Nowi mieszkańcy naszego lasu.

SAM_1833.JPG

Strzyżak na młodym maślaczku

 

SAM_1865.JPG

 Ten sam na stole. Słabo widać, że jest spłaszczony

 

Jak zwykle miało być o czymś innym, ale temat sam się tu wcisnął. A tak naprawdę tu się znalazł wtórnie, bo najpierw drapiąco łaził pod bluzką, kiełbasił się we włosach. Odpędzałam , iskałam się, ale bez efektu, bo zaraz pojawiał się następny i następny. Obejrzałam go detalicznie . Przybysz przypomina latającą przydepniętą mrówkę, spłaszczonego pająka ale najbardziej dużego kleszcza i w dodatku ma skrzydełka. Zdjęcia zrobiłam głównie  dzięki temu, że najpierw łaził po maślaczku i widocznie śluz tego grzybka spowolnił mu ruchy.

 Długo ci ja żyję, za 10 dni 68 lat minie, a takiego stwora do tej pory nie widziałam.

    Aż pogrzebać musiałam w necie, by go zidentyfikować . Okazało się, że jest to strzyżak o romantycznej śpiewnej łacińskiej nazwie  Lipoptena.  Występuje w krajach o klimacie umiarkowanym jak Europa, północne Chiny ale też nie lęka się syberyjskich mrozów. Od lat w atlasach owadów opisywany jest strzyżak sarni lub jelenicy, o długości ciała sięgającej 5 mm,  ale od 1989 roku zaobserwowano  pojawianie się w Polsce jego znacznie mniejszego ( dług ciała 2,9-3,6 mm) kuzyna. Przedstawia się z łacińska-  Lipoptena fortisetosa , ale jeszcze nie posiada polskiej nazwy.  Po raz pierwszy zaobserwowano go w woj. Dolnośląskim  i coraz częściej jest spotykany w różnych częściach Polski. Upodobał sobie Mazury i Warmię, ale jak widać już zawitał do nadbużańskiej Puszczy Białej, w której odsznurowanej części właśnie przesiadujemy.

Stworzonko to ponoć latać sprawnie nie umie, ale siedząc gdzieś na drzewie wyczuwa przesuwające się pod nim ciepło albo wydzielany z oddechem dwutlenek węgla i atakuje. Podobno też widzi i wybiera ciemne kolory przypominające sierść .  Liczy na smakowitą krew jelenia łosia czy sarny, ale ląduje we włosach i na plecach pomimo mojej jasnej bluzki, polecanej w sytuacjach, gdy we wrześniu strzyżaki szaleją.  Brr…

Ponoć u tych zwierząt lokuje się w sierści, zatapia swój aparat gębowy kłująco ssący w skórze , wypija krew i rodzi tam larwę. Jak na razie nie lubi krwi ludzkiej, ale podobno kogoś tam ugryzł ….. Od niedawna łosi tu więcej, więc chyba i dlatego pewnie pojawiły się  niespotykane przedtem tutaj strzyżaki. Biedne łosie, sarny jelenie. W ogóle nie mogą się bronić.  Strzyżak posiada twardy chitynowy pancerzyk , więc jest odporny na zgniatanie i przyczepiony do sierści stópkami zakończonymi pazurkami nie daje się zdrapać z ciała nawet gdy zwierzę  intensywnie pociera grzbietem o pień drzewa. Współczuję tym sympatycznym mieszkańcom naszego lasu. Nowy przybysz widać, że dobrze się tu czuje, rozmnaża na potęgę i gotów obrzydzić życie wszystkim…

Oooo właśnie muszę przerwać pisanie, bo coś łazi mi we włosach. Rozpoczynam polowanie. Jest strzyżak, jeden ,  drugi i trzeci.  . Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała ufarbować włosy na blond  albo wrócić do siwych ( co łatwiejsze) z nadzieją, raczej płonną, że strzyżaki przestaną  mnie zauważać ….

 

 

SAM_1857.JPG

 

SAM_1859.JPG

.

Moja ty miechunko rozdęta

SAM_1618.JPG

 

SAM_1615.JPG

 

 

 

Moja ty miechunko rozdęta. Prześliczna jesteś, lampioniasta. Nazwano ciebie  niezbyt ładnie, chociaż powoli się przyzwyczajam do twego imienia. Wystarczy przeczytać pieszczotliwie i już …i nie przyjmuję do wiadomości, że pochodzisz z rodziny psiankowatych, co brzmi zbyt banalnie. Jeśli nawet tak jest, wyrosłaś ponad swoją rodzinę urodą i zwiewnością

Właśnie zapłonęły twoje latarenki wśród bałaganu ogródkowego. Z gąszczu nieładnych łodyg i liści wyłaniasz się jak najbardziej czarowne zjawisko. Uwielbiam ciebie.

 Ponoć przybyłaś do nas dawno dawno temu z Azji . Wyobrażam sobie ciebie tylko w Indiach, wśród tancerek bollywood wśród ich barw i ozdób.  

I któż by śmiał rozdzierać delikatne czerwone osłonki twojego nasionka, by je po prostu spożyć. Zawierają ponoć bardzo dużo soli mineralnych, głównie potasu leczącego serce, ale w nadmiarze powodującego jego zatrzymanie w rozkurczu, witaminę C , glukozę i beta karoten. Kiedyś ludziom się kojarzyła budowa osłonki nasiona przypominająca lampiony z pęcherzem moczowym i stąd pogląd, że potrafi leczyć jego schorzenia. Ale w dobie furaginu i przy renesansie żurawiny chyba już nikt nie pamięta o twoim owocku gdy dopadnie go częstomocz i ból w podbrzuszu. . I dobrze.

Już łatwiej się zgodzę, gdy twój surowy owoc znajdzie się na jakiejś potrawie w charakterze ozdoby a nawet w cieście.

I dotykam teraz ciebie, nie wiem czy czujesz, najdelikatniej jak potrafią. Mam w dłoniach twój jesienny lampionik, który suchy nieco pergaminowy wiotki i dziecięco milusi płonie swoją niepowtarzalną czerwienią i szepce, że już idzie jesień…

 

SAM_1616.JPG

 

 

Pożegnanie z beskidzkimi sarenkami.

PA110132.JPG 

 

 

I przyszła pora pożegnania gór, Kotliny Żywieckiej zatopionej we mgle porannej, oświetlanej wieczornie migoczącymi światełkami na zboczach gór i chałupkami na grzbietach wzniesień dna kotliny.

I pora pożegnania z sarenkami przyszła. Codziennie nas odwiedzały. Wypatrywałam ich o poranku stojąc na tarasie naszej chałupinki . Wybiegały wielkimi susami z pobliskich zarośli, krzewów i drzew ułożonych linijnie wzdłuż strumyczka, który jedynie po ulewnych deszczach napełnia się szumem. Potem stawały w pewnej odległości i patrzyły. Smukłe , delikatne zwiewne, dla mnie były uosobieniem niewinności i powabu. Przed kilkoma dniami  pożegnałam się z nimi. Nie wiem, czy odebrały to pożegnanie, pewnie nie, bo mają swój świat swoje życie…

I tak o sarnach dalej rozmyślam, poczytując w necie, notując ciekawostki.

Sarny ponoć nie mają dobrego wzroku, ale odbiera on ruch otoczenia . Innymi zmysłami  wyczuwają bliskość  człowieka i wtedy pędzą dalej. To jedyna ich obrona przed zagrożeniem. Są narażone ma ataki drapieżników, jak wilki, rysie, niedźwiedzie ale także wałęsające się psy. Oj, widujemy ludzi, którzy nieopodal pól , zarośli i lasów wypuszczają ze smyczy psy. Rozumiem, że one muszą się wybiegać, ale co czują biedne dzikie zwierzątka. Jak bardzo biją ich małe przerażone serca. Szczególnie narażone na ataki są młode, jeszcze niezdolne do szybkiej ucieczki. Jednak łaskawa natura nie dała im jeszcze zapachu i ukryte w zaroślach mają szansę uniknąć zagrożenia. Zrozumieć można , że zwierzęta drapieżne polują. To ich walka o byt, stanowią łańcuch pokarmowy ustanowiony przez przyrodę. Ale  człowiek? Okrutny człowiek  poluje na sarny dla zysku. Dla delikatnego mięsa zwanego sarniną oraz miękkiej skóry służącej do wyrobu zamszu. Nigdy nie jadłam sarniny i jeść nie będę. Chyba w ogóle czas zostać wegetarianinem.  Postanawiam też ,  że żadnych butów ze skóry naturalnej ani zamszowych nigdy nie założę na nogi. Żadnych ciuchów ze skór i zamszu. Nigdy!!!

A moje sarenki nie otrzymały od matki natury żadnej możliwości obrony, tylko uciekać mogą.  Jedynie ucieczka. ….Może dlatego są takie miłe sercu…

Właśnie niedawno, bo w lipcu przeżyły swoje gody. Owoce tej letniej miłości urodzą się w maju lub czerwcu, po 10 miesięcznej ciąży.

 Ciekawostką jest to, że gdy do sarniego zbliżenia dojdzie w listopadzie czy grudniu, ciąża trwa tylko 4,5 miesiąca. A dzieciątko poczęte w lipcu przez ok. 150 dni pozostaje w zahamowanym rozwoju na etapie blastuli. Jest to zjawisko ciąży utajonej, obserwowanej także u dzika, rysia, wilka, borsuka, kuny, jelenia i daniela. Tak długo żyję, a jeszcze tego nie wiedziałam. Więc żyć warto, powtarzam jak zwykle w takich sytuacjach, przy okazji podobnych odkryć…

Ciężarna sarna, czując zbliżanie się porodu, ukrywa się w najbardziej odosobnionych miejscach , gdzie rodzi swoje dzieci.. Nie wiem, gdzie znajduje takie miejsca, zwłaszcza gdy mieszka w pobliżu ludzkich osiedli. Nikt jej nie ochrania, żaden troskliwy tatuś czy może mniej troskliwa, ale ludziom dostępna służba zdrowia. Jest sama ze swoim bólem i lękiem. Jednak nagrodą i radością są jej maleństwa. Bywa, że rodzi się jedno sarnie dzieciątko, ale bywa że dwa lub trzy. Siedzą sobie w ukryciu, a mama podchodzi do nich tylko w porze karmienia, by swoim zapachem nie zwabić drapieżników. Po 2 tygodniach małe już same pojadają zieleninę i wkrótce dołączają do stada . Jednak co najmniej przez rok trzymają się matki. Wtedy jeszcze mają wzdłuż grzbietu i boków ciała kilka rzędów żółtawych lub białawych plam, co pewnie ułatwia mamie ich rozpoznawanie. Po 2- 3 miesiącach zrzucają swoje niemowlęce ciuchy i otrzymują nowe szatki, teraz ich  suknia ma barwę dojrzałej letniej sukni mamy. Potem już dwa razy do roku , wiosną i jesienią podobnie jak rodzice zmieniają garderobę, przedtem gwałtownie liniejąc. I wreszcie jak to w życiu bywa, przychodzi czas ich dojrzałości. Sarnie dwulatki są już zdolne do podejmowania zalotów i rodzenia dzieci.

I tak świat się kręci…

 

Żegnajcie więc dziś moje beskidzkie sarenki, do zobaczenia za rok, jeśli los będzie łaskaw i wyrazi zgodę na przyjazd w te strony ….

 

 

PA120153.JPG

 

 

PA040335.JPG

 

 

sarenki w centrum godziszkai.JPG

.

Beskidzkie widoki.

Kościół w Pietrzykowicach, zoom, widok spod Skrzycznego. …..

Po przybyciu do Godziszki, beskidzkiej wsi gdzie urodziła się Mama wybiegałam  przed dom wuja Szczepana postawiony na miejscu, gdzie była stara rodzinna chałupa i oglądałam , oglądałam, oglądałam. A to mgły wdrapujące się na góry co zwiastowało opady deszczu lub schodzące z gór- na pogodę przyszłą. A to takich jak dziś spadochroniarzy wyskakujących wtedy nie z helikoptera ale z dwupłatowca na dość odległe pola dworskie . A to wieczorne mrugające na zboczu Beskidu Małego pasma światełek znaczących ludzkie siedziby. I pamiętam radość z tego , że upilnowałam momentu,  gdy się zapalały. ….

I wreszcie, to o czym miałam napisać pierwotnie, ale inne opisane powyżej wspomnienia przyszły falą.

O zjawiskowym kościółku w Pietrzykowicach, zda się zawieszonym pod wielkim niebem , lekko osadzonym na  fałdzie wznoszącym się w poprzek Kotliny Żywieckiej. Tam się rozsiadła ta podżywiecka wieś . Niejedna wieś upodobała sobie grzbiety podobnych  sfałdowań. Np. pobliska Lipowa rozciąga się podobnie malując mój podgórski horyzont maleńkimi domkami nanizanymi jak paciorki na grzbiecik wzniesienia. Ale nigdzie i nigdy potem nie widziałam tak położonego kościoła jak ten w Pietrzykowicach, Oglądany z kilkukilometrowej perspektywy wyglądał jak dziecięca kolorowa zabawka. Stale inny. A to tajemnie wypływający z mgły, żeglujący prosto do nieba, a to słońcem ukraszony, wesolutki a czasem poważny i dostojny gdy już słońce szło spać. Codziennie wypatrywałam  jak wygląda, a czasem z godziny na godzinę się zmienia, podobnie jak okoliczne góry…..

 I zostało mi dane oglądać go teraz. I fotografować. Jest, stoi jak dawniej, tak samo urodziwy , zachwycający,  tylko pasemko położonej na estakadach pobliskiej autostrady znaczy krajobraz i przypomina, że do już wiek XXI i nie moje dzieciństwo i nie te czasy, które nie wrócą . I dobrze tak jak jest, dobrze, że były……

Widok ze zbocza Skalitego na Kotlinę Żywiecką . w tle Beskid Mały, Jezioro Żywieckie, u stóp Godziszka …wieś, gdzie urodziła się moja Mama- Stefania Łukaszewicz, z d. Jakubiec…

 

Moje Beskidy…

P8140245.JPG

 

 

 

Jeszcze przesiadka w Bielsku Białej i niebawem już sapał pociąg do Żywca. Ożywiona wielce wypatrywałam Łodygowic. To tutaj wysiadaliśmy, a na dworcu czekał wujek Szczepan i zabierał nas bryczką zaprzężoną w parę pięknych, bardzo zadbanych koni z ozdobami przy uszach. Pędziliśmy dnem Kotliny Żywieckiej, wiatr świszczał, a dookoła wznosiły się góry oddalone, bo Kotlina szeroka, ale majestatycznie zamykające krajobraz. Niezapomniane były małe kamieniste strumyki, które dzielnie pokonywały konie w bród bryczka czasem się niebezpiecznie przechylała, ale to właśnie uwielbiałam…Było, minęło, ale to piękno mam w sobie do dziś i opowiadam, opowiadam, może się powtarzam, ale co tam. Kto chce niech czyta, tak jak ja słuchałam opowieści Mamy, które nawet powtarzane były dla mnie niezwykłe. I tak kręci się świat….Więc wracam do tych lat 50 ubiegłego wieku, moich warkoczyków płowych, zielonych wiecznie zaciekawionych i śmiejących oczu i ciałka spragnionego wiecznego ruchu…

Gdy już byliśmy  zakwaterowani w domu wujostwa biegałam do krów, które patrzyły na mnie swoimi krowimi oczami z rzadka mrugającymi długimi wywiniętymi rzęsami , do długaśnych tłustych świń z zabawnymi maleńkimi przyssanymi do brzucha macior i do dorodnych koni, które na mój widok niespokojnie rżały. A wszystko tonęło w zapachach, które gdy czasem poczuję wędrując Godziszką wciągam z lubością bo to moje dzieciństwo.

 Już kiedyś pisałam, że gdy  Mirek mówi- ale tu śmierdzi patrzę na niego ze zdumieniem- jak to? To przecież najpiękniejszy z zapachów- oborowy, zwierzęcy, jednym słowem cudny. …poza tym zostały we mnie tamte zapachy siana , które dla kogoś, kto nie miał takiego dzieciństwa są miłe, ale obce….

Moje na zawsze Beskidy.

 

Godziszka, wieś, w której urodziła się moja Mama- Stefania Łukaszewicz z d. Jakubiec….ul. Południowa od naszej chałupki……zdj. własne

Jak zwykle stoję na obrzeżach Kotliny Żywieckiej i podziwiam, podziwiam, podziwiam  , wdychając zapachy górskie i klimatów deszczowych, które nastały po niebywałej w tym roku suszy,  oczy nasycam widokami, które nie tylko piękne bardzo, ale też bliskie…to tutaj urodziła się moja Mama…

…i wracam do mojego dzieciństwa dziwiąc się jakie to proste. I nie przeszkadza mi lustro do którego nie zaglądam przewidując co pokaże oraz nogi coraz częściej obolałe i jestem małą dziewczynką z warkoczykami. Może to infantylne co piszę- ale w moim wieku wszystko jest dopuszczalne.

I są lata 50 ubiegłego wieku, właśnie dotarłam z rodzicami z naszego Gorzowa do Łodygowic. Uwielbiałam jazdę pociągami, pomimo tego , że było tłoczno i podróż trwała wiele godzin   z przesiadkami w Krzyżu a potem Bielsku. Zasypiałam od razu gdy ruszał pociąg a to na ławie wagonowej a to na tobołach ulokowanych na korytarzu, gdy miejsc w przedziale nie było. I prosiłam tylko, by mnie obudzono gdy będzie widać góry.

Tak się działo, Tato pilnował i gdy przez sen usłyszałam” już góry”- zrywałam się rześka i szczęśliwa na równe nogi, dopadałam okna i wgapiałam w zachwycie w przesuwający się leniwie widok.

 A tam właśnie z mgły wyłaniały się najprawdziwsze wyniosłe lesiste garbusy , moje Beskidy….

 

Jezioro Żywieckie

Właśnie oglądamy spod naszego domku panoramę Kotliny Żywieckiej. Opasaną Beskidem Żywieckim, Małym i Śląskim. Jezioro Żywieckie  wygląda z góry jak sierpowaty nieomal stale lśniący skrawek wśród gór. Wiktor pyta czy Soła wpływa do tego jeziora, czy jezioro do Soły. On ma niespełna 7 lat i interesują go  różne zjawiska przyrodnicze. Wiry, wulkany trzęsienia ziemi ale także to, skąd kamienie się biorą w tutejszej ziemi i dokąd płynie potok, w którym moczą nogi. Warto było zabrać tu wnuczęta. Wieczorami , tuż przed snem wybiegają na taras by obejrzeć światełka w górach. Może zapamiętają babcię, która im to pokazała. To, co bardzo bardzo kocha

I dla Wiktorka piszę o jeziorze Żywieckim.

Kiedyś Soła była rwącą, niebezpieczną rzeką. Jej wody pobudzone przez ulewne górskie deszcze , mętne i rude porywały mosty, domy i ludzi. Mama opowiadała, że jej kuzynka w takim czasie chciała przejechać bryczką przez tę rzekę. Do ukochanego pędziła co koń wyskoczy. Czekał gdzieś za rzeką, już ślub szykowano. A ona z sercem i głową zajętą tą miłością, nie słuchając starszych, pewna ciężaru bryczki i siły konia wjechała na bezpieczny do tej pory  bród. I nagle porwał ją potężny prąd wody. Walczyła, widzieli to ludzie na brzegu. Nie miała szans z żywiołem . Potem nieżywe konie, bryczkę i tę piękną martwą młodą góralkę znaleziono gdzieś daleko, poniżej….

 I po ponad 50 latach, bo w 1966 roku zrealizowano pomysł, by rzekę ujarzmić. Powstał zbiornik retencyjny koło Żywca, zwany Żywieckim Zbiornikiem Retencyjnym lub Zbiornikiem Wodnym Tresna.  Co przeżywali mieszkańcy zalanych wsi trudno sobie wyobrazić. Były stare wioski Tresna, Zadziel i Stary Żywiec , które znalazły się  na dnie tego sztucznego jeziora. Na zboczach okolicznych gór wybudowano dla nich nowe siedziby, ale tamte, zamieszkiwałe przez ich rodziny z dziada pradziada śpią i swoje sny śnią a nad nimi wielka woda czasem nagle prześwietlona wschodzącym słońcem…

 

” Ptasia telenowela na Bielanach”

Zupełnie inny temat zamieszkał w mojej głowie i długo się mościł. Już prawie było gotów do urodzenia, gdy nagle dzisiaj:

 

SAM_1260.JPG

 

W dzisiejszej ( 31.lipca.2015)Wyborczej znalazłam ciekawą historyjkę. Być może znaną już wszystkim, ale może nie. Zapisuję sobie, cytuję, streszczam pewnie poczytam wnukom, zajrzę pewnie nieraz, bo nie jest to zwykła opowieść.

Otóż Jakub Chełmiński w dodatku Magazyn Stołeczny zamieścił artykuł pt.

 „Ptasia telenowela na Bielanach”.

 

„ On, to typowy warszawiak: mieszka w bloku z wielkiej płytą , ale lubi czasem skoczyć do centrum pokręcić się nad placem Defilad. „

To piękna zajmująca historia o pewnym mieszkańcu Warszawy, sokole.

„ Franek to sokół wędrowny, choć ze stolicy się nie rusza. Wykluł się w 2008 roku u Grzegorza Dzika, sokolnika pracującego na  lotnisku na Okęciu. Wypuszczony na wolność, obrał kurs na Żerań, ale po drodze spodobały mu się Bielany, a konkretnie jeden balkon na osiedlu Ruda.”

    Gdzieś poznał narzeczoną, która urodzona na prowincji wybrała się do stolicy pewnie na podryw. Razem więc z nią, Jolą postanowili uwić sobie gniazdo na owym balkonie. Ludzdzy mieszkańcy mieszkania z tymże balkonem , położonego na ostatnim piętrze bloku pozwolili tam zamieszkać ptakom. To rzadkość, bo z reguły większość przepędza natrętne gołębie, które również gustują w zakładaniu gniazd na balkonach. Pan Franciszek i pani Jolanda właściciele mieszkania, którzy nazywają siebie falkofanami,  nie tylko udomowili sokoła, ale też zgodzili się na zamontowanie tam kamery. I dzięki temu internauci mogą od kilku już lat śledzić telenowelę o bielańskich sokołach.

Tak więc wszyscy mogli oglądać, że niestety Franek czasami bywał smutny, bo jego partnerka, Jola często gdzieś wyfruwała. Na pewno podejrzewał jakieś jej pozamałżeńskie związki, był zazdrosny, ale niezmiennie radosny, gdy wreszcie wracała. Ich życie seksualne też nie było różowe. Przez kilka lat nie doczekali się potomstwa.

W końcu ornitolodzy, opiekujący się tym gniazdem zdecydowali się na eksperyment. Podrzucili do gniazda 25 dniowe pisklę sokoła urodzone w hodowli. Jednak wyrodna partnerka, Jola nie zainteresowała się dzieckiem i uciekła w siną dal.

I o dziwo Franek podjął się samotnego tacierzyństwa i okazał się super tatą . Sumiennie karmił malucha, obserwował jak dorasta i potem wyprawił młodego w świat.

Troskliwego samotnego tatę obserwowała inna sokola pani, nosząca szumne imię Leśna. Urodziła się w czeskiej niewoli, wypuszczono ją potem w małej wiosce pod Olsztynem . Ornitolodzy „sugerowali” jej, by  zasiliła leśną populację sokołów na Warmii. I dlatego nadano jej imię- Leśna. Jednak Leśna była ciekawa wielkiego świata i nie zainteresowana Warmią pofrunęła do Warszawy.

Na Bielanach wypatrzyła Franka i wkrótce z nim zamieszkała.

25 marca tegoż roku o godzinie 2.43 i 35 sek  z dumą „pokazała” fanom śledzącym przez 24 godziny w Internecie to gniazdo, „pokazała „ swoje pierwsze jajo. Jakaś internautka  natychmiast zakomunikowała o tym na forum, inna zrobiła zdjęcia, które pomknęły w świat. „Był to pierwszy w historii udokumentowany przypadek , żeby sokoły wędrowne doczekały się potomstwa, żyjąc blisko ludzi”.

Wkrótce  pojawiły się kolejne jaja. I oto od tej pory trójka młodych- Bielan, Argo i Ada stała się  bohaterami kolejnych odcinków telenoweli. Internauci oglądali z zapartym tchem jak porastały w piórka, uczyły się latać. Wszyscy przeżywali, gdy Argo został przez kogoś zraniony ale na szczęście trafił do szpitala w ZOO. I jakaż była radość, gdy wyleczony wrócił do gniazda . Pierwsza opuściła gniazdo Ada, pewnie poleciała szukać sobie nowego balkonu. Mieszkańcy Bielan jeszcze widzą przelatujące pomiędzy blokami młode sokoły. To Bielan i Argi, bracia Ady.

Tatuś Franek już ma dużo wolnego czasu, może odpocząć. Ale stale kuszą go samotne wyprawy do Śródmieścia. Przylatuje do centrum i zwyczajowo siada  na Pałacu Kultury. Ogląda swoje miasto , pewnie sprawdza, czy wszystko w porządku, jak ludzi się zachowują, czy może już się polubili? …..niektórzy uważają, że dyskretnie obserwuje też swoją pojawiającą się tu partnerkę. Widać, że jest wierny i zakochany. Ciekawe jak będzie wiosną. Byle do marca…..

 

Sokoły na żywo można śledzić na http://webcam.peregrinus.pl/pl/warszawa-bielany-podgląd i dyskutować na forum peregrinus.pl

 

Historie splatane w Kazimierzu nad Wisłą .

 P8010765.JPG

domki przy ul. Krakowskiej, dla mnie najpiękniejszej w Kazimierzu, ukryte w zieleni zbocza Wietrznej Góry. Patrzą na Wisłę.

 

P8050898.JPG

Na pogańskiej, kultowej Wietrznej Górze znajduje się Klasztor oo Reformatów i kościół pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny

 

P8021400.JPG

Celejowskie kamienice przy Rynku w Kazimierzu.

 

P8040872.JPG

 

Bruk ulicy Krakowskiej, dla mnie najpiękniejszej i najładniej położonej w Kazimierzu. Tam zwykle wynajmujemy kwaterę. Jakie tam widoki…..

 

 

Kilka lat temu to było, najstarsze wnuczki wtedy nastoletnie, chętnie z nami wyjeżdżały. Więc wymyśliłam Kazimierz i festiwal filmowy” Dwa brzegi”. Po roku powtórzyliśmy wyprawę, by się nasycić do pełna. I było pięknie, klimatycznie i magicznie.  Jak zwykle w Kazimierzu Dolnym  czyli w Kazimierzu nad Wisłą. . Różnobarwne i niesforne tłumy turystów wędrowały ulubionym deptakiem na grzbiecie wałów przeciwpowodziowych. Widok stamtąd był rozległy i piękny , że  dech zapierało….Aż nie chciało się wierzyć , że historia tego miejsca jest tak długa i zwykle tragiczna.

 

 Ale ta rzeka i zielone wypiętrzające się z niej wzgórza mogłyby długo opowiadać o tym co widziały…A było tak…

 

Na jednym ze wzgórz,  na kultowej pogańskiej Wietrznej Górze , gdzie od wieków zabijano i grzebano czarne koguty w  XI wieku powstała osada. Początkowo należała do benedyktynów. Tam dziś piękny klasztor stoi, który zasługuje na osobną opowieść i cmentarz rozciąga na grzbiecie. Ciekawe, jakże typowe nakładanie się miejsc kultu naszej religii na poprzednie, pogańskie. Coś w tym jest…

      W 1181 roku król polski, Kazimierz Sprawiedliwy przekazał osadę norbertankom z podkrakowskiego Zwierzyńca. Wtedy do początkowo używanej nazwy Kazimierz , dodano przymiotnik Dolny . W ten sposób odróżniano tę osadę od Kazimierza podkrakowskiego.

     Jednak dopiero za Kazimierza Wielkiego założono tutaj miasto, które rozkwitało. Wybudowano też zamek obronny.

    W 1406 roku Władysław Jagiełło  stosując prawa magdeburskie, dokonał lokacji miasta. Wtedy wytyczno rynek i  ulice. Pozostawiono niezabudowaną  północną część rynku.

Układ rynku  do dziś jest taki sam . Z tego właśnie miejsca najpiękniej oglądać można cały rynek z nadal czynną studnią w centrum, bajkowe kamienice oraz wyniosłe mury fary z otwierającą się drogą wiodącą do ruin zamku. Miejsce to zachwyca wszystkich , ale najbardziej artystów, malarzy….

     Od 1519-1644 roku miastem zarządzał znany ród Firlejów. W tym czasie przebudowano zamek oraz odbudowano zniszczone pożarami spichlerze i domy mieszkalne. Inne zasłużone rody to  rodziny  Czarnotów, Przybyłów i Celejów. Ci ostatni przybyli tutaj z Włoch. To wówczas powstawały piękne kamienice, które wielokrotnie rekonstruowano i które nadal podziwiamy. Zawsze wykorzystywano miejscowe, piękne śnieżno białe skały wapienne…

     Przez  wiele kolejnych  lat miasto i mieszkańców wyniszczały wojny polsko- szwedzkie oraz liczne zarazy.  

      W 1677 roku Jan III Sobieski pozwolił osiedlać się kupcom ormiańskim, greckim i żydowskim. Dzięki handlowi zbożem, miasto rozkwitało.  Jednak zapotrzebowanie Europy na zboże malało i stopniowo rozpoczął się upadek miasta.

Upadek ten przypieczętowały kolejne rozbiory Polski…W czasie powstania listopadowego , 18 marca rozegrała się tutaj jedna ze znacznych  bitew zwana bitwą pod Kazimierzem Dolnym.

      W końcu XIX wieku Kazimierz został ponownie odkryty i stał się ulubioną miejscowością wypoczynkową .W  licznych wąwozach wśród ogromnej bujnej zieleni, budowano wille i pensjonaty .

         II wojna światowa przyniosła kolejne zniszczenia.

Wtedy też odeszli w zaświaty mieszkańcy , którzy stanowili koloryt , smak i zapach tego miasta-  Żydzi polscy. Obrazy ich świata zostały , obrazy stare i  nowe. We  wszystkich galeriach widzimy ciemne, poważne twarze, pejsy, kapelusze i wielki czarny smutek w oczach…Inne ich  ślady to kirkut . Zadbany . Na nagrobkach jacyś ludzie ze świata stale układają kamyki  jeden na drugim. Funkcjonuje niezwykła knajpa „ U Fryzjera „  gdzie dziwne nazwy dziwnych dań kuchni żydowskiej  znaleźć można. Jest Mały Rynek …..ale to jeszcze inna historia. Za chwilę…..

 

P8021313.JPG

 

Tłumy dziwnie nie przeszkadzają w oglądzie Kazimierza, bo nastrój podniosły filmowy

 

ap foto 326.jpg

 

Kawiarnia w festiwalowym Kazimierzu

 

 

 

 

W czasie wspomnianego festiwalu filmowego „ Dwa brzegi” filmy wyświetlano w wielkim namiocie, na Zamku i na Małym Rynku. Niezapomniane były seanse nocne na Małym Rynku. Rozpostarty wielki ekran usiłował porwać wiatr, niewiele osób siedziało na krzesłach a większość po prostu na ziemi, na bruku , niektórzy przynosili ze sobą koce. Ludzie starsi i tłum młodzieży. Bałam się wypuścić tam same wtedy kilkunastoletnie wnuczki, ale pani od której wynajmowaliśmy pokój przy jedynej tak magicznej ulicy Krakowskiej powiedziała, ze nie ma obaw. Że zawsze jest spokojnie. Na wszelki wypadek poszłam z moimi dziewczynami. Nawet tak lubiły, nie dawały do zrozumienia, że to może być obciach – wyprawa z babcią. Fajne były, zawsze czuliśmy się młodo i dobrze w ich towarzystwie. No, te czasy minęły. Teraz mają swoje życie, ale wspominają też miło tamte czasy… I byliśmy na Małym Rynku, i dookoła było milczenie, film na fruwającym ekranie zapraszał nas do innego świata. Jednego roku był to „ Wszyscy jesteśmy Chrystusami” następnego „Barcelona Barcelona”. Nie zapomnę tych filmów, bo oglądanych w takiej scenerii, obok  posępnie czerniejącej  dobrze zachowanej starej drewnianej jatki . Tak , to ta jatka z której kiedyś , całkiem niedawno, spływała drewnianymi rynsztokami krew rytualnie zabijanych zwierząt , by mięso koszerne było. Po zakończeniu seansu ludzie wracali do domów w skupieniu i ciszy, jakby z kościoła albo procesji świętej wychodzili. Nikt nie rozrabiał, rację miała nasza gospodyni. Takiego klimatu ze świecą szukać. I słów do opisania brak . Tam trzeba być, dotknąć. I pod boskim atramentowym namiotem z migoczącymi gwiazdami i wielkim księżycem dotknąć nieba.

I    jedno było tam  niezmienne . Od wieków takie samo , stale tajemnicze i niezbadane granatowe niebo nad głowami i   gwiazdy i księżyc…a może jak u Marii Kuncewiczowej” Dwa księżyce”…..

 

P8020793.JPG

 chwila zadumy…

Powrót do Kazimierza nad Wisłą

 

ap foto 366.jpg

 

ap foto 368.jpg

Nasz świeżo upieczony kierowca, najstarsza wnuczka, Weronika. Za oknem samochodu polski pejzaż…..

 

 

 

Dzisiaj , siedząc sobie nad Bugiem „pożeglowałam „ na południowy wschód od Warszawy.  Punktem wyzwalającym tę podróż była informacja, że od 1 sierpnia rozpocznie się festiwal filmowy „ Dwa brzegi”. Oczywiście w Kazimierzu nad Wisłą, zwanym też Kazimierzem Dolnym. Zapachniało tamtym czasem, kiedy to z nowo upieczonym kierowcą, najstarszą wnuczką Wedzią i jej siostrą wybraliśmy się do tego przeuroczego miasteczka i chłonęliśmy klimaty kazimierskich pejzaży zaburzonych , co jest tam zwykłością różnobarwnym tłumem  ludzkim i oglądaliśmy filmy , oglądaliśmy bez miary…..

     Uwielbiam trasę wzdłuż lewego  brzegu Wisły, wiodącą przez Kozienice, miasto położone wśród wielkich sosen, które poznałam przed laty gdy zaproszono mnie z wykładami do miejscowego szpitala. Wszyscy byli niezwykle gościnni , przyjaźni. Lekarze pediatrzy z którymi w czasie pracy w CZD miałam stały kontakt byli mądrzy, dużo wiedzieli, prawidłowo myśleli . Wiedziałam , że gdy dzwonią z prośbą o poradę zawsze mają istotne argumenty do rozmowy. Przy bliższym poznaniu ich urok osobisty był mi miły. Ponadto  uroda tego miejsca spowodowała także, że Kozienice zagościły na stałe w mojej pamięci i sercu….

Tak więc przemierzając mazowieckie nadwiślańskie równiny, przechodzące w łagodną Wyżynę Rawską pod Grójcem, obok młodych sadów jabłoniowych, zatrzymując się w lesie pod  Kozienicami, dotarliśmy do Puław. Jakoś nigdy nie było okazji, by odwiedzić panią Izabellę  Czartoryską z jej pałacem, ogrodami, altanami, oranżeriami, bo jakoś nas gnało dalej.

Wiadomo- Kazimierz, zwłaszcza już raz odwiedzony ma moc magnetyczną. Aleją  drzew o potężnych obwodach pni opuściliśmy Puławy.

I dalej dalej, gdzie zielone wzgórza nad Wisłą się wypiętrzają. Zanurzenie w zieleni, otulenie ścianami lesistymi, zapach wilgoci , świeży  powiew od rzeki.

I dalej dalej, mkniemy ku Kazimierzowi.

I oto już widać tę prawdziwą polską  Perłę.

Po lewej wznosi się starożytna wieża wpisana w zbocze, potem  nieco poniżej ruiny pałacu i wreszcie wielka fara. Wszystko śnieżnobiałe, jakby rzeźbione specjalnie dla naszych oczu.

A po prawej szeroka, lśniąca, migotliwa rzeka. Jakby za szeroka do wymiarów miasteczka, ale tym bardziej urokliwa. Schowana za wałami przeciwpowodziowymi wygląda ciekawie na przybyszów. A może nas nie wygląda, tylko swoim życiem żyje, swoje wspomnienia pielęgnuje…

 

P8030824.JPG.Jedziemy wzdłuż Wisły….po lewej wzgórza…Kazimierz Dolny czeka….

 

kaz.JPG

 I po lewej stronie taki widok – wieża, zamek i fara zatopione w zieleni…..