Złudzenie…

goni..jpg

 

 

 

Kiedyś otrzymałam od goni takie zdjęcie.

Najpierw się zastanawiałam co ono przedstawia, czy wielki bardzo symetryczny baobab na tle chmurzastego nieba, czy inne drzewo. Gdy nasyciłam wzrok przedziwną urodą tej  fotografii i oprzytomniałam z tego pierwszego wrażenia,  usiłowałam sobie wyobrazić, jak  ją wykonała. Może z  lustrem pracowała  albo wykorzystała jakiś super program .

Ale gdy  po prostu  odwróciłam je na bok,  okazało się zupełnie inne, też piękne, ale zwyczajne. Moje cudne jezioro lubuskie ujrzałam , tak dawno nie oglądane, ale wytęsknione i niebo cudne i odbicie lasu i chmur w wodzie ….

Teraz jestem  pod wrażeniem, nie tylko tej migotliwej podróży do krainy mojego dzieciństwa ale głównie tym, jak zmiana projekcji wpływa na nasz ogląd….

Mogę sobie wyobrazić co widzi pilot gdy wyczynia podniebne akrobacje, jaki inny zjawiskowy świat. Pewnie dlatego zarażeni tą pasją nie mogą przestać latać. Ale czy oni w swoim wielkim pędzie są w stanie oglądać ziemię? Nie wiem…

Dla mnie, istoty pełzającej po ziemi, jedynie zdjęcie potrafi zmienić mój świat…

 

 

goni..jpg

Idzie nowe pokolenie a z nim nadzieja…

 

 Gdy zajęcia moich wnucząt osiągnęły apogeum rozhulania, jedynym ratunkiem okazała się nasza cyfrowa naziemna telewizja. I nie mam zamiaru jej reklamować, ale program ABC  spłynął mi jak  nieba. Na szczęście akurat pojawiły się na ekranie smerfy, więc była to pełnia szczęścia. Rodzice ograniczają dzieciakom czas spędzany przed telewizorem, ale u babci- hulaj dusza. Tak więc  moje domowe smerfy zasiadły przed TV , starszy , prawie sześciolatek na fotelu smętnie przykrytym jakąś kapą na okoliczność obecności dwóch małych rozrabiaków, by uniknąć plam z soku, długopisów, zupek i temu innych barwników, a młodszy grzecznie obok na stołeczku.

Potem już tylko obserwowałam ich miny, chociaż przyznam, że smerfy na ekranie były zajmujące.

I tak sobie rozmyślam oglądając te zdjęcia. Nie ma jak dzieciństwo. Wszystko jest ciekawe, pasjonujące, nowe.

Podczas gdy  niespełna dwuletni Patek gapił się w ekran jak sroka w gnat, prawie sześcioletni Wiktorek w pewnym momencie pokazał szczerbę pomiędzy  górnymi zębami, bo jest właśnie  na etapie wymiany mleczaków na stałe, potem postanowił zająć się pracą twórczą, wydobył aparat fotograficzny babci za jej zgodą i dokumentował to co na ekranie.

I tak rośnie młode pokolenie , dla którego już pewnie żadnych tajemnic nie będzie. Ani TV, ani aparaty fotograficzne czy komputery i internety nie są czymś niezwykłym i zadziwiającym jak dla babci urodzonej w ubiegłym wieku.

A co będzie dalej z  nami, z naszą Polską, z ich Polską? Tego nie można sobie nawet wyobrazić.

Więc postanawiam się już nie lękać  wydarzeń politycznych, dostawać palpitacji serca, a nawet się wstydzić za wybrane ponoć demokratycznie władze , których przedstawiciele   rozzuchwaleni do granic ostatecznych ( chyba) dają pokaz głupoty, naiwności i rozbestwienia.

Afera taśmowa- podsłuchowa  która nas tak przeraża będzie dla tych młodych  pewnie bajką o Czerwonym Kapturku.

Tak więc, panowie to nic, nic to… idzie nowe pokolenie…..a z nim nadzieja, że świat się zmieni….piszę to mając jednak pewne wątpliwości….czy zmieni się na dobre….tego nie wiem….

Dlatego w poczuciu całkowitej bezradności wobec wydarzeń w naszym kraju i na świecie i uspokojona tą bezradnością  wracam do moich smerfów….

 

 

 

 

 

SAM_6148.JPG

 

 

 

 

 

 

Jaśminowe zakochanie…

 

 

SAM_6352.JPG

 

 

SAM_6353.JPG

 

 

 

Jaśminowe zakochanie

 

Gdy czerwcowa noc zapala za moim czarnym do tej pory oknem wielki lampion, z jarzącymi tajemną bielą światełkami  jaśminowych kwiatów, czuję, że nadeszła pora na zakochanie. Nie moje, bo moje było stokrotkowe, frezjowe przypieczętowane gerberami, ale zakochanie moich rodziców.

I cofam się do roku 1926 i jestem w maleńkiej polskiej kresowej mieścinie, tuż przy granicy z Rosją, w Rakowie, gdzie jest 19 letnia Stefa, bo tyle lat miała gdy przybyła w dalekie dla niej strony by uczyć polskie dzieci . I jest Wacław, miejscowy chłopak w tym samym nieomal wieku, absolwent wileńskiej Szkoły Technicznej. I spotykają się na potańcówce, na którą iść nie miała ochoty, ale zaciągnęła ją koleżanka. On właśnie przyjechał do rodziców, a od kilku lat bywał w Rakowie  rzadko. I zobaczył tę beskidzką góralkę o niespotykanej tu surowej urodzie i wielkim błękicie trochę nieśmiałych oczu . I popłynął do niej z przeciwległego krańca sali, a miejscowe panny tylko patrzyły i było im żal, że nie do nich. tak płynie.  I ona zatonęła w jego szarozielonych dobrych i łagodnych oczach. I tańczyli do rana, razem, tylko sami na parkiecie , bo tak im się zdawało.

A rano ktoś zapukał w okienko izby w której mieszkała. Jeszcze senna, gorąca od marzeń, wyjrzała …

Pod oknem stał Wacek, ten, którego dłoń jeszcze czuła i ramię opiekuńcze i który zamęt spowodował w jej głowie …bez słowa podawał jej czapkę wypełnioną kwiatami jeszcze wilgotnego po nocy jaśminu. Krótkie były jego łodyżki, jak to jaśmin ma – jeśli się nie chce łamać całych gałęzi, łatwo zerwać te krótkie łodyżki.

Nigdy kwiatów od nikogo nie dostawała, a może dostawała, ale nie opowiadała. Tylko o tym jaśminie w czapce i tamtym dniu wspominała. I tato nieraz wspominał. I żyli razem długo i szczęśliwie. Chyba do pełni szczęścia dużo im brakowało. Opisywałam już kiedyś ich losy. Ale do końca swoich dni jaśmin ten wspominali….

     A teraz pozostał we mnie, jaśmin, symbol zakochania i jest i co roku zapala noc czerwcowa białoświetlisty lampion na ciemnym niebie za moim oknem ….

 

 

SAM_6354.JPG

 

 

SAM_6300.JPG

 

 

SAM_6374.JPG

 

 

SAM_6360.JPGJaJ

 

 

Była sobie kupa…

SAM_6396.JPG

 

 

 

Była sobie kupa.

Pozostawiona samotnie na wielkiej łące, smętna bo niepotrzebna nikomu. Nawet krowa jej nie chciała, tylko niedawno bezwzględnie wydaliła .

Jednak długo się nie smuciła, bo nagle zaszumiało, zabrzęczało i nadleciało muszysko, potem kolejne i zrobiło się rojno i gwarno. Ucieszona kupa przysiadała z nadzieją, że wreszcie ktoś się na niej poznał, że budzi zainteresowanie.

Muchy były pięknie przez kogoś nazwane i dumnie się przedstawiały kupie- jesteśmy Rudzice nawozowe.  

Wdychały upojny zapach które wyczuły już z daleka przy pomocy swoich superczułych receptorów węchowych .

Początkowo zagilgotały kupę swoimi odnóżami, bo spożyły lekki posiłek z jej zawartości a potem przystąpiły do pracy. Musiały się spieszyć, bo wiosenne słońce grzało mocno i wysysało wodę z kupy tworząc pancerny na niej kożuch, którego muchy nie umiałyby przegryźć.

Za paniami muchami nadleciały panowie, którzy w aurze zapachów kupowych poczuli wielką jurność i nawet podjęli walkę o panie . Walka ta była gwałtowna, brutalna i zawzięta. Wreszcie się stało, wszystkie panie zadowolone z zalotów, nasycone szybkim seksem i zapłodnione jak natura przykazała złożyły jajka we wnętrzu kupy.

Uff, udało się. Teraz pora odpocząć. A z jajek już zaczęły wyglądać larwy. Ich mamy i ojcowie odlecieli w poszukiwaniu dalszych przygód, zostawiając swoje dzieci w miejscu, gdzie miały bardzo dużo pożywienia . Resztki jedzeniowe, częściowo już strawione, nasycone pożytecznymi bakteriami stanowiły dla larw smakowite i pożywne jedzonko. I w ten to oto sposób łaskawa matka przyroda uwolniła rodziców małych musząt od obowiązku karmienia.

    Kupa była zadowolona, pomimo tego, że jej objętość malała, ale tym się nie przejmowała,  spełniła swój obowiązek bo stworzyła warunki dla nowego życia i mogła spokojnie zniknąć z trasy, gdzie turyści z obrzydzeniem ją omijali. Czuła się spełniona czysta i szlachetna.

Do zaschniętych jej resztówek spokojnie podążyły śliczne żuki gnojowniki i dopełniły dzieła unicestwiania…

   I gdy nadeszła dziewczynka- Zuzia , spytała mamę- dlaczego muchy lubią kupy. A mama napisała do pana Wojciecha Mikołuszko a ten pan odpowiedział na łamach Wyborczej z 13.06.2014 roku podpierając się wiedzą zawartą w książce „ Owady polskie” prof. Marka Kozłowskiego . Pan ten objaśnił dziewczynce właśnie to co przedstawiłam powyżej , jeno ozdobiłam, nieomal personifikacji dokonałam  a także wspomniał o tym, że w przyrodzie jest rozpowszechniony zwyczaj zjadania kup. Jednak nigdy  zwierzęta nie zjadają kup swoich pobratmców. Za dużo w nich bowiem wirusów, bakterii i pasożytów, które są związane z przewodem pokarmowym jednego gatunku. Dlatego też np. psy nie zjadają kup psich ale gdy potrzebują witamin, zjadają odchody innych osobników  też pełne odżywczych składników ale dla nich czyste . Jaka odwieczna, zachwycająca to mądrość przyrody. Nic, tylko się zachwycić.

Poczytawszy ten artykuł, właśnie doznałam takiego uczucia.

Jedynie informacja o uzyskiwaniu  ulubionego przez mnie miodu spadziowego nie budziła mojego entuzjazmu. Otóż dowiedziałam się, że są to kupy mszyc, zjedzone przez pszczoły i potem przez nie zwymiotowane. Brr…jednak postanawiam nie zapamiętać tej informacji i może jesienią zapomniawszy poliżę łyżeczkę wypełnioną ciemnym słodkim ulepkiem. Nie wiem zresztą jak to będzie jesienią, ale kto to wie co będzie jesienią….

 

Dziecięca radość mimo wszystko…

 

Dziecięca radość mimo wszystko

Dorosły w takiej sytuacji cierpi, narzeka, osiada w swojej energii a dziecko…pięciolatka złamała łapkę , założono jej ciężki gips, ponoć mniej dotkliwy niż te nowoczesne, lekkie, plastikowe. Nie wiem na czym ma polegać przewaga tradycyjnego, może mniej parzy w upały, ale jego ciężar jest straszliwy jak na siły takiego małego dziecka.

Mała jednak jest nadal radosna. Gdy jej  babcia nieomal  umierała z lęku, że dziecko wodą gips zaleje, że wymachuje łapką obciążoną i może bark uszkodzić. Jednak rodzice pozwalali na igraszki wodne swoich pociech co utrwaliłam na zdjęciach.

      Tak, nie bez powodu natura przydzieliła rolę posiadania i wychowywania dzieci ludziom młodym. Starość jest lękliwa, ostrożna i wycofana…

      Złamanie u niewielkiego dziecka jest z reguły tzw. „złamaniem zielonej gałązki”. W tym wieku relatywnie okostna jest grubsza niż kość i zwykle nie uszkodzona ochrania ją przed przemieszczeniem. Jednak także przy takim rodzaju złamania  zakłada się gips na minimum 4 tygodni….

    Żywotność i radość dzieci daje nam, dorosłym siłę. To fakt, że my się nimi opiekujemy, ale one  ponownie uczą nas jak widzieć świat. Ich świat jest ciekawy, prosty , bez obłudy, bez udawania. Jeśli są chore, to cierpią prawdziwie, ale wystarczy tylko iskierka zdrowia a już się cieszą….zawsze tak myślałam, patrząc na moich małych pacjentów….

 

SAM_6212.JPG

 

 

SAM_6209.JPG

 

 

SAM_6247.JPG

„Pancernik Fuleco- maskotka mundialu”

SAM_6254.JPG

 

 

 

 

Pancernik Fuleco- maskotka mundialu

 

W Wyborczej z 11.06.2014 r. przeczytałam o tym niezwykłym zwierzaku. W podrozdziale „ Słodziak tygodnia” Margit Kossobudzka króciutko przedstawia pancernika kulowatego.

     Pancernik kulowaty ( Tolypeutes tricinctus) jest ssakiem z rodziny pancerników . Razem z leniwcami i mrówkojadami należy do rzędu szczerbaków i żywi się głównie mrówkami i termitami. Gdy namierzy te owady, buszuje w gnieździe , wkłada tam nos i lepkim językiem wydobywa je z kryjówki.

Jest niezbyt duży, waży 1,5 kg. Jego cechą charakterystyczną jest pancerz złożony z elementów, który pokrywa nieomal całe ciało za wyjątkiem spodniej części tułowia i wewnętrznych stron kończyn. Elementy pancerza mogą się obracać w zależności od zamierzonego ruchu, bo pomiędzy łuskami ma bardzo elastyczną skórę, która działa jak przegubowiec. Jest samotnikiem. Zagrożony, nie ucieka, ale  składa się w kulę. W ten sposób chroni się przed atakami innych zwierząt,  ale oczywiście wówczas dla  ludzi jest łatwą zdobyczą do pieczenia na grilu.

    Pancernik kulowaty występuje  jedynie na terenie Brazylii. Zamieszkuje  m. in. suche tereny północno wschodnie kraju, pokryte sawanną kolczastą tzw katingą.  Stanowi ona 10% obszaru Brazylii.

     W 1994 roku pancernika kulowatego zaliczono do kategorii „ zagrożony wyginięciem”, co potem złagodzono do „ narażony na wyginięcie”. I tak jest do dziś, w ciągu ostatnich 10 lat jego liczebność obniżyła się o ponad 30% i wciąż spada. Naukowcy przewidują , że jeśli się nie zahamuje wyniszczania tego „słodziaka”, w ciągu  10 lat zwierzę zniknie z powierzchni ziemi.  Wprawdzie już kiedyś stwierdzono, że  wyginął, a w latach 90 XX wieku ponownie go znaleziono , należy mu się szczególna ochrona. Ochrona tego pancernika to przede wszystkim zabezpieczenie obszaru, gdzie mieszka. Jednak do tego potrzeba znacznych sum pieniędzy.

     W 2012 roku Brazylijczycy wybrali go jako maskotkę właśnie rozpoczętego mundialu i nazwali go „ tatubola” . Nadali mu imię Fuelco powstałe z połączenia „ futbolu” i „ ekologii”. Gdy FIFA i władze brazylijskie ogłosiły swoją akceptację tego pomysłu, motywując charakterystyczną kulistą urodą chroniącego się przed agresorem  zwierzątka ale głównie ideą pomocy w jego ochronie , odezwało się wielu miłośników przyrody- przeciwników pomysłu . Uważają oni, że  należy dać mu spokój,  odwrócić od niego uwagę ludzi,  bo może to przynieść jeszcze większe dla niego zagrożenie.

Władze przeznaczyły  45 tys. dolarów na ochronę terenów gdzie mieszka pancernik, co jest  sumą zbyt niską, by rozwijać ten projekt.

Spodziewana jest wielka popularność i sprzedaż maskotek i gadżetów z wizerunkiem tatuboli.

Liczono także , że  FIFA przeznaczy  drobny, nieznaczący dla niej  procent ze sprzedaży maskotek na ochronę pancernika. Jednak jak to w życiu bywa, nie spełniła oczekiwań i nie włączyła się do ochrony tego gatunku.

     W kwietniu kilku emerytowanych brazylijskich naukowców złożyło ciekawą propozycję. W piśmie „ Biotropica” wezwali prezydenta Brazylii Wilmę Rousseff do objęcia ochroną 10 km kw. lasów Katangi za każdy strzelony gol podczas mundialowych meczy. Jak dotąd uczeni nie dostali żadnej odpowiedzi….

    Gdy pokazują w TV sceny mundialowe  wypatruję tego fajnego zwierzaka, ale jak do tej pory nie zauważyłam…pozostały więc zdjęcia i nadzieja, że przetrwa w swoim środowisku, bo jest śliczny i z pewnością pożyteczny, jak zresztą wszystkie zwierzęta, które przyroda włączyła w wielki  łańcuch biologiczny….

 

 

Brazilian_three-banded_armadillo_(Tolypeutes_tricinctus)_2,_Natural_History_Museum,_London,_Mammals_

 

 

800px-EdmontonZooArmadillo.JPG

 

Zdj z  Gazety i z Wikipedii…

Maki, maki czerwone…

SAM_6077.JPG

 

 

SAM_6072.JPG

 

 

 

 

Maki…

To moje dzieciństwo.

    Był wtedy w Gorzowie nasz ogródek w którym Tata zasiewał grządkę maleńkimi czarnymi i krągłymi ziarenkami maku. Potem zakwitały mikrą  bladą perłą a ja czekałam kiedy pojawią się makówki. Najpierw były zielone, potem coraz większe i złotawe aż wreszcie nadchodził upragniony czas, kiedy potrząsane grzechotały delikatnie. To był znak, że można już je ostrożnie zrywać, ostrożnie, by nie wysypały się ziarenka, bo otwarte były już okienka pod twardym wielorożnym kapelusikiem makówki. Wysypywałam na dłoń czarny smakołyk….potem już nie wolno było uprawiać maku, bo narkotyk zawierał , ale nastąpiło to znacznie później…

    Kiedyś , a może miałam już wtedy 10 lat, pojawił się w naszym gorzowskim domu przy ul. Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich ) kuzyn Taty, Stasio Grynkiewicz.  Czekałam kiedy znowu do nas wpadnie ze swojego podłódzkiego miasta. Bo przywoził ze sobą akordeon i grał i  śpiewał „ Czerwone maki na Monte Cassino” . …był uczestnikiem tych walk. Podobnie jak córka przyjaciół Rodziców, pp. Nietubyciów, Jadzia Bora. Zataiła swój prawdziwy nieletni wiek, podała, że ma już 18 lat i w czasie walk kierowała jeepem na stokach Monte Cassino. Przeżyła a nawet męża tam spotkała przyszłego…Tak uczyłam się historii Polaków- więzionych przez sowietów zesłańców, katorżników a potem podążających do armii Andersa, Berlinga. Za zgodą Stalina przyjeżdżali na miejsca zbiórek w bydlęcych wagonach i wyniszczeni syberyjskim pobytem byli jak żywe trupy z płonącymi oczami i walczyli o wolność Polski….

      Tak więc z makami odbywało się moje dojrzewanie blade a potem krwiste czerwone płonące patriotyczne…

I łażę sobie po michałowickich ostępach tak właśnie wspominając tamte czasy, coraz rzadziej się zachwycam  chociaż nieraz mi się to jeszcze zdarza, jak teraz – gdy widzę czerwone maki….  

 

 

SAM_6091.JPG

 

 

SAM_6095.JPG

 

 

SAM_6094.JPG  

To nie bajka…

Uff, przeżyliśmy atak hakerów, którzy jak się okazało zainstalowali wirusy zaburzające pracę poczty i mozilli w ogóle a w dodatku umożliwiały im korzystanie z mojego internetu…leczenie kosztowało sporo moich nerwów a także uszczupliło portfel…i jak powiedział” pan od komputera”- z tego żyjemy. No cóż, takie czasy, taki klimat…Teraz mam używać internetu sporadycznie, wyłączać gdy inne prace z komputerem się wykonuje i w ogóle lepiej nie oddychać…Nawet bałam się do blogu zaglądać, ale przełamałam lęki i oto jestem…

 

To nie bajka…

 

SAM_6070.JPG

 

 

 

 Całkiem niedawno przeczytałam w Wyborczej artykuł Izabeli Żbikowskiej zatytułowany

„ Ostatni polski pegeer hula”.  

      Jest to zadziwiająca opowieść o jedynym przetrwałym PGR-rze i przypomina bajkę . Dlatego tutaj pozwalam sobie ją streścić.

    Dla młodych moich należy się wyjaśnienie , że w poprzedniej epoce Państwowe Gospodarstwa Rolne w skrócie PGR-y były wzorowane na radzieckich kołchozach ( kolektywnych chaziajstwach ).

Gdy na szczęście upadł realny socjalizm, upadły i one. Na nieszczęście nikt się  nie zajął losem ludzi,  którzy tam mieszkali, pracowali i nagle zostali na lodzie.  Pozostawieni sami sobie  stworzyli enklawy zagubionych w naszej rzeczywistości bezrobotnych .

Na tym tle opowieść o Kombinacie Rolnym Kietrz położonym na Opolszczyźnie wydaje się bajką nie z tej ziemi.

    Powstał on w 1961 roku z połączenia dziewięciu innych podobnych gospodarstw.  Jego zadaniem  było wyżywienie górników ze śląskich kopalń. Po znamiennym 1989 roku gospodarstwo przekształcono w spółkę z o.o. ze stuprocentowym udziałem skarbu państwa i dziś Kietrz jest największym producentem buraków cukrowych w Polsce i Unii.

     Jeszcze w czasach komuny wieloletni dyrektor Aleksander Marszałek zwany przez pracowników „ wielkim” lub „ budowniczym” zdecydował, by w szczerym polu postawić elewatory, nowoczesne budynki dla bydła , laboratorium. Wybudowano też osiedla dla pracowników ,”.. wprowadzał innowacje i sam opieprzał ludzi, gdy coś mu się nie podobało.. Najbardziej nie lubił nieporządku. Podobno do jednego z profesorów wizytujących PGR powiedział : K…, zaraz masz to posprzątać, wskazując na zmiętą paczkę po papierosach, którą naukowiec rzucił na ziemię…”

   W nowych czasach, kiedy uważano że PGR są niechlubnym reliktem przeszłości, na rozparcelowanie ziemi, prywatyzację a także zakup ziemi przez Niemców nie zgodził się solidarnościowy rząd…

    Teraz ten Kombinat zajmuje 8,5 tys ha i właściwie należy go zwiedzać jeepem a okolicę można podziwiać z wysokości silosów które wyglądają jak wielkomiejskie bloki . Dziennikarce umożliwiono by  wdrapała się na sam szczyt. Widać stamtąd horyzont wypełniony polami, a we wnętrzu  silosów widziała nie tylko ziarno ale różne wentylatory, termometry i jak jej objaśniono- przekaźniki danych. U  podnóża silosów w małym budyneczku  dyżuruje pracownik, który nieustannie sprawdza co się dzieje ze zgromadzoną kukurydzą i reguluje temp, a także może wyrzucić złą część ziarna z silosu….

      Pola uprawne są monitorowane niezależnie od pogody czy pory dnia przez satelitę ( zakupiono własną stację GPS) a bydło przez kamery.

Dlatego traktory używane do zasiewów są kierowane nawigacją i precyzyjnie unikają zasianych już partii pola a także nawożą ziemię, która aktualnie tego wymaga.

Monitoruje się też skład gleby. Co pewien czas na pola wyjeżdżają pojazdy podobne do quadów z lufami skierowanymi w dół, które pobierają próbki ziemi. Te dane trafiają do laboratorium gdzie są komputerowo opracowywane a wyniki udzielają jasnych instrukcji, w którym miejscu ziemia jest gotowa na przyjęcie odpowiedniego ziarna. Tu siać rzepak, tu kukurydzę, a tu trzeba coś poprawić w składzie.

     To tyle o uprawach, ale gdy czytam opowieść o krowach , przecieram oczy.

Hoduje się tu ponad 3000 krów przeznaczonych ostatecznie na ubój albo tylko na mleko.

Wszystkie są traktowane po ludzku- co tam mówię, ludziom takich warunków brakuje….

Otóż zauważono, że krowy są bardzo delikatne, boją się ostrych krawędzi. Dlatego obory i korytarze mają łuki zamiast kątów prostych. Ponieważ nie widzą barwy czerwonej, lampki umożliwiające stały nadzór, które się palą w nocy mają ten kolor, by nie przeszkadzać krowom w spaniu..

Zwierzęta te nie lubią hałasu, dlatego pracownicy w dojarni włączają  im łagodną muzykę zagłuszającą  dźwięki, które mogłyby  im przeszkadzać. Chętnie słuchają muzyki klasycznej a w święta Bożego Narodzenia obowiązkowo kolęd…

Znudzone przebywaniem w oborach krowy mogą sobie same fundować masaż grzbietu, ustawiając się pod specjalnie zamontowanymi w tym celu ogromnymi szczotkami. Chętnie z tego korzystają…

Ale to nie wszystko. Każda krowa ma na sobie urządzenie zwane edometrem które analizuje liczbę ich kroków. Jeśli zrobi ich więcej w ciągu dnia, to znaczy, że ma ruję i szuka byka a jeśli mniej- to może ma kłopoty zdrowotne.

     Dziś z ziemi kombinatu  utrzymują się 302 rodziny. Nigdy nie było zwolnień grupowych. Zmniejszanie liczby pracowników a zwiększanie mechanizacji odbywa się w sposób naturalny. Jeśli ktoś odchodzi na emeryturę, nie przyjmuje się nikogo na jego miejsce a zastępuje go maszynami. Nie ma już tradycyjnych traktorzystów- kierowców. Ciągniki prowadzi automatyczny system, którym nadzoruje i jeśli trzeba  coś w nim zmienia , operator- analityk w kabinie….

     I oto  koniec tej niewiarygodnej opowieści o tym co w Polsce, nie w jakimś bardzo cywilizowanym zachodnim kraju …..

Można?, jak widać można. Tylko dlaczego tak się stało przed wielu laty, kiedy wolność przyszła, że ten PGR został uratowany a inne padły? Jak pisze dziennikarka, uratował go rząd solidarnościowy. Dziwne, że nie uratował innych, czyżby tak zaniedbane nie rokowały nadziei na przyszłość, czy może działały tam jakieś inne siły. Nie wiem, i komentować nie będę dalej. Poczytam sobie jeszcze raz tę bajkę, nie bajkę przecie….

 

Zatrzymać ten cudny czas….

 2.jpg

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

 

 

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

    A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.  

    Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji…. 

    Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.  

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

   Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …   

    A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

A.JPG

 

 

I.JPG

 

 

K.JPG

 

 

E.JPG

 

 

Film ” Goniec” przynosi mi echo dawnych dni…

 

 Goniec.jpg

Plakat do filmu, zdj z netu

 

 

Z całej telewizyjnej filmowej magmy , ograniczonej wprawdzie programami udostępnianymi na cyfrze naziemnej oraz późnymi godzinami emisji bo wcześnie spać chodzę, niedawno  wyłowiłam film, który od razu jakoś zapadł mi w serce.

Może dlatego, że rosyjski język usłyszałam. W czasach mojej młodości , kiedy zmuszano nas do nauki tego przedmiotu nie budził sentymentu. Ale okazało się, że on był, tylko ukryty przed ludzkim wzrokiem a nawet moją świadomością.

I teraz razem z tym śpiewnym melodyjnym językiem przyszła do mnie młodość.

Tym bardziej, że problematyka tego filmu od razu nasunęła skojarzenia, porównania , ciepłe choć odległe, trwale zapisane.

I wszystko wróciło, jak intensywna fala przypływu . Tamte czasy, gdy 17 lat mieliśmy, tamten chłopiec zadziwiająco podobny do bohatera filmu, z takimi samymi wielkimi i rozmarzonymi nieruchomymi oczami w których kryło się jakby przyczajenie,  tak samo niezależny, obdarzony wielką  kolorową wyobraźnią , opowiadający to co mu właśnie do głowy przyszło z taką pewnością, że człowiek wierzył. Tylko potem się dziwował, że to wszystko nieprawda.  Jednak bohater filmu w odróżnieniu od mojego życiowego ,  nie miał zahamowań, by odważnie wkraczać w życie dorosłych , deklarować swoje odczucia, oczywiście przy okazji puszczać wodze fantazji.

Ale może za mało poznałam tego chłopaka z młodości, albo jednak te dwadzieścia lat odcinających te dwa życiorysy ukształtowały już innego bardziej śmiałego człowieka, bohatera tego filmu.  

I to chyba na tyle tytułem tego co zachwyciło, wzruszyło zainteresowało …

Film „ Goniec” zrealizowano w 1983 roku(  tj prawie 20 lat później niż moja młodość rozkwitała) na podstawie opowiadania Karena Szachnazarowa, który również był tutaj reżyserem . Rolę tytułową, tę, która tak bardzo mnie poruszyła, znakomicie kreuje Fiodor Dunajewski.

W filmie nosi on nazwisko Iwan Mirosznikow i ma 17 lat.

Właśnie nie dostał się na studia, nie ma żadnych planów na przyszłość, jest zagubiony w świecie młodzieżowej muzyki, ma przyjaciół , którzy albo nie mają ambicji, albo tak jak on są w stanie zawieszenia pomiędzy światem młodych i dorosłych.

Ojciec opuścił rodzinę i wyjechał do Afryki.

Iwan jest jedynakiem, więc mieszka sam z matką, która ma romantyczną naturę, żyje w poczuciu głębokiej samotności, ale w jej życiu jest poezja i muzyka. Wśród różnych wydarzeń, gdzie dochodzi do zderzeń pomiędzy matką i synem, bywają chwile ciepłe, wspólne . Chłopak bierze gitarę i śpiewa jakieś rzewne rosyjskie oczywiście pieśni a wkrótce dołącza się matka. Śpiewają razem, łapią równowagę i jest dobrze. Polubiłam tę scenę, gdzie wzajemna miłość, bliskość i poezja jest razem. To oczywiście wynika z mojego macierzyńskiego, złaknionego takich scen serca.

Matka usiłuje mu pomóc, wyrwać z marazmu i w końcu znajduje mu pracę w redakcji „ Kuriera poznania”. Nie wiem dokładnie, po prostu nie zauważyłam, czym się zajmuje to wydawnictwo, ale chyba  jest naukowe, bo artykuły tam pisze pewien profesor. Przegapiłam , bo zafiksowałam się na chwilę na nazwie-„ Kurier poznania”. Od razu rozwinęłam dalsze myślenie o znaczeniu tego tytułu….

Chłopiec przybywa do pracy dość chętnie, ale na polecenie napisania podania o przyjęcie do pracy i życiorysu po chwili oddaje kartkę papieru, na której zamieszcza( czy prawdziwy nie mogę stwierdzić, bo nie znam historii) , ale szczegółowy życiorys  nieżyjącego już potomka jakiegoś znacznego francuskiego rodu. Dyrektor wydawnictwa jednak jest tolerancyjny, bo po odczytaniu tych fantazji młodzieńczych , daje mu drugą kartkę papieru i zatrudnia chłopaka. Następna scena rozgrywa się już w sekretariacie wydawnictwa.

Iwan zachowuje się poważnie, dostaje pierwsze zlecenie by dostarczyć poprawiony przez redakcję rękopis autorowi- profesorowi, który czeka już od rana.

Jednak w autobusie spotyka kolegę, z którym się przyjaźni i ten go namawia na wspólną zabawę , bo właśnie dzierży pod pachą deskę. Iwan się waha, ale ulega i wkrótce radośnie pędzą przed siebie. Gdyby to było kino akcji, na pewno coś by się musiało wtedy wydarzyć. Ale tu nic się nie dzieje, po prostu duch dziecka w młodzieńcze tylko się odzywa. 

Późnym wieczorem nasz goniec dociera do domu profesora. Drzwi otwiera zjawiskowo piękna dziewczyna. Chłopiec nie traci rezonu, z miejsca opowiada jakieś bajki, dziewczyna chce mu zamknąć  drzwi przed nosem, ale on nagle poważnieje i mówi, że jest z redakcji. I wówczas zostaje wpuszczony na salony. Profesor hamuje wzburzenie, że rękopis dociera zbyt późno i natychmiast zabiera się do pracy.

Młodzi zostają sami. I pierwszą opowieścią, którą Iwan raczy Katię jest historyjka szkolna, jak się potem okazuje zmyślona o jego romansie z nauczycielką. Katia , poważna studentka uniwersytetu, chyba nigdy nie spotkała takiego chłopaka, więc budzi on jej zainteresowanie, a nawet wywołuje uśmiech komplementami nt jej urody. Wyraźnie zadziwia ją jego bezkompromisowość, otwartość i jednocześnie beztroska i  brak jakichkolwiek  barier.

Umawiają się na spotkanie . Następnego dnia, on już czeka pod arkadami jakiegoś gmaszyska , ona nadchodzi, jak zwykle zjawiskowo piękna. Pyta go, co planuje na ten wieczór. On, nieprzygotowany na takie pytanie,  natychmiast odpala, że planuje całowanie. Dziewczyna obrażona odchodzi, on ją dopędza i zaprasza na swoje ulubione miejsce- legowisko lamparta. Gdy już są na wielkim bezbrzeżnym pięknym i piaszczystym terenie, gdzie miasto tylko widać w dalekiej mgle ona pyta –  a gdzie ten lampart. Chłopak poważnie odpowiada, że tutaj właśnie zginął lampart, gdy uciekł z ZOO. Iwan siada na ziemi , zanurza dłonie w piasku i widzi afrykańskich wojowników z dzidami….dziewczyna wyraźnie znudzona odchodzi i potem lądują w klubie, wśród jego kumpli. Chłopaki coś tam gadają, ich dziewczyny chichoczą, Katia milczy tak jak i Iwan. Ogląda i słucha. Nic nie widać na ich twarzach, może tylko znudzenie. Opuszczają klub z zamiarem dobicia do jej znajomych, którzy właśnie urządzają urodziny. Tam chłopak usiłuje się wpisać w ich zachowania, a nawet zaimponować. W pewnej chwili obwieszcza z poważną miną, to co zmyślił na poczekaniu,  że właśnie opuścił karcer, w którym spędził pięć lat. Na podparcie swojej nagle obudzonej męskości pyta o wódę. Gdy słyszy odpowiedź zalęknionej już koleżanki Katii, że wódy nie ma, pyta o perfumę. Koleżanka wraca z dwoma buteleczkami  francuskich perfum, które Iwan, celebrując ten obrzęd, wypija. Gdy potem zbyt długo zalega w WC, Katia idzie go szukać i po chwili on się wyłania zza drzwi toalety wysoce nieswój i obwieszcza, że wraca do domu. Zostawia dziewczynę i wkrótce mama rozbiera go układając do snu dziwiąc się, że pachnie takimi drogimi perfumami.

Chłopak po tej porażce, jednak wraca do domu Katii. Właśnie  jej rodzice są na daczy, więc młodzi gadają jakby nic się nie stało, potem bębnią na pianinie wyśpiewując jakieś wymyślone przez siebie treści. Nieoczekiwanie w drzwiach staje ojciec z babcią. Oczywiście towarzystwo zostaje rozdzielone, chłopak zaproszony przez ojca na rozmowę. Za zamkniętymi drzwiami, Iwan wyznaje, że Katia jest z nim w ciąży i że on czuje się zobowiązany, by się z nią ożenić. Oczywiście jest to bajer chłopaka, na poczekaniu wymyślony. Oni nigdy nie byli razem, nawet się nie całowali….Oj, nie będę opowiadała już dalej, bo może ktoś zechce obejrzeć ten film, a i już przekroczyłam chyba limit czasowy po którym kończy się cierpliwość czytelnika. Właściwie opowiedziałam całą treść filmu za co przepraszam….

Reasumując. Młodzi się rozstają, każde idzie  w swoją drogę.

Ale ile w nich się zmieniło. Jak ważne było dla każdego z nich  to spotkanie. Zderzenie dwóch indywidualności, domów, ambicji a wreszcie prawie kultur. 

Czy wspominali siebie  z czułością i ciepłem? Tego nie wiemy.

      Ale możemy sobie wyobrazić, że zachowali tamte wspomnienia na wypadek złych dni, tamte młodzieńcze czyste wspomnienia jak białą nie zapisaną kartkę jak azyl….i lepiej, żeby nie dostali od losu szansy na ponowne spotkanie. Bo może rozczarowanie by przyszło i żal za tamtym białym czasem hodowanym w sercach….

Film „ Goniec „ przekonuje świetną grą aktorów, jest fajny, melodyjny, ciepły i refleksyjny. Nie zawiera jakiś ważnych wydarzeń, ale daje szerokie pole do rozmyślań , powrotów. I sądzę, że wiele osób może w nim znaleźć siebie z dawnych lat, a może też zrozumieć swoje młode pokolenie. Zawsze napełnione tętniącymi emocjami, zakrywane pokerową twarzą lub głupimi zachowaniami.

Osobiście, nie chciałabym cofać czasu i zaczynać życia od początku. Dobrze jest tak jak jest teraz, ale powspominać można….

 

 

.