
Po obejrzeniu najstarszego kompleksu świątynnego w Kioto, powędrowałyśmy w dół alejkami wiodącymi zboczem góry. Traf chciał , że skręciłyśmy w zacienioną dużymi drzewami, bardzo zieloną ścieżynkę poprzeczną.
I nagle ujrzałyśmy po lewej stronie, nieco powyżej dróżki, ustawione linijnie tajemnicze podobne do siebie posążki. Nie były zupełnie maleńkie, jak pomnę, to miały chyba z 60 może 80 cm wysokości. Myślałyśmy, że jest to może jakiś stary cmentarz. Ale jak doczytałam później, Japończycy w ponad 98 % kremują swoich zmarłych i umieszczają w grobowcach. Grobowców tych nigdzie nie widziałam, bo czasu było mało na detaliczne zwiedzanie.
Ale za to w Kioto , nieomal u podnóża góry, spotkałyśmy te posążki przed którymi stanęłyśmy z Kaśką zaintrygowane. I teraz oglądam to zdjęcie z moich japońskich zbiorów. Czytam też sobie w necie, zainspirowana też niedawno przeczytaną książką. I znajduję odpowiedź. I jak zwykle w takich sytuacjach stwierdzam, że warto długo żyć, bo zawsze jest coś nowego. Tak, to na pewno były posążki bóstwa. Jizo..
Ponoć można je znaleźć w każdym miejscu Japonii. Jizo jest bardzo ważnym, drugim po Kannon bóstwem buddyjskim w Japonii. To patron noworodków i dzieci nienarodzonych, ale też wędrowców i kobiet ciężarnych. Posiada właściwości magiczne i moc spełniania życzeń. Czytam, że Japończycy często ubierają te posążki w czerwone peleryny, fartuszki czy nakrycia głowy by tak wyrazić swój szacunek i chęć opiekowania się nimi.
W książce „ Japoński Wachlarz”, która sprowokowała mój powrót do Japonii ( oczywiście zdjęciowo- wspomnieniowo- wirtualny), Joanna Bator opowiada o pewnej wyprawie z japońską przyjaciółką. Któregoś dnia poprosiła ona panią Joannę, by jej towarzyszyła w podróży do miejscowości, gdzie znajdował się posążek, symbolizujący jej usunięty płód. Oznajmiła , że właśnie jest rocznica aborcji, na którą się zdecydowała. Mówiła o tym jak o sprawie zwykłej, bez śladu wstydu czy choćby zażenowania. Gdy dojechały na miejsce, Japonka wyjęła z torby dziecięce ciuszki i najzwyczajniej w świecie starannie ubierała tę swoją figurkę Jizo. Oznajmiła, że co roku ofiarowuje jej nowe ubranko . Żaden z obecnych tam Japończyków nie był zainteresowany, nie podglądał. Żadnego zbiegowiska. Najwyraźniej nikogo to nie dziwiło, oczywiście poza Polką- autorką książki .
Bo Jizo w Japonii jest „patronem usuniętych podczas aborcji embrionów lub urodzonych , martwych dzieci. Po takim zabiegu kobiety często kupują kamienny posążek Jizo , który ma postać małego dziecka. Po roku zmienia się szaty i stawia dookoła małe kolorowe wiatraczki.
Wg mitologii japońskiej, matki powinny się modlić o ich reinkarnację a nie opłakiwać w samotności. Bo bez pamięci, modłów i obrzędów matki, ich zmarłe dzieci znajdą się w piekle . Będą tam zmuszone nieustannie budować zamki z piasku, stale niszczone przez demony. Jizo jest jedynym ratunkiem dla tych dzieci, pociesza je i ułatwia ponowne narodziny.
W Japonii jest odbywana specjalna ceremonia ( mizuko-kuyo), która ma ułatwić nienarodzonym reinkarnację. Składa się wtedy dary dla świątyni i ofiarowuje nowe szaty dla Jizo…. „Kaplice i posągi Jizo „są rozsiane po całym kraju, stoją czasem na skrzyżowaniach dróg i mostów”.
Ponoć w Tokio można obejrzeć cudowny posąg , zwany „ Uciekający Jizo” lub „ Jizo Spełniający Życzenia”. Wg legendy, ten posąg miał naturę wędrowca i często uciekał ze świątyni w dalekie kraje. Dlatego też ludziska rozpoczęli obwiązanie go sznurkami z równoczesnym wypowiadaniem życzeń. Wtedy splątany sznurkami posąg, nie mając wyjścia, musiał spełniać te prośby , a gdy życzenie się realizowało, wyplątywano go ze sznurka. Jednak coraz więcej życzeń których bóstwo nie nadążało spełniać, spowodowało, że jest stale obwiązywany wielką ilością sznurków . Stale zapętlony, ostatecznie zaprzestał ucieczek. Biedny zapracowany Jizo.
Do Tokio nie dotarłyśmy, ani też nie zauważyłyśmy posążków Jijo na skrzyżowaniach dróg. Prawdę mówiąc nie wiedząc o takich zwyczajach, po prostu tego nie wypatrywałyśmy. No cóż, 7 dniowy pobyt w Japonii, łącznie z czasem kongresu, był za krótki by obejrzeć więcej. To było tylko takie liźnięcie, posmakowanie, ale za to jakże intensywne…
I teraz rozmyślam nad tym, czy my, Polacy, narazilibyśmy się na taką śmieszność i odwiedzali np. symbol swojego usuniętego płodu. Myślę, że nie. A może jednak?
Przychodzi do mnie obraz uroczystości religijnych , których kiedyś byłam obserwatorem, a nawet czasem uczestnikiem.
To koronowanie świętych obrazów, zdejmowanie korony i nakładanie innej, zakładanie sukienki Matce Boskiej na obrazie, posągi niesione w procesjach , wstęgi, aureole, śpiewy, dymy…To przecież nasza rzeczywistość. Może to wszystko jest potrzebne człowiekowi. Tak po prostu- potrzebne?
Czyż nie jest fajne to japońskie wplatanie w szarość zwyczajnego życia wiecznie żywego świata mitów, wyobraźni bajkowej. Taki posąg wiecznie oplatany sznurkami, czy ubieranie posążków poświęconych swoim zmarłym i stawianie wiatraczków przed posążkiem Jizo własnego usuniętego płodu?
Jakże głębokie jest i mądre jest takie myślenie o własnym nienarodzonym dziecku, pamięć o nim. Może to bardziej przemawia do mózgu matki , że płód to dziecko, a aborcja jest złem? Nie system zakazów i nakazów, jakiś prac sejmu, ustaw.
Po prostu włączone takie myślenie kobiet….
Jak na razie u nas nikt na to nie wpadł, ale może kiedyś. Wszystko jest możliwe…

Zdjęcie z Wikipedii. Takich Jizo nie widziałam…