Jak dobre panie Ukrainki ratowały mi życie.

 

UkrainaO.JPG

 

 

 

Były późne lata 90 ubiegłego wieku.

Moi  90 letni Rodzice stopniowo odchodzili od nas. Los nie szczędził im cierpień, znacznego zniedołężnienia i bezradności i równocześnie okrutnie pozostawił Im jasny przenikliwy młodzieńczy  umysł . To zderzenie zaniku sił fizycznych przy mentalności jasnej i przejrzystej było trudne do zniesienia nie tylko dla Nich ale i dla nas, którzy na to patrzyliśmy bezradnie.

Nie umiałam sprostać prośbom mojej głuchej ślepej i bezwładnej Matki, by skrócić Jej życie. Wielokrotnie mówiła: jesteś lekarzem, to wiesz jak to zrobić bym się już nie męczyła. Spanikowana odpowiadałam, że jeśli tak uczynię, pójdę do piekła a tymczasem Mama zajmie pozycję wypoczynkową w niebie. Na jakiś czas ta argumentacja docierała do Mamy, ale nie na długo. Nigdy, nigdy nie miałam pomysłu, by dokonać tego o co prosiła. Czy było to z mojej strony okrucieństwo, czy lęk , nie wiem.

Do tej pory nie znajduję odpowiedzi.

Jednego tylko byłam pewna i to obiecywałam- szczególnie Tacie, który po odejściu Mamy prosił, aby nigdzie Go nie oddawać . Udało się bez szpitala, chociaż taki był w domu- kroplówki, leki, zabiegi pielęgnacyjne.

Płynęły lata.

Starsi ludzie mają zwykle odwrócony rytm dobowy. Śpią w dzień, podczas gdy czarna noc staje się czarną dziurą dla nich i dla otoczenia. Próby podawania odpowiednich leków spełzły na niczym, gdyż działanie ich było opaczne, odwrotne do zamierzonego. Nawet po niewielkich dawkach leków uspokajających czy nasennych Mama miała omamy, była pobudzona i oczywiście nadal bezsenna nocami.

      Dlaczego o tym opowiadam? Pewnie by przelać na papier swoją przebytą traumę i doświadczenia, ale też po to, by przedstawić trudności z którymi spotkałam się w życiu. Tkwiłam rozdarta pomiędzy dużą rodzinę ( na szczęście dzieci były już duże, same się obsługiwały a także pomagały w opiece nad Dziadkami, których darzyły miłością, szacunkiem i przyjaźnią) .

Początkowo syn , który  zamieszkał u Dziadków przez całe noce dyżurował przy Babci. W tym czasie Dziadek jeszcze w miarę sam się obsługiwał. W dzień chłopak pędził na zajęcia studenckie. Doprowadził do tego, że Mama wreszcie się zgodziła się  na zakładanie pampersa, bo przedtem co dwie godziny czując parcie na mocz prosiła o zawożenie do toalety. Wiąże się z tym nawet zabawne wydarzenie. Otóż przełom w myśleniu Mamy się pojawił po namowach wnuka. Użył on argumentacji , która była trudna do podważenia. Oznajmił, że gdy pracował we Francji , widział jak wszyscy wsiadając do samochodu zakładają pampersy, by przy wielogodzinnych korkach nie mieć problemów.

Nie wiem jak wytrzymywał taki napór męczących obowiązków, ale dzielny był bardzo. Pewnie przydało mu się takie doświadczenie, gdy już został lekarzem i stawał twarzą w twarz z chorymi ludźmi.

Najmłodsza kilkunastoletnie wtedy córka wpadała często do Babci, pełniła dyżury w dzień i pomimo swojej mikropostury potrafiła posadzić bezwładną babcię na tapczanie, nakarmić .     Potem , gdy sytuacja nabrzmiewała a uznałam, że dzieci muszą normalnie żyć, ja przeniosłam się do Rodziców i noce były moje.

Nie zapomnę tych chwil, kiedy usiłowałam się zdrzemnąć a po chwili Mama prosiła by Ją podrapać po nosie lub przełożyć Jej rękę, etc. Można sobie wyobrażać jak się czułam rano, czekając na oschłą obojętną polską pielęgniarkę, która  mnie zmieniała i domagała się coraz większych kwot pieniędzy nie robiąc właściwie nic.

     I w szczytowym momencie tych trudów , gdy czułam się jak w matni , w sytuacji beznadziejnej, bez wyjścia rozpoczęłam  marzyć  by zasnąć snem wiecznym i pozbyć się problemów. Nie miałam już siły tak żyć.

      I wówczas mąż przyniósł informację od  znajomego, że jemu w podobnej sytuacji bardzo pomogły dziewczyny z Ukrainy. Postarał się o numer telefonu do polecanych pań mieszkających za naszą wschodnią granicą, w okolicach Stanisławowa, zadzwonił i całkiem niespodziewanie już następnego dnia zjechała do nas Pani Natalia.

Byliśmy zdziwieni tak szybkim przybyciem, ale pewnie była wolna, w potrzebie finansowej i miała pewne wiadomości od tych znajomych jak wygląda nasz dom . Uwierzyła, że da radę.

Ładna czarna energiczna kobieta ,jeszcze zmęczona podróżą , od razu stała się moim wybawieniem.

To był przełom w moim życiu. Bez wahania mogę powiedzieć, że uratowała mi życie a jeśli nie życie to na pewno zdrowie. Bo jak długo można było tak żyć. Po upiornych nocach codzienne dojazdy ponad 3o km trasą do pracy i tam działanie przez wiele godzin. Oczywiście o żadnych wyjściach z domu, rozrywkach urlopach czy weekendowej działce nie było mowy.

Teraz wszystko nabrało innego kolorytu. Był czas na spanie, bezstresową pracę z pacjentami . A oczywiście codzienne  wizyty u Rodziców tak bardzo nie bolały, bo wiedziałam, że jest z nami Duch Opiekuńczy.

To Pani Natalia była stale obok , ciepła, troskliwa, zaangażowana , dobra, bliska.

Przecież mogła byle jak wykonywać swoje czynności, bez zaangażowania, brać pieniądze i niewiele dawać w zamian. Było inaczej. Mieszkanie lśniło, sama sobie gotowała jakąś strawę i Rodzice byli zadbani, bez odleżyn i innych objawów przewlekłego leżenia.

    Po miesiącu nieustannego czuwania, tak jak było w planie przyjechała kolejna Ukrainka, Pani Olga. Ta duża, łagodna kobieta wniosła swoją delikatność i pracowała tak jak Pani Natalia przez całe dni i noce. Panie zmieniały się co miesiąc. Dotrwały do końca życia najpierw Mamy, potem Taty. Towarzyszyły mi przy umieraniu Rodziców., wspierały obecnością, pomocą i dobrym słowem.  Pani Natalia bardzo przeżywała pogarszanie stanu zdrowia i odejście mojego Taty. Mówiła, że przypominał się Jej ojciec, którego bardzo kochała i też pielęgnowała do czasu śmierci.

Poza wymienionymi zaletami Pań z Ukrainy , co wynikało z ich pracy, wielokrotnie opowiadały o życiu w ich kraju. Słuchałam z zainteresowaniem, zapamiętałam i teraz to do mnie wraca, gdy Ukraina walczy.

      Pani Natalia opowiadała, że w swoim rodzinnym mieście  pracowała w banku, niewiele zarabiając i w dodatku pensje były wypłacane bardzo nieregularnie. Podjęła więc decyzję przyjazdu do Polski. Opłacała edukację córki , pomogła synowi wybudować dom. Od dawna była wdową samotnie wychowującą troje dzieci. Dzielna walcząca kobieta.

Opowiadała mi o czasach które wspominali jej starsi sąsiedzi na Ukrainie. Podobno powszechnie się mówiło, jak to było dobrze w czasach „za Polski”. Potem  zgodnie w wytycznymi władz komunistycznych  na urodzajny czarnoziem ukraiński wjechały ciężkie traktory i uszkodziły cienką warstwę pięknie rodzącej do tej pory ziemi.

 Przyszła przerażająca  nędza…

I gdy widzę ukraińską flagę czuję ciepło. Bo pani Natalia mi objaśniła dlaczego  są na niej takie kolory.

Niebieski-  to niebo nad Ukrainą a żółty – to dojrzała pszenica pod nim…

piękne…

     I myślę o ludziach mi bliskich na niedalekiej walczącej teraz Ukrainie i życzę im spełnienia marzeń wolności . I by ta wolność nie przysłoniła innych haseł takich jak równość i braterstwo, czego zabrakło u nas….Trzymajcie się kochani!

Pozdrawiam moje Wybawicielki, panią Natalię i Panią Olgę oby dobry Bóg odpłacił Im za serce, wysiłek i pomoc….

 

 

 

 

Ukrainaoo.jpg

 

Bratki z mojego ogrodu w barwach flagi Ukraińskiej i z przesłaniem braterstwa…

Zrozumieć Ukrainę.

Zdjęcie0292.jpg

zdj z Atlasu Historycznego Świata.

Kolorem jasnożółtym oznaczono obszar Rzeczypospolitej Polskiej w II poł. XVII wieku. Prusy i Kurlandia stanowiły lenno polskie. Teren zaznaczony wyraźną barwą żółtą to Ukraina Zadnieprzańska, która na mocy umowy perejesławskiej ( o której będzie poniżej) w 1654 r. przeszła we władanie Moskwy. Na południu wielkie Imperium Osmańskie z Chanatem Krymskim.

 

 

 

     Słyszę dzisiaj w radio słowa premiera: „Od kiedy uzyskaliśmy niepodległość tak gorącej sytuacji za naszą granicą nie było..”

     Słowa słowa płyną a cóż my szaraki możemy począć. Nic. Złudzenia bezpiecznego dookolnego świata umierają na naszych oczach.  Zamknąć oczy tylko chyba, zająć się swoimi sprawami, by nie panikować ale jak to zrobić? Nie wiem. I poza pisaniem o moich czasach przedszkolnych i wiośnie pięknie rozkwitającej na tym świecie i kluczach gęsi zmierzających nad mój Bug temat Ukrainy wraca jak bumerang.

  W Wikipedii znajduję informacje ogólne. Otóż według specjalistów od słowotwórstwa  nazwa Ukraina zawiera w sobie rdzeń” kraj” oznaczający „coś  ukrojonego” a następnie: ”kawał ziemi lub koniec”. Niektórzy uważają, że nazwa ta wyraża „ u kraja, z brzegu, na skraju”.

W dwunastowiecznych kronikach ruskich znaleziono nazwę  Ukraina jako oznaczenie ziem kresowych, pogranicznych.

W XIII wieku tereny te kronikarze nazywają „Małą Rusią.”

Do końca XVI wieku ten termin nie miał znaczenia oficjalnego a jedynie oznaczał

 „ ugranicze, pogranicze” terenów będących pod kontrolą różnych państw.

Po raz pierwszy w roku 1590, za czasów Rzeczpospolitej została użyta urzędowa nazwa Ukraina   dla oznaczenia krainy leżącej nad środkowym i  dolnym Dnieprem

      Właśnie  mam przed sobą  dodatek  do Gazety Wyborczej z 10 marca 2014 r. „ aleHISTORIA” .

Jest tam artykuł  Sebastina Dudy  zatytułowany „ Ukraina od Chmielnickiego do Chruszczowa” opracowany na podstawie „ Historii Ukrainy „Władysława Serczyka wydanej we Wrocławiu w 2001 oraz  „ Historii Ukrainy 1772- 1999”  Jarosława Hrycaka  ,wyd w  Lublinie w  2000 r.

     I zagłębiam się w odległej historii tej ziemi. Znajduję częściowe wytłumaczenie rozdarcia  tego narodu , różnych sympatii i marzeń.

I pomimo tego, że żyjemy już w innym świecie, okazuje się, że dawne upiory tylko drzemały.

   

   To, że  Ukraina ciążyła przez kolejne wieki w kierunku państwa moskiewskiego nie dziwi historyków. Przez wieki „ ziemie te stanowiły jeden organizm państwowy, łączyło je ze sobą ścisłe  pokrewieństwo językowe, ta sama religia i- w coraz większym stopniu – związki gospodarcze. „

Autor  artykułu cytuje słowa profesora  Jarosława Hrycaka, który  pisze,  że na przestrzeni wieków  różnica pomiędzy Polakami a Ukraińcami była dużo bardziej znacząca niż pomiędzy Ukraińcami a Rosjanami. 

„ Już przyjęcie chrześcijańskiego obrządku bizantyjskiego w 988 roku przez władcę Rusi-  Włodzimierza Wielkiego wytworzyło na  terenach dzisiejszej Rosji i Ukrainy wielką przestrzeń kulturowo- cywilizacyjną , na której przodkowie Rosjan i Ukraińców czuli się sobie bliscy….. „

     „ …Wobec ekspansji szlachty i magnaterii polskiej , ciągłych najazdów tatarskich , powstania kozackie i chłopskie wystąpienia, zwłaszcza w XVII wieku niejednokrotnie szukały wsparcia w Rosji. Tam też kierowały się kolejne fale uciekinierów ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Chmielnicki nie musiał używać nadzwyczajnych środków , by skłonić Kozaków do wyrażenia zgody na przyjęcie carskiego zwierzchnictwa. „

     I w tym miejscu dochodzimy do słynnej ugody Perejasławskiej.

„ Otóż w 1654 roku do leżącego nieopodal Kijowa Perejasławia przybył wysłannik cara Aleksandra Romanowa Wasylij Buturlin. Przywiózł specjalne prerogatywy bo niespełna dwa miesiące wcześniej rosyjski Sobór Ziemski postanowił przyjąć Bohdana Chmielnickiego i całe wojsko zaporoskie i ich miastami i ziemiami pod carskie berło.  W imieniu nieobecnego Chmielnickiego Buturlina witał pułkownik Paweł Tetera. Hetman zaporoski – Chmielnicki , przybył do Perejasławia 16 stycznia a 18 stycznia rano zwołał starszyznę kozacką na rozmowy, podczas których uzgodniono ostatecznie, że wierna Chmielnickiemu Kozaczyzna odda się pod władzę cara. O decyzji powiadomiono Buturlina, Następnie zaczęto bić w bębny, co było sygnałem do zwołania rady Czernieckiej.

Z przemową do Kozaków i czerni, wystąpił Chmielnicki , który mówił o trwającej od 1648 roku wojnie z Rzecząpospolitą, przelanej krwi i ruinie kraju. Jego zdaniem przyczyną katastrofy był brak silnego władcy, więc Kozacy powinni mieć takiego właśnie panującego. W 1654 roku w grę wchodziły cztery kandydatury: sułtan turecki, chan krymski, król polski i car moskiewski. Dwóch pierwszych Chmielnicki odrzucał jako wyznawców islamu . Z dwóch pozostałych po latach okrutnej wojny tylko jeden mógł być zaakceptowany.

Hetman  zwrócił się do zgromadzonych takimi oto słowy:

jakiej niewoli , jakiego bezlitosnego rozlewu krwi chrześcijańskiej , jakiego ucisku doznaliśmy od polskich panów , nikomu z was  nie trzeba opowiadać. Sami wiecie, że traktowali lepiej Żyda i psa niż chrześcijanina brata naszego. A prawosławny chrześcijański wielki gosudar , wschodni car, jest tego samego błogosławionego zakonu greckiego co my, tej samej wiary. Jednym jesteśmy ciałem cerkwi, prawosławiem Wielkiej Rusi , mającym nad sobą Jezusa Chrystusa. Ten wielki gosudar, car chrześcijański, zlitowawszy się nad uciskaną nieznośnie Cerkwią w naszej Małej Rosji, nie odrzuciwszy naszych sześcioletnich próśb,  skłoniwszy teraz ku nam swoje miłościwe , carskie serce,  raczył  przysłać do nas wielkich posłów , dostojnych swoich doradców. Którego jeśli szczerze pokochamy, pod jego carską ręką znajdziemy takie schronienie jak nigdzie indziej. Jeśli ktoś się teraz z nami nie zgadza,  niech idzie , dokąd chce- wolna droga. Nikt nie zaprotestował. Pułkownik Tetera obszedł jeszcze plac i pytał, czy wszyscy obecni chcą mieć cara za pana. Zewsząd słyszał:  Wszyscy.

Po tej przemowie wyszli sobie naprzeciw.

Chmielnicki, starszyzna kozacka i wysłannik cara- Buturlin oraz duchowni przybyli z Moskwy.

 Spotkali się w cerkwi.

 I tam poseł carski zażądał od Kozaków przysięgi na wierność.

W odpowiedzi Chmielnicki zażądał obietnicy, że poseł w imieniu cara złoży przyrzeczenie, że nie wydadzą Kozaków Polakom a car będzie ich bronił w potrzebie. Poprosił też o gwarancje, że zostaną zachowane przywileje kozackie i nikt z  Moskali  nie będzie próbował nastawać na kozackie majątki.

 Jednak wysłannik cara odmówił, zapewniając jedynie o tym, że Kozacy zachowają swoją własność. 

Na takie dictum Chmielnicki i jego ludzie wyszli z cerkwi.

Po długim czasie wrócili  pułkownicy Kozaccy z ponownym żądaniem przysięgi od Buturlina tłumacząc, że królowie polscy zawsze przysięgają poddanym.

Ale poseł carski odmówił, mówiąc, że car jest samowładnym władcą i żadnemu człowiekowi przysięgać nie będzie.

Chcąc nie chcąc Chmielnicki wrócił do cerkwi i złożył przysięgę  a nieco później na polach pod Perejasławiem w obecności czerni hetman otrzymał od Buturlina oznaki władzy: sztandar, buławę, buńczuk i sobolowe futro. W ten sposób potwierdzono, że kozaccy poddani moskiewskiego cara wciąż mają prawo do wyboru swojego wodza.”

Ugoda ta miała też swoją drugą stronę medalu.

” Podczas powstań przeciw Rzeczpospolitej Kozacy domagali się autonomii i zrównania ich praw ze szlachtą polska. Mówili nawet o pełnej niezależności ziem ukraińskich. Wejście w skład Rosji oczywiście było zaprzeczeniem tej idei, a sprzeciw wysłannika cara na rozmowy w Perejasławiu – Buturlina ukazywał im wyraźnie, że car był monarchą samowładnym mogącym dowolnie dysponować życiem i własnością poddanych.”.

    Polska nie uznała tej ugody , ale nie potrafiła odzyskać terenów , które uznały władztwo cara.

W 1667 roku to Polska zawarła z Moskwą rozejm andruszowski rezygnując z województwa czernichowskiego i prawie połowy wielkiego ( liczącego ponad 250 tys km kw powierzchni) województwa kijowskiego czyli tzw. Zadnieprza ( Lewobrzeża) . Kijów miał pozostać tymczasowo przy Rosji. Polacy myśleli, że to umowa tymczasowa, ale w 1686 w kolejnym traktacie Rzeczpospolita zrzekła się lewobrzeżnej Ukrainy, gdzie ostatecznie wstrzymano polonizację szlachty.

Historycy zgodnie przyznają, że pomimo zależności od cara, wielu szlachciców , mieszczan, duchownych zachowywało swoją odrębność kulturową i posługiwało się językiem ukraińskim.  Gdy tymczasem na południowo- wschodnich terenach Rzeczpospolitej czyli w tzw. zachodniej Ukrainie jedynie chłopstwo pańszczyźniane zachowało Ukraińską odrębność . …

    Pod koniec XVIII wieku przestała istnieć Rzeczpospolita i Chanat Krymski. Oba te państwa które tak znacząco wpływały na dzieje Ukrainy, znalazły się na terenach austriackich rosyjskich . We władaniu Rosji znajdowało się ponad 80% terenów Ukrainy. A w XIX wieku mieszkało tam 85% całej ludności Ukraińskiej.

Pozostałe tereny zachodniej Ukrainy, gdzie wpływy Rosji nie trwały tak długo i mocno weszły w skład Galicji i  dlatego do dziś obie części tego kraju tak bardzo się różnią. ….”

 

 

Gorzowskie czasy. Zachwycający pan z drewnianą nogą.

noga.JPG 

Cienie dawnych zachwytów…zdj własne sprzed kilku lat..

 

 

Siedząc w domu w czasie moich licznych chorób  tęskniłam za jedyną ciekawą osobą w moim przedszkolu.

Jedyną bowiem osłodą tego mrocznego miejsca była obecność pana z drewnianą nogą .  Tylko  ten dobrze starszy  wysoki dość otyły pan z drewnianą nogą, który był dozorcą w moim pierwszym przedszkolu, mieszczącym się naprzeciwko tylnego wejścia do gorzowskiej Poczty Głównej był mi bliski , ciepły i budził nieustanny zachwyt.

    Kiedy zapominano odbierać mnie z przedszkola o zwykłej porze, bo to albo Mama miała popołudniowe przewlekłe zebrania szkolne , a to Tato  bywał w terenie a to Brat- Zenon gdzieś urzędował poza szkołą i domem,  wtedy ja miałam niepowtarzalną szansę, by być sam na sam z panem i jego drewnianą nogą.

W całym pustym przedszkolu byliśmy tylko my .

Schodziliśmy na dół do piwnicy, gdzie mieściła się kuchnia i wspólnie obieraliśmy ziemniaki na obiad w dniu następnym, wrzucając je do ogromnego cudnego gara , przy czym zerkałam często z nabożeństwem niejakim na drewnianą instalację zastępczonożną- wielką drewniana pałę zakończoną  zgrubieniem, które przypominało kopyto końskie. Pan opowiadał mi jakieś bajki , a ja wpatrywałam się z zachwytem w jego sztuczną nogę.

     Bywało, że Mama po powrocie do domu pytała swoich panów- a gdzie Zosieńka. Wówczas obaj odrywali się od swoich zajęć , podnosili nieprzytomny wzrok znad książek- obaj lubili czytać , potem wracali do świadomości, rozglądali się lękliwie i nie widząc swojej małej córeczki ani siostry wpadali w popłoch.

Zapomnieli, po prostu zapomnieli mnie odebrać z przedszkola.

A za oknem już szarzało i mama galopem gnała do przedszkola. Wyobrażam sobie , że jej serce  wyskakiwało z piersi i traciła miarowy oddech. Zwłaszcza gdy to zdarzyło się po raz pierwszy.

Gdy sytuacja się czasami powtarzała, już było lepiej.

Bo wiadomo było, że siedzę sobie najspokojniej w świecie z panem dozorcą rozmawiamy i przygotowujemy  obiad na następny dzień.

 

Ciekawe….

MariuszSzczygieł.jpg

Zdjęcie ekranu TV, właśnie Mariusz Szczygieł rozmawia z Agatą Młynarską w programie Świat się kręci na temat książki , o której poniżej….

 

 

 

 

Tym razem chcę się podzielić  tym, co mnie ostatnio  bardzo zainteresowało i pozostawiło duże wrażenie . Jeśli już to czytaliście, proszę o wybaczenie.

    

Otóż  w dodatku Duży Format do „ Gazety Wyborczej” z 6 marca 2014,  przeczytałam rozmowę Katarzyny Brejwo z Mariuszem Szczygłem , autorem antologii „ 100/XX”.

Właśnie ukazało się to dwutomowe dzieło, liczące prawie dwa tysiące stron, ważące ponad 3 kg, wydane przez Czarne, w Warszawie. Autor współpracował z Julianną Jonek. W radzie programowej  zasiadali: Hanna Kral,  Małgorzata Szejnert, Elżbieta Sawicka, prof. Kazimierz Wolny- Zmorzyński.  

 

  Nie wiem, czy kiedyś kupię tę książkę, a jeśli nawet, to czy dam radę przeczytać. Ale mam podskórne odczucia, że chyba warto.

Trudno sobie wyobrazić jak żmudna była to praca, ile trzeba było przejrzeć dzieł wydanych, opublikowanych artykułów, ile to zajęło czasu by dokonać wyboru tych 100  najciekawszych reportaży dwudziestego wieku.

      Szczygieł mówi :

” – na początku był pomysł, żeby stworzyć reporterską kronikę XX wieku. Szybko musieliśmy go porzucić, bo okazało się, że nie wszystkie wydarzenia doczekały się dobrych reportaży, a po drugie, to by wykluczało teksty, które są fantastyczne , ale traktują o rzeczach błahych. Na przykład reportaż Konrada Turowskiego z 1977 roku

„ Nie ma się z czego śmiać”- o człowieku, który wpadł do szamba w mieście Łódź, bo zarwał się pod nim sedes w miejskim szalecie. Nikt go nie chciał stamtąd wyratować, aż zlitował się pewien nieznany człowiek. I Turowski, reporter, postanowił tego człowieka znaleźć, umieszczając ogłoszenie w prasie.”

     Dziennikarka pyta  czy „ To lektura dla wyznawców czy dla każdego?”, na co autor odpowiada  :

 „ To zależy jak się będzie czytać. Ktoś, kogo interesuje reportaż, sprawdzi, jak pisali różni autorzy i jak zmieniał się ten gatunek na przestrzeni lat….myślę, że fajnie przejrzeć się w takim lustrze”.

    W innym miejscu wywiadu  Mariusz Szczygieł mówi :

 „ -Pierwszy polski reportaż napisał w 1895 roku Władysław Reymont, który miał wtedy 27 lat. … ale do antologii wybraliśmy inny wybitny tekst Reymonta, już z XX wieku: o strasznym losie polskich grekokatolików , którzy byli prześladowani i  przymusowo  nawracani. Scena, jak grekokatolicy wyrywają sobie z prawosławnymi z rąk trupa kobiety, którą każdy chce pochować według swojego obrządku. Hollywood by tego nie wymyślił „

      Wywiad zamieszczony w Gazecie Wyborczej nosi tytuł : ” Czapka z głowy, papieros z pyska, reporterze”.  A oto wyjaśnienie autora.

„ – To cytat z Janusza Korczaka. A przy okazji ładne motto dla wszystkich, którzy chcą uprawiać ten zawód”.

  Korczak był reporterem ?- pyta dziennikarka. Szczygieł odpowiada :

„ –  urządzał sobie wycieczki do najbiedniejszych dzielnic Warszawy – dziś nazywalibyśmy je wycieczkami do slumsów- i opisywał to, co zobaczył . Narzucał sobie przy tym reporterską metodę: nie oceniać, nie narzucać się z pytaniami, z biednymi rozmawiać jak równy z równym – stąd właśnie ta „ czapka z głowy i papieros z pyska”. A że miał zacięcie dydaktyczne, reportaż kończył pouczeniem, jak należy pomagać- nie dawać pieniędzy, ale zapewnić najbiedniejszym edukację i oświecenie. Bardzo mnie ten Korczak zachwycił. A odkryliśmy go- jako reportera- właściwie przypadkiem, szukając tekstów napisanych na początku wieku”.

      Z niejaką przyjemnością znalazłam też  o kuzynce mojej babci- Stanisławy z d. Rodziewicz, kontrowersyjnej pisarce- Marii Rodziewiczównie.

Autor mówi w cytowanym  wywiadzie :

„ Rodziewiczówna napisała w życiu tylko jeden reportaż , ale za to wybitny i uczestniczący. Latem 1915 roku rosyjska armia wycofuje się i goni też na wschód ludność. Maria obserwuje ten exodus ze swojego majątku na Polesiu, gdzie przychodzi jej gościć  kilkaset osób.

 „ Swołocz” obrywa jej wszystkie owoce z sadu, wyżera miód i niszczy ule, a potem rzuca się na opuszczoną gorzelnię, pić wódkę, która spływa do rowów. Wojsko , które szybko gorzelnię odbija, postanawia zatruć ten wyciek fekaliami. Rodziewiczówna opisuje, jak ludzie, zupełnie tym niezrażeni, wysysają  tę wódkę z ziemi razem z gnojem: Oto wielkość człowieka XX wieku”. W tej scenie widać, że miała fantastyczny zmysł do wyciągania szczegółów, które od razu stają się ważne. Zupełnie jak Kapuściński”.

     I jeszcze jedna historia przytoczona w wywiadzie przez Mariusza Szczygła. Dziennikarka mówi

: Iłłakowiczówna była przy Narutowiczu, kiedy zginął .

Autor antologii :

 „ Poetka trzymała na kolanach jego głowę i martwiła się, że umierający prezydent patrzy cały czas w oczy zamachowcowi, bo ten usiadł sobie na ławce, naprzeciw leżącego prezydenta. Na jej prośbę zamachowca wyprowadzono do innej Sali, w której- jak notuje- wisiał

 „ Grunwald”.

 Więcej szczegółów tego wywiadu już nie będę  przytaczała ….jednak zdecydowałam, że kupię to dzieło XX wieku. Cena w necie nie zwala z nóg, zamawiam „100/XX „.

     Osoba Mariusza Szczygła, którego reportaże felietony i powieści czytam z przyjemnością jest rękojmią tego dzieła . Idę jak w dym….a może kiedyś jeszcze napiszę o tym co tam znalazłam …..

Czasy gorzowskie. Aktywny niejadek.

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

Gorzów. Rok 1950. To ja, niejadek na patyczkowatych nogach. Piękny biały płaszczyk z kolorową krajką, którą wyszywała moja Mama ściegiem krzyżykowym. Nauczyła Ją koleżanka – nauczycielka z Ukrainy- przed II wojną światową razem pracowały w szkole w Rakowie. ….

 

 

 

Gorzowskie przedszkole, które ograniczało moją ukochaną wolność o dziwo bardzo dobrze pamiętam.

Sala jadalna była obszerna. Mieściły się tam dzieci całego przedszkola. Panie wychowawczynie siedziały na podium pod ścianą po prawej stronie, jedna krążyła przy naszych niskich stolikach a ja zdecydowanie odmawiałam spożywania jakichkolwiek posiłków.

Któregoś dnia przyszedł po mnie mój brat .

Jakaś nowa pani nie kojarzyła mnie z podanym nazwiskiem, ale gdy brat powiedział, że przyszedł po siostrę Zosię- Zosieńkę, natychmiast zajarzyła i rzekła- a to ta Zosieńka, która nic nie je. Wszystko się zgadzało.

Jednakowoż jeśli ktoś sądzi,  że w czasie przedszkolnych posiłków siedziałam naburmuszona przy stoliku, to się głęboko myli.

Otóż nie. W chwili, gdy dzieci spokojnie  zajmowały miejsca i chwytały za łyżki, ja wówczas wyruszałam na obchód całej sali. Zatrzymywałam się przy każdym stoliku i widząc dziecko, które nie jadło, gorąco namawiałam, by się jednak przełamało, a nawet chwytałam za łyżkę i wciskałam nieszczęśnikowi brejowatą  owsiankę  jednocześnie bacznie obserwując , czy jej na mnie nie wyrzyga. Bo już miałam doświadczenia w tym temacie i po jednej takiej przygodzie byłam ostrożna. Pomimo smętnego doświadczenia oblanego łzami nad swoim zafajdanym fartuszkiem, byłam wytrwała w działaniach.

Początkowo podejmowano próby spacyfikowania mojej stołówkowej aktywności usiłując ujarzmić moje wielkie zaangażowanie w działalność opiekuńczo wychowawczą, ale efekt był mizerny, więc dano mi spokój.

      Zresztą na szczęście niezwykle często zapadałam na różne infekcje i wówczas przebywałam na wolności poza murami przedszkolnymi.

 

Tekst brata, Zenona Łukaszewicza . ” Dwugarbne wielbłądy”

 KorczZdjęcie.png

Jan Korcz na dachu gorzowskiej kamienicy. Zdjęcie Waldemara Kućko, znanego fotografika które znajduje się w Muzeum Lubuskim  Gdy tak patrzę na tego starannie ubranego malarza, jakoś nie przystaje obraz zaniedbania, który zachowałam z młodości. Podejrzewam, że został specjalnie ubrany, bo wygląda jak angielski gentelmen…..jednak wygrzebuję z pamięci ten kapelusz….

 

 

Często zaglądam do portalu MM- Gorzów, z sympatii dla miasta i mieszkańców. Jak już nie raz  pisałam, tam się urodziłam i przebywałam do matury. Portal  był mi kiedyś szczególnie bliski, gdy tam zamieszczałam swoje artykuliki , zażarcie dyskutowałam z  ludźmi ukrywającymi się pod różnymi Nickami i wcale mi nie przeszkadzało ,  że ponoć jedna osoba miała kilka internetowych imion. Tamte czasy minęły bezpowrotnie, ale czułość jakaś została. Przed kilkoma dniami przeczytałam tam o zamiarze wydania przez Muzeum Lubuskie albumu  z obrazami kiedyś bardzo popularnego człowieka, uznanego malarza , Jana Korcza. Pamiętam tę postać z ulic gorzowskich, uznawany był za dziwaka. Któregoś dnia szedł przede mną stawiając jedną nogę na chodniku a drugą w rynsztoku, już na szczęście nieczynnym, suchym. Długa była ta nasza droga i niezwykle dla mnie fascynująca….

Teraz znalazłam artykuł mojego śp. brata, Zenona Łukaszewicza , który zamieszczono  w 1960 roku we „ Współczesności „ . Pomimo tego, że autor nie używa nazwiska malarza, ale ponoć – jak mi kiedyś mówił, jest to rzecz o Janie Korczaku. Ile w tej historii prawdy, ile fantazji mojego Brata, nie wiem….a oto cały ten tekst:

 

 

 Dwugarbne wielbłądy

 Zenon Łukaszewicz

Art. zamieszczony we „Współczesności” 1960

 

Ubiegłego roku, w gorącym i dychawicznym lipcu, w wieczór sypiący brudnym piaskiem na rozgrzanych ulicach, słońce wisiało już nisko nad ziemią, w szpitalnej sali pootwierane okna lekko stukały o siebie, pościel na łóżkach zszarzała, wtedy podszedł pan K. z czołem lśniącym gruzełkami potu i wstydliwie jakby zasłaniając kawałkiem popstrzonej farbą szmaty swój nowy pejzaż, szepnął, może pan kupi , niedrogo, tylko dwieście złotych, inni już kupili , a potem usprawiedliwiając się dodał ,bo wie pan, wychodzę już do domu, przydałoby się trochę forsy, odsłonił prostokąt tektury, to chyba impresjonizm, spytałem, pan ciekawie maluje ,ale ja nie mam pieniędzy ,ano, szkoda, powiedział i odszedł szybko w głąb sali.

Pan K, jest malarzem z prawdziwego zdarzenia, absolwentem Akademii Sztuk Plastycznych w Warszawie, posiada legitymację Związku Polskich Artystów Plastyków , rok przebywał na studiach malarskich w Paryżu, obecnie mieszka w małym powiatowym mieście na naszych Ziemiach Zachodnich. W miasteczku tym, liczącym około pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców , są: kilka szkół stopnia licealnego i wiele innych typu podstawowego , Studium nauczycielskie, ów , duży przemysł tudzież jeden interesujący literat ( pan M.)oraz jeden doświadczony plastyk –pan K.

     Onże pan K. kiedyś przykucnął przy moim łóżku i zapytał , czy słyszałem o Akademii Sztuk Plastycznych w Monachium. O, to szkoła z tradycją- odparłem. No właśnie, z tra-dy-cją przyznał mi skwapliwie pan K. Ale wyszło stamtąd również wielu kiepskich, bardzo niedobrych malarzy. Akademizm , narzucający surowe rygory ciekawym indywidualnościom , krępujący ich rozwój, skostniała tradycja, maniera…och , to mnie nie dotyczy, przerwał pan K., ja wyszedłem zwycięsko, zachowałem swoją twarz , chociaż nie byłem w Monachium.

       Twarz….jaką twarz posiada pan K., dyplomowany artysta –malarz, człowiek średniego wzrostu, brunet, właściciel rozbieganych żywych oczu i poprzepalanego papierosami ubrania , szybko przebiegający salę z nowym pejzażem, portretem , robionymi akwarelą ,ołówkiem i jasnymi plamami chlastanej na płótno farby , rzucony w latach powojennych w tę małą mieścinę , następnie nagrodzony medalem zasługi i nagrodą kulturalną województwa. Nie szukałem na to nigdy odpowiedzi i dzisiaj jej zapewne nie mam, chociaż znałem pana K. jeszcze dawniej , rozmawiałem z nim nieraz , a tu siostra, którą nazywaliśmy wiewiórką z racji rudych puszystych włosów rozniosła już kolację zamknęła okno, bo po niebie idą szare, zwełnione chmury, dobranoc chłopcy , dobranoc, dobranoc, po niedalekim wiadukcie przeturkotał pociąg, szpital zwolna zamierał w ciszy pociemniałej nagle, a swoją drogą ten pan—jest ciekawym człowiekiem , chociaż nie ma ludzi nieciekawych, zajmował kiedyś niewielki pokoik w mieszkaniu rodziny zecera, dobrego fachowca miejscowej drukarni. Ciasno tu było, niewygodnie, za mało światła na twórczość malarską, ale tak jakby własny kąt, chociaż na sublokatorce. Sympatyczna , gadulska gospodyni z garbem, poczęstowała czasem kolacją ,podwieczorkiem, obiadem, a pan K. patrząc na nią z profilu, rysował dwugarbne wielbłądy, które wkrótce stały się jego ulubionymi zwierzętami.

       Czasami była również gorycz, był smutek, pan K. wtedy malował szczególnie dużo i tak sobie gaworzył ze mną, ten mój brat, wie pan, to się dopiero urządził, historyk, panie ale z głową teraźniejszą , forsa mu płynie strumieniami , mieszkanko w mieście wojewódzkim ,przyjęcia, rauty i tak stale za pan brat z władzami. Ja chciałem tylko malować, ale etat by się przydał, nie dali, „jednak , po co im ja i moje obrazy, Depczyński z dekoratorni , partacz bez wykształcenia maluje kościoły to może i wymalować urzędy państwowe, bo pan go nie zna, chytra sztuka, łasa na pieniądze i wszędzie się wciśnie a w ogóle to mam ich wszystkich w dupie.” Bębnił palcami po zakurzonym stole jakiejś knajpy, wzrok mu smutniał i oczekiwał mojego zdania. A potem, dziwki mnie nie interesują ,owszem, pociągnąć lubię, ale tu wszędzie zaraz człowieka palcem wytykają. Matejko to jest malarz dla nich, ogiery Chełmońskiego i przodownicy pracy z laurkami na głowach , a ta cała nowoczesność, tfuj, w Oddziale Kultury powiedzieli, znajdziemy dla pana pracownię, zaopiekujemy się, zatrudnimy, a wyszło z tego gówno, chcieli wykurzyć z tego miasta, wyrzucić jak łajno na śmietnik, szykanowali, kiedyś przychodzi taki jeden i mówi , towarzyszu, was sekretarz wzywa, a ja mu, sekretarzowi do mnie taka sama droga , a jak chce to niech przyśle samochód, i nie poszedłem. No to lu, wypijmy, znów bębnił palcami po stole, niech to diabli wezmą , stypendium ministerstwa skończyło się, do szkół nie przyjmują, bo tam „fachowcy” rysunków uczą nasze dzieci, mieszkać nie ma gdzie , moi gospodarze kupili domek i wyprowadzili się, niech pan, panie K. mieszka tu dalej, ale na ich miejsce przyszła liczna rodzina, dzieciarnia też musi oddychać, a było tego dużo, aż roiło się, zostawiłem u nich na strychu trochę obrazów, te z tej pierwszej i ostatniej wystawy w tym podłym mieście, przestałem malować dwugarbne wielbłądy o jednym oku, wyszedłem do kwaterunku , tu znów o opiece, my damy, pomożemy…,po kilku dniach znów poszedłem, panie K. dlaczego pan taki niecierpliwy, niech pan zaczeka, a ja przecież chcę tylko mieć jeden pokój , wiesz, no to cyk na bruderszaft, jeden pokój słoneczny , gdzie mógłbym łapać kolory jak Cezanne czy Gauguin w Prowansji, cholery znów nie dali , kazali czekać, na milicji nie chcieli zamknąć na noc, u znajomych  nie można było co noc spać. A tu chłód rozchodził się po kościach magmą zmęczenia , bo to przecież była późna jesień, w parku było zimno, więc i jakoś straszno w nocnym szmerze opadłych liści, rano zdmuchiwałem z ubrania szron puszysty jak pierzyna, aha, kilka nocy spałem w muzeum, rekonstruowałem im wnętrze, kierownik mówił, panie K., my pieniędzy nie mamy , ale jakoś się policzymy , dogadamy, potem przychodziłem co dzień, za mozolną dłubaninę dostawałem kromkę chleba, taką prywatną kanapkę kierownika, a potem jak już zrobiłem co trzeba, to podziękowali, owszem, ot i dogadaliśmy się, zakaszlał się, zachłysnął dużym łykiem wódki, daj sporta, to czasami tak coś gra w płucach , ale to nie gruźlica, nie bój się, nie dam się nikomu. A wiesz, byłem cholernie głupi , już nieraz chciałem wyjechać , rzucić ten wrogi grajdół, bo tu nie życie, coś czasami coś sprzedam. Ale kto kupi pejzaż z czerwoną trawą, niebieskimi drzewami, cynobrową górą i ugrowym koniem, panie, to ten znany wariat, mówią zaraz, jak trawa jest zielona, to musi być zielona i tłumacz tu takiemu, co ja widzę, tak więc obrazu tu i tak nikt nie kupi, dla nich rykowisko z jeleniami, tak więc chciałem wyjechać, ten mój przyjaciel już dawno poszedł stąd, teraz jest nawet prezesem związku w mieście S., pisał , rzuć Janek tę dziurę, przyjedź, urządzę ciebie, i nie pojechałem, cholera, dureń z człowieka, do końca życia dureń, ot co. Ano  więc chodziłem na tę milicję, prosiłem, nie chcieli przenocować, wy nie karany , a czemu mnie karzą, sypią głodem w oczy, a oczy ja mam nie po to, nimi dotykam wszystkiego i chcę mieć oczy nasycone radością , syte oczu, syte oczy , mamrotał  i znów haust , no to lu , no to cyk.

       Z panem K. przez następne kilka miesięcy nie widziałem się. Dopiero w owym gorącym i dusznym lipcu , w wieczór blady od zachodzącego słońca i bogaty w intensywne parowanie ciał, uścisnęliśmy sobie dłonie i on przytaknął, ano gruźlica, oh, dopiero początki, namalowałem dużo, spójrz, zaciągnął mnie do swojego łóżka, ze sporego stosu obrazów wyjmował coraz to nowe, przerzucał mi przed oczyma, migały słoneczne krajobrazy, pastelowe barwy przynosiły uspokojenie, dawały radość, jutro wychodzę, ciepło, lato w pełni, można spać byle gdzie, zdziwiłem się , nie ma mieszkania, nie ma , nie ma i nie będzie, na jesień znów tu przyjdę, po ludzku tu traktują, nie zabraniają malować, rubensowskie pyzate dziewczęta pozują cierpliwie, jest i martwa natura i plener doskonały za oknem, mimo żartu, skurczył się w sobie, złapał oddech i wyciągnął lepką dłoń na pożegnanie , no tak, z włosów dziewcząt w białych fartuchach wyczesuje ten malarz swoją plenerową rzekę, z ich sylwetek wyczarowuje płynność krajobrazu, z bieli ich fartuchów kreśli słońce, te słońca omijają go jednak z daleka, bowiem nadejdzie niedługo jesień i oprócz pastelowych barw nie będzie już miał nic innego , a właściwie będzie miał tylko smutek, powszedni ludzki , ale natężony aż do wymiarów nieludzkich, bo przerastający siły jednego człowieka. Zimne są bowiem noce późną jesienią.

 

 

Zapatrzenie, zapamiętanie ( 3 )

Wedzia1.JPG

Weronika….

 

 

 

 

Oczy to podobno zwierciadła duszy. Może właśnie o tę duszę chodzi, o bratnią duszę, której stale szukamy. I spojrzenie może być właśnie spotkaniem dusz. ..

     Ale najpierw, jak to mam w zwyczaju  chcę wiedzieć co wiedzą lub  myślą inni  o tym co determinuje nasze wrażenie i emocje przy spotkaniu z drugim człowiekiem. Oczywiście myślę o oczach, więc o to pytam wyszukiwarkę.

Czytam to, co znajduję w internecie.

W portalu Odkrywcy.pl znajduję artykuł o oczach. Tak, to jest może coś, czego szukam.

Otóż  podobno naukowcy z Uniwersytetu Karola w Pradze prowadzili badania nad postrzeganiem drugiego człowieka na podstawie oceny jego fotografii. Wyniki opublikowali na łamach portalu „ Public Library of Science” .  

W ramach tej pracy poproszono 40 mężczyzn i 40 kobiet  o ocenę pierwszego wrażenia, jakie na nich sprawiają twarze osób na przedstawionych im zdjęciach . Zdecydowana większość badanych , niezależnie od płci, odpowiadała , że ich największe zaufanie budzą twarze osób  z brązowymi oczami . Ciekawe, bo myślałam, że będą to oczy niebieskie.

         Chciałoby się podyskutować z tymi badaczami nt wiarygodności ich badań. Zapytałabym czy  uważają, że ocena człowieka na podstawie zdjęcia może być kompatybilna z oceną w realu. Jestem raczej pewna że  nie, bo przecież  gdy widzimy drugiego człowieka na żywo  jednak zwracamy uwagę na pewną  grę tego  spojrzenia, jakiś  błysk, cień uśmiechu  czy nawet tylko bystrość lub odbieraną przez nas tępotę

 Jednak jeśli  badacze w założeniach pracy mieli  porównać postrzeganie człowieka jedynie na podstawie barwy oczu, to faktycznie należało użyć jedynie martwych fotografii.  Tak więc podyskutowałam sama ze sobą i pewnie znużyłam już czytelnika tego blogu.  

Poza barwą oczu badani zwracali uwagę na pozytywny wyraz osoby na zdjęciu która miała okrągłą twarz i pełne policzki i usta. I co ciekawe takie zdjęcia wybierali jedynie mężczyźni i nie były to zdjęcia tylko kobiet.. 

Gdy jednak pokazano badanej grupie mężczyzn i kobiet zdjęcia tego samego mężczyzny zmieniając mu kolor oczu z brązowego na niebieski oceniany był  tak samo  .

 

Tak więc mit, że tylko barwa ma znaczenie w postrzeganiu drugiej osoby, ostatecznie  upadł. Okazało się bowiem, że ważny jest kompleksowy odbiór całej twarzy tzn. jej kształt oraz barwa oczu.   

 

Ta prawda już jest mi bliższa, ale będę szukała dalej w necie, podobnych tematów,  bo to jednak za mało by oceniać człowieka i nawiązać lub nie z nim kontakt…

 

Czyli ostateczny wynik doprowadza do takich wniosków, jakie już wywiodłam powyżej jedynie na podstawie własnego dość prymitywnego myślenia…..

Zapatrzenie , zapamiętanie ( 2 )

 

 Oczy, oczy, oczy- tysiące, miliony spotkanych.

Nikt nie zliczy ile ich było w tym długim życiu

Brązowe, niebieskie, zielone spojrzenia.

Oczy ludzkie ale też i zwierzęce.

Oczy obojętnie mijane w pośpiechu .

Przelotne spotkania wzrokiem

 czasem zatrzymane na chwilę.  

Inne głęboko w pamięci zatopione.

 spojrzenia które wracają we śnie i na jawie…

 

 

 

 

oczy1.JPG

 

Zapatrzenie zapamiętanie…

 

 

ja18lat.jpg

Ja sprzed półwiecza.

 

Tego dnia szczególnie intensywnie rozmyślam o oczach.

Dotykam tego problemu wprawdzie  już  od dawna, ale najpierw powierzchownie i przelotnie ale ostatnio coraz częściej i coraz bardziej zanurzam się w czeluściach swojego prawie minionego  życia.

Tak mi jakoś przyszło w tym czasie michałowickim, emeryckim, dużowolnogodzinowym, poddomkowym .

Wracam więc do dni gorzowskich, poznańskich i tych ostatnich warszawskich.

I układają się wspomnienia , czasem nanizane jak paciorki w łańcuchu wydarzeń . A w nim widzę ludzi wprawdzie  zamkniętych jak w sieci czasu, zatrzymanych w kadrze ale stale żywych w mojej pamięci.

I zadaję sobie pytanie dlaczego tak się stało, że mam ich w oczach, w mózgu , dlaczego tak bardzo zapadli mi w pamięć.

I wiem, że to nie były tylko niezwykłe ich oczy, to była odnaleziona w tych oczach  dusza. Odnaleziona bratnia dusza.

Nic oryginalnego w tym co piszę, bo przecież ktoś już dawno powiedział, że oczy są zwierciadłem duszy…wybaczcie….

Może warto uwierzyć w czakramy…

 

 

Temat czakramów okazał się fascynujący i dziękuję goni, że w komentarzu do legendy o Królu Popielu i Mysiej Wieży pobudziła moje zainteresowanie. Wprawdzie nie doświadczyłam w tym miejscu żadnych uczuć wzniosłych, ale pewnie dlatego że nic o czakramach nie wiedziałam ale może też , że jak na razie, nie miewam bólów głowy …. Swoją niewiedzę usiłuję  usprawiedliwić tym, że przez bardzo wiele lat zajmowałam się problemami moich pacjentów i rodziny. A dookoła tyle się działo, dobrze, że teraz mam czas i mogę rozejrzeć się po świecie.

„Temat czakramów ożył w latach osiemdziesiątych XX wieku. Wówczas to Ziemia i jej mieszkańcy weszli w okres burzliwych przemian, które dotyczą wszystkich dziedzin naszego życia. Tracą wartość autorytety moralne religijne i naukowe. Uważa się, że jest to  związane z zmianami w polu energetycznym naszej planety. Zmienia ona swój ruch- obrót osią i wokół osi , obserwowane są  tendencję do zmiany biegunowości Ziemi.”

 Wg prastarych wierzeń hinduskich, doświadczeń jasnowidzów i wszystkich zajmujących się wiedzą tajemną,  nie tylko ciało ludzkie jest zbiornikiem energii (czakramów), ale podobne znajdują się też  w Ziemi . Te czakramy czasem są nazywane  gruczołami Ziemi lub Źródłami Mocy.  Są to kamienie nieznanego pochodzenia ( niewidoczne, lecz wyczuwalne przez osoby wtajemniczone) , które mają właściwości czerpania gromadzenia i przekazywania ludziom energii z Ziemi i kosmosu. Jest ona  pozytywna, poprawia samopoczucie i likwiduje drobne dolegliwości i sprawia, że życie jest lepsze. Dlatego wskazane jest odwiedzanie miejsc, gdzie znajdują się owe cudowne kamienie.

Według wiedzy tajemnej każdy czakram drga ( wiruje) z określoną częstotliwością co powoduje emitowanie  charakterystycznej dla siebie barwy. Ponoć wielu jasnowidzów dostrzega zmiany kształtu i barwy czakramów Ziemi i człowieka, ale niewielu to ujawnia.

Czakramy Ziemi znajdują się w następujących miejscach :

 – u podnóża Tybetu (jasnowidz odczuwa jego kolor jako fioletowy i drgania 17 /sek- zawiera energię gwarantującą każdej istocie żyjącej w zgodzie z prawami uniwersalnymi, ochronę i opiekę);

– w Indiach (kolor jasnozielony, 12 drg/sek -zawiera energię zasilającą procesy twórcze). Jednak ponoć ten czakram jest już na wyczerpaniu. Resztki tej energii można wyczuć w rzece Ganges, jednak z uwagi na zanieczyszczenia wibracja ta jest coraz słabsza;

Kolejny zbiornik energii Ziemi znajduje się – w Jeziorze Bajkał .Ma kolor brązowy i 4 drg/sek. Pobudzał on rozwój człowieka, zwierząt i minerałów, gwarantował rozwój na Ziemi. Jednak  życie w tym jeziorze zamiera, co ponoć jest widocznym skutkiem wyczerpania jego energii. – – Czakram na jeziorze Titicaca ma barwę czerwoną i 2 drg/sek. Oddziaływuje na sferę emocjonalną. Obecnie jego aktywność jest bardzo duża a czerwona barwa pobudza zachowania agresywne ludzkości.

-Czakram na Tasmanii ma barwę czarną, 1 dr/sek i jego energia wprawiała w ruch, pobudza wszystko co żywe. Jednocześnie jego częstotliwość działa jak czarna dziura- przyciąga energię o równych wibracjach i ją neutralizuje. W ten sposób jakby oczyszcza planetę . Jednak w przypadku nasilenia częstotliwości możliwe jest, że dojdzie do zmiany budowy planety i Ziemia powiększy swoją objętość trzykrotnie.

W  Polsce  czakramy znajdują się m.in. na Wawelu, we Wrocławiu, w Górach Świętokrzyskich . Wg niektórych jasnowidzów silne pole energetyczne odczuwa się także na Jasnej Górze, w — warszawskiej katedrze św .Jana, – w poznańskiej katedrze św. Piotra i Pawła czy – w Borach Tucholskich (Odrach), gdzie znajduje się tajemnicze cmentarzysko z II-III wieku, – w Tykocinie, tam gdzie synagoga.  -we Wrocławiu ( drga z częstością 24/sek i emituje barwę błękitną – jego energia pobudza procesy myślowe człowieka)

Czakram w Krakowie emituje kolor żółty 12drg/sek, a jego energia pobudza procesy myślowe człowieka, utrzymuje równowagę pomiędzy elementami żeńskim i męskim. Może  jednak przyczyniać się do utrwalania postaw konserwatywnych, podtrzymywać skostniałe struktury religijne i społeczne. To ponoć energia Serca Planety!

 Podobno w czasie wizyty w Polsce premier Indii Nehru udał się do podziemi wawelskich by się modlić przy tajemniczym kamieniu. Działanie czakramu wawelskiego potwierdzają przybywający tu zagraniczni pielgrzymi- głównie hinduiści i buddyści a nawet zagraniczne media piszą o magii tego miejsca.

Czy w Kruszwicy , pod Mysią Wieżą rzeczywiście jest czakram? Nie wiemy, ale wiele osób twierdzi, że w pobliżu Mysiej Wieży ustępowały im uporczywe bóle głowy i inne drobne dolegliwości. Więc może?

Ponoć można naładować także siły witalne w wielu innych miejscach, tam gdzie znajdują się  kurhany a kamienie tworzą tajemnicze kręgi…..

Lubię odwiedzać prastare Góry Świętokrzyskie i zawsze zadumać się przy pogańskich kręgach . Człowiek przystaje w pędzie i rozmyśla nad tajemnicą świata. Zawsze się zastanawiam dlaczego jest wiele takich magicznych miejsc, które wybrały dawne ludy na miejsce kultu a  potem kolejne pokolenia dokładnie tam  wznosiły swoje świątynie. 

Naczytałam się w necie na temat tajemniczej energii zawartej w człowieku w gruczołach  Ziemi czyli o czakramach, aż w końcu uwierzyłam.

O tym, że  w człowieku znajduje się energia, którą można wzmocnić tzw. pozytywnym myśleniem, wierzę od dawna. O jego znaczeniu mówi wielu i naprawdę się sprawdza. Gdy matki moich pacjentów  wykazywały znaczne zdenerwowanie stanem swoich dzieci, niepokój o to co będzie i jak będzie, zawsze uspokajałam, radziłam, by nie dopuszczały do siebie myśli o złym przebiegu choroby i wierzyły że będzie dobrze. Jeśli tak się działo, faktycznie było lepiej. Oczywiście we mnie pozostawał niepokój, czy nie mają racji, czy nie są to faktycznie przeczucia zdenerwowanego rodzica, bo i tak się zdarzało. Więc przywiązywałam wagę do odczuć rodziców, zawsze wzmagałam czujność ale jednocześnie starałam się podtrzymywać  w nich nastrój pozytywnego myślenia…..Dawno to było, gdy przy łóżku chorego spędzałam długi czas swojego życia, aż wydaje się to nieprawdą. Jednak okazuje się , że przy okazji takich tematów jak czakram wszystko wraca jakby to było dziś…..

Oczywiście sceptycy piszą, że owe czakramy zlokalizowane  w różnych miejscach na Ziemi wymyślono po to, by uatrakcyjnić walory turystyczne miejscowości. Nie wiem jak jest naprawdę, żal że nie jestem jasnowidzem, bo mogłabym napisać o swoich wrażeniach, odczuwanych tajemnych drganiach i niezwykłych  barwach czakramów. Szkoda.

Ale nam zwykłym śmiertelnikom na pewno przydaje się wiara  we własne siły, pozytywne myślenie, optymizm i uśmiech. Wtedy łatwiej się żyje .

Warto też  wędrować po świecie w poszukiwaniu tych wyróżnionych Miejsc Mocy by ładować swoje akumulatory, jak to się teraz mówi,  likwidować dolegliwości i  wzmacniać swoje własne czakramy by działały sprawnie, tak jak chcemy . A wtedy życie będzie jeszcze piękniejsze…oj życie, życie jest piękne i pełne zagadek….