Dr Chmielewska Jakubowicz.

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

PrzychSzp.JPG

 

Opisywany tutaj już nieczynny szpital. Jak na razie mieszczą się tam przychodnie specjalistyczne, ale do dalej z nim się stanie? To bardzo atrakcyjne miejsce  w  samym sercu Warszawy, przy ul. Siennej. Zdjęcie własne z 2013 r.

 

 

 

Cz.35

 

<

     Specjalistyczną przychodnię przyszpitalną zorganizowano w 1963 r. Usytuowano ją w części baraku drewnianego, w kilku pomieszczeniach do tego celu przeznaczonych. Od początku do chwili obecnej (inf. Z 1998 r.- przyp red.) przychodnia spełnia bardzo ważną rolę w kontynuowaniu kontroli i opieki nad ozdrowieńcami wypisanymi z oddziału neuroinfekcji, po ostrym okresie wirusowego zapalenia wątroby oraz wypisanych z oddziału zakażeń jelitowych, a także dzieci kierowanych przez lekarzy rejonowych lub z innych szpitali na konsultacje. Pielęgniarką odpowiedzialną za całokształt pracy w przychodni początkowo była siostra Alicja Durka, a następnie siostra Elżbieta Sasor.

      Początkowo w przychodni pracowało 5- 6 lekarzy przez kilka godzin tygodniowo ( lekarze z oddziałów) , a ostatnio 9-10 lekarzy oddziałowych. Współpraca oddziału i przychodni to ciągłość obserwacji chorych, a następnie ozdrowieńców, niekiedy wieloletnia. Kontrolnych badań dzieci bywa dziennie od 30 do kilkudziesięciu, tak więc od 1963r. udzielono porad ponad 400 tys., nie licząc ostatnio wykonywanych szczepień przeciw w.z.w. B oraz okresowo, przed nasileniem zachorowań, przeciw grypie.

      Nie od razu miał swoje stanowisko w szpitalu lekarz zakładowy. Chorego pracownika w pierwszych latach badał lekarz dyżurny lub z oddziału czy przychodni. Wydawał zlecenie ewentualnego zwolnienia lub kierował do poradni rejonowej czy też na badania specjalistyczne. Lekarz zakładowy dr Danuta Miłkowska kontroluje okresowo stan zdrowotny pracowników szpitala, kontroluje wykonywanie okresowych badań ( na nosicielstwo, RTG), niekiedy kieruje wprost do szpitala. Problemem ostatnich lat jest stwierdzenie przebycia wszczepiennego zapalenia wątroby ( w.z.w. B), przewlekłego zapalenia wątroby po postaci subklinicznej, nie zdiagnozowanej w odpowiednim czasie. Te osoby lekarz zakładowy kieruje do kontroli w Poradni Chorób Zawodowych przy Szpitalu Zakaźnym nr 1 przy ul. Wolskiej. Tam są okresowo kontrolowane, leczone, kierowane do sanatorium do Długopola, mają do emerytury przyznaną rentę III lub II grupy, w zależności od stopnia zaawansowania zmian w wątrobie.( art. opublikowany w 1998 roku- przyp. red.)…..>>

 

przed wymienioną tutaj  dr Miłkowską, lekarzem zakładowym była internistka dr Maria Glazur. Z jakiś powodów pewnie finansowych, sama zrezygnowała. Potem ja pełniłam tę funkcję, gdyż zanim zostałam pediatrą w tym szpitalu pracowałam w internistycznej przychodni na żoliborskim osiedlu Wrzeciono, uznano że mam jakieś uprawnienia.

Po pracy w oddziale tego szpitala dwa lub trzy razy w tygodniu udawałam się do baraku, gdzie mieściły się przychodnie . Wbrew pozorom była to praca odpowiedzialna, gdyż do mnie należało kwalifikowanie nowoprzyjmowanych do pracy ludzi. Nie zapomnę młodego przystojnego chłopaka, który oznajmił, że jest zdrowy. Jakież było moje nieprzyjemne zdziwienie, gdy odkryłam na górnej części jego uda wielką ziejącą ranę. Okazało się, że jest w trakcie leczenia onkologicznego. Właściwie nie powinnam go zakwalifikować do pracy. Byłam bardzo przejęta i żal człowieka się zrobiło. Więc pognałam z tym problemem do dyr szpitala, którym wtedy była dr Barbara Przetakiewicz i wspólnie ustaliłyśmy że będzie jednak u nas pracował  z jakimiś zastrzeżeniami. Tak, były to czasy, gdy człowiek człowiekowi pomagał jak mógł.

Czasami byłam wzywana w czasie dnia pracy  gdy zaniemógł ktoś z personelu  ( co opisywałam poprzednio w części blogu ” na medycznej ścieżce”). Przyczyną jednego takiego wezwania było zasłabnięcie pani salowej. Gdy bardzo przejęta pognałam do piwnicznych pomieszczeń , gdzie rezydowała ,  zastałam ją leżącą na stosie czystej pościeli w stanie znacznego upojenia alkoholowego. Nic się nie zmieniło od tej pory, mimo, że minęło już prawie 40 lat – ludziska piją alkohol na umór a lekarze są wzywani zamiast nieść pomoc faktycznie chorym….

 

 

Przych.JPG

 

Po lewej gmach szpitala i niski 

 

 

budyneczek przychodni przyszpitalnej. Zdjęcie własne z 2013 roku,

 

Przych1.JPG

 

 

Przychodnia.JPG

Tu była przychodnia przyszpitalna…jest jeszcze takie miejsce nieopodal Dworca Centralnego….

   

 

 

Mili sąsiedzi. ( 4 ).

 

 

kot sąsiad zamyślony.jpg

 

 

Jeszcze się zastanawiam…..

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 4 )

 

A teraz będzie zapowiadana wcześniej historyjka o mamie Zuzi i naszym pierwszym spotkaniu.

Otóż pewnego dnia jak zwykle wyjrzałam na pustą naszą ulicę a wtedy jeszcze żwirową drogę i zobaczyłam mamę Zuzi.

Jechała jak zwykle rowerem, ale dziwnie spokojnie, dystyngowanie i z wewnętrznym skupieniem a nawet wyraźnym napięciem.

Widząc mnie, zatrzymała się, przywitała i pokazała na rowerowy kosz.

Popatrzyłam- a tam siedziało sobie ciasno obok siebie chyba z 7 kotów. Też były przejęte wyprawą, chociaż podobno już przyzwyczajone do takich. Dowiedziałam się , że cała grupa zdążała do weterynarza na szczepienia ochronne. 

Po rozstaniu z tą majestatyczną grupą kroczyłam dalej moją nibyulicą i uśmiechałam się do siebie mając przed oczami poważne miny kotów, ich śmieszne uszka, wielkie lśniące oczy i dostojne wąsy i  przewodniczkę tej grupy, która jechała rowerem ostrożnie, by zwierzątka się nie wystraszyły lub nie doznały urazów na wyboistej drodze.

Właściwie nigdy nie było w naszym domu zwierząt, ani w gorzowskim ani w warszawskim. Nie było odpowiednich warunków, bo mieszkaliśmy zawsze w kamienicy, kiedyś nawet pragnęłam, ale skończyło się to szybko. I pewnie jeszcze kiedyś opowiem, gdy wrócę do moich gorzowskich czasów….

Tak więc teraz mając więcej czasu i odpowiednie warunki do obserwacji mogłam się przypatrywać tym niezwykłym tajemniczym zwierzętom. Zadziwiały mnie i zachwycały.      

 Od czasu naszego zamieszkania na tej wsi, koty Zuzi odwiedzały i odwiedzają nas codziennie.

Gdy spadł śnieg, rano widziałam równiutko i linijnie układające ślady ich łapek na wielkiej bieli. Zachwycałam się, że przybywają i spełniają swój tajemny rytuał.  To było bardzo miłe uczucie znajdować te tajemne szlaki na dziewiczym puchu śniegowym. Ślady wskazywały na to, że koty pierwsze swoje okrążenie wykonywały blisko domu a następne wzdłuż  ogrodzenia. Jaki był cel tego obchodu, nie wiem, ale na pewno spełniały go codziennie systematycznie i przed świtem.

Lubiłam obserwować, i przyznam, że  z wielkim zadziwieniem, bo widziałam to po raz pierwszy w życiu ( tak tak,  jednak tego się nie spodziewałam, że jeszcze napiszę- po raz pierwszy w życiu- przecie tak już długo żyję ) jak lekko i sprawnie wskakują na grzbiet siatki ogrodzeniowej i miękko układając łapki jedna przed drugą idą jak po linie, zachowując idealną równowagę . Początkowo wstrzymywałam oddech, bojąc się, że spadną, ale potem już się przekonałam, że  nic im nie grozi bo mają we krwi takie akrobatyczne prawie wyczyny.

    Czasami zastawałam kota rezydującego  na naszym trawniku. Potrafił tkwić w jednym miejscu chyba godzinami, w czujnym przysiadzie i wpatrywać się w to jedno miejsce tuż przed nosem. I gdy tak siedział nieruchomo, nawet czułam się już znudzona obserwowaniem , nagle się zrywał z miejsca , wykonywał jeden wielki sus i lądował z pyszczkiem przywartym do ziemi. Zdarzało się , że triumfalnie potem na mnie  patrzył a z pyszczka zwisała mu najprawdziwsza, jeszcze miotająca się mysz.  Któregoś dnia znalazłam na wycieraczce przed drzwiami wyjściowymi nieżywą mysz, osobliwy to dar któregoś z kotów….

    Kiedyś wieczorem siedzieliśmy przed TV, światło było nikłe i nagle spojrzałam na przeszkolone drzwi wiodące na taras. A za tymi drzwiami siedział nieruchomo kot nieomal hipnotyzując mnie spojrzeniem. Miał bardzo zainteresowaną minę, wyraźnie zaciekawiony zaglądał do wnętrza naszego pokoju, a może my byliśmy przedmiotem jego obserwacji, nie wiem. Ciekawe o czym wtedy myślał. Piszę o jednym kocie, ale odwiedzały nas różne.  Może losowały pomiędzy sobą, który dzisiaj wybiera się z wizytą, bo zwykle był tylko jeden. Sytuacja się powtarzała , teraz zaglądają do nas rzadziej, pewnie już dokonały prezentacji i nas też już poznały. Oczywiście spotykając Zuzię lub jej mamę, opowiadałam o tych wizytach, określałam wygląd kota i pytałam czy to kot z ich domu. Okazało się, że wszystkie były naszymi sąsiadami …

    Oczywiście gdy  latem były otwarte  drzwi potrafiły bezszelestnie wejść do wnętrza domu i usadowić się na kanapie lub buszować w okolicy lodówki.

    Nie zapomnę takiego wydarzenia, z pierwszego roku naszego tutaj zamieszkania,  gdy przygotowując karpie świąteczne, wyrzuciłam świeże głowy tych ryb do ogrodu, myśląc właśnie o tych kotach. Oczywiście głowy  zniknęły w szybkim tempie. Nie byłam pewna, czy postąpiłam właściwie, ale gdy  po kilku dniach spotkałam mamę Zuzi  zapytałam, czy dobrze zrobiłam . A wówczas ona się zaśmiała, oj dobrze, bardzo bardzo dobrze…a nie wiedziałam skąd moje koty przyniosły do domu świeże głowy rybie i nawet chciały się z nami dzielić…..

A teraz będą zdjęcia jednego z kotów….wprawdzie nie posiadam dokumentacji  wszystkich opisanych sytuacji, ale znalazłam w swoim komputerze efekty pewnego polowania….

 

 

Kot1,2.JPG

 

 

I wyruszam na polowanie…

 

 

Kot1,5.JPG

 

 

Jeszcze nasłuchuję , gdzie zachrobocze lub zapachnie mysz…

 

 

Kot1,4.JPG

 

 

Może gdzieś przy drodze znajdę…

 

 

Kot1,3.JPG

 

 

Chyba jednak wrócę na trawnik….

 

 

Kot3.JPG

 

 

Tak, warto było tutaj wrócić…to tutaj najbardziej pachnie moja osobista myszka…zaczaję się więc….

 

 

Kot2.JPG

 

 

Hurra…udało się!!!

 

 

Kot4.JPG

 

 

Teraz mogę sobie już spokojnie ale triumfalnie  pójść dalej…

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 34 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz.34

 

<<…..   W początkowych latach pracy szpitala, gdy odsetek zgonów wynosił od 0,4 do 3,5% , sekcje dzieci zmarłych w szpitalu wykonywała na miejscu dr  Kazimiera Gajl- Pęczalska w salce prosektoryjnej, znajdującej się obok portierni. Po kilku latach, w miarę zmniejszania się liczby zgonów dzieci, zaprzestano wykonywania sekcji na miejscu. Po uzgodnieniu  między szpitalami kierowano zwłoki do prosektorium innego szpitala dziecięcego ( przy ul. Litewskiej lub Działdowskiej), skąd otrzymywano gotowe wyniki badań sekcyjnych. Ostatnio zgony w szpitalu należą do rzadkości ( artykuł został opublikowany w 1998 roku- przyp. red.)….>>

 

Dobrze pamiętam ten niewielki mroczny baraczek obok portierni. W czasach gdy pracowałam w tym szpitalu ( 1975- 1981) była to kostnica i sala sekcyjna. Zgonów wtedy było kilka, bo dobrze działające oddziały intensywnej opieki- m. in w Klinice przy ul. Marszałkowskiej z reguły nie odmawiały nam, gdy prosiliśmy o przyjęcie dziecka z zaburzeniami oddychania i/lub krążenia. Ale zanim przyjechała karetka reanimacyjna, sami prowadziliśmy akcję reanimacyjną przy pomocy prymitywnego aparatu Ambu. Czasami trwało to wiele godzin. W tym czasie należało przygotować dokumentację chorego dziecka, oczywiście wcześniej się dodzwonić do lekarza tamtego oddziału i uzyskać zgodę, potem do pogotowia ratunkowego i równocześnie zajmować się tym pacjentem i pozostałymi hospitalizowanymi dziećmi oraz tymi, które się zgłaszały do Izby Przyjęć. Wprawdzie dyżurowało dwóch lekarzy, ale pogodzenie tych zajęć nie było łatwe. Nie zapomnę , gdy przypadkowo popatrzyło się w okno, można było zauważyć, że wstaje świt…Tak więc udało się uratować większość bardzo ciężko chorych dzieci, o czym się dowiadywaliśmy , dzwoniąc po kilku godzinach do oddziału reanimacyjnego, by zapytać o naszego pacjenta. Z tym oddziałem mieliśmy dobry kontakt. Lekarze wiedzieli, że kwalifikujemy tam tylko dzieci naprawdę tego wymagające. Nie zapomnę pewnego straszliwego dyżuru, gdy wstępnie mi odmówiono, tłumacząc że nie ma miejsc, a po pewnym czasie otrzymałam telefon, że udało się zorganizować jeszcze jedno stanowisko z odpowiednią aparaturą – bo to dla Siennej …w całej tej rozpaczliwej sytuacji nagle zrobiło się nam ciepło, że nie jesteśmy  sami. Dziecko przeżyło…..ale wracając do sekcji. Nie zapomnę pięknej kilkunastoletniej dziewczynki z długimi warkoczami, która dotarła do naszego szpitala z bardzo gwałtownie przebiegającą sepsą oczywiście z ropnym zapaleniem opon mózgowo- rdzeniowych. Jak zwykle bardzo się staraliśmy uratować to dziecko. Jednak wylewy krwi na skórze narastały w oczach i niestety szybko  doszło do zatrzymania krążenia i oddechu . Podjęta akcja reanimacyjna nie przywróciła akcji serca…Następnego dnia zmarłe dziecko leżało nagie na zimnym kamiennym stole…w czasie sekcji uwidoczniono w miejscu gdzie są nadnercza, były dwa wypełnione krwią woreczki, bez śladu tkanki gruczołowej.

I musieliśmy się pogodzić z tym, że nie mieliśmy szans, by wygrać  z drapieżnym  złym Losem czy Stwórcą, który zesłał te straszliwe bakterie. Taka przegrana to traymatyczne doznanie dla całego personelu tego szpitala, które kładło się cieniem  na naszej pracy i życiu, także rodzinnym. Wracałam do domu do swoich dzieci, do codziennych problemów życiowych a przed oczami miałam stale  obraz tego dziecka…i pomimo upływu prawie 40 lat tak jest nadal….

 


 

 

 

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 3 ).

Tekst własny zamieszczony w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka w  styczniu 2010 roku a zdjęcia  bałwanka z fajną tabliczką już nie mam . Wielka szkoda, że zaginęło w czeluściach moich folderów a może w ogóle skasowałam… na szczęście jest do obejrzenia w ww portalu….

 

 

Mili sąsiedzi ( 3 )

 

Sąsiadka Zuzia nie pojechała na ferie. Wczoraj ulepiła bałwanka. Dzisiaj byłam na spacerze i znalazłam  kartkę, którą trzymał śniegowy ludzik a na niej napis:   ”  Why so serious? smile 🙂 „.

     Zuzia ma kilkanaście lat i jest moją sąsiadką.  Hoduje siedem kotów i karmi ptaki w ogródku. Codziennie maszeruje do szkoły z wielkim plecakiem. Podziwiam, jak ostatnio dzielnie pokonuje zaspy , bo nasza ulica  jest prawdziwie wiejska i zaniedbana.

Wczoraj Zuzia rozpoczęła ferie. Dużo okolicznych domów opustoszało. Ale Zuzia  została w domu. Wieczorem obserwowałam, jak dziewczynka lepiła bałwanka. Dzisiaj rano, jak zwykle poszłam na samotny spacer. I obejrzałam bałwanka z bliska.

Stoi sobie przy drodze a w „rękach „ trzyma  kartkę starannie zapakowaną w foliową okładkę i dodatkowo przypiętą dużymi gwoździami. Przeczytałam i  natychmiast odzyskałam dobry humor i uśmiech….

Teraz wysyłam zdjęcie wszystkim bardzo ważnym , poważnym i smutnym z jakiegokolwiek powodu MM-kowiczom…..

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 2 ).

 

Mili sąsiedzi ( 2 )

 

 

 

Jak napisałam poprzednio ten michałowicki sąsiadujący z nami stary mały dość zaniedbany domek wprawdzie z ładną niewielką werandą z kilkoma towarzyszącymi budyneczkami nie tylko  nie budził mojego zaufania, ale byłam przerażona wyobrażając sobie, kto może tam mieszkać. Jednak Mirek rozwiał wszystkie moje niepokoje i lęki, odwiedził sąsiadów i wrócił stamtąd cały i zdrowy. Był bardzo  zadowolony, bo poznał miłych ludzi, którym miał okazję się przedstawić a nawet zaprosić ich do nas….Okazało się, że w tych zabudowaniach mieszkają dość młodzi ludzie z córką- Zuzią. Podobno Zuzia ma swój bungalow, a w drugim jest sala telewizyjna. Tak więc zrealizowali pomysł prawie amerykański, fajny….

 

Któregoś dnia przybyła do nas z rewizytą właśnie ta sąsiadka z córką . Była to pani Beatka z Zuzią. Posiedziały, pogadaliśmy, wypiły soczek , było nam miło, że nas odwiedziły….

 

A teraz opowiem kilka słów o rodzicach Zuzi:

 

     Mama Zuzi to  niewysoka okrągława kobietka o bojowym wyrazie twarzy ale i uśmiechu serdecznym  codziennie świtem śmigała  i nadal śmiga , nawet w czasie wielkich śniegów, na rowerze do pracy. Lubię ją spotykać, bo zaraża energią i budzi podziw tą rowerową jazdą nawet w ekstremalnych warunkach pogodowych. Spotkałam ją też w innych okolicznościach, ale o tym opowiem później…     

 

     Tata Zuzi jest szczupłym bardzo ruchliwym i towarzyskim człowiekiem. Gdy przemyka bardzo wcześnie rano obok naszego domku, pędząc do kolejki WKD, gdy mnie spostrzeże, bo wtedy przed domem badam pogodę, zawsze przystanie i chętnie opowiada o swojej pracy, rodzicach. A z pracy jest dumny, bo pracuje w ZOO. Już w czasie pierwszego spotkania proponował, że nam pokaże ZOO i swoje ukochane zwierzęta. Jakoś do tej pory tam się nie wybraliśmy, ale zaproszenie jest nadal aktualne. I to jest bardzo fajne. Gdy była wielka powódź przed kliku laty, Tata Zuzi, który zwykle przemierzał truchtem te dwa km ze stacji kolejki WKD,  tym razem  szedł wolno i zakomunikował, że jest bardzo zmęczony. Oczywiście zatrzymał się na krótką pogawędkę przez płot. Opowiadał z wielkim przejęciem, jak to wszyscy pracownicy ZOO śledzili z niepokojem jak przybiera gwałtownie wielka woda Wisły, która przepływa nieopodal ogrodu zoologicznego, za wałem przeciwpowodziowym. Wszyscy oni jak jeden mąż,  rzucili się z pasją do układania worów na tym wale , przenosili zwierzęta w miejsce mniej zagrożone, chociaż przypominając sobie położenie ZOO nie bardzo sobie wyobrażałam, gdzie mogło być takie miejsce. Tata Zuzi właśnie wracał po kilkudniowej nieustannej pracy i był dumny, że niebezpieczeństwo minęło i zwierzątka są już bezpieczne.  

 

Mirek nazwał tego pana Zoologiem. I tak zawsze o nim mówimy, nawet nie wiemy jak ma na imię.

 

O Zuzi napisałam kiedyś w portalu MM- Gorzów, co przedstawię w kolejnym wpisie tego blogu….

 

 

 

 

Najmłodszy wnuczek.

Najmłodszy wnuczek

 

Spośród 8 naszych wnucząt, najmłodszy jest Patryk.

Właśnie ukończył 15 miesięcy.

To tak niewiele zwłaszcza w porównaniu z naszymi dziesiątkami.

Ale przebywając z nim, po raz kolejny się zdumiewam się nad dynamiką wzrostu małego dziecka. W tym pierwszym roku życia dziecko dosłownie się zmienia w oczach.

 Od maleńkiego  nibyślimaczka do całkiem rosłego młodziana sprawnie wdrapującego się krzesło i stół oraz sprzęt w ogródku kiedyś zwanym jordanowskim ( teraz nie wiem jak się nazywa taki placyk z instalacjami dla dzieci).

I ciałko już coraz większe i rozumek prawie jak dorosłego. No, jeszcze mowa się czai gdzieś w tej małej główce, ale potrafi gestami, minami wyrażać swoje pragnienia, oczekiwania.

Gdy opuszczałam mieszkanie córki, Patryk nie chciał się pożegnać, siedział z ponurą miną. A jego mama powiedziała, że on zaraz się rozpłacze, bo nie lubi gdy ktoś wychodzi z domu….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 10 )

Jacku!

Wczoraj jeszcze napisałam , że zupełnie nie wiem co robisz ( oczywiście w życiu zawodowym, bo o prywatne pytać nie będę). I tego samego dnia zaprzyjaźniona ze mną osoba przysłała mi link, który otwierał ten tekst. Pozwoliłam sobie skopiować …dziękuję Ci, moja gorzowianko…To na razie tyle, Jacku, podumam nad Twoim losem i zajmę się swoimi sprawami, a jak wiesz czwórka dzieci i ósemka wnucząt , to wyzwanie dla babci nie lada. Tym bardziej, że jutro i w niedzielę przybędą na obiad ( na szczęście nie wszyscy na raz) bo w piątek córka organizuje u siebie w domu świąteczne pieczenie ciasteczek i zaprasza wszystkie dzieci naszych dzieci…pozdrawiam Ciebie, Jacku ciocia zosia

 

 

 

Pałac Kultury I Sportu w Żaganiu

 

Z A P R A S Z A
NA
Wystawę fotografii – autorstwa Jacka Łukaszewicza
„ A TASTE OF AUSTRALIA” /Smak Australii/

Pochodzący z Zielonej Góry artysta w  1981 wyjechał do Sydney w Australii. Przez pierwszych  kilka lat kręcił krótkie metraże oraz filmy dokumentalne. Po ukończeniu Australijskiej Szkoły Filmowej zaczął pracować jako operator i producent. Ma na swoim koncie niezliczoną ilość seriali telewizyjnych, reklam, klipów muzycznych, filmów dokumentalnych i przygodowych.


Podróżując wokół Australii nakręcił serie filmów dokumentalno – przygodowych. Cześć materiałów sfilmował używając klasycznej, francuskiej filmowej kamery 35mm marki Eclair. Z tego powstały oryginalne i jedyne w swoim rodzaju fotografie. Autor wracając do tradycyjnej fotografii, w pewnym sensie zrewolucjonizował ją jako sztukę, która w dobie cyfrowej manipulacji obrazem zanika jako naturalny zapis fragmentów naszego życia.

Filmując życie Aborygenów z szybkością 32 klatki na sekundę, Jacek Łukaszewicz zarejestrował fragmenty ich życia niepowtarzalne i nie do uchwycenia w dzisiejszej konwencjonalnej sztuce fotografii.

Każda z prezentowanych na wystawie prac jest unikatowym, optycznym powiększeniem z oryginalnego negatywu ze świadectwem autentyczności.

Kamera filmowa pozwoliła na utrwalenie ulotnych chwil i wszystkiego co nas otacza, ale co w dzisiejszym w świecie jest mało zauważalne.

Wystawa otwarta od 8 listopada do 30  listopada 2008r;
od poniedziałku do piątku, w godzinach od 10:00 do 18:00
w soboty i niedziele od  12:00 do  18:00.

 

 

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 9 )

Jacek.JPG

 

 

 

 

 

Jacku!

Tak sobie piszę do Ciebie te listy, których pewnie nie czytasz ale  wrzucam do blogu w nadziei, że może kiedyś zajrzą tam Twoi Synowie. A może jakieś prawnuki dopiero, a może nikt….

Dzisiaj znowu wracam myślami do Ciebie. Tym razem zadaję sobie pytanie, jaki Ty jesteś?

Wiem, że to bez sensu, bo  człek nawet siebie nie poznał do końca, a cóż dopiero Ciebie, syna mojego brata ?

     Otrzymałeś wspaniałe wykształcenie, masz zawody, którego wielu może Ci zazdrościć. Jesteś operatorem filmowym, reżyserem , absolwentem  słynnej Szkoły Filmowej w Sydney, którą zresztą założył Polak- Toeplitz. Masz za sobą roczne stypendium zawodowe na  paryskiej uczelni. Teraz pomimo wielkiej konkurencji utrzymujesz się na powierzchni, działasz. Chociaż Twojego dorobku nie znam, ale pewnie jeszcze kiedyś usłyszę lub zobaczę film, gdzie Twoje a właściwie nasze  nazwisko.

Od Twojej mamy wiem tylko, że Twoja wyróżniona zresztą , etiuda dyplomowa, to produkcja z oceanem , łóżkiem na plaży i dziewczyną- czy dziewczynami. Występowały w niej córki mojego kuzyna- Witolda, o których już pisałam.

    W moich oczach jesteś obywatelem świata, sowizdrzałem , niepokornym, chyba nieuporządkowanym , unoszącym się na fali wyobraźni, nie poddający się zwykłym rygorom życia, uroczym stworzeniem , potrafiącym zaczarować rzeczywistość.   Tak Ciebie postrzegam na podstawie różnorakich opowieści i nielicznych spotkań z Tobą . Może moja ocena nie jest pełna, może niezbyt prawdziwa….

Ale jaki może być jedyny syn ludzi tak niebanalnych.

     Twój nieżyjący już Ojciec to literat, budujący swoje życie na książkach, słowie pisanym, surowej obiektywnej krytyce utworów napisanych przez innych. Człowiek prowadzący  życie „ swawolnego dyzia”, jak mawiała o nim pierwsza żona- Grażyna. 

    Twoja Matka- sam wiesz jaka była. Pracowita rzeszowianka, o ciętym piórze, znana kiedyś dziennikarka radiowa zielonogórskiej rozgłośni. Musiała się przebijać ze swojego środowiska, miała wielkie ambicje i siłę, by osiągnąć to, co osiągnęła. Jednocześnie bardzo Ciebie kochała i ulegała Twoim pomysłom. Nie zawahała się ( może jednak się wahała- nie wiem co czuła) przed decyzją porzucenia ciekawej pracy, zawodu i wreszcie kraju w którym się urodziła i wyemigrowała z Tobą za oceany, do dalekiej Australii, bo o to prosiłeś…..

   

   Skracam ten, list, bo nadmiar dalszych wywodów  może  Ciebie zanudzić. Pewnie wrócę do tego tematu, ale za jakiś czas …tak więc na razie tyle….pozdrawiam Ciebie,  całą Twoją rodzinkę, znajomych i ten daleki , teraz już Twój kraj- Australię….bądź zdrów!

Twoja ciocia Zosia

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 33 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” (rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku) i opowiada o historii dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów przy ul. Siennej .

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz.33

 

<<….    Niezwykle cenna była zawsze pomoc lekarzy specjalistów- konsultantów, którzy służyli swą wiedzą i doświadczeniem w trudnych sytuacjach diagnostycznych. Przyjeżdżali na wezwania telefoniczne bardzo szybko: dr Jerzy Saper, dr Stefan Żarski- neurolodzy; dr Irena Ratajska, dr Maria Góralówna, dr Bolesław Potyrało- laryngolodzy;  dr Tadeusz Faryna, dr Teresa Majlert- chirurdzy; lek .stom. Anna Trzcińska najczęściej wykonywała ekstrakcje zębów, a laryngolodzy tracheotomię.

     W latach siedemdziesiątych w koniecznych przypadkach  wykonywane były u dzieci biopsje wątroby. Wykonywała je prof. dr med. Wanda Poradowska w Klinice Chirurgicznej Instytutu Matki i Dziecka, następnie w Szpitalu Zakaźnym nr 1 dr Tatiana Barszczowa. Dzieci zawożono karetką i po biopsji przywożono do szpitala. Z czasem jedną salkę na pierwszym piętrz przystosowano do zabiegów chirurgicznych i biopsję wykonywał już na miejscu konsultant chirurg, dr Teresa Majlertowa…..>>

 

Właśnie w czasie gdy zaczęłam pracować w tym szpitalu uruchomiono salkę operacyjną. Tam dr Majlertowa wykonywała biopsje wątroby u naszych pacjentów.  Lekarze byli dumni, że wreszcie nie trzeba przewozić dzieci do innych szpitali na to badanie. Biedne były dzieciaki, u których wirusowe zapalenie wątroby przechodziło w stan przewlekły i można było nawet podejrzewać marskość wątroby. Nie było odpowiednich leków ( zresztą i teraz jest ich niewiele) a o przeszczepach wątroby chyba jeszcze nikt w świecie nawet nie słyszał. Dzieci chore przewlekle były jakby przedwcześnie dojrzałe mentalnie, piętno szpitalne odbijało się na ich psychice, miały mądrość i wiedzę starych ludzi. Po raz pierwszy się widziałam takie dzieci, na szczęście na tle innych leczonych w tym szpitalu było ich niewiele. Z tym problemem na wielką skalę spotkałam się później, gdy pracowałam w CZD . Tam większość hospitalizowanych pacjentów stanowiły dzieci przewlekle chore na nerki. Do tego nie można było się przyzwyczaić. Zawsze miałam ściśnięte serce….

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 32 ).

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz. 32

 

<<….  W aptece szpitalnej pracowała od początku mgr Matylda Ufnalska, następnie przez długie lata kierownikiem była mgr Helena Hoffmanowa, a po jej przejściu na emeryturę mgr Joanna Dejewska i mgr Ewa Germak. W miesiącach stanu wojennego apteka przeżyła prawdziwy zalew leków zagranicznych z darów. Aby móc je stosować, obłożono się słownikami różnych języków do tłumaczenia prospektów. Leki te miały, niestety, stosunkowo krótkie terminy ważności, ale w owym czasie były dużą pomocą w leczeniu chorych.

     Z przygotowywaniem leków przez pracowników apteki i kierowaniem dla chorych do oddziałów wiąże się sprawa leczenia krwią i środkami krwiopochodnymi. Centrum krwi w szpitalu zorganizowała dr Eugenia Stankiewicz. Zajmowała się ona zamawianiem i sprowadzaniem krwi i plazmy ze Stacji Krwiodawstwa dla szpitala. Po dokładnej próbie krzyżowej i próbie biologicznej reakcji ujemnych prawie nie było. Latami prowadziła ona centrum bardzo sprawnie , a dokumentacja tych transfuzji była pedantycznie dokładna. Po jej odejściu z pracy centrum przejęły lekarki: Czachorowska, Więckowska, Jakubowicz. Z biegiem lat zmniejszono wskazania do przetaczań krwi. W koniecznych  sytuacjach załatwia to lekarz oddziałowy lub dyżurny….>>

 

 

Kiedy przybyłam do tego szpitala, tj. w roku 1975 krew przetaczano tylko w wyjątkowych przypadkach, kiedy nie udawało się wyrównać niedokrwistości podawaniem preparatów żelaza.

Opowiadano, że przyczyną  było pewne tragiczne wydarzenie z tym związane. W tamtych czasach nie było rozwiniętej serodiagnostyki, badań krwi od dawcy w kierunku obecności różnych wirusów, jak chociażby wirusa zapalenia wątroby czy innych substancji szkodliwych.

Wspominano dorodną kilkuletnią dziewczynkę, którą szczęśliwie udało się wyciągnąć z bardzo ciężkiego zapalenia opon mózgowo rdzeniowych i mózgu. I wobec głębokiej niedokrwistości, podano jej krew. Została wypisana do domu w doskonałej formie ale po pewnym czasie przywieziono ją ponownie do tego szpitala z objawami  zapalenia wątroby. Choroba miała przebieg gwałtowny i pomimo wysiłków wielu ludzi , dziecka nie udało się uratować.

Jednoznaczną  przyczyną zakażenia tym wirusem było  niewątpliwie przetoczenie zainfekowanej nim krwi….

Od tej pory w tym szpitalu  znacznie ograniczono wskazania do transfuzji…

Nawet gdy po latach o tym mi opowiadano , łza się nam wszystkim kręciła w oku. …