Gorzowskie, podwórkowe miniprzygody…

Tak więc te radosne wspomnienia z dzieciństwa miały takie jak opisałam powyżej ciemne strony, ale ogólnie na naszym podwórku było fajnie. Gdy padał wielki deszcz, obie z Bajką biegałyśmy na bosaka brodząc w  wielkich czarnych brudnych kałużach. Lepiłyśmy błotniste pączki i czułyśmy się jak w raju.

Kiedyś ktoś przyniósł wąską drabinę i przystawił ją do innego bardziej drzewiastego krzaku bzu, posadzonego chyba później niż ten nasz, rozłożysty nad śmietnikiem. Oczywiście poczułyśmy nieodpartą potrzebę, by się na nią wspiąć. Drabina miała metalowe poprzeczki , wystające poza obręb drewnianej konstrukcji. Bajka wykonała zadanie poprawnie, ale ja nieopatrznie postawiłam stopę i ześlizgnęłam się ze szczebelka , zahaczając podudziem o wystający pręt. W efekcie zawisłam na tym pręcie i nodze. Jakoś się udało opanować sytuację, już nie wiem w jaki sposób ale do tej pory mam niewielką bliznę na kości piszczelowej.

Na medycznej ścieżce. Egzamin specjalizacyjny….

Pierwsze spotkanie z dr Salińską i dr Cichocką

 

Taki więc oczekiwałam na egzamin specjalizacyjny pierwszego stopnia  z pediatrii na korytarzu Szpitala Dziecięcego przy ul. Kopernika….

Wkrótce zabrała mnie i jeszcze kogoś ze zdających bardzo miła uśmiechnięta pani doktor. Okazało się, że to prawa ręka ówczesnej  pani docent Teresy Wyszyńskiej,  dr Anna Salińska. Widząc moją zbolałą minę, zapytała, czy tak się denerwuję czekającym mnie egzaminem. Odpowiedziałam, że nie, nie egzaminem… i  nagle wylałam z siebie całe zdenerwowanie stanem Mamy i w ogóle zdrowiem wszystkich w rodzinie. Nie zapomnę reakcji dr Salińskiej- ze spokojem oznajmiła, że ona też ma dużą rodzinę i zawsze miała jakieś problemy, szczególnie w przeddzień egzaminów. Powiedziała, że wszystko człowiek może znieść i z reguły wszystko mija, bo takie jest prawo życia. Uspokoiłam się bardzo. Po latach się spotkałyśmy w CZD, gdzie została zatrudniona jaki Kierownik Poradni Nefrologicznej i gdy było potrzeba, zawsze mnie wspierała swoimi rzeczowymi i spokojnymi argumentami

Wkrótce podeszła do mnie bardzo elegancka i wielkiej urody młoda lekarka, której spokój i pogoda ducha spowodowały, że odeszło w niebyt moje wstępne zdenerwowanie. Oznajmiła, że nazywa się Ela Cichocka i zaraz  przedstawi mi pacjenta którym mam się zająć- zebrać wywiad, zbadać, potem poprosić lekarza prowadzącego o konkretne badania dodatkowe a wyniki swojego działania  przedstawić już nieco później- w obliczu Komisji. Był to tzw. egzamin praktyczny.

Mój podejrzanie pulchny pacjent miał może ok. 9 lat, ale okazał się rozmowny i rozumny. Pomimo wcześniejszej instrukcji, by nie mówić na co choruje, od razu wypalił że ma zespół nerczycowy.  Jakże mógłby o tym milczeć. Tajemnica była dla takiego dziecka tylko wyzwaniem, by ją załamać. Taki więc nie miałam żadnych problemów klinicznych.

Komisja była miła, wysłuchali mojej relacji,  zaakceptowali a potem odpowiadałam na zapisane na wyciągniętej kartce pytania. Wszystko przebiegało sprawnie, bez żadnych zakrętów i niespodzianek. Podziękowano mi serdecznie, postawiono piątkę  życząc dalszej pracy zawodowej i wyszłam oszołomiona.

Oczywiście w miarę zbliżania się do domu wszystko mi się układało w głowie i to, że już osiągnęłam to o czym marzyłam, jestem pediatrą, a także to, że wracam do mojego domowego kołowrotu.

W domu wszyscy odetchnęli i ucieszyli się…..

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że po latach spotkam się ponownie z Panią profesor Wyszyńską i jej zespołem – Dr Salińską i Elą Cichocką, które poznałam przed egzaminem i spędzę obok nich  kolejne 21 lat życia….zawsze podziwiałam opanowanie tych lekarek, wewnętrzny spokój, który udzielał się innym. Pani dr Salińska była Kierownikiem Poradni Nefrologicznej i  zawsze mnie wspierała swoimi rzeczowymi , spokojnymi argumentami….

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z ” Mojego alfabetu…” o Czesławie Miłoszu….

Czesław Miłosz

 

Rok myśliwego

 

    Reputacja literacka naszego noblisty jest tak wysoka , że  każdą jego książkę przyjmujemy z ogromnym zainteresowaniem , z życzliwą uwagą . I tak jest też w przypadku „ Roku myśliwego” – tomu wspomnień i diariuszowych zapisków Czesława Miłosza , niedawno wydanego w krakowskiej oficynie „ Znak”. Pisał je autor od sierpnia 1987 r. do sierpnia 1988 r., notując w porządku chronologicznym ważniejsze  dla niego wydarzenia osobiste , ale zarazem wplatając wątki retrospekcyjne , sięgające odległych lat dzieciństwa, dojrzewania w Wilnie , pobytu podczas wojny w Warszawie a następnie – lat powojennych, które doprowadziły pisarza do wyboru losu emigranta . Jest to zatem szeroka panorama wydarzeń historycznych , z którymi autor miał bezpośredni kontakt , w których uczestniczył biernie , jako świadek , bądź też jako ich współbohater.

    Luźny, rwący się to narracyjny nie oznacza powierzchownej rejestracji przeżyć twórcy , który zasiadał do pisania tej książki w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat , czyli świadom poczucia zamulającego pamięć upływu czasu , okrutnej erozji , jakiej dokonuje ten nieubłagany zegar biologiczny w ludzkiej świadomości. Dlatego właśnie Czesław Miłosz wykazuje wiele starań , aby wiarygodnie odtwarzać swoje przeżycia , te wczesne i te najświeższe , aby nie deformować prawdy historycznej a pochopnym osądem znajomych mu ludzi nie wystawiać krzywdzących i jednostronnych opinii . Nadto , wyraźnie dostrzegalny jest trud autora w demitologizowaniu ówczesnych lat przed i powojennych , w ostrożnym pogłębianiu i analizowaniu motywów ludzkich postaw i zachowań , np. wobec totalitaryzmów , w mozolnym dochodzeniu do prawdy , rzetelnej w swym wymiarze historycznym i psychologicznym.

     W przedmowie Czesław Miłosz wyjaśnia charakter i tytuł książki: ” Skąd ten dziwaczny tytuł ? Przede wszystkim po to , żeby uczcić pamięć książki , którą lubiłem w  moich latach szkolnych i która tak się nazywała. Autorem jej był Włodzimierz Korsak , nigdy nie zaliczany do literatów , ale znany wśród miłośników przyrody, zwłaszcza te j, której pierwotnym pięknem szczyciły się ziemie byłego Wielkiego Księstwa . Korsaków wśród szlachty , zwłaszcza na Białorusi , było bez liku. ( „Co krzaczek to Korsaczek”). Pochodził z Witebszczyzny . Po pierwszej wojnie światowej znalazł się w Polsce i jako zawód wybrał leśnictwo , ale też pisał . Powieść dla młodzieży „ Na tropie przyrody” ma za przedmiot wakacje dwóch chłopców w jego rodzinnych okolicach . To samo cofnięcie w czasie i te same krajobrazy przynosi powieść z wątkiem miłosnym „ W puszczy”. Główną treścią obu tych utworów jest polowanie i obserwacja fauny. Korsak do swoich opisów dodawał niekiedy rysunki tuszem, bardzo ładne , które jednak dowodzą , że nie tyle sztuka go obchodziła , ile dokładność i wierność szczegółom. Tyle wiedzy o ptakach i czworonogach mu zawdzięczam , że złożenie mu hołdu przez wzięcie od niego tytułu jest chyba na miejscu „ . A dalej autor wyznaje : „ Istnieje też inne wytłumaczenie tytułu . Młodociane marzenia o wyprawach „ na tropie przyrody „ nie spełniły się , a jednak zostałem myśliwym , choć innego rodzaju: moją zwierzyną był cały świat widzialny i życie poświęciłem próbom uchwycenia go słowami czy też trafienia go słowami . Niestety , ten rok myśliwego przynosi już głównie refleksję nad  niewspółmiernością dążeń i dokonań , mimo całej półki napisanych przeze mnie książek”. W tych słowach brzmi gorycz niespełnienia i wątpliwości , których nie jest zdolna wymazać ze świadomości autora nawet nobilitująca nagroda Nobla.

    Żałuję , że Włodzimierz Korsak, wieloletni mieszkaniec Gorzowa powojennego , którego książki i wspomniane przez Miłosza rysunki podziwiałem  również w latach mej szkolnej młodości , nie doczekał się tej pasjonującej opowieści słynnego Polaka. Później , już w tekście , pisząc o swoich młodzieńczych lekturach , Miłosz znów wspomina Korsaka: „ lepsze, ( od  utworów Rodziewiczówny- mój przyp.) pisane zwyczajnym językiem , było myśliwskie „ Na tropie przyrody”  Włodzimierza Korsaka , już dla dorosłych , fachowo- myśliwska powieść z sentymentalną fabułą „ W puszczy”, o lasach , jak to u niego, Witebszczyzny”. Bez względu jednak na to , jak ocenia twórczość Korsaka nasz noblista , warto przy okazji skorygować jego twierdzenie , bo autor wydanej w 1922 r/ opowieści Pt. „ Rok myśliwego” z przedmową Józefa Weyssenhoffa należał do 1929 r. do Związku Pisarzy Polskich, czyli miał status literata. No, ale Miłosz mógł o tym nie pamiętać.

      Powracając zaś  do jego diariuszowo- pamiętnikarskiej i wspomnieniowej książki , napisanej piękną polszczyzną , bogatej zarówno w barwne opisy urody kalifornijskiego krajobrazu , jak i precyzyjnie trafne konterfekty  ludzi mu znanych , żeby wspomnieć tu Józefa Mackiewicza , Ludwika Konińskiego , Jarosława Iwaszkiewicza i całą plejadę sławnych pisarzy światowych , a także – Irenę i Tadeusza Byrskich , z którymi Miłosza łączyły głębokie więzi przyjaźni z wileńskich lat , a których ja miałem okazję poznać osobiście w Gorzowie , gdzie kierowali przez pewien czas Teatrem im. Osterwy. A przecież znajdujemy również w książce głębokie i oryginalne refleksje poety o sztuce , polityce, Religii , filozofii , spory z Gombrowiczem , zasadne i aktualne pytania o systemy wartości , apoteozę Jana Pawła II symbolizującego „ znak sprzeciwu” wobec zła i laicyzacji współczesnych społeczeństwa , wreszcie- trafna uwagi o patriotyzmach i nacjonalizmach , wsparte konkretnymi przykładami i mocnymi logicznymi , rozsądnymi argumentami. Wspomnieniowe opowieści Miłosz przeplata licznymi dygresjami , a każda z nich jest cenna , ma swoje znaczenie w tej mozaice odtwarzanego świata zewnętrznego i wewnętrznego, intymnie własnego i subiektywnego. Wszakże pisarz nie stawia sobie spiżowego pomnika , nie kreuje się na wszystko wiedzącego kronikarza i choć zastrzega się , że nie ujawnia całej o sobie prawdy , to jednak wyjaśnia wiele z własnej , skomplikowanej biografii.

      Po datą 16 lipca 1988 r. zanotował: „Trzeba błogosławić dar umysłowej aktywności. Nawet jeżeli wiersze pisane w tym roku są w ciemnej tonacji , za ciemne , żebym z czystym sumieniem chciał je drukować , to jednak są,  i to już coś , zważywszy, że poezja zwykła była nawiedzać dwudziestolatków, trzydziestolatków , nie kojarzona z wiekiem dojrzałym , a tym bardziej starością. Wiersze, czy proza , rano czuję to samo podniecenie na myśl, że będę mógł zasiąść do biurka , tak jak w dzieciństwie myśląc , że zarazem pobiegnę do

ogrodu na całodzienne hasanie”.

 I jest to jedno z licznych optymistycznych przesłań sędziwego pisarza.

 

 

Teksty Zenona Łukaszewicza. ” Mój alfabet…Włodzimierz Korsak”

Włodzimierz Korsak

 

Był seniorem pisarzy zamieszkałych na Środkowym Nadodrzu, do Związku Pisarzy Polskich należał od 1929 roku, pracując w leśnictwie. Przez całe swoje życie realizował dwie pasje : poznawanie przyrody , opisywanie jej piękna i oryginalnej urody. Debiutował w 1922 roku powieścią „ Rok  myśliwego”, opatrzoną przedmową samego Józefa Weysenhoffa. W tymże samym roku wydał powieść dla młodzieży, zatytułowaną  „ Na tropie przyrody”, dwa lata później- opowieści Pt. „ Ku indyjskiej rubieży”. W tymże roku ukazała się również powieść myśliwska „ Pieśń puszczy”. Potem były następne utwory, opisujące tajemnicze uroki natury.

     W latach powojennych wędrował po świecie, jako myśliwy i tropiciel fauny i flory, tej naszej rodzimej, ale i często dla nas bardzo egzotycznej. Zawarł z przyrodą przymierze na całe życie, uprawiając swoje najczęściej bezkrwawe łowy. W Wilnie zetknął się z Miłoszem, który go nieraz z sympatią wspomina, a tytułem swojej najnowszej książki nawiązał do tytułu utworu Korsaka. Był popularyzatorem i gawędziarzem znakomitym, obdarzonym darem snucia atrakcyjnych opowieści o swych przygodach w leśnych ostępach. Często bywał w Lubniewicach , opowiadając młodzieży o swoich przeżyciach. Pewnego razu właśnie tam spotkał się z innym znanym pisarzem wywodzącym się z kresów , z  Melchiorem Wańkowiczem.

    Bodajże w 1950 roku, gdy uczyłem się w gorzowskim liceum, nauczycielką biologii była żona pisarza. Wszyscy jej się bardzo baliśmy, bo robiła wrażenie niezwykle wymagającej i srogiej. Zresztą , taką też była. Pamiętam ją do dziś: szczupła , starsza pani o bystrym spojrzeniu. Przezywaliśmy ją „ glonem”, bo wprowadzała nas w świat pantofelków, meduz i glonów. Wówczas jej męża nie znałem. Dopiero w latach sześćdziesiątych , gdy redagowałem „ Stilon Gorzowski” , poznałem pisarza osobiście. Po długich wahaniach, pomny grozy, wywołanej lekcjami pani Felicji, znalazłem się w ich mieszkaniu. Wręczyłem bukiet kwiatów. Zostałem przyjęty serdecznie i gościnnie. Pan Włodzimierz pokazywał mi swoje rysunki , wykonane cieniutkim piórkiem, którymi ozdabiał niektóre książki. Uskarżał się, że trudno mu żyć  tak bez ruchu, na emeryturze. Narzekał na kłopoty wydawnicze, po wojnie opublikował jedynie dwie książki: wznowioną „ na Tropie przyrody” ( 1962) oraz gawędy przyrodnicze , opatrzone przedmową Feliksa Fornalczyka, Pt „ Las mi powiedział”. Tu należy się pochwała Lubuskiemu Towarzystwu Kultury, które wydało tę książkę w 1969 roku.

    Pomimo gościnnej atmosfery , panującej w mieszkaniu państwa Korsaków, nie mogłem pozbyć się tej swojej dawnej uczniowskiej tremy….

 

 

A może tak trzeba….

Nie chciało się wracać z tego miejsca, oj nie chciało. Czasami Mamy wzywały nas wielokrotnie do domu na obiad, albo kolację, gdy zmierzch rozpoczynał swoje władanie naszym podwórkiem.

Któregoś dnia, moja Mama, ostrzegając wcześniej, że nie wpuści mnie do domu , jeśli będę zwlekała z powrotem, spełniła obietnicę. Niepomna przestrogi, radośnie wróciłam oczywiście mocno spóźniona i zastałam drzwi zamknięte. Dzwoniłam do oporu, bez efektu. Nasza klatka schodowa w tym czasie była zawłaszczona przez różne ciemne typki, które odwiedzały mieszkającą piętro wyżej zabawową sąsiadkę. Z perspektywy czasu wiem, że była to najprawdziwsza prostytutka. W jej mieszkaniu odbywały się balangi a panowie na schodach zostawiali ślady swojego upojenia alkoholowego , czyli cuchnące rzygowiny. Ktoś litościwy posypywał je popiołem, ale fetor zostawał. Zawsze wstępowałam na tę naszą klatkę schodową z lękiem,  ale tym razem strach uzyskał swój punkt kulminacyjny. Mama wiedziała, że się boję, ale była zasadnicza i nie ustępowała. Bo bezskutecznym dobijaniu się do drzwi naszego mieszkania, położyłam się na wycieraczce, zwinięta w kłębek i dygotałam. Chyba po pewnym czasie już nawet nie dygotałam, tylko znieruchomiałam w przerażeniu. Po chwili, która nie wiem jak długo trwała, otworzyły się drzwi z mieszkania naprzeciwko i wyjrzała pani Kolasińska. Ta litościwa kobieta spytała, co tutaj robię. Pewnie jej opowiedziałam, bo bez słowa wzięła mnie za rękę i zabrała do swojego mieszkania. Jak dobrze pamiętam ten moment uwolnienia i powrót bezpiecznego ciepła. Usadziła mnie na tapczanie i podała kubek bardzo ciepłej herbaty. Piłam łapczywie.  Po chwili wyszła i niebawem przybyła z  Mamą, która nadal obrażona, wzięła mnie za rękę i bez słowa zaprowadziła do domu. Od tej pory pilnowałam się bardziej by sytuacja się broń Boże nie powtórzyła.

To doświadczenie nauczyło mnie pokory i chyba było praprzyczyną , że potem już podporządkowywałam się Mamie bez protestów. Ale gdy przypominam tamten wieczór,  nadal czuję zimny dreszcz na plecach.

Gdy urodziłam swoje dzieci, postanawiałam nie stosować takich rygorów i jak już kiedyś napisałam, dostawały pełen luz, co nie zawsze było dobrą metodą wychowawczą- właściwie żadną. Całkiem niedawno opowiadała mi najmłodsza córka, że gdy bawiła się na podwórku, koleżanki oznajmiały, że o tej i o tej godzinie muszą wrócić do domu. I ona bidula, nie mając takich ograniczeń, też chciała im dorównać i zmyślała:  mama kazała wrócić ….

Na medycznej ścieżce. Przed egzaminem specjalizacyjnym.

Egzamin specjalizacyjny tuż tuż….

 

I tak powoli zbliżał się termin egzaminu specjalizacyjnego pierwszego stopnia . Przedtem należało pochłonąć  wiele podręczników. Były one dużej objętości i nasycone ogromną wiedzą . Przygotowywałam się systematycznie. Tak więc najpierw zgłębiałam informacje zawarte w Vademecum pediatrii. A potem czytałam odrębne  podręczniki z każdego działu pediatrii, robiąc notatki na wąskich kartkach. Kartki te wkładałam do vademecum w odpowiednich rozdziałach. Powstała z tego wielka biblia , której treść  potem kilkakrotnie zakuwałam…

W moich warunkach domowych przygotowywanie się nie było łatwe.

Często uczyłam się u koleżanki, Danusi Siekluckiej, albo nocami , gdy dzieci zasypiały, gdzieś w kącie naszego niewielkiego mieszkania.

Z tego okresu zapamiętałam tylko niesamowite nasilenie chorób wszystkich domowników, a szczytem wszystkiego był uraz  a właściwie złamanie kręgosłupa mojej Mamy. Przedtem miała zapalenie płuc, ale w przeddzień mojego egzaminu zerwała się o świcie, by przejąć obowiązki domowe. Obudził mnie alarmujący telefon od Taty- Rodzice mieszkali w swoim mieszkaniu, ale szczęśliwie  na tym samym piętrze . Natychmiast do nich pognałam. Zastałam Mamę w pozycji siedzącej na podłodze, w narożniku pokoju. Była przytomna, z kontaktem, ale widać było jak bardzo cierpi.  Okazało się, że w chwili pionizacji, zakręciło Jej się w głowie i z impetem usiadła na podłodze. Ból był tak silny, że z trudem przeciągnęliśmy Ją na łóżko. Mirek już dzwonił do naszego bliskiego znajomego, Prof. ortopedii Witolda Ramotowskiego, który niezwłocznie przybył. Był świetnym klinicystą i bez żadnych badań dodatkowych a jedynie na podstawie wywiadu i badania przedmiotowego rozpoznał bez trudu złamanie kompresyjne trzonów kręgosłupa i zalecił gorset. Podał namiary do zaprzyjaźnionego z nim technika i Mirek pognał ze zleceniem i karteczką od Profesora gdzie prosił o pilne wykonanie gorsetu. Tymczasem Mama musiała bezwzględnie leżeć i czekać.

Niestety w tej sytuacji perspektywa spokojnego zdawania mojego egzaminu specjalizacyjnego zbladła.

Mama leżała, Tato się krzątał, dzieciaki robiły co chciały, a ja doczytywałam jeszcze jakieś informacje.

Wieczorem Mirek przywiózł gorset, z trudem ubraliśmy Mamę i już było nieco lepiej, bo mogła siedzieć.

Następnego dnia rano, ubrałam się byle jak i podążyłam do Szpitala przy ul. Kopernika, gdzie urzędowała Komisja Egzaminacyjna, do której mnie przydzielono.

Nie znałam tego szpitala, więc trochę błądząc dobrnęłam na ostatnie piętro, gdzie mieścił się Oddział Nefrologii , którym kierowała Pani, ówczesna jeszcze docent, Teresa Wyszyńska.

Czekając na przybycie Komisji, zauważyłam strome , nieomal drabiniaste schody, które prowadziły na poddasze, gdzie mieścił się górny poziom oddziału. Zdumiałam się najbardziej wtedy, gdy mi powiedziano, że tam, na strychu odbywają się pierwsze w Polsce dializy otrzewnowe. Niewielkie pomieszczenie zajmowało duże łóżko dializowanego pacjenta, którego wnoszono na ramionach do tej Sali.

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. „Bronisława Wajs- Papusza”

Właśnie wchodzi na ekrany film państwa Krauzów i ukazuje się biografia tej niezwykłej Cyganki, Papuszy, czyli po cygańsku Lalki. Kobiety, która poprzez swój talent poetycki stała się obca swoim i nieszczęśliwa. Gdy władze polskie wydały zakaz wędrowania z taborami, zmuszając Cyganów do zamieszkania w jednym miejscu, Papusza znalazła się w Gorzowie. I taki oto niewielki tekścik zamieścił mój brat w swoim ” Alfabecie….”A poniżej zdjęcie pomnika Papuszy, usadowionego w gorzowskim parku pod ścianą biblioteki. To moje zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca i pomnika…

 

 

Papusza.JPG

 

 

 

  Bronisława Wajs- Papusza

 

Wspaniała liryczna poetka- Cyganka , która po wędrówkach z taborami osiadła na wiele lat w Gorzowie , pod koniec życia – schorowana i zmęczona dramatycznymi przeżyciami  -została wywieziona do Inowrocławia , gdzie też zmarła i została pochowana….

      W moim alfabecie właściwie powinna figurować pod hasłem ”Papusza” , gdyż ten pseudonim zyskał jej rozgłos . Po cygańsku oznacza on „ lalkę”. Tak ją przezwali młodzi Cyganie , wespół z  którymi wędrowała , zauroczeni jej urodą i lirycznym , ciepłym sposobem życia i bycia . Odkryta przez Jerzego Ficowskiego , fascynowała Juliana Tuwima, odtrącona przez Cyganów , porzucona później przez syna , który wyjechał gdzieś w Polskę , przeżywszy śmierć męża – pozostała w naszej pamięci jako autorka wspaniałych wierszy – pieśni opiewających urodę przyrody , wyrażających nostalgię za owymi wędrówkami taborem po leśnych kniejach i ostępach.

       Jej wiersze , spisywane kulfoniastymi literami właściwie niepiśmiennej autorki , tłumaczone od początku przez Jerzego Ficowskiego , ukazały się w pierwszym zbiorku pt. „ Pieśni Papuszy” ( 1956), w opracowaniu , ze wstępem i objaśnieniami Jerzego Ficowskiego. Drugi tom „ Pieśni mówione” ( 1973) zawierał kilka nowych utworów poetki , i wreszcie całkiem niedawno J. Ficowski opublikował zbiór jej utworów , którego niestety nie mogłem nabyć w żadnej z zielonogórskich księgarń.

       Od 1962 roku Papusza należała do Związku Literatów Polskich , była nagradzana przez Ministra Kultury i Sztuki oraz władze wojewódzkie , które też wspomagały ją finansowo. W 1958 roku przyznano jej Lubuską Nagrodę Kulturalną , miała wówczas nowe mieszkanie w jednym z domów przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie. Mieszkałem wówczas w tym mieście. Wraz z mgr Gertrudą Przybylską ze „ Stilonu” , z bukietem kwiatów , odwiedziliśmy poetkę . Mąż leżał w sąsiednim pokoju , będąc już ciężko chory.

      Papusza powitała nas serdecznie , przyjęła gratulacje, poczęstowała herbatą. Mówiła, że jest już jej trochę lżej , bo dostała pieniądze w nagrodę . Gdy w pewnym momencie zapytałem ją o listy , otrzymane od Tuwima , położyła palec na ustach , nakazując milczenie. I ściszonym głosem odpowiedziała , że ma je albo już sprzedał jej mąż . Nie wiem , ile jest w tym prawdy , bo z innych źródeł wynika, że w chwili załamania psychicznego te listy poetka po prostu zniszczyła.

      Potem przystanęła przy oknie , wpatrzyła się w rosnące za nim drzewa , i usłyszeliśmy przejmująco nostalgiczne wspomnienia za czasem minionym . I żal , że teraz musi mieszkać w pokojach , gdzie parkiet i kaloryfery , i gdzie kur trzymać nie wolno. Wolałaby wrócić do swojego poprzedniego mieszkania . Choć było ono niewygodne , mieszczące się w starej ruderze…

      Papusza – to z pewnością zjawisko rzadkie w światowej kulturze . Inna sprawa, do dziś zresztą niewyjaśniona , ile w jej utworach jest talentu samej poetki , a ile trudu tłumacza , przecież także poety – Jerzego Ficowskiego . No, ale to już pozostanie chyba do końca wyłącznie jej tajemnicą.

       W mojej pamięci zachowało się owo jedyne bezpośrednie spotkanie z poetką , a do jej liryki prostej i pełnej wdzięku często powracam . Żywa jest pamięć o Papuszy w samym Gorzowie . Tablica upamiętniająca jej pobyt widnieje u wejścia do Wojewódzkiej Biblioteki, kilka lat temu zorganizowano w tym mieście sesję literacką jej poświęconą . Od dawna też gospodarze województwa starają się o sprowadzenie jej prochów do Gorzowa , niestety , natrafiając na opór Cyganów z Inowrocławia . Może jednak ten opór w końcu będzie przełamany?

Magiczne miejsca z mojego dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

Magiczne miejsca z dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

 

Z tego okresu wspominam podwórko z cherlawym bzem nad śmietnikiem.

Śmietnik , położony prawie centralnie , był w zamierzeniu ulokowany pod ziemią i przykryty metalową płaską pokrywą z otwieranymi okienkami. I pewnie tak wyglądał w czasach kiedy miasto należało do Niemców.  Jednak w wydaniu Polski komunistycznej wypełniał się śmieciami po wręby i wyrastał wysoko ponad poziom, stanowiąc dla nas, dzieci szczególnie interesujące miejsce. Lokowałyśmy się z Bajką, przyjaciółką serdeczną, na konarach bzu i wpatrywałyśmy się w tę cuchnącą górę bawiąc się przy okazji, która z nas wypatrzy coś ciekawszego. A bywały tam przeróżne skarby. Różne kawałki chleba ciekawie pokryte  wzorami z pleśni, które próbowałyśmy rozszyfrowywać . Najczęściej owe wzory przypominały nowe lądy, co pachniało tajemnicą podróżniczą ale także nagle wyłaniał się zarys jakiegoś zwierzaka czy śmiesznego ludzika. Bywało, że zauważyłyśmy pojedynczy but na wykrzywionym obcasie. A więc od razu przypominałyśmy bajkę o Kopciuszku z zagubionym butem i Królewiczem. Czasami w papierzydłach zaszeleścił najprawdziwszy wąsaty i łysogoniasty stwór. Potem się dowiedziałyśmy, że był to szczur, stały mieszkaniec śmietnika.

Gdy już wyczerpałyśmy tematy związane ze znaleziskami na śmietniku, zajmowałyśmy się zrywaniem dorodnych liści bzu z których wyrywałyśmy różnokształtne dziurki, uzyskując wspaniałe serweteczki, nieomal takie, jakie wyszywała moja Mama.

 

Na medycznej ścieżce. Staż specjalizacyjny.

Staż na pulmonologii

 

Po kilku miesiącach otrzymałam delegację na obowiązujący do specjalizacji staż na pulmonologii .

Powędrowałam więc do Kliniki przy ul. Działdowskiej, gdzie kiedyś, w czasach studenckich uczyłam się pediatrii. Ożyły dawne wspomnienia, sentymenty. Już nie było profesor Lejmachówny, która tak obrazowo opowiadała o wyglądzie dziecka odwodnionego, że zapamiętałam to na zawsze.

 Czułam się tutaj dobrze, pracowałam z dr Ziółkowskim, który chyba teraz już jest profesorem.

Poznałam tam też dr Kapuścińską, żonę sławnego pisarza- Ryszarda. Była drobną blondynką z kręconymi włoskami i wiecznym obrazem zmartwienia na twarzy. Jak bardzo przeżywała niezliczone podróże swojego męża, można sobie było tylko wyobrazić.

Nie pomnę pacjentów, którymi się zajmowałam, bo nie odpowiadałam za nich bezpośrednio, byłam asystentką asystenta.

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 ).

 

 

G.ŁadneWejscieKosGd.jpg

 

 

Tak wyglądało przed pięciu laty wejście do mojego pierwszego domu. Obok brama prowadząca na podwórko.  Po prawej zielony nasz dawny balkon i okna nad bramą z dużego pokoju i pokoju Zenona.

 

G.bramaKosGd.JPG

 

 

Jakże tajemnicze było owe metalowe zagłębienia, a właściwie dwa równoległe w bramie. Należało po nim przejść tak, by stopa nie trafiła na beton. Wówczas to był dobry dzień. Ot, takie dziecięce bardzo poważne zabawy :). Ta jeszcze poniemiecka instalacja zachowała się chyba przez 100 lat ( nie wiem, kiedy dom ten wybudowano),  stwierdziłam ze zdumieniem, odwiedzając Gorzów po 40 latach…

To są zdjęcia własne. Ale mam jeszcze piękniejsze, od goni, gorzowskiej bliskiej mi Osoby. Jeśli się zgodzi, to kiedyś też je tutaj zamieszczę.

 

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 )

 

Po kilku miesiącach Rodzice otrzymali ładniejsze mieszkanie, przy tej samej ul. Kosynierów Gdyńskich ale  pod nr 106.

Mieściło się na pierwszym piętrze jednej z okazałych kamienic, wybudowanych w jednym stylu i ułożonych w dwa szeregi.  Jeden rząd z trzema osobnymi klatkami schodowymi otwierał się na ulicę i podwórko, drugi na podwórko i cudny park.

Nasze mieszkanie mieściło się nad otwartą bramą wejściową z maleńkiej uliczki na teren podwórka, co powodowało, że było bardzo trudne do ogrzania. Panowały wówczas piece kaflowe, więc codzienne rozpalanie w paleniskach może nie było zajęciem trudnym, ale pochłaniało dużo czasu i zanim zrobiło się ciepło, dygotałam pod kołdrą.  Zdarzało się , że w kuchni zamarzała woda. Ale gdy tylko nastawała wiosna, duże okna wpuszczały mnóstwo światła i pokoje się rozjaśniały.

Było usytuowane na pierwszym piętrze, wchodziło się wygodną klatką schodową. Wejście od ulicy miało nad drzwiami ładne owalne, nieomal secesyjnie wyglądające okienko, które do tej pory można podziwiać. Wejście od podwórka było zwyczajne, ale za nim otwierał się mój dziecięcy zaczarowany podwórkowy świat, o którym już wiele opowiadałam. A w bramie zachowały się cudne metalowe płaskawe zagłębienia w betonie, które prowadziły pewnie koła jakiegoś wozu lub powozu.

Długi dość wąski mroczny korytarz łączył trzy duże pokoje wyłożone jeszcze poniemiecką tapetą , łazienkę i kuchnię.

Dobrze pamiętam to mieszkanie, mimo, że przybyłam do niego bezpośrednio ze szpitala gorzowskiego przy ul. Warszawskiej, gdzie ujrzałam światło dzienne po raz pierwszy. I mieszkaliśmy tam przez ok. 10 kolejnych lat.