Grudzień czyli grudnik zwiastuje bliskie Boże Narodzenie….

Zdjęcie-0240.jpg

Teraz….

 

Wśród straszliwych wydarzeń w świecie jak gdyby nic właśnie zakwita.

Na szczycie zielonych łodyg przypominających szeregowo ułożone rozwichrzone liście najspokojniej w świecie pojawiają się krwiste  kuleczki. Za kilka dni pękną bujną purpurą.

To znak , że niedługo Boże Narodzenie.

 Jak ten czas leci. Święta za świętami, grudzień kwitnie jak zwykle , lat nam przybywa, dobrze, że wnuki rosną, więc ciąg w przyrodzie zachowany. I nic to, że niedługo oglądać będziemy naszą znękaną ziemię z drugiego świata. Taka kolej, miejsce potrzebne dla potomków….ale dopóki tak się stanie sycimy oczy kwieciem czerwonym a w innej odmianie różowym , białym czy łososiowym niespodziewanie wykluwającym się z małych pączków…..

 Nazywamy ten kwiatek grudniem, ale to  właściwie grudnik lub  szlumbergera . Ostatnia , obco brzmiąca nazwa pochodzi od  F. Schlumbergera, wielkiego francuskiego pasjonata i zbieracza wszelakich kaktusów.  Do lat 90 ubiegłego wieku  grudnik bywał figlarnie zwany  Zygokaktusem. Należy do rodziny kaktusowatych ( Cactacea) i niektórzy wołają na niego kaktus Bożego Narodzenia.

Przybył do nas z tropikalnych lasów Brazylii gdzie żyje sobie na wolności porastając drzewa i skały. Nie widziałam, ale musi być piękny, dopiero tam, gdy zwiesza się nad głowami przechodzących i wabi urokiem kwiatów.  

      Gdy zakwita u nas w domu , oznacza, że już koniec listopada i choinka tuż tuż….

Grudnik lubi mieszkać u nas w domu, wybiera miejsca jasne, ale bardziej gustuje w rejonach półcienistych. Nie chce ostrego słońca, widocznie razi ono jego oczęta. Gdy się skupia nad kwitnieniem nie możemy go przenosić, dotykać ani w ogóle ruszać. Chce spokoju, jak kobieta przed porodem lub osoba przenosząca się do innego świata. Widziałam, uczestniczyłam w takim skupieniu bliskich-Teściowej i Rodziców, którzy odchodzili w swoich mieszkaniach , tak jak chcieli i byliśmy obok. Prosili o ciszę, nasłuchiwali a może już spotykali się ze swoimi, zawsze kochanymi pomimo wiecznej odległości. Wybaczcie, kochani tę dygresję, ale sama przyszła, więc i tu się pojawiła.

Wracamy więc do naszego miłego kwiatka który w ogóle nie posiada liści, a ma łodygę złożoną z szerokich zielonych elementów łatwo odrastających w nowej doniczce.

Zapewniamy mu spokój, półcień i niewysoką temperaturę otoczenia ( najlepiej do 20 stopni C) . Gdy po przekwitnieniu jego łodyga matowieje, to znak, że chce odpocząć. Następuje to od sierpnia do października i od lutego do marca. Wtedy rzadziej go podlewamy , tylko wtedy, gdy pojawi się niewielkie więdnięcie , kurczenie łodyg co jest oznaką pragnienia  i do chwili gdy wyrazi ochotę na kwitnienie, codziennie zraszamy liście. I tak jest co roku. Najstarszy kwiat w moim domu przywędrował od Rodziców i ma ponad 20 lat. Doczekał się już potomstwa, które zachowuje się jak rodzic. Ale zdarza się im niespodziewanie wyłamać z żelaznej zasady, jak to z młodymi bywa i  zakwitnąć poza swoją grudniową porą . Myślimy wtedy, że chce nam przypomnieć  dawne dobre czasy, gdy wszyscy byliśmy blisko. Jest dla nas  wysłannikiem z dalekiej niebiańskiej planety….upragnionym i zawsze wyczekiwanym.

Więc radujmy się, bo grudzień chce zakwitnąć….

 

4.JPGZdjęcie z zeszłego roku. Taki będzie….

Gorzowskie czasy. Zacisze.

SAM_1956.JPG

Kostka granitowa z ulicy Orląt Lwowskich z nieco wyblakłym napisem przywieziona przez gonię do mojego gorzowskiego minimuzeum w Michałowicach. Jeszcze pulsuje w nim tamten czas….

 

 

Pośród politycznej zawieruchy buchającej z telewizorów od kilku dni szukam zacisza.

    I znajduję ukojenie w powrotach do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości. Oglądam stare zdjęcia a „stąpając” po kamieniach od goni, które znajdują się w moimi minimuzeum gorzowskim trafiam na ulicę Orląt Lwowskich.

To tam mieszkałam od 10 roku życia aż do pełnoletniości. Najbardziej soczyste i świadome to były lata. Ale do nich dochodziłam stopniowo, bo poza kotkami w kotłowni  oczywiście miałam i inne ciekawe zajęcia. Może ciekawe nie zawsze były, ale pozostały w pamięci jako jasne chwile. Cisza naszego mieszkania i wieczorne odrabianie lekcji  w kręgu światła stojącej lampy z Mamą zajętą robótkami ręcznymi, gra na pianinie kojąca pierwsze burze dojrzewającego ciała i umysłu, późniejsze cotygodniowe przyjazdy do Gorzowa z szaleńczej nauki na AM w Poznaniu i spacery z Mamą. I widzę Tatę na naszym balkonie z widokiem na rzeźnię miejską….to wszystko było , odeszło ale zatrzymało się gdzieś w starym rodzinnym albumie i teraz spina tamten czas z obecnym gdy głaszczę kamienie przywiezione przez gonię….

 

ja piszę.JPG

 

P6050064.JPG

 

Zdjęcie-0560.jpg

 

Zdjęcie-0828.jpg

 

Gorzowskie czasy. Historia z kotkiem.

P1202184.JPG

Eksponat gorzowskiego mninimuzeum w Michałowicach. Granitowa kostka z mojej ulicy Orląt Lwowskich.

 

 

dom na nowotki.JPG

Światełko nad wejściem do dawnego Oddziału Drogowego PKP przy ul. Orląt Lwowskich, gdzie w kotłowni spędzałam czas z kotami….

 

 

Niedawno pisałam o moim gorzowskim minimuzeum w Michałowicach.

Utworzone zostało z eksponatów zebranych z miejsc mi bliskich , taszczonych w plecaku a potem przywiezionych z mojego miasta przez gonię,  przyjaciółkę poznaną dzięki nieistniejącemu już w dawnym kształcie portalowi MM Gorzów. Wysyłałyśmy tam wszystkie tekściki, które przyszły nam do głowy, a te  po akceptacji redakcji ukazywały się w necie. Powodowało to intensywne dyskusje, wielokrotnie merytorycznie twórcze.

Fajnie, że to było, bo pozostały sympatie i wspólne wspomnienia. Jednocześnie żal tamtego , bo nowa formuła jest ogólnokrajową” urawniłowką”, papką raczej tylko.

Po tym przydługim wstępie, ale raczej koniecznym gdy ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, albo zapomni, co czytał przedtem chcę przystąpić do kolejnej opowieści.

I tak codziennie oglądam gorzowskie pamiątki starannie opisane ręką Ofiarodawczyni.

      Naczelne miejsce zajmują granitowe kamienie z mojej dawnej ulicy Nowotki (obecnie Orląt Lwowskich) w Gorzowie Wielkopolskim.

Gdy miałam może 10 lat, opuściliśmy przepastne, dość mroczne mieszkanie przy ul Kos. Gdyńskich z dwoma parkami w sąsiedztwie, ze starym poniemieckim cmentarzem w jednym z nich, który był nam terenem zabaw i z błotnistym podwórkiem z cherlawym bzem nad wiecznie przepełnionym śmietnikiem , gdzie spędzałyśmy z Bajką urocze chwile…

    I nastał czas nowego mieszkania w oddziale drogowym PKP, gdzie Tato wspinając się na drabinę zawodową ostatecznie przysiadł na jej Gorzowskiem wierchuszce, na stanowisku Naczelnika.

Wtedy dostał mieszkanie służbowe, które mieściło się w owym Oddziale Drogowym PKP.

Duże było i jasne, z dwoma balkonami, wychodzącymi na pobliską rzeźnię, gdzie wiecznie płakały zwierzęta.

Dlatego unikałam tych miejsc, wolałam przesiadywanie w kotłowni, z panem palaczem i stadem kotów. Od tej pory moje życie towarzyskie opierało się na takich kontaktach a także bliskiej znajomości z portierami zza okienka na pierwszym piętrze. Był to pan Hołub, stareńki wtedy się wydawał, wąsaty , kościsty ale ciepły , który zawsze czytał książki oraz pani Hela Krzyżanowska, duża miła kobieta, z miękką wschodnią mową. Ubolewała, że jej brat zesłany na Syberię zakochał się w miejscowej kobiecie i tam został.

Też tak jak ja kochała koty.

    Kochałam te kociska mieszkające w naszej kotłowni. Któregoś dnia ubłagałam Mamę, by się zgodziła na obecność jednego z nich w naszym mieszkaniu. Był milusi, siedział przed kanapą, na której Mama często się kładła z książką. Patrzył na nią i pomiaukiwał. Pierwszego dnia tak właśnie było. Nawet rozbroił surową i raczej smutną na co dzień Mamę, która  opowiadała mi o jego zachowaniu z uśmiechem. Jednak następnego dnia, po powrocie ze szkoły Mama mnie zaprosiła do małego pokoiku  gdzie stało moje łóżeczko starannie nakrywane kapą i ozdobną wyszywaną nakładką na poduszkę. Od razu uderzył mnie  jakiś nieład. Nakrycie łóżka było jakoś dziwnie skotłowane. Gdy usiłowałam je rozprostować, znalazłam w środku wielką kupę. Kto to zrobił? myśli przegalopowały w mojej głowie i zafiksowały się na jedynym winnym, słodkim kociaczku. Zdruzgotana, zbrzydzona i wzburzona pobiegłam do kuchni, gdzie właśnie urzędowała Mama. Ze spokojem oznajmiła, że to przecież mój kotek był sprawcą tego nieszczęścia więc teraz powinnam sama to wyczyścić i  wyprać . Ryknęłam wielkim głosem, lejąc łzy jak  grochy. Mama  w końcu się złamała, uległa i sama posprzątała po naszym kocie.

Wtedy zdecydowałam bez wahania, że kotek wróci razem ze mną do podziemi.  I tak się stało.   Od tej pory tak jak przedtem mruczeliśmy sobie przy ciepłym piecu w ciemnościach piwnicznej kotłowni. Było miło, przemiło….

 

kot db awatar.jpg

 

Nad Bugiem.  Kotek przed altanką zaprzyjaźnionego z nami Profesora. Taki słodki jak mój, ten gorzowski…..

 

Moje Zaduszki

 

SAM_2055.JPG Wczorajsze niebo nad Michałowicami. Nadchodzą Zaduszki…. 

 

 

 

  Po ostatnich wydarzeniach dzisiejsze sprawiło, że nagle poczułam, jakby rozsypywał się mój domek z kart. Zobaczyłam domek , na tle wiecznie zielonej sosny rosnącej w pobliżu michałowickiego domku tak blisko, zda się na wyciągnięcie dłoni. Pieczołowicie składany, dopasowywany, utrwalany na solidnej betonowej podstawie. Bo na takim  fundamencie rodziny układałam  karty. Każda miała swój kolor i numer. Były ważne i mniej ważne, ale wszystkie znajome i dopiero  złożone  stanowiły całość odporną na burze, długotrwałe milczenia czy nawet jakieś drobne krótkotrwałe animozje. Na tych kartach były wizerunki osób z dalszej rodziny a także znajomych, których lubiłam szczególnie. I do tej pory myślałam, że jest dobrze. A właściwie nie myślałam. Oni wszyscy byli. Wszystko było zmontowane, trwałe, zda się na wieki. W moim domku z kart było jasno i ciepło, bo zamknęłam tam  uczucia .

Ale dzisiaj pękło.

Tak to poczułam, gdy odeszła kolejna bliska mi osoba.

I wtedy w oczach pojawił się obraz rozsypującego się mojego  domku z kart. I po chwili myśl.  

Nie mogę się poddać. To nie tak. Można go uratować siłą wspomnień. I nadzieja wstąpiła.

     Więc wspominam. Przed kilkoma dniami, gdy jeszcze nie pochowano Kostusi o której poprzednio napisałam, mąż kuzynki Jadzi, Józio Lis zapragnął połączyć się ze zmarłą przed laty żoną. Tak bardzo zapragnął, że wreszcie się uwolnił, pofrunął w zaświaty. I teraz są szczęśliwi w tym czerwonym zachodnim niebie….Józio był człowiekiem bardzo uzdolnionym, skromnym, z wielkim poczuciem humoru i ciepłem , którym obdzielał otoczenie. Jakże lubiłam wpadać od nich w czasach studiowania na AM w Poznaniu, grzać się w ich rodzinnym gnieździe , ładować przysłowiowe akumulatory, zwykle coś podjeść. Bo Jadzia widząc mnie zawsze dzieliła się jakimś daniem. Do tej pory widzę Ją i Józia w kuchni ich mieszkania przy ul. Ułańskiej, my pałaszujemy, a Jadzia gdzieś obok, bez talerza. Ona się nie dzieliła swoim daniem, ona po prostu oddawała mi swoje….Józio pokazywał swoje wynalazki. A to radio wielofunkcyjne, a to system nasłuchu z pokoju synów. Siedząc sobie w innym pokoju mógł słyszeć, co też wyprawiają chłopcy. A dynamiczni byli bardzo, pomysły iskrzyły więc należało się spodziewać kolejnego. Gdy byli mali matka prowadziła ich na szelkach , gdyż dzieliła ich tylko różnica roku a temperament roznosił. Mam takie  zdjęcie wykonane przez Tatę  z gorzowskiej ulicy, kiedy to odwiedzali dziadków Lisów i nas przy okazji. Zawsze wtedy wnosili żywiołowość i radochę. Ale wracam do poznańskich czasów, do Józia. Opowiadał, że w przedwojennym harcerstwie  uczono młodych jak hartować siłę woli. Trzeba było przez trzy dni oglądać czereśnie i żadnej nie zjeść. Albo ulubiony cukierek długo nosić w kieszeni. Kochałam Józia. Nawet dopatrywałam się podobieństwa z moim późniejszym mężem, wierząc że będzie tak dobry jak On.  Tak, muszę się do tego przyznać. Dlaczego nie miałabym się przyznać?

I przypominam też jego opowieści z AK. Józio brał udział w walkach o wolność Polski, potem publikował wspomnienia. Ciekawe, czy synowie je mają. Józio- męski, nietuzinkowy, ciepły czuły, zakochany w swojej Jadzi, synach . I taki pozostał w mojej pamięci….

     Było o Józiu, bo to ostatnie pożegnanie.

 

Ale dzisiaj spotykam się ze wszystkimi bliskimi, którzy już dawno przekroczyli granicę cienia:

– z moimi Dziadkami:

 beskidzkimi góralami – Marianną i Michałem Jakubcami , rodzicami Mamy, którzy oglądają Skrzyczne z godziszczańskiego cmentarza,

z rozdzielonymi tu na ziemi Łukaszewiczami- Tomaszem śpiącym w obecnie białoruskim Rakowie i Staśką  w dalekiej od tej ziemi Trzciance Lubuskiej.

– z Dziadkami Mirka- Wojciulami, rodzicami Jego matki Heleny, zamordowanymi wraz z czwórką dzieci przez bandziorów sowieckich w swojej posiadłości w Cicinie i odpoczywającymi w białoruskich obecnie Smorgoniach .

I z Konopielkami śpiącymi w swojej Kołpiei….  

    I spotykam naszych  Rodziców, idą w milczeniu ale dają znaki , gdy coś nie tak, cieszą się z nami gdy wszystko jest ok.  

Widzę Stefanię i Wacława Łukaszewiczów śpiących  na maleńkim uroczym okolonym wysokim lasem cmentarzu w pobliskim Komorowie

Helenę i Jana Konopielków , którzy zostali tak jak chcieli w swoim Lidzbarku, który stał się im powojennym domem,

I Braci naszych widzę:

Mojego czteroletniego , rezolutnego nad wiek Wacusia, zabranego przez przywleczoną przez sowietów czerwonkę , opłakiwanego przez Matkę do końca Jej dni, urodzonego po aresztowaniu Taty i zmarłego przed powrotem., którego grobu już nie ma w Smorgoniach i  Zenona, niespokojnego ducha, człowieka pióra wbrew woli ojca, otoczonego czułością żyjącej nadal ostatniej żony, Inki, która dzwoni i mówi, że Zenek jest stale obok niej, ale tak naprawdę, to jest mieszkańcem zielonogórskiego cmentarza. I brata Mirka-  Pawła- dużego, łagodnego zawsze pogodnego i kochającego ludzi, zamordowanego przez pijanego kierowcę,     I przyjaciół spotykam dziś: Olę Gajewską- dentystkę z Lidzbarka,  która czuwała nad naszymi dziećmi, gdy u dziadków  beztrosko je  zostawialiśmy letnią porą. Zasnęła nagle już 10 lat temu. – Janusza Zdanowicza mądrego jasnowłosego chłopaka, z którym przetańczyliśmy wiele nocy   i  Bronka- emanującego spokojem i mówiącego zawsze- nic to  , moją  prof. Teresę Wyszyńską, dr Salińską i koleżanka od koszykówki z LO – Teresa Łakoma Koryluk zwana przez nas Kostusią. O nich już napisałam wspomnienia w tym blogu, więc nie będę streszczała.  I jest Józio Lis,  wspomniany na wstępie nareszcie szczęśliwy, bo  połączony ze swoją miłością- Jadzią.

      Nie wszyscy się znali na tym padole łez, ale my ich znaliśmy, więc byli nasi. I  są nadal,  w naszym domku. Blisko.

     Tak rozmyślając , wędrując w czasie, widzę, że  mój domek z kart, delikatny ale zbudowany na solidnym rodzinnym fundamencie złożony z dalszej rodziny, bliskich znajomych nie zachwiał się, nie rozsypał, jest jeszcze silniejszy niż był, silniejszy wspomnieniami o tych, którzy w niebie już urzędują.

     I widzę światełko w tunelu, jasność niebiańską i jej rezydentów  lekkich wyzwolonych z ziemskich cierpień. Wybrali już ustronne miejsce pod nasz domek z kart, który wcześniej czy później tam przyfrunie….

 SAM_2071.JPG

Nasza Kostusia….

piękno.JPG

Amfiteatr gorzowski, festiwal cygański Romane Dyvesa. 2009. My na widowni….

 

ładna zapatrzone i zasłuchane.JPG

na widowni, obok , zasłuchana Kostusia….

 

 

Dzisiaj z telefonem Bożeny przyszedł  dzień inny, refleksyjny smutkiem. Jedyny taki. Wczoraj  nasza, zda się niezniszczalna koleżanka Teresa Łakoma- Koryluk, zwana Kostusią wybrała Wolność Wieczną Młodość i Radość w innym, nieznanym nam jeszcze, ponoć Lepszym Świecie.

I cóż nam robić. Łzy są zbyt banalne chociaż chciałoby się płakać, po prostu zwyczajnie po ludzku płakać. Opłakiwać. Ale nie jest to łatwe, na razie serce ściśnięte i słów brak.

I dlatego otwieram księgę  życia, księgę naszej młodości.

     I wracam do Gorzowa, gdzie młodość uwieczniona, utrwalona w myślach oczach i sercu.

I radość młodzieńcza. I uśmiech. I jakieś zdjęcia, stale żywe.

     Jesteśmy w LO na Zawarciu . To nic , że pół wieku temu. Wielka sala gimnastyczna i dyr. Herma krzyczy- Kostusia Kostusia, szybciej ,  tam podawaj tę piłkę. Był naszym wiernym kibicem, gdy grałyśmy w koszykówkę. W drużynie kapitanem jest Kostusia. Dominuje wzrostem, zwinnością zręcznością i celnością udanych wrzutów do kosza.  Wysoka delikatne jak trzcina, jasnowłosa, wiecznie roześmiana to dziewczyna. Bardzo przez wszystkich lubiana, ba kochana. Bo jak nie kochać takiego roześmianego Promyka.To były nasze najwspanialsze chwile, ze sportem, radością potem na czole i pod owłosionymi pachami, bo wtedy nikt ich nie golił.

To było dopiero potem. Gdy spotkanie po 40 latach w Gorzowie koleżeńskie, takie jak kiedyś. Wiecznie młodzieńcze i radosne. Uciecha, bo właśnie Romane Dyvesa. Festiwal cygański. Siedziałyśmy obok,i  czułam Jej ciepło pulsujące obok. Patrzyłam jak ogląda i słucha. Złapałam w oko obiektywu Jej twarz i mam Ją na zawsze. Zachwycałyśmy się wtedy spódnicami wirującymi i kolorytem cygańskim i muzyką. Tak , teraz też słyszę jak grają Cyganie i widzę jak tańczą na estradzie gorzowskiego amfiteatru pod ciemniejącym już niebem i światłem gwiazd. Grają dla Ciebie Kostusiu swoje cygańskie pieśni.

Następnego dnia ostatnie moje przedwyjazdowe spotkanie z koleżankami. Szybko minęły te trzy pobytu w mieście, gdzie się urodziłam. Za szybko. Na zdjęciu został balkon u Bajki z widokiem na Park Wiosny Ludów, ukwiecony, wonny ziołami posianymi w skrzynkach i my, trzy gidie wiecznie młode. I nasze pożegnanie już właściwie nocne na dworcu.

A potem jeszcze ostatnie spotkanie w Warszawie, zawsze  wesołe, rozchichotane Teresą. Dla nas Kostusią. Zawsze Kostusią.

I jeszcze były  rozmowy telefoniczne, głos pogodny,  niefrasobliwy i uczucie, że to nigdy się nie zmieni. Lubiłam te rozmowy o wszystkim i o niczym właściwie. Tego będzie brakowało. Ale to nic. Zapraszam Ciebie Kostusiu na kawkę, pogadamy, powspominamy. Będzie jak kiedyś. Może wpadniesz, będę czekała….

….tylko dlaczego wiatr nagle odwrócił tę stronę naszej księgi z młodości . I zamknął tamtą, z pięknymi wspomnieniami….

Teraz pożegnania nadszedł czas. Nie na zawsze, tylko na chwilę, na małą chwilę. Będziesz czekała na nas ze swoim uśmiechem i organizowała jakieś piwo.  Przybędziemy…..

 

balkon Basi (2).JPG

 

balkon Basi.JPG

 

balkon Basi (2).JPG

 

 

O minimuzeum gorzowskim w Michałowicach

Przedtem było o znaczku pocztowym z moim Gorzowem który stał się Kluczem do Krainy Dzieciństwa ….

SAM_1919.JPG

Zdjęcie wykonane przez Wiktora( lat 7). Jego mama i zbiory gorzowskie….

 

 

      Tak więc Gorzów do mnie wrócił, przyleciał z pocztą i zamieszkał w moim domu obok granitowych kostek  z rozbieranych ulic Gorzowa, fragmentów starych murów, kamieni z tej ziemi  starannie zbieranych przez gorzowską przyjaciółkę gonię.

Poznałyśmy się dzięki portalowi MM ( Moje Miasto) Gorzów , który  niestety w swojej uroczej  dyskusyjnej swobodnej formie umarł śmiercią  naturalną . A może nie naturalną, tylko brutalnie przerwano jego uroczy klimat zmieniając na siłę formułę na wszechogarniającą jednakową w całym kraju redakcyjną nudę. Szkoda, ale takie jest życie. Zabiera to co dobre i nie ma już powrotu….

A portal ten był dla nas okazją do pogadania, pisania na dowolne tematy  i przyniósł trwałe przyjaźnie, niemożliwe chociażby z powodu różnic wieku w realu. I to jest niezaprzeczalna wartość, którą cenię najwyżej jak tylko można…..Musiałam o tym pogadać, bo żal gdzieś muszę wylewać i tęsknoty za byłym czasem też. I tę czułość, gdy słyszę przez telefon głos ludzi których polubiłam. I zawsze wtedy widzę ich zaangażowanie rozdyskutowanie i otwieranie mi nowych horyzontów w dawnej MM –ce kontynuowane w innych miejscach netu.

Wracam więc od goni i mojego minimuzeum gorzowskiego. A było tak.

Pamiątki w nim zgromadzone  zabierała z miejsc  szczególnie mi bliskich . Wyobrażam sobie z jakim trudem  taszczyła je  w plecaku ta delikatna, miniaturowa dziewczyna . I ostatecznie z równym poświęceniem dostarczyła do  Michałowic, pokonując dzielące nas ponad 500 km. Bywała tu kilkakrotnie, a to z drzewkami wyhodowanymi z nasionka- najpierw  kasztankiem i lipką a potem klonikiem, które teraz cieszą oko w naszym ogródku i wszyscy liczni domownicy wiedzą, że w Gorzowie się urodziły, tak jak ich babcia. I literaturę przywoziła, programy z gorzowskich wystaw , foldery, wycinki prasowe czy wreszcie wydawnictwa związane z historią miasta, wydarzeniami kulturalnymi czy pięknymi zdjęciami.

W ten sposób  powstało gorzowskie minimuzeum , taka mazowiecka michałowicka filia. Tworzą je drzewka w przydomowym ogródku, wydawnictwa na półkach i kamienne zbiory które przycupnęły na podściennym skraju krętych na schodów wiodących na poddasze naszego domku , a także na podłodze tegoż poddasza. Kiedy kiedyś się nimi nadmiernie zainteresował mały wtedy najmłodszy wnuczek, Patek, jego starszy o 4 lata brat- Witon poważnie go wyhamował, mówiąc, że nie wolno dotykać, bo to gorzowskie muzeum babci….

      I codziennie oglądam to wszystko , drzewka zajęte jesiennym zrzucaniem liści i szykowaniem do zimowego snu na razie milczą. Wiem, że przemówią z wybuchem wiosny. Wydawnictwa grzecznie czekają na ogląd, nie narzucają się, ale są pewne, że niebawem sięgnę po nie i poszybuję razem z nimi.

A kamienie zaglądają mi w oczy i pytają, czy pamiętasz?….

 

SAM_1928.JPG

 

SAM_1930.JPG

 

SAM_1934.JPG

 

SAM_1936.JPG

 

P1202192.JPG

 Wszystkie zdjęcia wykonał Wiktor( lat 7). gonia opisała kamienie. Te z  K- z rozbieranej nawierzchni ul. Kosynierów Gdyńskich, sprzed mojego pierwszego gorzowskiego domu….

 

Zwykły znaczek pocztowy.

SAM_1882.JPG

 

 

Przed laty  dostałam  list z  Gorzowa.

Gdy wzięłam do ręki  kopertę odruchowo spojrzałam na znaczek. I zaskoczenie radosne, niedowierzające i oglądanie przez lupę . I przyszła radość, jak ze spotkania ze starym bardzo lubianym znajomym, ba, nawet większa. Jak ze spotkania ukochanej Bardzo ważnej osoby, bo na znaczku ulokowało się mikrozdjęcie mojej gorzowskiej Katedry.

I gdy tak stałam rozmarzona,  znaczek przemówił.   Poczułam bijące od niego ciepło, wędrujące do dłoni, potem do serca i ostatecznie logujące się w głowie. Tak, ciepło bijące od znaczka zalogowało się w mojej głowie i wylogować nie chciało. Zresztą  nie chciałam by tak się stało. Tak było mi dobrze. I jest dobrze.

I patrzyłam na list ze znaczkiem który mi opowiadał o Gorzowie. Gdy się zmęczył, odkleiłam go starannie , nad parą, jak uczył Tato.

Od tej chwili znaczek zamieszkał w moim portfelu. I jest tam stale. Widzę go od razu  gdy szukam pieniędzy, biletów WKD czy innych dokumentów i wzrok zawieszam.

     Bo ten znaczek stał się i nadal jest  kluczem do Zielonej Krainy mojego Dzieciństwa .

Kluczem do Powrotu . Tam gdzie były wszystkie  Pierwsze Zachwyty …

Bo tam, w  Gorzowie wszystko było dla mnie pierwsze i zostało najpiękniejsze.

 

Miasto zatopione we wzgórzach .

Pachnące kolorowe ogrody.

Szeroka rzeka o imieniu Warta.  

Most, betonowe balustrady z falbankami.

Każda falbanka to balkonik.

Balkonik z nisko posadowioną we wnętrzu nieco wklęsłą  ławką.

I zimno betonu pod pupą.  

Rozproszone mgliste światło fantazyjnej lampy

Romantyczność

A rzeka daleko w dole

Obojętna

zajęta swoim połyskiem, pluskiem i dźwiganiem fal w siną dal….   

      

     Piękne kamienice, przepastne bramy i niezwykłe do nich wjazdy, chodniki z wielkich gładkich płyt granitowych.

     Podwórkowe przesiadywanie z Bajką na jedynym bzie nad wielkim śmietnikiem  przy ul. Kos. Gdyńskich i obserwowanie szczura.

     Wyprawy do pobliskiego parczku, przy ul .Estowskiego, gdzie krzaki wabiły a nich ukryte  zwalone chropawe płyty nagrobne z literami w rowkowatych zawijasach zapraszały  do  zabawy w dom. Radosne spokojne zabawy w dom , bez wyobraźni, że to świat umarłych .

    Dworzec i szyny  kolejowe prowadzące do  wielkiego nieznanego świata….

    Codzienne, samotne, bardzo mroczne dreptania o świcie, gdy przychodziła pora na roraty. Ciemne ruiny spalonych już po wojnie domów wzdłuż ul. Wasilewskiej, obecnie zwanej Sikorskiego. Zawsze tam były. Od naszego urodzenia. Taki normalny nasz, powojenny pejzaż.

Jednak na końcu ulga , że już Katedra . Na pozór wyniosła , mało przyjazna , z wieżą niby wielki stary jednooki groźny woj, ale wiadomo, że w niej ciepło świec, zapach kadzideł i mruczenie wiernych ….

    I  sąsiadujący z kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich, park Wiosny Ludów  z wierzbopłaczącą wyspą na stawie . I  platany  w nim w tańcu zastygłe i czerwono kwitnące kasztanowce …

    I jeszcze gorzowskie pierwsze moje kwiaty. Magnolie niby wielkie białe zda się papierowe ptaki nagle siadające na nagich zimowych jeszcze gałęziach dużych drzewokrzewów.

I wyprawy z Panią Zielińską na wzgórzowy rozległy stary cmentarz Ewangelicki na forsycje. Najpiękniejsze , gdy w lutym zebrane jako nagie patyczki, potem jeszcze długo śpiące  w wazonie i nagle rozkwitające wesołą radosną żółcią oświetlającą ponure mieszkanie.

     I patrzę na ten gorzowski znaczek pocztowy zamknięty w portfelu. Niby zwykły. I nie wierzę, że tyle w nim się mieści wspomnień, obrazów, zapachów i tyle czułości.

Tyle kadrów jak ze starej celuloidowej taśmy wolno przesuwanej z szumem projektora ukrytego za okienkiem, kadrów wydobywanych ze smugi światła z wirującymi w nim drobinami kurzu w skrzypieniu foteli ulubionych gorzowskich kin – Słońcu czy Kolejarzu….

Obrazy mojego dzieciństwa i Gorzowa są na tym filmie, kadry wychodzące z mgły i przechodzące w dal …..i nic to, że takiego mostu już nie ma, kina odeszły w niepamięć mieszkańców, płyty nagrobne zabrano i ulice nie takie , ale jeszcze żyje pamięć …dopóki żyję i mam klucz do tej Krainy Dzieciństwa. Klucz- zwykły znaczek pocztowy w portfelu…..

 

A nasz Bug płynie, płynie…

gulsatelit.JPG

Zdjęcie z netu. Widok z satelity na Bug, cofkę i nasze działki pod lasem…

 

 

Przybyliśmy nad brzeg Bugu 37 lat temu i od razu się zakochaliśmy w tym miejscu. Trudno było się  nie zakochać.

Już droga  na działkę była wydarzeniem. Przeżywaliśmy bowiem trzy zjawiskowe odsłony. Powodowały one, że Warszawa wydawała się odległa, coraz bardziej nierealna, wszystkie problemy nikły, a otwierała się wolność. Piękną odsłonę pierwszą zwiastował niewielki  Nieporęt, bo za nim rozpościerały się rozległe wody Bugonarwi,  czyli tzw. Zalew Zegrzyński, z żaglówkami, ptactwem i porażającym błękitem, potem była szeroka Narew za Serockiem, z maleńkimi łódeczkami i nieruchomymi wędkarzami wyłaniającymi się z mgły  z niteczką szosy na wysokim brzegu i wreszcie ostry zjazd w dół w paszcze i objęcia szumnych  lasów za którymi czekał już na nas  Bug.

To był dla nas inny świat, bajkowy i jakby nierzeczywisty. Nasze dzieci wyrwane z blokowiska od razu szalały, kąpały się w odsznurowanym starorzeczu Bugu zwanym cofką. Potulnie nakładały  stare tenisówki, by ostre muszle zatopione w piasku nie poraniły stóp, i pływały wzdłuż szuwarów, bo tylko tam był wąski pasek gdzie  dno można było jeszcze wyczuć, a dalej czyhała głębia przepastna. I my pływaliśmy , nie lękając się , no cóż młodość nasza była niefrasobliwa. Nie to co teraz, czas kąpieli już za nami i nawet wielkie upały nie kusiły chęcią zanurzenia się w rzece.

     Teraz już sama tam chodzę i Bug oglądam. Wartko płynie, pomimo suszy trwającej od lata, przyniósł sobie łachy piaszczyste, które powoli stają się wyspami i jest to istny raj dla ptactwa.

I patrzę w dal, i widzę tamte czasy moje rodzinne, słodkie i ludzi którzy może tak jak ja teraz stoją na brzegu i wspominają . Może białoruskie babcie, czy ukraińskie, czy polskie, takie jak ja myślą o tym ile wody upłynęło, jak się zmieniły, i czy drugi brzeg już blisko. A może tak nie myślą, może tylko stoją w zachwycie ..

A nasz wspólny Bug płynie i płynie….

 

SAM_1778.JPG

 

SAM_1786.JPG

 

SAM_1782.JPG

 

SAM_1805.JPG

 

SAM_1794.JPG

 

 

SAM_1811.JPG

„Między jawą a snem”

białe.JPG

 

 

I wtedy weszła. Duża wysoka ozdobiona stiukami sala szumiała. Barwny tłum . Ludzie wyluzowani  nie przerwali pogawędek. Zobaczyliśmy jak idzie do nas Niewysoka i Jasna. Falujące dość krótko obcięte włosy zwyczajowo starannie uczesane, ani jednego rozwichrzonego kosmyka , nigdy. Śnieżnobiała bluzka. Pani doktor mówiła do mnie, nie pani Zosiu, jak Szefowa, nie można nakładać starych ciuchów zwłaszcza gdy człowiek się starzeje. Więc nieodmienne śnieżne białe bluzki spod turkusowego fartucha widywałam. Teraz też nowa bluzka, pomyślałam. I spódnica wielobarwna pastelowa, kwiatowa,  żakiet z materii jak spódnica. Szła ze swoim spokojnym uśmiechem Mony Lisy. Nigdy nie wybuchała chichotem czy hałaśliwym zaraźliwym śmiechem Szefowej.

Obudziłam się o świcie z uśmiechem do tego snu. I pomyślałam, że jest dobrze.

Jednak pisząc o tym maila do Jej Syna- Andrzeja nagle poczułam dotyk lęku.  . Wada serca była od lat. Mówiła nam o tym, nie dowierzaliśmy patrząc jak codziennie zjawia się w pracy, punktualnie pomimo przemierzonej trasy z dalekiego Ożarowa. Nieodmiennie spokojna i pogodna nas wita . To Kobieta zbudowana  z piany morskiej i stali- myślałam. Moje emocjonalne burze niwelowała rzetelną celną uwagą, poradą a przede wszystkim siłą spokoju. Nigdy nie usłyszałam podniesionego tonu, a Jej cichy matowy głos koił wszystkim nerwy. Jednym spojrzeniem opanowywała czasem rozdygotany tłum pacjentów i rodziców, a dla personelu była jak druga Matka.

Pracowałyśmy razem w CZD przez 20 z górą lat. Pani Doktor Anna Salińska-de Flassiler, bo o Niej opowiadam przybyła z Panią profesor Teresą Wyszyńską ze szpitala przy ul. Kopernika, gdzie założyły oddział nefrologii i prowadziły pierwsze w Warszawie dializy u dzieci . W CZD były twórcami Klinki Nefrologii ( Pani Prof. Wyszyńska) i przyklinicznej Poradni Nefrologicznej przemianowanej potem na Poradnię Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego , którą od początku zawiadywała dr Salińska- Flassilier – Wielka Wierna Przyjaciółka Szefowej jeszcze z lat licealnych.

Niedługo potem i ja dołączyłam do zespołu a po kilku latach pracy w Klinice postanowiłam pozostać w Poradni Nefrologicznej. Lubiłam tę pracę, a poza tym przyciągał mnie spokój Pani Doktor Salińskiej.  Na emeryturze jeszcze długo pracowała, pełniąc obowiązki Kierownika ww Poradni. Nie straszne Jej były lody, ślizgawice, śnieżyce. Docierała kilkoma środkami komunikacji a czasem podwożona przez przeuroczego ukochanego i bardzo zakochanego Męża- Tadeusza. Gdy pozostawiła Poradnię w moich rękach, czułam, że nadal jest blisko mnie.

Gdy miałam wątpliwości rozważałam- co by powiedziała, poradziła Pani Doktor w tej sytuacji. Jeszcze wtedy mogłam dzwonić z każdym problemem zawodowym i rodzinnym.

Bo i w sprawach rodzinnych była konsultantem najwyższej próby. Miała starych rodziców, troje dzieci, więc sytuacja nasza była podobna, choć przesunięta w czasie z racji różnicy wieku. Tak więc ufnie zawierzałam Jej moje tajemnice i otrzymywałam poradę popartą własnym podobnym przeżyciem….

 I oto wczoraj spotkałam się z Panią Doktor w tym pięknym śnie. Napisałam o tym  maila do Andrzeja, który niebawem oddzwonił. Głos miał radosny i oznajmił, że Mama lepiej się czuje i czeka na odwiedziny. Ciężar który gniótł serce gdzieś uleciał i została tylko Radość . Umówiliśmy się, że w niedzielę przyjedzie i mnie do Niej zabierze. A dzisiaj około południa telefon ten sam, ale jakże inny, bolesny  znajomy głos- Mama nie żyje….

   I wszystko skończone, piękne sny, dawne piękne dobre czasy ale jest pamięć, która nie umiera. W niej został jasny obraz Tej Wielkiej Dzielnej Kobiety, wzór Lekarza z Wielkim Sercem

A  co teraz porabia  Pani Doktor ? Już widzę to czułe  spotkanie z tęskniącą zapewne odwieczną Przyjaciółką Panią Profesor Teresą Wyszyńską, która już wcześniej w tym innym, lepszym świecie wynalazła ustronny kącik z wygodnymi fotelami, albo zawiesiła  hamaki na sąsiadujących ze sobą drzewach  by zielenią oczy nasycić, posiedzieć i pogadać bez przeszkód….Oj , jestem pewna , że przy okazji będą zaglądały do nas czujnymi wszystkowidzącymi matczynymi oczami .

Uważajmy więc by nie dostrzegły naszych uchybień.

Albo po prostu żyjmy tak jak One kiedyś…..

 

 

białe.JPG

 

W objęciach otuliny.

SAM_1756.JPG

 

 

SAM_1761.JPG

 

 

 

SAM_1690.JPG

Za oknem michałowickiego domu nieustannie głośno buczy obwodnica Warszawy i nowa S8 zapraszająca do Krakowa, Katowic, Wrocławia nawet.

A ja wracam do mojego lasu gdzie obszar Dolnego Bugu Natury 2000 i ptasia wodna cisza.

   I jak zwykle  wyruszam na poranną wędrówkę tam, gdzie czekają wielkie podniebne sosny. Dzisiaj nawet szumu nie ma, wiatr buszuje gdzie indziej,  drugie piętro lasu jeszcze frywolnie zielenieje i wtedy przychodzi mi do głowy nazwa otulina.

Piękne to słowo,  od razu o tuleniu przypomina o przytulaniu a właściwie otulaniu. O czułości i bezpiecznym cieple. I wraca wspomnienie burz młodości, emocji na górnym C, rozterek, wahań, przypływów i odpływów. To już było, ludzkie zwyczajne pragnienia, zachowania były mi dane. Przeszło, minęło.

Jest zwykła codzienność i małe radości. I spokój .

Jest dobrze , bardzo dobrze, gdy  nadbużańska otulina przyjmuje mnie w swoje objęcia….

 

SAM_1675.JPG

 

SAM_1674.JPG