw. tańca towarzyskiego bo wtedy życie jest łatwiejsze.

Zostawiałam więc tamtego chłopaka i  wdałam się w pląsy z J.K.

Na swoich płaskoobcasowych a właściwie bezobcasowych czarnych butkach, uczepiona ramienia J.K., wyrośniętego już z licealnego pierwszoklasowgo małego tłuścioszka mknęłam chyżo po obwodzie parkietu aż falowała moja plisowana spódnica i pewnie młodzieńczym potem znaczyła się biała bluzka.  Nie wiem czy ktoś z młodych teraz wie jak wyglądała taka spódnica. Może wie, nie wiem, ale jakoś nie widuję takich obfitych gęsto zebranych w pasie materii zaprasowanej w równe drobne fałdki.

Nt. potu jeszcze jedno. Otóż , wyobraźcie sobie moi młodzi, że w naszych młodzieńczych czasach nie były nam znane  dezodoranty. Człek się tylko mył, potem w celu zahamowania wydzielania potu ( bo przecież nie dla zapachowego odświeżania, bo mydło wtedy chyba śmierdziało)  pocierał pachy tymże mydłem . Wtedy też nie goliło się włosów pod pachami

( nie było tej wysoce higienicznej mody). Nie goliłyśmy też nóg,  co upodobniało nas do sarenek. I tu odezwał się bardzo stary , brodaty i posiwiały już  Kawał właśnie z czasów gdy przyszła moda na likwidowanie owłosienia w miejscach widocznych i niewidocznych , poza głową oczywiście. Kawał mówił tak :” -Pani ma nóżki jak sarenka.- Z powodu że zgrabne ?- Nie, z powodu, że owłosione.”  Miałyśmy więc nóżki sarnie, chociaż zdecydowanie mniej owłosione na szczęście. Ale na pewno zgrabne.. Teraz czytam z niejakim zdziwieniem, że  znane nawet w  świecie aktorki czy celebrytki, postanawiają nie usuwać żadnych włosów z własnego ciała. . Chcą powrotu do natury. Może więc nasze czasy, pachowoowłosione ,  nieśmiało wrócą. Nie jestem przekonana że tak się stanie. I raczej nie chcę….  

     Pogadałam, bo miła Z.Cz., pomimo że trochę ode mnie młodsza w komentarzu napisała, że chce takich obrazków ze wspólnych czasów…i ja je przywołuję z przyjemnością. Tamto gorzowskie, zawarciańskie LO, duża sala z podestem i fortepianem jakąś muzyką, której zupełnie nie zapamiętałam ,  przyjemnością, że nie sieję pietruszki i powiewem znad naszych pach. Bo i chłopaki pociły się niemiłosiernie….Tak było, kochani….

    Podawszy te tematy oboczne wprawdzie, ale wprowadzające w klimat naszych lat 60 ubiegłego wieku, wracam do poznańskiego kursu przygotowawczego na egzaminy w AM, którego byłam uczestniczką w tym 1965 r.   Kochałam Poznań , to miasto było już częściowo obłaskawione z powodu wcześniejszych moich tam bytności. Ale dopiero teraz głębiej i szerzej zaglądałam  poza ścisłe Centrum miasta, w obrębie którego  poruszaliśmy się z rodzicami wcześniej. Więcej się dowiadywałam, otwierałam szeroko oczy na świat, świadomie, często krytycznie .

A Poznań był w owych czasach miastem niezwykłym, jedynym takim wśród innych szaroprzaśnych. Może miasta portowe były mu równe, nie wiem, bo chyba wtedy nie bywałam w Trójmieście, czy Szczecinie. To tu , w Poznaniu odbywały się słynne Targi, które były otwartym  oknem na  Wielki Świat skąd wiał wiatr świeży i jasny. Gdy odbywały się owe słynne Targi, nagle przybywały wielkie tłumy  ludzi. Większość mówiła w nieznanych nam, nierozpoznawalnych nawet językach. Byli inaczej niż my ubrani, mieli piękniejsze cery i zadbane lśniące włosy , jasne, radosne, przyjazne oczy . A na parkingach i przy ulicach przylepiały się nigdy nie widywane wytworne samochody.

Ale nawet poza czasem Targów, miasto było piękne, dobrze „wywietrzone „ ze starego zaściankowego kurzu, zawsze pachnące czystością i świeżością pomimo tego, że dostojne  monumentalnokamienicowe.

    Dla mnie, nieodrodnej córki kolejarza,  dodatkowym urokiem było urocze  przecięcie Poznania na pół przez tory kolejowe biegnące poprzecznie od wschodu na zachód . Gdy się najeżdżało pociągiem od strony Krzyża, stacji przesiadkowej z Gorzowa, po lewej pobliskie ciemnoszare jakby omszałe budynki Uniwersyteckie zapierały dech. Zawsze tak miałam, wypatrywałam ich , niezależnie od liczby przyjazdów do tego miasta. Potem był okazały dworzec kolejowy i marsze ulicą biegnącą dołem  w stronę Uniwersytetu  albo wysoką Roosvelta, zdobywaną przez wspinanie na schody wiaduktu.  Ulica ta dalej biegła wzdłuż torów. Magiczne jest to zespolenie miasta i moich ukochanych torów z pociągami pędzącymi w świat daleki. Geny Taty tu ożywały i czułam jak we mnie pulsują. Zawsze tak jest.

     Gdy przybyłam  na wspomniany już kurs przygotowawczy do egzaminów na AM ,  ulokowano nas na Winogradach. Chyba dopiero wtedy zauważyłam piękne wzgórza wypiętrzające się nad miastem a na nich osiedle.  Jadąc w tamtą stronę, zwykle tramwajem. mijało się mroczną Cytadelę. Oj, jakie skojarzenia przychodziły z samą już nazwą. Tramwaj się wspinał  wolno na zbocza wzgórz, trasa była tak malownicza, że mam ją jeszcze w oczach. Pięknie są położone te poznańskie Winogrady. I nawet rozrzucone na szczycie wzgórz niewysokie ale klockowate budynki Akademii Rolniczej nie szpeciły. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani a zajęcia odbywały się nie wiem gdzie. Pewnie poniżej, w obiektach  Akademii Medycznej . Tak, jednak tam, teraz widzę jasno. Jak miło wysilać umysł, by coś wydobyć z jego zda się zamkniętego wnętrza….

     Pomimo panującego pomiędzy nami chłodu czy tylko milczenia, jednak spotykaliśmy się z T. Niestety z rozpędu użyłam liczby mnogiej, chociaż te dwa kolejne spotkania  to już liczba mnoga, prawda? To było nasze przedostatnie spotkanie, o czym jeszcze nie wiedziałam.

Umówiliśmy się, pewnie jak zwykle listownie via mój adres gorzowski na spotkanie w Poznaniu . Przypominam nieustannie, że wtedy, w tym 1965 r,  telefony były rzadkością , a Internet  i smartony nieznane. Wy, młodzi z pierwszej połowy XXI wieku nie możecie sobie wyobrazić, że tak może być. Urodziliście  się z komórkami w dłoniach i jakże inny jest Wasz świat. Ale nasz tamten, młodzieńczy też był piękny, szczególnie oglądany z perspektywy łaskawego czasu który zatarł to co nieprzyjemne a ocalił piękno. Miło tak wspominać….

     Oglądam teraz  zdjęcie , które zrobiłam  w 2008 r,, bez statywu więc nieco pofałdowane światłami, ale dla mnie miłe. Wtedy to  korzystając z jakiegoś kongresu pediatrycznego w Poznaniu urozmaiciłam go podróżą sentymentalną. Na tym zdjęciu  po lewej widać wieżę Targów Poznańskich po prawej kino Bałtyk z barem  na rogu, gdzie czasami chodziłyśmy z Moniką na piwo, gdy już byłam studentką. Napisałam z rozpędu, że czasami, pewnie byłyśmy tam ze dwa razy, gdy chciałyśmy podkreślić swoją osiemnastoletnią dorosłość niezależność, fantazję i pozorne umiłowanie bylejakości. Monika, rodowita poznanianka, była wtedy moim guru i miała fantazję którą mnie zarażała. Więc szłyśmy na piwo śmiejąc się, że siedzimy w drugim rzędzie za plecami stałych rezydentów baru ( można sobie wyobrazić jakich, bo niewiele się różnili od obecnych) . Może to nie śmieszne, ale nas to bawiło, że jesteśmy takie cool ( jakby teraz nas nazwali młodzi). Ot, taka fantazja, taki  szpan ( określenia z naszych czasów). W tym samym kompleksie budynków gdzie Bałtyk, tylko już przy Grunwaldzkiej mieścił się mój ukochany od dzieciństwa sklep z ołówkami Koh-i-Noor, których zapach czuję nadal…

       I właśnie w tym miejscu, gdzie  Roosvelta z Grunwaldzką się wita mieliśmy wyznaczone z T. spotkanie.  To tu wysiadłam z pięknego zielonego tramwaju, którym to sfrunęłam z Winogradów i przeszłam na stronę gdzie Targi, które właśnie się odbywały.  Jakoś nie przypominam sobie innego uczucia, np. zazdrości, że ludzie tak mają, tylko radość, że ich oglądam , pewnie też zadziwienie , że są kolorowymi zagranicznikami ( tak się mówiło na wszystkich, którzy mieszkali za granicami naszego kraju,  szczelnie zamkniętego- niewyobrażalne dla Was młodych, prawda? te zamknięte granice- lepiej żebyście się nigdy nie dowiedzieli).

…Ale tym razem było inaczej. Cały ten barwny świat się rozmył, był tylko niewyraźnym tłem, wydało się, że ulica jest pusta a na niej tylko moje Wyczekiwanie, oczekiwanie na spotkanie z T..

Umyłam się starannie, wyczesałam . Włoski  półdługie, równo obcięte nosiłam i  były już   symetrycznie  rozłożone od środka skąd spływały naturalnymi falami.  ( teraz mi przyszło porównanie ze spanielem,  ale przecież spanielki są urocze, prawda?).  Pomimo, że włosy miałam ciemne z natury,  od pewnego czasu namiętnie je brązowiłam korą dębową i dosmaczałam  zapachem tataraku. Wtedy pewnie były  na rynku jakieś farby, ale ja uwielbiałam zanurzać głowę w misce napełnionej wywarem z tych roślin .

Jeszcze wtedy nie było popularne jak teraz, noszenie w mieście spodni, chyba że wycieczkowo, więc spódnicę z jedną fałdą brązową założyłam i pewnie tę samą co w czasie poprzedniego poznańskiego spotkania z T. bluzkę z mięciutkiego weluru , leciutko zbluzowaną z delikatnym jedwabistym ściągaczem dość wysoko na biodrach. Miała kolor rozbielonego kogla- mogla. W dolny narożnik trójkątnego dekoltu bluzki wpisywał się znakomicie niewielki wisiorek. Był piękny. Jak dobrze, że wszystko opisuję, bo dopiero teraz wydobyłam go z pamięci.  Otrzymałam go od przyjaciółki Mamy. Był tam orzech włoski pozbawiony skorupy, pomalowany na brąz i zamknięty w delikatnej obudowie z dwóch paseczków miedzianych, wszystko zawieszone na miedzianym łańcuszku. Może nie miedzianym, bo nie brudził skóry, jak to ma w zwyczaju miedź.

     Tak więc czułam się „ światowa”, taka jak tamci ze zgniłego Zachodu. Tu przypomniałam sobie opowieść mojej ukochanej Pani Profesor Wyszyńskiej. Gdy wracała z jakiegoś zjazdu, wtedy tylko ona wyjeżdżała za granicę, pytali ją jak tam zgniły Zachód. Odpowiadała, że gnije, owszem gnije ale jak pięknie pachnie. To nie żarty, ale w naszych czasach komunistycznych mawiało się : był na zgniłym Zachodzie. Tym się różniliśmy, musieliśmy się jakoś  różnić , bo wg propagandy ówczesnej byliśmy po prostu lepsi. W żadnym razie nie  „ gnijący”. To oni „gnili” .  Propaganda , zniekształcanie rzeczywistości, tendencyjne zakłamywanie,  pranie mózgów to była domena komunistycznego „ wychowania”. Straszliwy czas przyszedł, że teraz wraca z nachalnością zdwojoną. Strach się bać. Bezsilność z mdłościami….

      Może czułam się” światowa” idąc na spotkanie z  T. chociaż podejrzewam, że bardziej  nieświadoma własnego uroku, bo któż nie jest uroczy w niepełnej 18 wiośnie życia, przemaszerowałam z przystanku zielonego tramwaju na tę stronę Grunwaldzkiej, gdzie Targi.

Tam się umówiłam z T.

Chyba nie czekałam długo, bo wkrótce nadszedł. Do tej pory widzę jak idzie swoimi dużymi spokojnymi krokami od Roosvelta . Smukła, jakby samotna stale, sylwetka z czarną gładko uczesaną czupryną zawijającą się nieco nad czołem. Był wytworny, nie wiem co miał na sobie w czasie poprzedniego spotkania, ale teraz wpadłam w zachwyt.  I wtedy wszystko co napisałam poprzednio nagle zbladło, cały ten dookolny światowy blichtr .

T. był urodziwy, przystojny, ale teraz widziałam tylko Jego marynarkę.  Od razu spostrzegłam, że ją wcześniej już zdjął , bo ciepło czerwcowe panowało ,  i zawiesił, nie zarzucił tylko zawiesił tylko na jednym ,  lewym ramieniu. Patrzyłam i wpatrywałam na to zjawisko, styl myśląc pewnie lub nie myśląc wtedy, ale myśląc teraz : Elegancja francja, albo angielski luz, nonszalancja i niedbałość w jednym . To było znakomite. Tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam nikogo, kto tak by nosił  marynarkę. Zarzuconą na dwa ramiona, to i owszem, ale na jedno?

Tak bardzo mi się to spodobało, do tego stopnia spodobało , że od tej pory zaczęłam uwielbiać duże marynarki takie unisex i gdy zdejmowałam,  uwielbiałam zawieszać je  niedbale na jednym ramieniu. Śmieszne, prawda? Zresztą muszę przyznać , że takie marynarki nadal uwielbiam, ale już dawno nie zarzucałam na jedno ramię. Jak dobrze, że sobie o tym przypomniałam.:), muszę się poprawić i wrócić do tej mody, którą mnie zaraził T. albo nie wrócić 🙂

   Wreszcie T. do mnie podszedł, pewnie nie zauważył zachwytu i właściwej przyczyny tego zachwytu.  Bo mój zachwyt był niemy, zatrzymałam go w środku, by dopiero teraz o nim , tamtym sprzed półwiecza, napisać . Wreszcie napisać.

I na tej szerokiej pięknej ulicy, gdzie zielone tramwaje ją ozdabiały i zagraniczne samochody było nasze spotkanie i Jego propozycja byśmy poszli do jego domu. Byłam ufnym dziewczęciem. Zresztą byłam w Niego wpatrzona , był mi jak duce . Myślę teraz, że chyba jednak wspomniał, o tym że w domu  jest Jego Siostra, więc pewnie to dodało mi animuszu. Jak tam było naprawdę , można jedynie snuć przypuszczenia, ale faktem jest że się zgodziłam i tak powoli jak zwykle zmierzaliśmy w kierunku gdzie mieszkał.

A mieszkał niedaleko, dobrze pamiętam tę niewielką, kameralnie położoną ulicę i dużą piękną starą kamienicę . Oczywiście teraz pewnie bym jej nie poznała, bo może obraz który jest we mnie ubarwiłam i jakoś przekształciłam. Wydaje mi się, że weszliśmy na  1 piętro po czym w prawo . przez bardzo wysokie drzwi do mieszkania.  

Siostra okazała się przemiłą dziewczyną, wyluzowaną pogodną i uśmiechniętą.

Od razu poczułam jak opuszcza mnie iście kościelne nabożeństwo i staję się zwykła. Przysiadłyśmy na jakiejś kanapie ustawionej po lewej stronie pokoju i gadałyśmy . Nie wiem o czym, ale mile wspominam tę dziewczynę. Tomasz najpierw stał nieopodal, opierając się o stół tylko się nam przypatrywał. Nic nie mówił, zresztą pewnie nie dałyśmy Mu żadnej szansy. Bo kto ma szansę by coś wtrącić, gdy gadają dziewczyny?  Innych mebli, poza stołem i kanapą nie pamiętam. Teraz żałuję, że się nie rozejrzałam,  bo pewnie były tam piękne stare poznańskie meble, ale byłam dziewczyną a nie starą babcią jak teraz. No, niezupełnie starą , ale babcią J. Po chwili T. chyba się znudził i gdzieś wyszedł. Wspomniałam Jego siostrze, że dostałam od Niego piękną pachnącą hiacyntową pocztówkę . Odparowała, że należała do niej, a brat  zabrał. Od razu odparłam  że ją odeślę bo byłam honorowa. Momentu, kiedy tę moją ukochaną już pocztówkę wysyłałam z Gorzowa, nie pomnę. Ale na pewno tak od razu postanowiłam.

Po pewnym czasie wrócił T. , wyszliśmy i chyba nie odprowadzał, a może odprowadzał na przystanek tramwajowy.  Pożegnania nie pamiętam, pewnie było zwykłe do widzenia, czy jakoś tak. I sobie poszedł.

Po chwili stał się tłem jak cały ten tłum a mnie pożarł zielony tramwaj i powiózł na równie zielone Winogrady….

 

PB162212.JPG

 Jeszcze raz to samo zdj z czołówki. Bo je lubię…..

Opowieść Sylwestrowa ( 9 )

 

 

Turlo-Elzbieta-Malgorzata-Buty_billboard.jpg 

Z netu- Turlo Elżbieta Małgorzata buty billboard. Jedyne jakie znalazłam podobnie klimatyczne, ale moje były zupełnie inne.

 

 

Już niedługo koniec tej Opowieści. Jeszcze ten wpis i co najwyżej dwa.

Jeśli Ktoś nie pamięta, albo nie czytał  poprzednich to króciutko przypomnę. Ale czy można opowiedzieć w skrócie o moim Pierwszym Wielkim Zauroczeniu w zaczarowanych zimą Bierutowicach? Nie da się. Więc więcej nie będzie…..

 

Tomasz mieszkał w Poznaniu. Ja w moim Gorzowie i pomimo tego, że wielkimi krokami zbliżała się matura, jak zwykle pojechaliśmy z Rodzicami do kuzynki i jej wspaniałej rodzinki na imieniny Józia. Ponieważ mieszkali w Poznaniu, była okazja spotkania się  z T. Umówiliśmy się więc listownie, pocztowo….tak tak, Młodzi, telefony kablowe były rzadkością a komórki i internet nieznany….

Był kwiecień  1965 roku , jeszcze czuję zapach oddychającej ziemi , ukochany do tej pory zapach wiosennego błota. 

I oto spacerowałam wzdłuż koszarowego muru ul. Ułańskiej czekając na T.

Widziałam jak nadchodzi od strony Grunwaldzkiej. Ułańska była pusta, więc  smukła sylwetka z czarnymi włosami wydawała mi się z jakoś dziwnie samotna i daleka. Potem już było lepiej, uśmiech znany , trochę powściągliwy, urok szczupłej  twarzy i wielkie zielone  wykrojone podłużnie oczy bystre i wyraziste… Nasze powitanie opisałam poprzednio, więc nie będę się powtarzać . Było raczej chłodne….

 Teraz usiłuję zrozumieć dlaczego . Może T. był tylko nieśmiały ale jest  wysoce prawdopodobne, że po prostu Mu się nie spodobałam, gdy tak spacerowałam pod murem ul. Ułańskiej.  

Przecież dziewczęcy urok schowałam w swojej nieśmiałości , ubrana byłam byle jak, a o uczesaniu nie wspomnę, bo już było o tym dużo. Nie mogłam się podobać i tyle. Byłam też pewnie poważnie drętwa, a może jednak się uśmiechałam? Nie wiem i  już  nigdy się  nie dowiem jak ocenił mnie wtedy T….

Zaproponował,  byśmy poszli do kawiarni. Zgodziłam się bezszmerowo, bo ten Chłopak mnie onieśmielał, był światowcem , w końcu z chórem Kurczewskiego bywał za granicą , co w tamtych czasach nie wszystkim było  dane, mieszkał w dużym mieście jakim jawił mi się Poznań.

A ja byłam gorzowską zieloną kurką. Nie wiem, czy się przejęłam tym , że będę drugi raz w życiu w kawiarni i to z T.  Raczej nie, pewnie mi się to spodobało, że coś fajnego zaplanował , że nie będziemy tak po prostu „szlifowali bruków”( to wtedy popularne określenie).  Do tej pory w kawiarni byłam tylko  jeden raz kiedy to zastępująca wychowawcę pani Majchrzycka ( uosobienie elegancji)  widząc naszą nieporadność zorganizowała klasowe wyjście do nieistniejącej już dziś gorzowskiej  Wenecji. Wyobraźcie sobie, kochani , że poszłam tam przebrana w …. mundurek szkolny. Miałam wtedy  15, może 16  lat . Potem długo nie było zwyczajów chodzenia do kawiarni, albo ja po prostu nie chodziłam. Jedynym „ lokalem” w którym bywałam w Poznaniu był bar mleczny położony nieopodal Okrąglaka. Przyjeżdżaliśmy  z Tatą albo Mamą  do ortodonty, który usiłował wyprostować mi zęby  i poprawić zgryz. Dla mnie wówczas głównymi atrakcjami  był sklep przy Grunwaldzkiej z pachnącymi kolorowymi ołówkami Koh-i-Noor oraz bar przy Okrąglaku ze smakowitymi  ruskimi.  Gdy po bardzo wielu latach, będąc w Poznaniu na jakimś kongresie odwiedziłam stare kąty  z rozrzewnieniem zauważyłam, że ten bar nadal istnieje. .

     A teraz, tej niepowtarzalnej bo jedynej w życiu wiosny 1965 roku , wędrowałam z T. do kawiarni . Szliśmy  obok siebie w przyzwoitej odległości , bo jak już pisałam, w tamtych czasach nikt się nie obejmował na ulicy. Ciekawe jak by było gdybyśmy byli współczesną parą młodych ludzi. Czy T. miałby ochotę mnie objąć, ale może ja bym Go sprowokowała?

Nie wiem, ale wtedy ja nie i On nie.

Szedł swoim spokojnym dużym krokiem, górował wzrostem, więc nie wiem czy w ogóle na mnie patrzył ale i ja nie zadzierałam głowy. Bo dreptałam obok Niego, wpatrując się w płyty chodnikowe,  by nie wpaść obcasem w  przestrzenie pomiędzy nimi. Nie założyłam wtedy pantofli na zupełnie płaskiej podeszwie, w których balowałam na niedawnej studniówce. Miałam kompleks wzrostu, ze swoimi wtedy 165 cm, górowałam nad większością kolegów z LO. Wiedząc że T. jest znacznie wyższy ode mnie, chyba wdziałam na nogi swoje  pierwsze nibyszpilki. Były zakupione w małym gorzowskim sklepiku przy ul.  obecnej Sikorskiego. Do tej pory dobrze pamiętam ten sklepik i jego zapach. Bardzo lubiłam te moje butki bo były śliczne i miłe. Uszyte z brązowego miękkiego  zamszu, miały długie nosy i sznurowanie z przodu. Poza tym miały zadziwiające obcasy. Wypatruję takich na ulicach, ale pomimo tego, że moda wraca, na razie takie obcasy nie wróciły. Moje tamte były do połowy pokryte  takim samym jak wierzch zamszem a od połowy żółtometalowe, poszerzające się nieco na samym dole. Szukałam w necie zdjęć podobnych, ale nie znalazłam. Jedynie jakieś zbliżone w klimacie, ale zupełnie inne. Szkoda, że w tamtych czasach nie było tak popularne fotografowanie. Nie było cyfrówek, smartfonów, co dla młodych jest niewyobrażalne.

     I tak sobie szliśmy tą poznańską uliczką Ułańską wzdłuż koszarowego muru. Aż wreszcie mur się skończył i wyszliśmy na Grunwaldzką, która wydawała mi się wielka i bardzo bardzo szeroka. Musieliśmy ją przekroczyć , by dotrzeć do kawiarni położonej prawie naprzeciwko, tylko trochę bliżej  Junikowa. W tamtych czasach były jakieś oznakowane przejścia, np. przy skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Roosvelta , ale o malowanych na jezdni zebrach nikt nie słyszał. Więc przekroczyliśmy tę szeroką ulicę idąc w lewo na ukos i dotarliśmy do kawiarni. Mam ją w oczach, ale  nazwy  nijak nie mogłam  wygrzebać z pamięci.  Szkoda, że nazwy nie zapamiętałam, a przecież widywałam ją potem często, jeżdżąc tramwajem na Junikowo, gdzie mieszkałam z koleżanką, będąc już na drugim roku studiów. Często przechodziłam obok niej, bo i piesze trasy uwielbiałam. Zapytałam teraz na fb syna kuzynki, Tadeusza i odpowiedział, że nazywała się  Prasowa.  

    Kawiarnia jaśniała z daleka, w środku była  obszerna i  pustawa z maleńkimi okrągłymi stolikami. Była też  napełniona muzyką. Usiedliśmy nie pod oknem, jak teraz najbardziej lubię, a  raczej bliżej środka, mam to miejsce zapisane w oczach. T. zaproponował ciastko i kawę. Ciastko nosiło nazwę torcik bambino. Czy tylko smak tego ciastka zdecydował, czy jakaś ukryta treść w jego nazwie? Bo przecież bambino to kochanie albo jak kto woli dziecko. Teraz bym się zastanawiała, ale nie przedtem. .

Była więc kawa i było ciastko a On milczał i ja milczałam.

W pewnej chwili T. jednak się odezwał, wskazując na narożnik sali : Popatrz i posłuchaj. Muzykę słyszałam już od momentu wejścia, ale teraz popatrzyłam . Instrument na którym grał pan w tej kawiarni był niewielki, z przewodem biegnącym po ziemi do  kontaktu elektrycznego . Wypływały z niego  dźwięki podobne do brzmień pianina i jednocześnie organów kościelnych, ale bardziej miękkie i rozczulające. Bliskie niebiańskim.  Kontynuowałam więc oglądanie i słuchanie, a T. objaśnił, że są to  organy Hammonda…

W tamtych czasach znałam jedynie moje tradycyjne pianino, fortepian widziałam  a także katedralną gorzowską fisharmonię, na której pedałując zawzięcie grałam kolędy a chórek dziewcząt śpiewał . Nie dziwcie się, że napisałam pedałując. Bez tego działania instrument był niemy. W dość krótkim czasie posiadłam umiejętność rozdwojenia czynności. Nogi rytmicznie ugniatały pedały a w innym rytmie dłonie wygrywały to co miały wygrywać.   Ponadto raz grałam w kościele w Rokitnie na prawdziwych organach towarzysząc owemu chórkowi. Ale organy Hammonda widziałam i słyszałam po raz pierwszy w życiu.

…. szkoda, że za mało przebywaliśmy  razem, bo  pewnie dowiedziałabym się o wielu innych sprawach. Tyle wiedział. Dowiedziałam się od Niego o chórze Kurczewskiego w którym śpiewał  ( śledziłam potem losy tego chóru i przykrość  z powodu następcy p. Kurczewskiego – twórcy i  wieloletniego opiekuna. Jakaś z tego powodu smuta).  W Bierutowicach, na tamtym sylwestrowym parkiecie, po moim nosowym krwotoku, co już opisałam poprzednio,  Tomasz cierpliwie  uczył mnie kroków tańca ( które do dziś powtórzę ), podając wtedy nazwę  lipsi ( niestety nie mogę jej znaleźć w internetowej wszechnicy a może źle tę nazwę usłyszałam i zapamiętałam ), a teraz pokazał ten instrument.

      Teraz jednak stwierdzam, że jednak nie było pomiędzy nami zupełnego milczenia. Pewnie  T. usiłował mnie otworzyć, poszerzyć moje horyzonty, ale chyba  trafiał na drewienko tylko nieco ociosane, ( jakim byłam) , a na więcej edukacji nie było czasu. Tak , zdecydowanie było za mało wspólnego czasu. Trochę żal, ale to se ne vrati, jak mawiają Czesi.

    Od tamtej pory od tego wiosennego Poznania 1965 roku,  od kawiarni Prasowej i T. w niej , gdy słyszę organy Hammonda, a nawet inne organy elektroniczne, przychodzi tamto spotkanie, kawiarnia i tamta muzyka. I tamta dziewczyna, której już nie ma, zielona, nieokrzesana, nieśmiała i nieatrakcyjna….

…i oto po ponad 40 latach przerwy  zaczęłam grać, koślawo bo koślawo, ale grać. Wyjechałam z G. a moje pianino tam zostało . Mieliśmy za małe mieszkanie na Żoliborzu by cokolwiek tam jeszcze wstawiać, więc pianino wraz ze zgromadzonymi w wielkiej liczbie zeszytami nut  powędrowało dalej. Przez następne dziesięciolecia całe moje granie poszło w zapomnienie, nie potrafiłam nawet  pomagać moim dzieciakom które  w czasie edukacji wczesnoszkolnej piłowały obowiązkowy flet czy cymbałki. 

I przyszedł taki dzień, było to  kilka lat temu  gdy M. wymyślił, by kupić do naszego już teraz 10 letniego domku w Michałowicach pianino. Było dużo miejsca na poddaszu, bo zostawiliśmy otwartą przestrzeń, więc zgodziłam się bez oporów. Szybko rozwiązaliśmy problem , czy ma być tradycyjne pianino ( okazało się za drogie), czy elektroniczny instrument grający. I wkrótce przybyła Yamaha i jest do tej pory. M. raczej nie spodziewał się, że do mnie wróci granie, myślał  o wnukach. Ale do mnie coś jednak zaczęło wracać. Jakieś mgliste  echa z dzieciństwa przychodziły gdy patrzyłam na klawiaturę . I wreszcie zasiadłam, uprzednio zakupując nuty dla raczkujących. I te sonatiny, etiudy,  Strauss,  uproszczony Chopin, Beethoven,  Mozart a także  oczi cziornyje i wiele wiele innych utworów kiedyś tak bliskich to wszystko przemówiło. I nagle jasność przyszła znaczenia tych nut i umiejętność dotykania tych klawiszy które dyktowały nuty i wszystko stało się proste. I cud się stał, dla mnie to cud. Koleżanka Joasia , gdy jej o tym opowiedziałam wspomniała, że jeden jej  pacjent tak miał i wkrótce okazało się, że to „tylko”  guz mózgu. Przyznam, że poczułam się nieswojo , potem zapomniałam, ale teraz  gdy o tym piszę,  wróciło. Jak na razie mam się dobrze. Minęło kilka dobrych lat a ja sobie gram gdy tylko mam ochotę, wprawdzie z wprawą ucznia może 3 klasy szkoły muzycznej podstawowej, ale gram i mam się dobrzeJ

Tylko czasem włączam opcję elektrycznoorganową, bo można wybierać odpowiedni przycisk i bywa, że wtedy wraca zapach tamtego czasu gdy wiosna 1965 r. dojrzewała a ja z nią. I jestem w tamtej kawiarni, gdzie zostawiliśmy swój niewidoczny ślad.

T. i ja i wspomnienie  naszej młodości bezsłownej …

      Nasze kawiarniane  spotkanie z T.  chyba nie trwało długo.  Odprowadził pod dom kuzynostwa i pożegnał tak jak przywitał oficjalnie i beznamiętnie. Ja też nie wykonałam żadnego gestu, przytulenia, czy jakoś tak. Przecież mogłam, ale wtedy nie wypadało , to On  powinien wykazywać inicjatywę. Okropne  były nasze czasy, dziewczyny siały pietruszkę – pewnie nie wiecie co to znaczy- to znaczy, że na zabawach siedziały pod ścianą i czekały, aż chłopak poprosi je do tańca. Jeśli nie poprosił to mówiono o nich,  że sieją pietruszkę. Jasne? Niejasne? Ale na pewno dla Was, wnuki moje, niezrozumiałe.

Oj, gdyby nasze zauroczenie przyszło do nas teraz i w dodatku mielibyśmy tyle lat ile wtedy,  wszystko mogłoby być inne.  Pewnie dobrze, że było tak jak było . Bo było pięknie  i wspomnienia tamtego są niewinne i czyste. Jak śnieżny  krajobraz gór śpiących nad spływającymi w dół  Bierutowicami . Jak   poświata pełni księżyca i w zimne światło gwiazd szeroko rozsianych nad naszym niebem. ….

 ….przez długie lata Tomasz czasem , bardzo rzadko się zjawiał się w myślach. Potem pożegnałam się z tym wspomnieniem, bo nie było czasu na oglądanie się wstecz.

Teraz przyszedł czas wolny i wróciło tamto, zda się trwale w centrum Wielkiego Piękna zamknięte…wróciło jak żywe, tylko nas już nie ma…

Wybaczcie tę ostatnią ckliwą nutę, pewnie znowu organy Hammonda usłyszałam, ale ogólnie jest dobrze. Jest bardzo dobrze, że nas to spotkało….

 

 

 

KościółPw.ŚwDucha w Krobi, www.fluidi.jpg

 

Zdj z netu. Stara fisharmonia w kościele w Krobi. Na podobnej grałam w Gorzowie.

 

1,23.JPG

Sześć lat temu gramy z Wiktorem…

 

hammond.jpg

 

Zdj z netu.