Piękni sąsiedzi….

Nasza michałowicka wieś, chociaż odległa jedynie o 15 km od serca Warszawy i intensywnie teraz zabudowywana stale zaskakuje swoją pierwotną urodą. Oby jak najdłużej….

Do nas, szaraczków, gdzie my ubrani nieciekawie a na pewno nie barwnie i myszki szare i ptaszki mało kolorowe ale za to pięknie śpiewające, przybył bażant. Od kilku lat odwiedza nasz ogródek i spokojnie przemierza pałacie wyliniałego trawnika dumnie pokazując swoje cudne pierzaste ubranie. Wprawdzie nie ma tak okazałego grającego kolorami ogona jak bażant królewski widywany na filmach i w uniejowskim parku, ale  nam się zdaje, że przybył prosto z królewskiego stołu. Oj, matka natura odziała go najpiękniej jak umiała. A może myślała o nas, by urozmaicić codzienność naszym oczom i wprowadzać w zachwyt zapierający dech w piersiach. Ptak ów jak widać nie zdaje sobie sprawy z wrażenia jakie sprawia, nie lubi się fotografować , jest płochliwy i zawsze ucieka sprzed obiektywu. Ma bardzo silne nogi, na których potrafi gnać w wielkim pędzie by po chwili wzbić się ciężko w powietrze jednak tylko na wysokość płotu i zniknąć w trawach.

Tej jesieni udało mi się upolować go bezkrwawo zza szerokiego okna naszego domku.

 

 Bażant urodę ma niepospolitą ale głos skrzeczący, przenikliwy i ogólnie niemiły. Jak widać bozia obdarowuje po równo, jednym urodę innym głos piękny….

Gdy nadchodzi wiosna słyszymy jego bojowe krzyki a następnie łopotanie silnymi skrzydłami. To są gody. Zaleca się do swoich płowych mało urodziwych samiczek, zaznaczając swój teren i gromadząc wokół zachwycone wielbicielki. Zdobywa je nie tylko swoją postawą urodą ale też przynosi im podarunki w postaci pokarmu….

Bywa, że  przy mnogości ptactwa nie zwracamy uwagi na charakterystyczne bojowe skrzeki panów bażantów. Zresztą trudno je wypatrzyć w wysokich trawach. 

Teraz, gdy zima śnieg przyniosła i syberyjski wicher dmie żal mi tych pięknych ptaków. To duże ciało , bo waży ok. 1,5 kg musi przecież być odżywione, a kiedy nadejdzie wiosna gotowe do godów i wychowywania potomstwa.

I gdy już trudno o pożywienie , owoce, ziarna nadeszła pora na dokarmianie.

Ledwie dzisiaj zakupiłam mieszankę różnorodnych ziaren dla ptaków i wsypałam do miski, z nadzieją, że myszy tam się nie dostaną ( chociaż i głodnych myszek żal) a już po kilku godzinach zobaczyłam ślady bażancich stóp na śniegu gromadzące się wokół jedzonka. Wielka to jest dla mnie radość ….

 

 A teraz poczytuję o bażantach w necie. I chcę się podzielić fragmentami tej wiedzy….

 

Otóż bażant ( Phasianus colchicus)  jest azjatyckim ptakiem z rodziny kurowatych. Pierwotnie zamieszkiwał jedynie Kaukaz, Zakaukazie oraz pas od Iranu po Mandzurię, Chiny i północną część Półwyspu Indochińskiego.

Stamtąd został przywieziony przez zachwyconych nim ludzi w czasach Starożytnej Grecji i Rzymu, ponad 3 300 lat temu  do krajów Śródziemnomorskich, Włoch, Francji i Niemiec. Pomimo tego, że urządzano polowania na bażanty, równocześnie hodowano je i następnie wypuszczano na wolność. Ptaki te łatwo się adaptowały do życia na wolności . 

W Polsce bażanty pojawiły się dopiero w XVI wieku.  Widocznie u nas czuły się dobrze, bo zostały i oko cieszą . Lubią tereny nizinne, otwarte przestrzenie porośnięte krzewami, skraje pól, szuwary, niezbyt gęste lasy .

Rzadko widywane są na północy kraju.  

Ponieważ są dość wrażliwe na złe warunki klimatyczne, mogą ginąć w czasie silnych mrozów i śniegów. I dlatego nadal są nadal hodowane przez człowieka i wypuszczane na wolność.

    Bażanty należą do największych polnych ptaków grzebiących Europy ( po głuszcu) i stanowią najliczniejszą grupę tak dużych ptaków. Mają charakterystyczne potężne nogi, z ostrogami i trzema palcami i silnymi pazurami. Nie muszę opisywać jak wygląda samiec, bo wystarczy obejrzeć zdjęcie- jest tam widoczne wszystko i zielona głowa z dwoma małymi czubkami i czerwoną nagą skórą wokół oczu i biała obroża na szyi. Barwy całego ciała są po prostu cudne. Panie bażantowe są mniejsze i jak wśród ptactwa bywa, skromniej odziane w barwy.

Zwyczaje bażantów są zbliżone do kury domowej. Ptaki to towarzyskie, lubią przebywać w małych grupach.

Nocują na większych gałęziach drzew i w krzewach.

Jeśli przebywają w pobliżu domostw, spełniają pożyteczną rolę tępiąc szkodniki. Bo poza strawą roślinna, zjadają dużo owadów, much, stonkę ziemniaczaną, dżdżownice, jaja mrówek i ślimaki a czasami nawet żaby, jaszczurki, gryzonie, małe ryby a bywa, że i  padlinę.

Słyszymy je wiosną, gdy grupy się rozdzielają , koguty znaczą swe terytorium bardzo głośnym przenikliwym krzykiem po którym hałaśliwie kłapią skrzydłami. Swoim wybrankom starają się zaimponować nie tylko tą postawą ale też ofiarowują im prezenty z pokarmu.

Czasami koguty walczą pomiędzy sobą, ale raczej nie są za bardzo bojowe. Tylko wyjątkowo są monogamiczne, najczęściej mają  kilka partnerek .

 

I na tym dzisiaj kończę bażancią opowieść.

 

Zaraz pognam sprawdzić czy są świeże ślady stóp wokół miski i ziarna do niej dosypię i po nowe do niedalekiego sklepu się udam. Pisząc- niedalekiego zatrzymałam się nad tym wyrazem. Otóż sklep ten znajduje się ok. 1,5 km od nas. Tutaj, na wsi, miejskie pojęcie odległości nie ma zastosowania. Nie ma środków komunikacji ,  kolejka  WKD do Warszawy 3 km od nas, więc per pedes do sklepu się udam….dopóki nogi noszą….plecak na ramiona i w drogę po jedzonko dla moich pięknych sąsiadów…

 

 

BaĹźant7,12,2013.JPG

 

 

BaĹźant7.12.2013.JPG

 

 

Gość za oknem 6.12.2013.JPG

 

 

Ślady1.JPG

 

 

Ślady2.JPG

 

 

Ślady3.JPG

 

 

Ślady4.JPG

 

 

Miska.JPG

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 39 )

Po prawie miesięcznej przerwie przedstawiam kolejny odcinek artykułu mojej starszej koleżanki zwanej przez nas Baśka. Ona związała z nieistniejącym już  Szpitalem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej całe swoje życie zawodowe, a ja miałam przyjemność z Nią pracować w latach 1975-1981. To było Miejsce Niezwykłe, położone w samym sercu Warszawy , z wielką historią, wspaniałymi Pracownikami sukcesami zawodowymi i łzami porażek . Praca tam była dla mnie zaszczytem . Stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków, które można znaleźć w tym blogu w rozdziale„ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 dr Baśka pisze:

 

 

    <<….  Po kilkuletniej pracy w oddziałach szpitalnych i po uzyskaniu pierwszego lub drugiego stopnia specjalizacji pediatrycznej część lekarzy starała się o wyjazd przez „ Polservice” do krajów Afryki. Powodem była możliwość wyższych zarobków, nadzieja na późniejsze zakupienie mieszkania, samochodu lub działki rekreacyjnej, a także chęć przeżycia afrykańskiej przygody i poznania pracy w innych warunkach. Dla tych, którzy wyjeżdżali do pracy w krajach Trzeciego Świata, szpital latami utrzymywał etaty. Niektórzy powracali, niektórzy zmieniali miejsce zatrudnienia, zachowując ciągłość pracy. Tylko dwie lekarki, po kilkuletniej pracy w Algierii, nie wróciły do zawodu, chorowały i wkrótce zmarły.

     Z personelu pielęgniarskiego do innych krajów wyjeżdżały pojedyncze osoby. Na ogół gdy odchodziły ze szpitala, zmieniały zawód na inny, pracując w różnych gałęziach gospodarki, np. w handlu, gdzie znacznie lepiej zarabiały i nie miały dyżurów nocnych.

      Część pracowników z grona lekarzy, pracowników z wyższym wykształceniem czy pielęgniarek odchodziła na emeryturę z własnej woli, a część dyrekcja zwalniała, angażując na ich miejsce młode kadry.

       Niektórzy odchodzili przedwcześnie na zawsze.

       Wielkim wstrząsem dla nas wszystkich był nagły zgon młodziutkiej pielęgniarki Barbary Sobolewskiej, w czasie pełnienia nocnego dyżuru latem 1954r. przyszły obie z siostrą Alą wieczorem na dyżur nocny. Nad ranem Basia zmarła. Jej siostra była w szoku. Doktor Gecow tuliła ją, nie mogąc uspokoić. Staliśmy wszyscy bezradni w obliczu śmierci młodej dziewczyny. Miała wtedy 22 lata.

    Pielęgniarka Ela Marszałek ( 42 lata) latem 1981r. w drodze do pracy upadła nagle na przystanku autobusowym na  Bielanach i zmarła po kilku miesiącach w szpitalu w Otwocku ( z rozpoznaniem przerzutów do kręgosłupa). Aby pojechać na pogrzeb do Otwocka w pierwszych dniach stanu wojennego , trzeba było mieć specjalne pozwolenie.

     Pożegnanie pielęgniarki Wiesławy Komsty- Lipki było zupełnie niezwykłe. Ponieważ pogrzeb miał się odbyć poza Warszawą, pracownicy zgromadzili się w kostnicy szpitala przy ul. Banacha. Siostra Lipka była bardzo operatywna, inteligentna, przez wszystkich lubiana. I tam, w kostnicy, wśród otwartych trumien, ostatnie słowa pożegnania mówiła Jej ordynator dr Czachorowska, potem odmawiano wspólnie znane modlitwy i śpiewano pieśni religijne.

      Kolejno odchodzili pracownicy administracji: p. Burgmajster, p. Bendlewicz, mjr Domanaki i bibliotekarka p. Orłowska. Odchodziły także wieloletnie pracownice laboratorium szpitala : mgr Barbara Lachowicz, mgr Janina Bilińska, mgr Jadwiga Tyrman, dr Barbara Rau i wieloletnia kierowniczka apteki szpitalnej , mgr Helena Hoffmanowa. Żegnaliśmy wieloletnich konsultantów specjalistów, którzy służyli nam swoją wiedzą i pomocą: dr med. Tadeusza Farynę- chirurga, doc. Dr med. Marię Góralówną- laryngologa, dr med. Teresę Iwanowską- dermatologa, a także piętnastu naszych lekarzy, koleżanki, z którymi przez wiele lat toczyliśmy wspólną walkę o życie chorych dzieci. Na cmentarzach warszawskich żegnaliśmy bliskie nam osoby, w trumnach lub urnach, w obrządkach różnych wyznań lub bezwyznaniowo. Głęboko przeżywaliśmy te rozstania. Tylko w ostatniej drodze dr Anki Gecow we Francji nikogo z nas nie było.

      Mówiąc o odchodzeniu ludzi zasłużonych, należy poświęcić słów kilka Edwardowi Borowskiemu, który wiele sił i zdrowia oddał pracy w szpitalu przez trzydzieści kilka lat. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę ( rentę) , a był w szpitalu „ od zawsze”. Dźwigał ciężary, był wszędzie, gdzie go potrzebowano, i reperował wszystko. Pan Edzio oficjalnie był na etacie stolarza, ale znał tu każdy zawór i każdą śrubkę. Człowiek „ złota rączka”- przychodził natychmiast, popatrzył i naprawiał. Jego odejście z pracy długo odczuwaliśmy we wszystkich miejscach w szpitalu. Cichy, spokojny, zawsze służący pomocą- pozostał w dobrej pamięci wielu pracowników….>>

    

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 4 )

W grudniu 2013 roku byłam w Ciechocinku, uzdrowisku na Kujawach. I by ubarwić szary pejzaż i zabić nudę ,  czytałam w różnych miejscach w necie historię  czasów pradawnych , wyobrażałam sobie ludzi sprzed czternastu tysięcy lat, którzy przybyli w ślad cofającego się lądolodu skandynawskiego, znajdując tu tereny łowieckie , wędrujące z południa grupy trudniące się handlem bursztynowym złotem , widywane już w 1700 roku przed narodzeniem Chrystusa. A potem spokojnie  osiadające tu plemiona, które kształtowały swoją kulturę, zwaną przeworską. Żelazo wytopione z rud  Świętokrzyskich przywozili i ozdobne klamry szpile i inne metalowe przedmioty zostawili naszym zachwyconym archeologom . A potem zmiatały ich wojenne zawieruchy, obce agresywne plemiona ze wschodu dziesiątkowały.  I pewnie część z nich otrzymała w prezencie geny Hunów i została na naszych terenach. I nie pomogła świeża krew Słowiańska…..

I oglądając nasze ulice czy zachowania polityków zastanawiam się ile w nas , w  potomkach  tych wszystkich ludów, zostało cech tamtych charakterów, zachowań łagodnych czy porywczych gwałtownych brutalnych….

A to, co sobie zapisałam przed miesiącem, ale nie wrzuciłam do blogu, bo inne tematy wciskały się na klawiaturę…Poprzednie odcinki znajdują się w rozdziale Ciechocinek….

 

 

Zanurzenie w historii Kujaw ( 4 )

I wreszcie nastał inny czas dla dawnych ziem Polski. , w tym dla  Kujaw a także terenów gdzie rozkłada się obecnie Ciechocinek …Wielka Wędrówka Ludów trwała….

W VI wieku n.e. pojawili się tutaj Słowianie. Ten bardzo liczny lud indoeuropejski nadciągał z Azji, prawdopodobnie znad terenów położonych pomiędzy Dniestrem, Dnieprem a Prypecią. Czy uciekał stamtąd przed innymi plemionami jak np. Hunami,  czy miejscowy klimat się zmienił niekorzystnie. Bo chłód tam zapanował i susza i ziemia rodzić nie chciała …

Tak więc podążali za ciepłem, słońcem z nadzieją, że ich brzuchy nie będą burczały z głodu a bydło nie umrze z braku jedzenia . A może  ciekawość świata wtedy się w nich budziła i pierwotne instynkty grały. Kto to wie?

Fakt jest taki, że wcześni Słowianie zwani Skawlenami docierali nad Wisłę.

Przybywali stopniowo, rozglądali się i jak widać coś im się w tych Kujawach  spodobało. Czyżby  te rzewne nizinne smętne krajobrazy przerywane nieraz gwałtownie widokiem nagle wyłaniających się wysokiego  wzgórza ze stromym zboczem.

A może nadciągali tutaj gdy noc bardzo księżycowa wstawała, a pełnia powodowała, że magnetyzm wielkiej tutaj Wisły ich zniewolił. I zapatrzeni w tę rzekę , zakochali się w tym miejscu. A gdy przyszedł ranek, pobiegli na brzeg rzeki i wielką moc ryb zobaczyli i łowili i piekli nad ogniem. Jedzenie więc było, zdrowe ,tak  jak do tej pory uważamy. A następnego, a może tego samego dnia zauważyli jakieś pulsujące poletka wody na łące, zbliżali się tam zaciekawieni, i któryś z nich zanurzył w niej palec i spróbował. Zadziwiony wykrzyknął do kamratów, że słona jest. Radość zapanowała wówczas, bo sól to przecież skarb prawdziwy….i nie musieli długo przekonywać plemieńców,  decyzja o pozostaniu była podjęta jednogłośnie. I dlatego teraz nasze dziewczyny mają płowe włosy i bławatkowe oczy i mówimy o nich, że uroda w nich słowiańska…..Oj te geny, i znowu geny się kłaniają. I w tym miejscu i czasie, gdy piszę te słowa, nagle przychodzi do mnie L., dziewczyna typowo słowiańska ze słowiańską szeroką duszą….

Wieść o korzystnym położeniu obecnego Ciechocinka i nie tylko, rozchodziła się nieomal lotem błyskawicy, co zadziwia w dobie naszych technicznych wynalazków. Nadciągały nowe rodziny  i jak poprzednicy ludzie stawali w zachwycie, gdy Wisła ich czarowała a potem zniewalał niecodzienny im do tej pory smak ryby pieczonej  przyprawionej solanką zebraną z ziemi…

Rodziny Słowian ( Slawenów) były sobie przyjazne. Ludziska się lubili i postanawiali żyć obok siebie, bo tak łatwiej i bezpieczniej. W ten sposób powstawały osady.

Niedaleko nisko położonego obecnego Ciechocinka było łagodne obniżenie przeciwległego brzegu Wisły( nieopodal obecnego Torunia) , więc miejsce to dogodne dla przekraczania rzeki było cenne dla nowych mieszkańców tych ziem.  Ale też wymagało pilnowania, by nikt obcy się tą drogą nie przedarł  . I dlatego ludziska się skrzyknęli i dużą grupą postanowili się osiedlić  tuż przy przeprawie. Tak więc  tam zamieszkali tam tworząc silną osadę , pracowali ale równocześnie  mieli baczenie na ten ważny wiślany bród.

Wówczas ta osada obsługująca bród na Wiśle nieopodal obecnego Ciechocinka została nazwana Otłoczyn . Do dziś istnieje tam miejscowość, która zachowała swą pierwotną nazwę . Otłoczyny to nazwa zbutwiałego, wymoczonego lnu. Tak, Słownianie  znali wartości tej rośliny, wyszukiwali całe poletka a i pewnie specjalnie uprawiali. Wiedzieli jak uzyskiwać jej cenne włókno a następnie wymyślili krosna, na których tkali materiał i szyli z niego odzież. Uwielbiam tkaninę lnianą. Nieco chropowata jej struktura nie przeszkadza, a skóra nią okryta  nie gromadzi potu. Tkanina ta, zgnieciona, zachowuje te wszystkie powstałe fałdki i ten pognieciony sznyt jest czarujący….

 Niezwykłe jest to, że na nadwiślańskim  rozlewisku tej okolicy do dziś  rośnie sobie len, prawdziwy i dziki… .

Słowianie odziani przez swoje kobiety w lekkie i przewiewne lniane koszule z chęcią zajmowali się  pracami, które dawały im możliwość dobrego życia. Tak więc poza łowieniem ryb w Wiśle, uprawiali ziemię i hodowali bydło….

Powoli ziemie te podnosiły się z upadku, obserwowano wzrost gospodarczy. Słowianie organizowali się we wspólnoty rodowe, wznosili pierwsze grody obronne….

 

Gorzowskie czasy. Moja droga przez mękę czyli idę do przedszkola.

Kiedyś już pisałam w rozdziale losy moich Rodziców o tym,  że po II wojnie światowej nasza rodzina osiadła w Gorzowie. Mama przyjechała z Wileńszczyzny, gdzie już nie było Polski a  Tato po 6 latach obozu koncentracyjnego pod Berlinem zdecydował wrócić do kraju i rodziny. Był to swoisty akt odwagi, bo po wyzwoleniu straszono widmem komunizmu który  się zagnieździł  w Polsce i proponowano wyjazd na Zachód.

Rodzice zranieni wojennymi przeżyciami jeszcze raz próbowali ułożyć sobie wspólne życie. Stanęli przed decyzją gdzie zamieszkać i znaleźć pracę. Była propozycja Warszawy i Wrocławia, ale gdy Mama zobaczyła jedną wielką ruinę, którą była stolica i bardzo zniszczony Wrocław z ulgą wybrała miasto które zniszczone wprawdzie w 25% ( spalone po dwóch tygodniach po wyzwoleniu przez Armię Radziecką) zachowało kamienice w których dało się mieszkać. Tato dostał pracę w Oddziale Drogowym PKP a Mama w szkole, która znajdowała się nieopodal Teatru ( dokładnie nie pomnę numeru, ale ta szkoła jest tam nadal). Brat Zenon uczęszczał do gimnazjum a młodszy wojenny braciszek- Wacuś został sam na cmentarzu w Smorgoniach pod Wilnem.

W ramach powojennej odbudowy życia Rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Nie było łatwo mnie wychowywać, Rodzice mieli po 40 lat i wielką wojenną traumę za sobą.. A ja się domagałam swoich praw, bezwzględnie jak każde dziecko….

 

JaWĂłzek.jpg

 

 

 

I gdy osiągnęłam trzy lata, wysłano mnie do przedszkola. A oto opowieść jak to wyglądało:

 

 

Piszę , że mnie wysłano do przedszkola – przecież w rzeczywistości po prostu tam mnie wleczono. Mieściło się w niewielkim budyneczku, z którego nie został nawet ślad, zlokalizowanym w pobliżu Kłodawki, naprzeciwko tylnego wejścia do nadal funkcjonującej gorzowskiej Poczty . Przemierzając drogę z Kos Gdyńskich jedyną moją osłodą było wymuszana za każdym razem perspektywa posiedzenia na dziwnym metalowym obramowaniu, które było przytwierdzone do murku niskich domów a właściwie pawilonów handlowych zlokalizowanych po lewej stronie ul. Sikorskiego, a wtedy W. Wasilewskiej , idąc od parku.

Pewnie była to pozostała konstrukcja po przypuszczalnie mieszczącej się niegdyś na niej skrzynce na listy.

Tak więc trasa od domu do owej konstrukcji była jasną stroną mojej drogi do przedszkola. Do tego miejsca maszerowałam  dość żwawo.

Jednak na wysokości mojego zaczarowanego siedziska zapierałam się jak osioł. I wówczas bezradny odprowadzający mnie- a to mama, a to starszy brat nie widząc wyjścia, unosili mnie pod pachy , sadzali na brzegu metalowego płaskownika i podtrzymywali, bym nie wpadła w wielgachną dziurę.  Każda próba ściągnięcia mnie na chodnik kończyła się wielkim rykiem. Jednak w którymś momencie musiałam się poddać i taką wierzgającą ciągnięto mnie do przedszkola.

Te wydarzenia mam w pamięci, jakby to było zaledwie wczoraj.

I zachowuję wspomnienie tych wszelakich moich trzylatkowych emocji- wielka przyjemność przesiadywania w tym niezwykłym miejscu i ogromną nieprzyjemność chodzenia do przedszkola…..

 

 

3lataJaMoszczyńskaMamMoszczTataKolanaJa.jpg

 

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Są opisane ręką mojego Taty….a ta najmniejsze na nich,  naburmuszona- to ja

 

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..

 

 

 

 

Może to bajka tylko o Gorzowie i Cyganach a może prorocza wizja. Kto wie?

 

Romane Dyvesa 2009.JPG

 

Zdjęcie własne z Festiwalu Kultury Cygańskiej Romane Dyvesa z 2009 roku. Właśnie Święcicki z Piwnicy pod Baranami zaprasza wszystkich na ucztę…

 

Poprzednie wpisy o filmie Papusza, o Cyganach z mojego dzieciństwa, Gorzowie i wszystkich wątpliwościach ale też i zachwytach wydawały się zamknięte. Ale dzisiaj przypadkowo znalazłam w swoim komputerze wybrane kiedyś przeze mnie z różnych miejsc w necie informacje o historii Cyganów i temat wrócił… chcę opowiedzieć swój niedawny sen.

Pozwólcie, bym pisała o tych Ludziach nie Romowie, lecz Cyganie. Ten wymysł, by ich przemianować na Romów nie odpowiada mi, zresztą tak, jak i Papuszy, która protestowała przed tą zmianą . Mówiła, że jest Cyganką. Nie rozumiem dlaczego Cyganka ma być nazwą pejoratywną a Romka, nie. Dla mnie Cyganka to nazwa  piękna , tradycyjna,  niesie melodię z mojego dzieciństwa….

 W komentarzu do któregoś z moich wpisów, koleżanka opisuje ich dzisiejsze zachowania. Obrazek to niestety częsty  w wielu polskich miastach. Czytając historię Cyganów żal wielki przychodzi, że  teraz ci, którzy nie zdołali się wpisać w miejscową kulturę, przebić a nawet uzyskać sławę , jakich przecież niemało wśród nas, zostali wyrzuceni na brzeg rzeczywistości. Są jak szlam, szumowiny których się lęka i brzydzi i nie może zrozumieć miejscowa społeczność.

A może przy wysiłku władz , obywateli tych miast mogliby jeszcze rozkwitnąć i stać się miejscową atrakcją. Nie zapomnę widoku Cyganek na Rynku magicznego miasteczka Kazimierzem Dolnym nad Wisłą zwanym. Dość liczna ich grupa, odziana w czyste barwne spódnice buszuje wśród turystów , oczywiście proponuje wróżenie. Nie wiem gdzie i w jakich warunkach mieszkają , ale ponoć władze miasta uznały ich koloryt i nie tylko akceptują, ale popierają  ich  obecność.

I jeszcze niedawny obrazek z Ciechocinka, w którym byłam niedawno. Otóż łażąc o poranku po jednym z parków, wśród bardzo starych drzew usłyszałam jakiś zbliżające się w moim kierunku gromadne radosne szczebiotanie  . Rozejrzałam się. I zobaczyłam, jak jedną z alej wiodącą znad Wisły gna gromada Cyganek z mnogością dzieci. Wszyscy byli dobrze ubrani i  daleka wyglądali barwnie  czysto i świeżo.  Gromada ta była wysoce rozbawiona i przemknęła nieopodal mnie,  nawet na mnie nie zwracając  uwagi. Kilka dni później, gdy wyjeżdżaliśmy, zobaczyłam tę samą  grupę zmierzającą na przystanek autobusowy. Zapytałam taksówkarza, który nas właśnie podwoził dokąd oni się wybierają. Odpowiedział z uśmiechem, że do Torunia, do pracy. Wsiedli grzecznie do autobusu i pojechali w siną dal. Jak widać w tym mieście, gdzie zwykle pełno turystów znaleźli sobie zajęcie. A jaka to była praca, tylko można sobie wyobrazić. Ale była to praca, którą sobie sami wymyślili  i ochoczo do niej dążyli. No cóż, podobno żadna praca nie hańbi. Nigdy nikogo nie widziałam, by tak ochoczo biegł o poranku do swoich zajęć…tak więc, jeśli kto powie, że Romowie to leniuchy, stanowczo zaprotestuję…

Jednak mój Gorzów , jak na razie nie jest jeszcze miejscowością chętnie odwiedzaną przez turystów, ale może niebawem tak się stanie.

Przecież , mimo, że na uboczu kraju, to miasto  jest przepięknie położone nad wielką tu Wartą, malowniczo rozrzucone na siedmiu zielonych wzgórzach z XIV wieczną katedrą w samym sercu, fragmentem starych murów miejskich i zachowanymi uroczymi nadal  kamienicami oraz licznymi parkami ożywiającymi miejski pejzaż ma warunki, by przyciągać ludzi. Nieopodal można podziwiać piękne jeziora które pozostawił lodowiec, oczka zanurzone w przepastnych lasach, ciekawie rozrzucone dawne dworki i pałace, nie wszystkie w ruinie  i jeszcze zachowane linie kolejowe.

To wielkie atuty , by organizować pociągowe wycieczki z przystankami i oczywiście zwiedzaniem Gorzowa.

Taki pociąg turystyczny to nie mój wymysł. Gdy miałam ok. 14 lat, tj. ponad 50 lat temu! Pojechałam na taką wycieczkę . Byliśmy m. in. w Kołobrzegu. Spanie było w pociągu, wygodne i romantyczne. Pociąg gnał sobie bezdrożami, nie zatrzymywał się na stacjach a gdy byliśmy u celu, stawał na jakiejś bocznicy kolejowej , wysypywaliśmy się gromadnie , odbywaliśmy zwiedzanie, z którego poza Kołobrzegiem niewiele zapamiętałam. Ale powrót do własnego domku na torach śni mi się po nocach. Jakie ładne to sny, nie chce się z nich budzić. Oj, dzieciństwo moje kolejarskie się stale odzywa. Wystarczy jedno słowo pociąg a już całe fury skojarzeń, zapachów obrazów i wrażeń wolnością zwanych….

Tak więc już widzę grupy turystów ze świata, jak wysiadają na lotnisku w Goleniowie albo Babimoście a potem zmierzają  do pociągu, który już nieco zasapany czeka nieopodal. I w drogę w drogę miły bracie śpiewać się chce….Tradycyjny parowóz ciągnąłby te ładne wycieczkowe wagony. Może miałby i nawet napęd elektryczny, ale co pewien czas, ku uciesze turystów wypuszczałby kłęby parnego dymu z komina i snopem iskier iskrzył niebo. Już widzę te głowy przybyszów tłoczące się przy oknach, by zobaczyć to widowisko a za oknem witałyby  zielone podgorzowskie wzgórza morenowe przytulone do szerokiej doliny Noteci i Wisły a potem  gdy ukaże im się Gorzów, miasto ze snów, moich dziecięcych snów,  zauroczy wszystkich swoją urodą . I łazęga się zacznie po miejscach z mojego dzieciństwa zapamiętanych , pięknych we wspomnieniach. Wdrapywanie się na każde z siedmiu wzgórz, widoki zapierające dech w piersiach , uliczki kręte moje działkowe a przy nich cudne domki otulone pnączami i wreszcie kręte schody na wieżę katedry, i stamtąd, z okien pomieszczeń które niegdyś dzwonnik zamieszkiwał jeszcze jeden ogląd miasta. W tej projekcji jest ono jeszcze inne, zawsze ciekawe…. Nie wątpię, że wszyscy ulegną magii mojego Gorzowa…

Może potem wszyscy zawitają na jedną z ciekawych wystaw fotografii albo malarstwa  , bo miejscowa kultura rozwija się pięknie, mimo odpływu i braku przypływu młodych sił. Oczywiście gdy dotykam tego tematu, od razu wciska się na moją klawiaturę dygresja. Dlaczego stąd uciekają? Czy tylko za pracą, czy nie przed skostniałymi władzami czy zamkniętymi nie tylko na kłódkę ale mocne zawiasy i zapory środowiskami. Znam z opowieści historię pewnej młodej , pełnej zapału i chęci pozostania plastyczki, której podcięto skrzydła i zmuszona sytuacją wyfrunęła w końcu do Szczecina, gdzie cieszy się wolnością.

Tak więc chcę pozostać przy może nierealnej ale kolorowej wizji miasta. Gdzie ludzie chętnie przybędą, spędzą tu czas a miejscowi popatrzą na to co dookoła  ich oczami i sami potwierdzą, że jest pięknie…Zresztą tak będzie, wróci miasto takie jak za Niemca, a może nawet ładniejsze. Czyste, zadbane i kolorowe.            

 Oczywiście w tej wizji są i Cyganie. Mieszkaliby w  malowniczych osiedlach na obrzeżu miasta z widokiem na pobliski las i zamgloną rzekę, w domach jak niegdyś woziastych, szerokookiennych malowanych w kolorowe kwiaty. I mieliby swoje ogniska i  śpiewy i muzykę i dzieci zadbane z tornistrami i skrzypcami pod pachą.

Moja grupa turystów wylądowałaby ostatecznie gdy już będzie się ściemniało w cygańskim taborze. A oglądania by wtedy było i ich domków i zaglądanie sobie w oczy, by odczytać co jest w tych cygańskich i wzajemne poznawanie . Atmosfera początkowo sztywna i na dystans pękałaby wolno stopniowo  ale nieodwracalnie.

A może jeszcze przed nadejściem zmroku, kto młodszy czy jakiś rześki staruszek z tej grupy turystów skorzystałby z oferty jazdy konnej. Bo przecież kiedyś Cyganie słynęli z hodowli i handlu końmi. Tak, jestem pewna, że obok swoich taborów mieliby padok i  piękne, jakże teraz popularne stadniny

I tak wieczorową porą, gdy wszyscy przybysze skonsumowaliby swoje kanapki albo jakieś cygańskie kociołkowe danie ( jeszcze nie wiem jakie, bo nie doczytałam) wśród przyrody, dymów ognisk wszyscy siedzieliby zauroczeni i zjednoczeni, siedzieliby kołem na trawie pachnącej zmrokiem, pod gwiezdnym migotliwym i tak szerokim jak nigdzie  niebem i  słuchaliby jak skrzypce cygańskie rzewnie grają, jak łka wielka harfa, którą widziałam na filmie Papusza- bo wszak Cyganie znanymi harfiarzami byli!

I niebawem tańce przy ognisku cygańskie porwałyby przybyłych. Opadłyby więzy konwenansów, zasad że czegoś nie wolno albo nie wypada i nawet staruszki w perukach ruszyłyby w tany za Cygankami ognistym. A może przedtem turystki założyłyby a może nawet kupiły szerokie kolorowe spódnice uszyte przez Cyganki, wielowarstwowe, by ukryć liczne kieszenie pod tą, która na wierzchu. I w tych spódnicach ociężałe przekarmione turystki odzyskałyby zwiewną młodość a na późniejszych zagranicznych wycieczkach miałby gdzie ukryć przed ewentualnymi złodziejaszkami swoje paszporty , pieniądze oraz zakupione szmirowate suweniry…

Nie piszę już w poprzedzającej ten wieczór wizycie na Gorzowskim Rynku. Nie, jednak ta specjalna wizyta na Rynku musiałaby być zaplanowana na następny dzień, po tych tańcach i szaleństwach.  Na Rynek przybyli by wszyscy by ostatecznie  pożegnać katedrę i dziewczynę fontannową ,   dopiero przed wyjazdem. Bo po tym wspólnym integracyjnym wieczorze, inaczej postrzegali by Cyganów , przyjaźniej i chętniej zgadzaliby się na ofertę- powróżyć, panie, powróżyć…. I znowu kolejne odbicie mojego myślenia. Od dawna mnie zastanawia ,  skąd Cyganki wiedzą  kto i  czego od ich wróżb oczekuje. Bo bardzo często przecież się zdarza, że wróżby , zresztą nie tylko Cyganek się spełniają . A może ludzie, którzy w nie wierzą wg tych wróżb  układają swoje życie…Wróżenie, dziwny to zawód. Ile w nim umiejętności i znajomości psychologii , wyczucia drugiego człowieka albo po prostu zwykłej zręczności w mamieniu. Swoją drogą nie wiem, może ktoś wie, jak do tego są przyuczane pannice cygańskiego rodu? A może tylko wystarczą silne geny …ciekawe…

Z tego wszystkiego zapomniałabym  o cygańskich suwenirach. Przecież Cyganie  byli wspaniałymi kotlarzami, sama pamiętam śliczne słonecznie lśniące miedziane  patelnie, które sprzedawali na wsi beskidzkiej.

I zapanowałaby wkrótce moda na ręcznie produkowane garnki i patelnie.

I każdy gorzowski i nie tylko gorzowski ale polski, europejski snob musiałby mieć w swoim domu zestaw takich malowniczych garnków. Bo te stalowe współczesne, jakieś niezdrowe teflony i takie inne są smutne, z niczym miłym się nie kojarzą. Kuchnia z miedzianymi ręcznej roboty garnkami byłaby marzeniem także mieszkańców Gorzowa. Przecież na część  cygańskich zarobków na pewno władze położyłyby łapę i  dziwnie przeobrażone tym sielankowym życiem obdarowywałoby i mieszkańców. Tak więc zarówno miasto jak i gorzowianie żyliby jak przysłowiowe pączki w maśle….

Tak więc snując te przyszłościowe plany jestem coraz bardziej pewna, że może nasze młodsze pokolenia odkupią zbrodnię, którą popełnili kiedyś ich dziadowie, zmuszając Cyganów do zamieszkania w miastach, zamknięcia w okropnych kamienicach i  powolnej degeneracji przy biernej akceptacji współmieszkańców….ale czy kiedyś pięknie wolne zwierzę   , zamknięte w brudzie nędzy i odgrodzone  murem obojętności, niechęci, wrogości może jeszcze odżyć jak przysłowiowy feniks z popiołów i powstać z kolan. Nie wiem….ale pomarzyć można….

To wszystko utopią jest, oczywiście to wiem, w sąsiednich krajach mury budują, by się odciąć od tej społeczności. Zniewolonej kiedyś, opuszczonej, niechętnej i wrogiej obcym. Jak zwierzęta, które dziczeją w niewoli…..

Ale może jednak kiedyś stanie się przysłowiowy cud i cały ten mój sen okaże się nie bajką a proroczą wizją. Kto wie?

 

 

Krótka historia Cyganów…

Pozwólcie, że będę Ich nazywała Cyganami a nie Romami. Tak jest dla mnie piękniej. Bo dlaczego nazwa Cyganie ma być pejoratywna, a Romowie , nie ?.  Zresztą Papusza zawsze podkreślała, że jest Cyganką a nie Romką.

I nadal będąc pod wrażeniem obejrzanego niedawno filmu „ Papusza”, który uruchomił moje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to widywałam szczęśliwych Cyganów, zagłębiłam się w ich historię podawaną w necie. Wybrałam to, co moim zdaniem najważniejsze i najciekawsze. I stało się to  przyczyną moich dalszych rozważań, wizji  i marzeń chyba nierealnych , które w następnym wpisie się znajdą…

Warto sobie przypomnieć o tym, co się działo z Cyganami na przestrzeni wieków skąd przybyli czym się zajmowali i jakie były ich relacje z władzami i mieszkańcami miejscowości, gdzie przybywali. A o oto opowieść:

W 1989 roku tak pisał Ficowski  o Cyganach :

” Osobliwy to lud, kontynuujący odwieczne koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie udzieliła nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie, jak ,  skąd i kiedy Cyganie przybyli, gdzie była ich praojczyzna”

Ale dalej tak pisze- Dopiero w XVIII wieku na podstawie badań językoznawczych odkryto, że ojczyzną Romów są Indie. I stamtąd 3 tysiące lat temu rozpoczęła się ich wędrówka do Europy ( Ficowski, 1989)

Romowie znaleźli się w  Europie nagle, niespodziewanie . Początkowo tłumaczono, że zostali wygnani z Egiptu. Oni  mówili o sobie, że są uciekinierami lub pokutującymi pielgrzymami. Jednak wkrótce okazało się, że przybyli  z „Małego Egiptu”, jak wtedy nazywano  Azję Mniejszą i stamtąd  podążali na zachód.

Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z IX wieku i mówią o ich obecności w Konstantynopolu.

W XIV wieku, mnich franciszkański opisał Romów spotkanych na Krecie. Rozprzestrzeniali się kolejno w Grecji, na wyspie Korfu, opanowali Peloponez. Stamtąd kierowali się ku Karpatom.

Na początku XV wieku  dotarli do Czech i Niemiec. Mieszkańcy wierzyli, że są oni pielgrzymami i darzyli ich szacunkiem , gościli i pomagali.

Jednak w czasie pięcioletniego ich wędrowania po Europie, po raz pierwszy,  w Bolonii uznano ich za plagę.  

Kiedy dotarli do Polski i jakimi drogami szli , dokładnie nie wiadomo. Niestety nie znaleziono odpowiednich zapisków kronikarskich . Badacze ustalają te fakty pośrednio,   na podstawie analizy znajdowanych w zapiskach nazwisk Romów, notowanych już w XV wieku.   Tak więc, pierwsi Cyganie przybyli do Polski z Węgier i pierwotnie znaleźli się w okolicach Sanoka.  Ponoć przybywali nie jako uzbrojeni najeźdźcy lecz jako pokutnicy z pokojowymi zamiarami. Zajmowali się wróżbiarstwem i kowalstwem. Pomimo tego, że cieszyli się przychylnością władz, wśród ludności budzili lęk związany z tajemniczością i zabobonami. Romowie włóczyli się od miasta do miasta , rozbijali swoje tabory w lasach i powoli porzucali kowalstwo na rzecz kradzieży.  Tak więc szybko wiara mieszkańców w to, że są pokutnikami zamieniła się w obawę przed kradzieżami oraz czarami.

W efekcie, w XVI wieku polski król Zygmunt August  wydał ustawę zalecającą wygnanie ich z kraju.

Jednak nie udało się jej zrealizować , zresztą tak jak i innych późniejszych.  

Cyganie wrośli w krajobraz Polski.

Wkrótce potem kancelaria królewska nadała naczelnikowi Romów władzę na wszystkimi taborami w Polsce i na Litwie. I jak pisze Ficowski , zapoczątkowało to trwające 150 lat „ królestwo cygańskie „ w Polsce.

W czasach Królestwa Polskiego wydano szereg korzystnych dla nich uchwał, które m.in. zapewniały im opiekę rządu. Już wówczas pojawiały się przepisy zakazujące im wędrówek, ale pomimo groźby aresztu, nie były respektowane . Ponieważ wędrując , już przekraczali prawo, więc tym łatwiej poświęcali się rozbojom i kradzieżom. Początkowo ukrywali się w lasach, ale potem wędrowali dalej szukając miejsc, gdzie mieli pełną swobodę.

Ta sytuacja nie trwała długo, bo w końcu XIX wieku napłynęły nowe tabory  z Rumunii i Węgier . Byli oni zamożniejsi od tych, którzy zamieszkiwali już Polskę. Zajmowali się rzemiosłem, kotlarstwem i hodowlą koni. Włóczęgi , żebractwo i kradzieże były im obce.

Wprowadziło to niesłychane nasilenie wędrówek różnych grup Cyganów.

Po pierwszej wojnie światowej nawet już nie próbowano oficjalnie  rozwiązywać ich problemów, gdyż efekty poprzednich działań w tym kierunku były znikome.

Gdy nadchodziła II wojna światowa, Cyganie, podobnie jak Żydzi znaleźli się na hitlerowskiej liście narodów zagrażających utrzymaniu czystości rasy. Zaplanowano ich całkowitą zagładę.

Od 1940 roku  umieszczano ich w gettach i obozach koncentracyjnych oraz wykonywano na nich masowe egzekucje. W Polsce utworzono centralny obóz zagłady dla całej Europy i tu przywożono wszystkich Romów. Takim wielkim centrum było getto warszawskie czy łódzkie. Skąd byli wywożeni do Treblinki czy Oświęcimia.

Po II Wojnie Światowej przetrwało ok. 30  tys Romów. Jednoczyli się w grupy rodzinne i rodowe i razem wędrowali. Tak więc tabor stanowiła grupa krewnych, którą zarządzał przedstawiciel rodu, jego głowa. To on był oficjalnym pośrednikiem pomiędzy społecznością romską a władzą państwową. Życie społeczne regulowały niepisane normy, zasady i tajemny kodeks Mageripen. Nazwa ta w języku romskim oznacza skalanie. Jest to jedno z najważniejszych pojęć w tradycji romskiej  , i dotyczy idei rytualnej „ czystości- nieczystości”. Ciekawe jest, że taka sama idea rytualnej czystości istnieje w tradycyjnej kulturze indyjskiej, skąd ten lud się wywodzi.  Osoba uznana za skalaną, czyli nieczystą jest karana w społeczności  nawet z wykluczeniem jej z życia społeczności. Wg cyganologów istnieją dwa rodzaje „skalań”- wielkie ( rom. bare mageripena  i małe. ( rom. tiknie mageripema ).  Najważniejsze sfery życia, które mogą powodować status skalania dotyczą: -relacji między kobietą a mężczyzną, – relacji z członkami własnej społeczności, -relacji z gadziami ( tak nazwano ludzi nie będących Cyganami ,- kontakt z przedmiotami uznawanymi za nieczyste ( np. wydzielinami ciała, dolnymi częściami ciała danej osoby), – kontakt ze zmarłymi bądź chorymi ludźmi i zwierzętami.

Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje orzekające o statusie skalania, jednak w wielu, w tym jak grupa Bergitka w Polsce, czy Romów węgierskich i słowackich nie ma takiej instytucji a jedynie status skalania reguluje umowa tej społeczności.

W powojennej Polsce , a konkretnie od 1952 roku wprowadzono surową politykę wobec Romów, która obowiązywała do połowy lat 80 ubiegłego wieku. Przeprowadzano wówczas akcje osiedleńcze i podjęto próby zmuszenia ich do pracy takiej, jaką wykonywali pozostali obywatele kraju.

Romowie zmuszeni do prowadzenia osiadłego trybu życia, zamknięci w   domach , długo nie potrafili się z tym pogodzić i właściwie nigdy tam nie czuli się dobrze. Wielu z nich także nie chciało podjąć stałej pracy.

I właściwie nie dziwne, że od 1980 roku nasiliły się agresywne zachowania antyromskie. Władze zaprzestały wówczas kontroli i stosowania przymusu.

W efekcie obserwowano powrót do tradycji i ożywienie tendencji do wędrowania.

Wówczas też nasilało się rozwarstwienie tej społeczności. Bogaciła się ich wprawdzie nieliczna elita  a biedni , zwykle bezrobotni, coraz bardziej tonęli w biedzie.

Oto historia tego tajemniczego ludu, który pogrążył się w zniewoleniu nędzy i beznadziei  zapominając o swoich tradycjach , zajęciach, marzeniach o wolności lesie i wietrze we włosach ….

Jeszcze o tym pięknie mówiła i pisała, chyba jedyna taka przedstawicielka tego narodu, Bronisława Wajs zwana Papuszą. Zmarła , zapomniana i  wyklęta przez pobratymców przed prawie trzydziestu laty. Ale żyje o niej pamięć, śpiewane są jej wiersze, powstała piękna książka i film .

I chcę wierzyć, że ten naród o tak długiej historii jeszcze się odrodzi i nadejdzie jasny dzień dla Romów….

Pierwszy śnieg tego roku…

 

Spóźnił się na Boże Narodzenie i nie przyszedł z Nowym Rokiem, ale dotarł pod Warszawę wczoraj i zakrył brud , ludzkie problemy wybielił i optymizm przyniósł…pierwszy śnieg tego roku….

 

Zapraszam do naszego domku, gdzie jeszcze jarzą się światełka na najprawdziwszej choince. Błądzić nie będziecie, bo bramka charakterystyczna a w ogrodzie drzewka, które się tu  z wyraźną radością kokoszą od kilku lat. Wyhodowała je z nasionka  a potem nam ofiarowała nasza gorzowska przyjaciółka. W tym celu musiała pokonać  odległość ponad 500 km dzielącą nas od  Gorzowa, miasta w którym się urodziłam i spędziłam wczesną młodość sprawiając nam swoją wizyta i prezentami niespodziankę i uciechę. Bo poza drzewkami mamy m.in.kostki  granitowe z likwidowanych gorzowskich traktów , cegłę  z rozpadającego się podgorzowskiego pałacu,  fragment muru z pięknym stiukiem, który spadł z ruiny, korę z wiekowego drzewa, które umarło nad Kłodawką- niewielką rzeką, która przepływa przez Gorzów i razem z wielką Wartą obejmuje ramionami centrum miasta. W ten sposób powstało  prywatne  Gorzowskie Muzeum  w Michałowicach. Gdy ostatnio 3 letni wnuk  wziął do ręki jeden kamień, jego 5 letnia siostra ostrzegła- nie wolno tego brać, bo to z muzeum babci:)

Tak tak goniu, chyba mogę Ciebie nazwać przyjaciółką. Nasza znajomość jest młoda,  zawsze fascynująca. Poznałyśmy się dzięki pisaniu do portalu MM- Gorzów. To było bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie – jak można było po sposobie pisania tekstów, komentarzy wyniuchać bratnią duszę. I co ciekawe , spotkania w realu potwierdziły , że spotkałam fajnych ciekawych świata, przyjaznych ludzi…pozdrawiam Ciebie goniu, Magmag, bodka , jamajkę, i-elę, i wielu innych, których nicki zapamiętam na wieki wieków- amen ….i jak zwykle zapraszamy do nas Was i Waszych przyjaciół i oczywiście naszych przyjaciół …pozdrowienia śnieżne …

 

 

Bramka.JPG

 

 

domek.JPG

 

 

Kasztanek.JPG

Gorzowski kasztanek ma się dobrze na ziemi michałowickiej!

 

Klonik.JPG

Klonik z Gorzowa , najmłodsze nasze ogródkowe dziecko

 

 

Lipka.JPG

Gorzowska lipka, będzie pięknie rozłożysta ( wnuki a może prawnuki nie będą miały problemów, by wdrapać się na gałęzie) ,  bo nie jest przycinana pomimo zaleceń „naczelnego specjalisty od drzew „- czyli goni, która te trzy drzewka sama wyhodowała  nieomal z nasionka i jak napisałam powyżej,  osobiście nam dostarczyła ….

 

Nigdy nie wiadomo co komuś w duszy gra….

Nie będę pisała o wielkim podziwie dla Jurka Owsiaka, Anny Dymnej, Ewy Błaszczyk i dla wielu  innych , którzy działają na rzecz drugiego człowieka. Wielki dla nich szacun- jak mówi dzisiejsza młodzież.

Dzisiaj chcę opowiedzieć o swoim niedawnym zadziwieniu .  

W moim dość bliskim otoczeniu jest osoba pozornie chłodna emocjonalnie, szorstka w obejściu i jakby nie zainteresowana problemami innych, nie dzieląca się z nikim swoimi zawodowymi sprawami , która od czasu do czasu potrafi mnie jednak zaskoczyć .

Tak było przed laty gdy bezinteresownie zadeklarowała pomoc komuś z rodziny i skrupulatnie dotrzymała słowa, pomimo tego, że  wymagało to znacznego wysiłku i zaangażowania.

 Kiedyś osłupiałam, gdy przypadkowo usłyszałam jak czule przemawia do swojego maleńkiego  wtedy synka . Działo się to w sytuacji, która  wydawała się  bezpieczna. Po prostu nie wiedział, że jestem w pobliżu i dopiero wtedy się otworzył.

I otóż ten pozorny twardziel , ostatnio wyraźnie pękł i przed kilkoma dniami  pokazał rodzinie list od polskiej zakonnicy która pracuje w ośrodku misyjnym w czarnej Afryce. Okazało się, że kiedyś usłyszał o akcji „Adopcja serca”. W tajemnicy przed wszystkimi zadeklarował comiesięczną niewielką pomoc finansową i teraz otrzymał odpowiedź. W liście znalazło się zdjęcie kilkuletniego chłopca, który został adresatem tej pomocy. Ma być   przeznaczona na jego edukację . Ciekawa jestem jak potoczą się losy tego bardzo biednego, chociaż na zdjęciu ładnie ubranego przez zakonnice, dziecka. Wierzę, że wyrośnie na dobrego człowieka i tego mu życzę z całego serca.

Gdy oglądam  zdjęcie przysłane MMS-em na moją komórkę, rozmyślam nad światłem, które ofiarował  ten twardziel  obcemu dalekiemu dziecku ale równocześnie wniósł je do swojego życia ….

 

P1061951.JPG

 

 

 

 

Przy okazji  dowiedziałam się od jego najbliższych którzy do tej pory też nie wiedzieli, że ten chłodny facet  już kiedyś angażował się w akcje charytatywne. Znam jego matkę, i wiem, że od wielu lat bezinteresownie niesie pomoc polskim dzieciom z rodzin patologicznych. I teraz pomyślałam, jak aktualne i mądre jest przysłowie że niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Chylę czoła przed takimi ludźmi.

Gdy piszę te słowa, nie po raz pierwszy  przychodzi do mnie uczucie wstydu i zadaję sobie pytanie, dlaczego  nie ja? dlaczego ja nie potrafię się zmobilizować , wyleźć ze swej skorupy i zacząć działać?….

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 38 )

Po miesięcznej przerwie wracam do wrzucania kolejnych odcinków artykułu mojej starszej koleżanki ze wspólnych czasów pracy w ówczesnym szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul Siennej. W latach 1975-1981 , w jego murach które dźwigały ciężar wielkiej historii, u boku Niezwykłych Ludzi,  wśród duchów dzieci uratowanych ale i tych , które pomimo wielkich wysiłków całego personelu od nas odeszły, raczkowałam w pediatrii.

Tam wszystko było dla mnie pierwsze.

Ten nieistniejący już szpital pozostał w moim sercu na wieki wieków.

Te stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale„ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 << Odwiedzin rodziców u chorych w czasie epidemii polio nie było ( podobnie jak w czasie nasilenia się epidemii grypy w szpitalach). Część rodziców przyjmowała ten fakt ze zrozumieniem, ale część domagała się widzeń z dziećmi. Było to niejednokrotnie powodem spięć, nieprzyjemnej wymiany zdań, niepotrzebnych zadrażnień. Z biegiem czasu szpital zezwalał na 5- minutowe widzenia przez szybę, bez możliwości wchodzenia do salki zakaźnie chorych. Wyjątkiem był sakrament Chrztu św., gdy dziecko znajdowało się w ciężkim stanie nie ochrzczone. Szpital w takich wypadkach zawsze wyrażał zgodę. Ksiądz, rodzice , rodzice chrzestni, wszyscy byli ubierani w fartuchy, a po udzieleniu sakramentu naświetlani lampą kwarcową.

      Ostatnio ( tj. w 1998 roku, kiedy został opublikowany ten artykuł- przyp. red.) , gdy szpital jest „ przyjazny dziecku”, rodzice mogą przebywać z dziećmi przez dłuższy czas w salkach. Ma to swoje dobre i nie najlepsze strony….>>

 

PrzychSzp.JPG

 

Dawny szpital Bergshonów i Baumanów , wzniesiony dla biednych żydowskich dzieci. Potem nosił nazwę Dzieci Warszawy a w skrócie Sienna. Widok od strony Śliskiej. Zdjęcie tego nieczynnego już szpitala wykonałam jesienią 2013 roku. Za zamkniętymi  działy się ludzkie tragedie…

W tle-  centrum Warszawy i najwyższy, niedawno wzniesiony kontrowersyjnej urody wieżowiec wg proj. znanego amerykańskiego architekta, Żyda o polskich korzeniach- Daniela Libeskinda.