Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”. ( 10)

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku)

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy historii dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy Sienna / Śliska…

Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”

 

Cz.10

 

<<…..Ogółem pracowało w szpitalu 40 lekarzy. Większość z nich posiadała wysokie kwalifikacje, oprócz studiów na uniwersytetach zagranicznych znajomość języków obcych, orientację w nowych osiągnięciach medycyny światowej. Lekarze uczestniczyli w zajazdach naukowych krajowych i zagranicznych. Przekazywali najnowsze osiągnięcia na zebraniach wewnątrzszpitalnych , a także brali aktywny udział w posiedzeniach Warszawskiego Oddziału Towarzystwa Pediatrycznego. Wiele miejsca zajmowały doniesienia lekarzy ze Szpitala im. Bersohnów i Baumanów, referaty, demonstracje przypadków , dyskusje. Jednym z najaktywniejszych był wybitny pediatra dr Adam Fesensztet. Przeglądając roczniki „ Pediatrii Polskiej” z okresu międzywojennego, można przekonać się o wysokim poziomie naukowym i zawodowym tych lekarzy. Należy podkreślić, że od pierwszych lat istnienia szpitala do wybuchu II wojny światowej ogłosili oni drukiem ponad 200 prac naukowych oraz zestawień statystycznych z działalności szpitala.

    Dzięki sprawnej i ofiarnej pacy całego zespołu szpital był uznany za wzorowy i pod tym prężnym kierownictwem pracował do wybuchu wojny….>>

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”. ( 9 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz

 

Cz.9

 

 

Po 1930 roku….

 

<<…W okresach nasilania się zachorowań na szkarlatynę w Warszawie Wydział Zdrowia- na zasadzie trzech różnych umów- umieszczał dzieci z płonicą na drugim i trzecim piętrze szpitala. Stan szpitala, wynoszący zwykle 120 chorych, powiększał się wtedy okresowo do ponad 200 chorych. W szpitalu „ działo się im dobrze”, nawet wśród tych ciężko chorych. Znam ustną relację koleżanki, kardiologa z Poznania ( dr Irena Reszel) , która jako 13- letnia dziewczynka chorowała na szkarlatynę i leczona była prawie rok w tutejszym szpitalu z powodu powikłań sercowych, otoczona bardzo serdeczną opieką dr Natalii Pianko. Uczyła się w tym czasie i pisała dziennik. Wspominając ten okres nie miała wprost słów wdzięczności wobec personelu lekarsko- pielęgniarskiego, a zwłaszcza lekarki prowadzącej.

   Oprócz pracy klinicznej w szpitalu uruchomiono Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem. Opiekę ambulatoryjną sprawowali lekarze specjaliści w poradniach : przeciwgruźliczej, laryngologicznej, chirurgicznej, okulistycznej, dermatologicznej….>>

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. „Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz .8

A oto kolejny odcinek artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz na temat historii dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej/ Śliskiej. Tekst ten, zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”  jest zamieszczony w rozdziale Szpitale Warszawskie w tomie CXXXIV : nr 2/1998  „ Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” , który jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego i ukazuje się od 1837 roku.

Poprzednie odcinki można znaleźć w zakładce pt. Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz a na zakończenie postaram się go wrzucić w tym miejscu w całości….

 

Cz.8 

 

<<…. Od roku 1924 niestrudzeni ludzie: dr Anna Braude- Hellerowa, dr Samuel Goldflam, Henryk Kroszczor i wielu innych znanych i liczących się obywateli miasta, którym leżała na sercu sprawa uruchomienia nowego, nowoczesnego szpitala, nie spoczęli ani na chwilę. Odwiedzali różne instytucje, pukali do wszystkich drzwi, składali petycje. Czynili starania o zdobywanie funduszy, plany przebudowy i nadbudowy placówki- wraz z Zarządem Fundacji i Towarzystwem Przyjaciół Dzieci. W prasie warszawskiej ukazywały się w tym czasie artykuły, apelujące o pomoc finansową na rzecz szpitala dla dzieci. Podawanie kwot czy kosztów mijałoby się z celem, ponieważ na przestrzeni lat wartość pieniądza ulegała dużym zmianom.

    Po sześciu latach zmagań wielu zaangażowanych ludzi udało się wreszcie zakończyć budowę powiększonego, nowoczesnego szpitala zgodnie z wymaganiami XX w. Lekarzem  naczelnym szpitala została dr A. Braude- Hellerowa. Do uroczystego otwarcia doszło 9 listopada 1930 r. Stołeczna prasa donosiła:” Był do piękny 3- piętrowy gmach”, i dalej następował opis poszczególnych kondygnacji.

    Nowy szpital wyposażony został w oświetlenie elektryczne, kanalizację, centralne ogrzewanie. Na parterze umieszczono pracownię  naukową dostosowaną do precyzyjnych badań, salę posiedzeń z biblioteką oraz szkołę pielęgniarstwa dziecięcego, gdyż naczelnym zadaniem było wyszkolenie własnych wykwalifikowanych pielęgniarek pediatrycznych. Na parterze znalazła także miejsce pracownia radiologiczna, wyposażona w urządzenia fundacji małżonków Szereszowskich. Oddzielne wejście z dziedzińca prowadziło do parterowego oddziału obserwacyjnego.

   Czterdziestołóżkowy oddział chirurgiczny z ordynatorem Maurycym Saidmanem zajmował pierwsze piętro . Na drugim piętrze znajdowało się 50  łóżek, z których część przeznaczono na oddział wewnętrzny z ordynatorem Feliksem Sachsem, a część na oddział niemowlęcy, którego ordynatorem była naczelna szpitala, dr A. Braude- Hellerowa. Trzecie piętro przeznaczono na 27- łóżkowy oddział gruźliczy z tarasami; ordynatorem był tu dr Mieczysław Gantz. Pracownią radiologiczną kierował dr Beniamin Kryński, pracownią analityczną dr Teodozja Żoliborska, a anatomiczną dr Maurycy Płońskier. Przełożoną pielęgniarek była Irena Langleben, sprawująca pieczę nad całym pionem personelu pielęgniarskiego. Nad całością czuwał dniem i nocą mieszkający tu na stałe wraz z rodziną kierownik administracyjny Henryk Kroszczor, oddany bezgranicznie sprawom dzieci i szpitala….>>

 

 

 

tablicaDrGettoPowst1942

 

Tablica pamiątkowa umieszczona na ścianie zewnętrznej  ( od ul. Śliskiej  ) dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy

  

 

 

SzpitalImDzieciWarszawy

 

Obecny widok Szpitala od ul. Śliskiej. Taki kształt uzyskał po przebudowie w roku 1930..

 

 

 

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz .7

Po niewielkiej przerwie wracam do wrzucania fragmentami artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz na temat historii dawnego Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej/ Śliskiej. Tekst ten, zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”  jest zamieszczony w rozdziale Szpitale Warszawskie w tomie CXXXIV : nr 2/1998  „ Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” , który jest rocznikiem zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego i ukazuje się od 1837 roku.

Poprzednie odcinki można znaleźć w zakładce pt. Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz a na zakończenie postaram się go wrzucić w tym miejscu w całości….

Cz.7   

 

<<…    W roku 1909 szpital na krótki okres przerwał pracę. Należało przeprowadzić gruntowny remont, a wnętrza w miarę możności i środków unowocześnić.

    Ogólna liczba leczonych tu dzieci w latach 1878-1915 wynosiła do 149; przeciętny odsetek zgonów- 12. W ambulatorium szpitala lekarze udzielali bezpłatnych porad w zakresie różnych specjalności dzieciom chorym zgłaszającym się z miasta. Ogółem w ciągu 38 lat udzielono 1 009 725 porad. Zgodnie z założeniem fundatorów, że szpital ma służyć leczeniu „ dzieci żydowskich i innych wyznań” , w ambulatorium leczono 30% dzieci chrześcijańskich w zakresie chorób wewnętrznych. Oprócz leczenia wykonano także 35 tys. szczepień przeciw ospie prawdziwej. Działalność ta stanowi niewątpliwie ogromny wkład pracy profilaktycznej w walce z jedną z najgroźniejszych chorób.

    W roku 1914 w szpitalu mieścił się przez krótki okres lazaret wojenny. W czasie I wojny światowej w budynku głównym leczeni byli chorzy z chorobami zakaźnymi.

    Sytuacja finansowa szpitala w 1916 roku stawała się coraz trudniejsza. Część członków rodziny Bersohnów zmarła, do zarządu szpitala powoływano ludzi nowych. Nie było źródeł dalszego finansowania szpitala. I tak z braku środków doszło do ostatecznego zamknięcia w 1923 r. Pogorszyło to i tak bardzo zły stan szpitalnictwa dziecięcego w Warszawie….>>

 

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 7 ).

Jeden Taki Dzień ( 8 )

I oto opowieść o dniu pełnym wrażeń, jedynym takim w moim życiu,niepowtarzalnym,  dniu 66 urodzin dobiega końca.

 Wróciliśmy do domku naszego maleńkiego gdy zapadał  już wieczór. Przedsenna krzątanina, radosny gwar dziecięcy wypełniał ten domeczek, a serce nam rosło….

wkrótce Dzieciaki zasnęły snem kamiennym…

nie wiem co mi się śniło, ale ja z wrażenia nie mogłam zasnąć. Więc śniłam na jawie wielkie nieomal kosmiczne niebiańskie przestrzenie, jakieś samoloty, góry doliny, uśmiech Ojca Świętego i czarowny pogodny domek Pana Pilota Józefa Byrdy. Jego zadzierzystość góralską , przyjazne ciepłe  gesty….

rankiem wszyscy wstali w dobrych humorach.  Majusia poprosiła babcię, by kanapeczki przygotowała mówiąc przy tym , że takich pysznych nigdy nie jadła….a Ona wie co mówi, bo z powagą swoich nieomal 5 lat stale podkreśla, że kucharką zostanie….

jeszcze mały spacerek…

i wielkie toboły lądują w samochodzie- wszak nawet niespełna dwudniowa wyprawa z dziećmi to już prawdziwa wyprawa….

pożegnanie w południe i wkrótce wielka nad nami cisza…..

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 6 ). O Papieskim Pilocie Józefie Byrdy.

Spotkanie z panem Józefem , Papieskim Pilotem, stale we mnie żyje. Było  niezwykłe i dzień spotkania, moich 66 urodzin jedyny taki. Tak, tego Człowieka- Legendy zapomnieć się nie da…Szukam w necie, by wiedzieć więcej….

 

I oto co znalazłam w portalu Katowice.naszemiasto.pl. Zamieszczam w całości  wywiad z dwoma pilotami. Jednym z nich jest  nasz Niezwykły Znajomy ze Szczyrku Salmopola – pan Józef Byrdy.

 

 

Jana Pawła II zawieźli do Rzymu górale z Bielska-Białej

2002-08-23, Aktualizacja: 2004-12-18 00:18

Rozmowa z kpt. Alojzym Bylokiem i kpt. Józefem Byrdy, pilotami Boeinga 737 z Janem Pawłem II na pokładzie Kiedy dowiedzieliście się, że będziecie pilotować Boeinga 737 z Ojcem Świętym na pokładzie? Alojzy Bylok: Ja …

Rozmowa z kpt. Alojzym Bylokiem i kpt. Józefem Byrdy, pilotami Boeinga 737 z Janem Pawłem II na pokładzie

Kiedy dowiedzieliście się, że będziecie pilotować Boeinga 737 z Ojcem Świętym na pokładzie?

Alojzy Bylok: Ja jakieś dwa miesiące wcześniej. W Locie pracuję od 30 lat. Przy takich szczególnych okazjach tworzy się „listę starszeństwa”. Koledzy z większym stażem już pilotowali samolot z papieżem. Teraz przyszła moja kolej.

Józef Byrdy: Dowiedziałem się tydzień przed lotem. Kierownictwo firmy wybrało trzy załogi. Dwie były w rezerwie. Ojciec Święty to dla mnie człowiek nr 1 na świecie. To tak, jakbym wygrał los na loterii… Taki lot oznacza duże obciążenie psychiczne. Oczy całego świata patrzą na papieża. A jego los był w moich rękach.

 

 

 

 

Ale nie było najmniejszej turbulencji, wszyscy pasażerowie byli bardzo zadowoleni.

Często latacie razem?

A. B.: Nie. Ja zostałem kapitanem załogi. Pilotem lecącym był Józek, a drugim pilotem – kpt. Stanisław Ziębiec, pochodzący z Nowego Sącza.

Samolot został specjalnie przygotowany?

A. B.: W pierwszej części wymontowano standardowe fotele, a wmontowano poszerzone. Papież usiadł przy oknie. Naprzeciw miał piękny bukiet z żółtoniebieskich róż, na ścianie znalazł się herb papieski. W drugiej części siedziało m. in. 80 dziennikarzy z całego świata.

Jak przywitaliście Ojca Świętego?

A. L.: Papież był bardzo zmęczony. Proszono, aby z nim nie rozmawiać. Pocałowaliśmy tylko papieski pierścień. Potem, już przez głośniki, serdecznie przywitałem najważniejszego pasażera, przedstawiłem załogę. Następnie po angielsku powitałem pozostałych gości.

Podobno to piloci zaproponowali, aby pokazać papieżowi Wadowice?

J. B.: Dzień przed lotem wymyśliłem sobie, żeby przelecieć nad Wawelem, Wadowicami i Zakopanem. Dostaliśmy wszystkie zgody. Dlatego papież zobaczył krzyż na Giewoncie i Krupówki. Oczywiście wszystko z bezpiecznej wysokości, bo przepisy bezpieczeństwa stawiamy ponad wszystko.

A.B.: Wcześniej nad lotniskiem Balice zrobiliśmy dwa okrążenia i jedno wokół centrum Krakowa. Do Rzymu dotarliśmy trasą wiodącą nad Bratysławą, Wiedniem, Gratzem, Lublaną, Zagrzebiem i Adriatykiem. Przelatując nad każdym krajem nadawaliśmy okolicznościowe depesze do prezydentów. Lecieliśmy 11 tys. m nad ziemią, z prędkością 850 km na godz. Mieliśmy godzinne opóźnienie. Ale dzięki temu, we Włoszech ominęła nas zła pogoda.

J. B.: W Rzymie była burza. Ale ona jakby uciekła przed Ojcem Świętym.

Czy papież jadł na pokładzie?

A. B.: Oczywiście. Stewardesy podały pieczonego pstrąga i łososia w galarecie. Papież wypił sporo herbaty, a na deser zjadł ciasto tortowe. My poprosiliśmy tylko o butelkę wody mineralnej.

Podobno Jan Paweł II ma zwyczaj robić sobie pamiątkowe zdjęcie z załogą?

J. B.: Ale tym razem był bardzo zmęczony. Dlatego pamiątkowe fotografie mają tylko piloci i niektóre stewardesy. Po wylądowaniu Ojciec Święty poprosił mnie na fotel obok. Podziękował za lot. Powiedziałem, że to my, górale niskopienni lecieliśmy z Ojcem Świętym. Wspomniałem, że moja mama pochodzi z Kęt. Papież odpowiedział, że to krok od Wadowic… Byłem wzruszony…

Obaj pochodzicie z Bielska-Białej?

A. B.: Nawet chodziliśmy do tego samego liceum im. Kopernika. Ja zacząłem latać na szybowcach w 1960 roku. Potem przesiadłem się na samoloty sportowe, na końcu na pasażerskie. W 1973 roku zacząłem pracować w Locie.

J. B.: Łączy nas także to, że obaj byliśmy ministrantami. Służyłem do mszy w obecnej bielskiej katedrze św. Mikołaja. Zresztą większość pilotów to byli ministranci. W Locie pracuję od 1980 roku. Ale w sumie latam od 35 lat. Najpierw skakałem ze spadochronem, potem latałem na szybowcach. Pracowałem w aeroklubach. m. in. w Rybniku i Bielsku-Białej.

Wracacie czasami na Podbeskidzie?

A.B.: Bywam tu kilka razy w roku. Lubię latać szybowcem na górze Żar.

J. B.: W Szczyrku mam działkę. Na emeryturze chciałbym się tam przenieść na stałe.

Myślicie, że zdarzy się wam jeszcze kiedyś lot z papieżem?

A. B.: To był lot życia! Na pamiątkę każdy członek załogi dostał breloczek z wizerunkiem Jana Pawła II, różaniec i pamiątkowy medal.

J. B.: Życzymy Ojcu Świętemu dużo zdrowia! I żeby przyjeżdżał do Polski jak najczęściej. Ale my już dostaliśmy dar od losu. W czasie kolejnych wizyt polecą inne załogi.

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 5 ).

 

MikoMajaŁadne.JPG

 

Majka i Mikołajek zbierają jagody na przełęczy Biały Krzyż.

 

 

Jeden Taki Dzień ( 5 )

 

Opuściliśmy to magiczne miejsce. Nasyceni wrażeniami, bez smutku, bo z wiarą, że wrócimy, że zawsze będziemy tutaj wracać, jak tylko sił stanie….

I nadszedł ostatni punkt zaplanowanego przez organizatorów na ten dzień programu. Odwiedziny u Niezwykłego Człowieka.

Zjeżdżając w dół, w stronę Szczyrku, w Salmopolu wypatrzyliśmy Jego dom.   Gospodarz już oczekiwał , otworzył wierzeje bramy i zaprosił do środka. Dom to duży, nieomal przytulony do przepływającej przez Szczyrk szumnej Żylicy, wygodny. Ma nowoczesne obszerne wnętrza a jednocześnie jest przytulny.

Był poczęstunek , śliwki węgierki, ciasta, znakomita herbata, czekoladki i szampan oryginalny….

A teraz o tym Panu wspomnieć muszę. Otóż syn kiedyś go operował i wówczas zawiązała się ta znajomość i obopólna sympatia, co czuło się w czasie tego spotkania. W tym czasie szpitalnym prowadzili rozmowy , pewnie syn wspominał o ukochanych górach i okazało się, że Pan ów urodził się niedaleko gdzie miejsce urodzenia  Babci moich dzieci, a mojej mamy- Stefanii Łukaszewicz z domu Jakubiec.

Po latach edukacji zrealizował swoje marzenie i został pilotem  LOTU. ….ukoronowaniem Jego służby  zawodowej było pilotowanie samolotu, w którym Jan Paweł II opuszczał Polskę. Zaszczyt to dla pilota wielki, upoważniający do używania miana „ Papieskiego Pilota” . Miał przebyć trasę z Wrocławia do Watykanu. I nagle Pan Józef podjął decyzję a może ta myśl już w nim wcześniej dojrzewała, zmienił trasę i przeleciał nad ukochanymi miejscami JPII, Wadowicami i Tatrami. Oczywiście musiał mieć zgodę nawigatorów, którą uzyskał już tam, będąc na niebnym szlaku. Nie muszę opisywać jak bardzo się tą decyzją wpisał w papieskie serce. Oczywiście przypomniałam sobie to wydarzenie, bo wówczas w publikatorach pojawiła się ta  właśnie informacja….

Dzisiaj Pan Józef już nie lata, ale chętnie wspomina tamte czasy. Pędzi aktywne życie, czuje się spełniony i życzymy Mu długich lat w zdrowiu i radości….nie zapomnimy Pana nigdy, będziemy wspominali Pana i nasze spotkanie…..Pozdrawiamy nieustannie…

A na marginesie jeszcze jedna dość śmieszna historia. Otóż w domu Pana Józefa na ścianie wisi oprawione w ramkę za szybką zdjęcie z JP II i pięknym wpisem. Właśnie teraz je pokażę. Niestety światło zaburzyło  jakość mojej fotografii, ale można przeczytać. Podobno kiedyś, w czasie poprzedniego spotkania Majka, wówczas 3 letnia oglądając to zdjęcie spytała, czy kiedyś Pan Kapitan mnie zabierze do samolotu którym będzie kierował. Pan Kapitan odpowiedział, że już nie lata. Wówczas Majka spytała- a może ten drugi ze zdjęcia ? 🙂 …..

 

 

Pilot.JPG

 

 

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Ireneusz Iredyński.

 

Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd Oficyna Wydawnicza „Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993

 

 

 

Ireneusz Iredyński

 

 

 

CAŁKIEM DOBRY KRYMINAŁ

 

 

 

    Wpadła mi ostatnio do ręki wznowiona przez Zakłady Wydawnicze „ Versus” w Białymstoku niewielka powieść kryminalna Umberto Pesco , zatytułowana „ Ryba płynie za   mordercą”. Jest to całkiem przyzwoity” kryminał „ , którego akcja dzieje się w Rzymie w czasach nam współczesnych. Oto detektyw mający „ pozycję majątkową i sławę”, a więc pracujący w oparciu o niezbędnych mu ludzi, współpracujący z porucznikiem Gardenem z policji , zostaje poproszony o ochronę osobistą znanego producenta filmowego, którego ktoś szantażuje , grożąc zabójstwem. Detektyw Pesco przyjmuje zlecenie i czek na dwa miliony lirów. Mają się spotkać dnia następnego. Niestety , do tego spotkania nie dochodzi, bowiem w podrzędnym hoteliku zostają znalezione zwłoki producenta. Rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone równolegle przez Pesco i jego przyjaciela z policji. Wysuwane są różne hipotezy, przypuszczenia, podejrzenia i przeczucia. Dochodzeniem zostaje objęty coraz szerszy krąg ludzi , na jaw wychodzi niejasna przeszłość denata , który w niewiadomy sposób dorobił się wielkich pieniędzy w Ameryce i powrócił do Włoch. Piękna żona dąży do separacji , on sam żył w odosobnieniu, korzystając z bogatej fortuny . Otacza go aura tajemniczości , a powolne śledztwo stanowi drobiazgową rekonstrukcję wydarzeń , związanych z motywami tego morderstwa. Ale oto zupełnie niespodziewanie zostaje zabity Elegant – człowiek znany detektywowi jako szef gangu, mający na sumieniu wiele wcześniej dokonanych przestępstw. Oczywiście , w epilogu tego utworu znajdujemy wyjaśnienie przyczyn zabójstwa producenta filmowego…

 

     Powieść została napisana językiem literackim o dużej urodzie , ma swoje tempo , wartką akcję i żywe , funkcjonalne dialogi. Jej konstrukcja trzyma się reguł gatunku , choć może sama akcja została zbyt powikłana , ale to przecież jest propozycja dla czytelnika ambitnego , chętnie towarzyszącego intelektualnie poszukiwaniem różnych tropów  przez detektywa Pesco. Słowem – jest to literatura kontynuująca dobre tradycje światowej klasyki „ kryminałów” . Myślę ,że dla higieny naszych szarych komórek warto czasami sięgnąć po tego typu książki , czytane z dreszczykiem emocji i w poczuciu grozy, stanowiące jednak również pewną formę zrelaksowania , odprężenia psychicznego i wartościowej rozrywki.

 

    Ale oto mamy niespodziankę . Pod pseudonimem Umberto Pesco ukrywa się Ireneusz Iredyński , znany polski dramatopisarz , poeta, prozaik, nieżyjący już od kilku lat. Popularność zdobył przede wszystkim dzięki utworom dramatycznym , wystawianym na licznych scenach krajowych , takim jak „ Zejście do piekła” , „ Jasełka –modernistyczne”, „ Żegnaj Judaszu” . Podobnie zresztą dużym zainteresowaniem cieszyły się tomy jego prozy : „ Dzień oszusta” , „ Ukryty w słońcu” , „ manipulacja” czyli zbiór wierszy pt. „ Wszystko jest obok”…

 

       Życie Ireneusza Iredyńskiego było barwne; budował swoją legendę nie tylko twórczością ostrą , kontrowersyjną i niekiedy nihilistyczną , ale również – prowokującym sposobem bycia , niespokojnym i trudnym do ujarzmienia temperamentem . To życie biegło jakby paralelnie do jego oryginalnej twórczości , wypełnione poszukiwaniem tajników ciemnych stron egzystencji , prowadzeniem gry ze światem i samym sobą. Może właśnie dlatego u początków swojej pisarskiej kariery pisywał utwory sensacyjno- kryminalne, publikowane następnie w prasie śląskiej , o czym z pewnością niewielu miłośników jego twórczości wiedziało. A ta powieść , jak pisze w komentarzu Witold Migoń , zrodziła się zapewne z upodobań do wiwisekcji ciemnych sfer ludzkiego życia , zaś pretekstem umieszczania akcji w Rzymie była z pewnością  fascynująca go dziewczyna , która w tym czasie przebywała właśnie we Włoszech i do której co drugi dzień telefonował. „ Włochy były na tapecie – pisze Migoń – piliśmy „ Chianti” , jedliśmy makaron , mapa i słownik były pod ręką”. Nie można się więc dziwić, że w tym utworze zaskakuje znakomita znajomość realiów włoskich i topografii Rzymu.

 

    Ale fakt, że pisarz umieścił akcję tej powieści za granicą i opublikował ją pod pseudonimem , ma jeszcze inne wytłumaczenie. Otóż polska powieść sensacyjno- kryminalna była od powojnia zbyt mocno ograniczona milicyjną , natrętną dydaktyką , krępowała wyobraźnię i nie cieszyła zbyt wielką popularnością. Aby uniknąć tej krajowo- milicyjnej scenerii kilku pisarzy polskich uprawiało tego rodzaju twórczość także pod pseudonimem, żeby wymienić tu przykładowo Macieja Słomczyńskiego jako Joe Alexa , Tadeusza Kwiatkowskiego jako Noel Raniona czy Andrzeja Szczypiorskiego jak Marice,a S. Andrewsa. Oczywiście , to nie było zjawisko snobistyczne lub zamierzona kokieteria czytelnika . To po prostu dawało większe możliwości uwolnienia się od obowiązujących stereotypów , swobodę gry wyobraźni i możliwości ukazywania nieraz głupich i nieudolnych policjantów , których – jak wiadomo – oficjalnie w naszym kraju nigdy nie było.

 

     Pisze o tym szeroko Stanisław Barańczak w swej znakomitej książce , wydanej pt. „ Czytelnik ubezwłasnowolniony” i opatrzonej podtytułem „ Perswazja w masowej kulturze literackiej PRL” , dostępnej mi w edycji paryskiej „ Libelli” z 1983 roku. Autor wiele uwagi poświęca w niej próbom klasyfikacji tego gatunku piśmiennictwa , określając go jako powieść sensacyjna. Tworzą ją : powieść kryminalna, powieść szpiegowska i powieść grozy. Z kolei powieść kryminalna , do której zalicza się utwór Iredyńskiego , ma swoje dwa rozgałęzienia : powieść detektywistyczna i powieść kryminalno- sensacyjna. Barańczak przeprowadza wnikliwa analizę tego typu utworów , egzemplifikując swoje wywody typowymi cechami , znamionującymi poszczególne rodzaje szeroko pojętej powieści sensacyjnej.

 

     Podczas lektury utworu Iredyńskiego zastanawiałem się , do jakiej grupy on przynależy. Sądzę jednak , że zawiera on elementy charakteryzujące kilka odmian prozy tego gatunku. Niemniej , nie deprecjonuje to jego wartości.

 

     Iredyński po śmierci puka do naszych drzwi w swej mało znanej postaci. Otwórzmy je gościnnie. Nie pożałujemy!

 

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 4 )

Jeden Taki Dzień ( 4 )

 

I w tym dniu, dniu moich 66 urodzin, dalej było ciekawie i nietypowo …zgodnie z planem dzieci pojechaliśmy do Szczyrku, na Przełęcz Biały Krzyż, wiodącą do Wisły. Oczywiście kierowca symbolicznego kielicha w południe nie wychylił, dodaję gwoli ścisłości J

Kierowca już wcześniej zapowiadał, że odwiedzimy Niezwykłego Człowieka. Już kiedyś o Nim słyszałam, ale teraz miało się spełnić …Zapytałam, czy On wie o naszym przybyciu, usłyszałam odpowiedź, że nie trzeba się tam zapowiadać, zawsze jest serdecznie….I tak sobie jechaliśmy , pokonując liczne zakręty wiodące z Godziszki  w dół, aż do starej drogi na Szczyrk, która okazała się rozbabrana remontowo. Trzeba było przepuścić samochody nadjeżdżające z przeciwka. I nagle widzę i słyszę , że nasz kierowca uchyla  okienko i wymienia radosne okrzyki powitalne z kierowcą auta, które znalazło się obok nas.

Jakże niespodziewane było to spotkanie, zupełnie niezamierzone ( bo zamierzone na pewno by się nie odbyło dokładnie w tym miejscu) . Tym kierowcą w pojeździe nadjeżdżającym z naprzeciwka był ów Niezwykły Człowiek, którego dom zamierzaliśmy odwiedzić.  Już teraz wiedzieliśmy, że tej wizyty nie można przełożyć na czas późniejszy….bo On będzie czekał….

Dalej to wspinaliśmy się z lekką zadyszką na zbocze Przełęczy . Przesadziłam w tej relacji, bo oczywiście samochód zadyszki nie miał, ale wstrzymywaliśmy oddech gdy szosa nieustannie zawijała niebezpiecznie coraz wyżej i wyżej. Nawet Mikołajek się niepokoił i pytał, czy nie spadniemy…. Wkrótce pokonaliśmy te liczne serpentyny i ujrzeliśmy Przełęcz Biały Krzyż w pełnej krasie. Pogoda była cudna, widoki zapierające dech, szczególnie podziwiane z szerokiej drogi wiodącej w lewo za Krzyżem i biegnącej brzegiem góry w kierunku Malinowej Skały a dalej Skrzycznego. Po prawej , w tle dumna Czantoria witała, potem w dole Wisła Czarne i dużo dużo gór, wypełniających daleki horyzont. Tam już była Słowacja….Dzieciaki czuły się rozkosznie, dzielnie maszerowały- oj to piechury są prawdziwe piechury zaprawione w rodzinnych kilometrowych wyprawach . W drodze powrotnej, bo głód już przyciskał i był czas posiłku ,  jeszcze się wdrapały na zbocze góry, bo ujrzały krzaczki czarnych jagód. Oczywiście wynalazły całkiem smaczne jeszcze owoce i nie zważając na przepisy sanitarne nakazujące mycie a nawet sparzanie tych owoców jadły, aż im się uszy trzęsły. Rodzice pozwalali, więc babcia taktownie milczała….

Potem rozsiedliśmy się w uroczej autentycznej starej chacie góralskiej z klimatycznym wnętrzem i jedzeniem niezmiennie smakowitym…Tam nie ma ani krzty jakiejś stylizacji, sztuczności tak często spotykanej. Otaczały nas ściana z ogromnych bali, w niej maleńkie wzruszające okienka z podwójnymi szybkami . W centralnym miejscu izby, w której zasiedliśmy znajduje się wielkie zadaszone  palenisko  a w nim  osmalone  i żarzące się jeszcze ogromne głownie . Przyciąga ono  wzrok jak magnes, tym bardziej, że niebawem buchnął prawdziwy radosny pierwotny ogień….kwaśnica od lat smakuje jak nigdzie pod słońcem, bigos to rarytas, placki ziemniaczane pyszne i do tego skwarki, ale jakie skwarki- rozkosz dla podniebienia niebiańska. Tak więc najedzeni, nasyceni tą niepowtarzalną atmosferą opuściliśmy jak zwykle z żalem tę Chatę , oczywiście mówiąc do widzenia, do zobaczenia….

Jeszcze rzut okiem na krzyż ulokowany nieopodal Chaty. Wielki, postawiony przez ewangelików, których w tych stronach dużo. Ukrywali się kiedyś przed prześladowaniami religijnymi, teraz rozsiewają czystą nieskażoną brudem  swoją moralność , przeciwieństwo tego, co widujemy w naszym kościele . Ci ludzie uczciwość i skromność noszą w sercach i tak żyją. Powinniśmy ich naśladować, ale droga daleka i nie widać końca….żal…

Tak więc jak zwykle stęskniona widoku Ukrzyżowanego Chrystusa z szeroką bliską mi twarzą górala beskidzkiego, który zawsze zachwycał wzruszał , uniosłam wzrok w górę…i zamiast tej białej kwadratowej nieomal twarzy z czarnymi  jak głęboka noc włosami i brwiami ujrzałam całą sylwetkę Jezusa powleczoną złotą farbą. Lśniła z daleka tym dziwnym w tym miejscu metalem, stała się obca  a nawet nieprzyjazna. Chcę zapamiętać taką jaka kiedyś była…bliska, budząca wiele uczuć : nieco trwogi i szacunku , wielkiego współczucia i jednocześnie refleksji nad  własnym życiem. Tak, kiedyś tam naprawdę chciało się modlić, nawet ci, którzy nigdy tego nie robili, przeżywali wielką tajemnicę Ukrzyżowanego w nabożnym skupieniu. Postanowiłam to co kiedyś było zapamiętać na wsze czasy, zresztą zapamiętałam….

 

Jeden taki dzień – moje 66 urodziny. ( 3 )

Jeden Taki Dzień ( 3 )

 

W tym dniu wszystko było nietypowe, a dla mnie niezwykłe .

 Bo po pierwsze  w moim życiu się zdarzył tylko jeden taki dzień . W końcu tylko raz się  wkracza w 67 rok  przebywania na ziemskim padole. Tego nigdy nie było i się nie powtórzyJ A po drugie, to było dalej tak:

 

 

Dzieciaki odbyły poranny wielki spacer po okolicznych wzniesieniach, przekraczając niewielkie okoliczne strużki wodne, spływające nieustannie z gór, rzeźbiące bardzo wąskie i głębokie swoje koryto i wróciły bardzo zmęczone. Były poza tym przeziębione . Zaproponowałam odpoczynek na górce domeczku, na miękkich szerokich materacach ułożonych na deskach, gdzie zresztą spali w nocy. Cała czwórka grzecznie się ułożyła do drzemki. Przedtem były życzenia urodzinowe, ale oznajmiłam, że urodziłam się o 12 w południe, więc  na życzenia czas jeszcze nie nadszedł. Wprawdzie przed 66 laty była  niedziela, a teraz sobota, ale ta południowa godzina zawsze pozostała constans.

Rodzice Majki i Mikołajka się martwili, że dzieci chore i nawet wspominali o wcześniejszym wyjeździe do domu.

I  gdy tak sobie siedzieliśmy z Mirkiem na dole, cichutko, by nie przeszkadzać tym, co na górze odpoczywają , nagle stał się istny cud.

Równiutko o 12 , zupełnie niespodziewanie wszyscy zeszli z góry. Radośni, żwawi, i nagle ozdrowiali. Marcin dzierżył białe francuskie wino, podobno  z  tzw. górnej półki. Stanęli kołem i zgodnym chórem odśpiewali sto lat. Dzieciaki dobrze znały słowa i melodię tej pięknej pieśni. Ładnie i chętnie śpiewają. Potem były życzenia i symboliczny kielich wina….