Powrót do rodzinnych stron.

Powolna normalizacja życia

 

Jest rok 1945. Po wojnie i przymusowym opuszczeniu Wileńszczyzny, Mama z Zenonem zatrzymuje się  w swojej rodzinnej wsi Godziszce. Stefa jest honorowa, zawsze była i pozostała do ostatnich swoich dni. Nie chce niczyjej łaski , garnuszka cudzego i trudno się dziwić, że usilnie się stara o pracę. Na szczęście nie było większych problemów, i wkrótce Mama dostaje pracę w szkole w Rybarzowicach, oddalonych o kilkanaście km od Godziszki.

 O świcie wędruje pieszo do Łodygowic, trasą, którą kiedyś przebywała dojeżdżając do Seminarium Nauczycielskiego w Białej. To są trzy  lub cztery km do stacji kolejowej  a potem już tylko krótka trasa pociągiem. Pomimo pozornie stosunkowo niewielkiej odległości z Godziszki do Rybarzowic,  Mama czuje się zmęczona. I po dalszych staraniach dostaje pracę w godziszczańskiej szkole. Jest wzruszona, gdy po raz pierwszy przekracza progi tej starej szkoły już jako nauczycielka. Odwija Jej się film z całego życia. Gdy miała 6 lat- bo w takim wieku rozpoczynał się obowiązek szkolny, nieśmiała i przejęta też wchodziła tutaj, dokładnie do tego samego budynku. A potem jak szybko i właściwie tragicznie układały się Jej losy. I teraz wróciła, właściwie złamana życiem…do tej samej szkoły uczęszczał teraz Jej syn- a mój brat- Zenon. Jednak Mama nie myślała o pozostaniu tutaj. Kochała te swoje góry, ale nie miała własnego mieszkania, ani nawet widoków, by je dostać. Dopiero po latach wybudowano obok szkoły kilkupiętrowy budyneczek, w którym są mieszkania dla nauczycieli. Gdy odwiedzamy Godziszkę, zaglądam w okna tej szkoły, która się ładnie rozrosła i zawsze wspominam moją Mamę…

Praca dodaje Mamie skrzydeł, stopniowo poprawia się Jej samopoczucie. Już się nie czuje ubogą krewną wszystkich z tej dużej rodziny, jest samodzielna i samowystarczalna.

Jednym słowem powoli staje na nogach.

     Tato pisze listy do Godziszki z dalekich Niemiec. Już jest wolnym człowiekiem, ale ociąga się z powrotem do kraju.

Wprawdzie w listach zapewnia że kocha i tęskni. Ale dlaczego jeszcze nie przyjeżdża, tego Mama nie może zrozumieć. Pewnie  kłębią się w Jej głowie różne podejrzenia, wszak tyle lat rozłąki, inne środowisko, jakieś nowe znajomości może….

Jednak po roku przychodzi ostatni list.

Jak bardzo on cieszy. Zenon jest szczęśliwy, nie wyobraża sobie wprawdzie swojego Ojca, którego właściwie nie zdążył poznać , ale widząc radość Matki cieszy się podwójnie .

Mama jest dumna, odważniej patrzy ludziom w oczy. Jej mąż jednak do niej wraca.

Już ma dosyć podejrzliwych spojrzeń rodziny i szeptów po kątach, które słyszy, bo przecież ma dobry słuch. Podejrzewają, że została porzucona i węszą kłopoty…

 

Na medycznej ścieżce. Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji…

Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji

 

Doskonale pamiętam nasz gabinet w Oddziale Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej, w którym pracowałam od 1975-1981 roku.

Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rezydowałyśmy tam wszystkie.

Pod oknem siedziała piękna i eteryczna blondynka o wielkiej sile charakteru – dr Romualda Szlachetko. To ona, w tych trudnych warunkach, gdzie tyle się działo, dziergała doktorat. Promotorem była Prof. Niżnikowska z Dziekanowa, bo nasz szpital nie miał uprawnień do prowadzenia doktorantów.

 Nie zapomnę, jak sumiennie siedziała za biurkiem prowadząc starannie historie choroby pacjentów, uciszając nas , gdy chciałyśmy pogadać .Potem znikała w miniaturowej szatni, gdzie zgromadziła mnóstwo historii chorób wypisanych już pacjentów i na ich podstawie opracowywała materiał kliniczny swojego doktoratu. Jej męża , nazywaliśmy docentem od tulipanów, bo pracował naukowo w jakimś Instytucie , prawdopodobnie przedmiotem jego badań były właśnie tulipany. Szkoda, że nie dowiedziałam się szczegółów tej pracy, bo na pewno była ciekawa.

Na  wprost niej rezydowała  dr Zosia Madejczyk, o której już dużo napisałam,  a  po lewej , bliżej  wejścia Hania Peńsko.

O Hani opowiem niebawem, bo była dla mnie bardzo ważna. Spokojna, wrażliwa bardzo zaangażowana w życie i zdrowie pacjentów, pedantyczna,  była dla mnie wsparciem nie tylko w pracy ale i w domu.

   A naszym gabinecie , tuż obok drzwi rezydowała Anula Ipnarska. O niej napisałam całe tomy wspomnień. 

Ja siedziałam tyłem do wszystkich, kątem oka mogłam obserwować śliczną zapracowaną dr Romę, z drugiej strony widziałam wejście do gabinetu a na wprost było biurko, które czasami zajmowała  uwielbiana przez nas dr Czachorowska. Wprawdzie miała swój gabinet, ale bywała z nami na porannym omawianiu dzieci i czasami później.

Wszystkie miałyśmy służbowe czarne wełniane peleryny na pięknej kraciastej barwnej podszewce.

Były potrzebne w czasie dyżurów, gdyż wędrówka do Izby Przyjęć , zwłaszcza nocą i w kopnym śniegu powodowała szczękanie zębów. A dodatkowo były naprawdę twarzowe i malownicze.

Wyjątkowo ładnie wyglądała w swojej pelerynie  dr Roma, gdyż wielokrotnie w zimnawym gabinecie, siedząc pod wielkim i nieszczelnym oknem, marzła. Zawijała się w nią uroczo i przypominała piękną bohaterkę jakiś romantycznych filmów.

 

Losy moich Rodziców. Komunistka wraca do domu.

Komunistka wraca do domu.

 

Opuściwszy piękną podkrakowską Rybną Mama z synem, tobołami i słynnym już tapczanem, na którym przyszedł na świat w Smorgoniach Paweł, syn Heleny i Jana Konopielko  a który długo nam jeszcze służył w Gorzowie, została zapakowana do kolejnego wagonu kolejowego . Nie wiem, jak zorganizowano tę podróż , ale pewnie Mama trochę umiała czarować, miała tak przejmująco błękitne bławatkowe oczy, że jacyś  pomocnicy się znaleźli  i niebawem  ujrzała znajome strony- Katowice, a potem Bielsko- Białą.

 Tam, u kresu tej wielomiesięcznej podróży z nieomal roczną przerwą w Rybnej odebrał Ją brat, Szczepan.

Potem jechali wozem przez bardzo szerokie i malownicze przestrzenie Kotliny Żywieckiej. A dookoła jak zwykle milczały góry , góry które kiedyś porzuciła witały ją ponownie a może nie witały, może była im obojętna. Ale trwały, były jak zawsze, odwieczne, skąpane w mgłach zieleniejące w słońcu, czasem śnieżne. Ale zawsze piękne, chłodne, dalekie i właściwie obce….

Nie wiem, co czuła wtedy  Mama.

Przecież zdawała sobie sprawę,  jak wygląda, że ma na twarzy wypisaną żałobę po przeżyciach wojennych i stracie wojennego dziecka- Wacusia. Czuje się właściwie  wrakiem człowieka, bo wszystkiego było na tej ziemi wileńskiej za dużo. Tyle przeżyć, walki o przetrwanie, byt i pod koniec wojny największa życiowa porażka, tragedia- wolno ziębnące rączki i nóżki własnego dziecka – to temat, od którego już nigdy się nie wyzwoli, nie zapomni i będzie o tym mówiła do końca swoich dni i przekaże to mnie , która na szczęście tego nie poznała, ale współcierpi ze swoją Matką, zawsze, na zawsze. Tak to było dużo, za dużo do dźwigania na jej ramionach. Tak się właśnie czuje. wracając w rodzinne strony.  Jak bardzo nie przypomina tej Stefy, która odwiedzała rodzinę jeszcze tak niedawno.

Nie przypomina tej dumnej , pewnej  siebie, eleganckiej światowej Stefy.

Cała wieś się schodzi, by obejrzeć komunistkę. Dla nich każdy, kto przybywa ze Wschodu jest komunistą. Z wozu schodzi  moja Matka  i staje przed nimi.

Przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. Jest w starej marynarce Ojca przepasanej sznurkiem  i jego butach. Wszystkie ciuchy albo sprzedała Rosjankom, oficerszom, jak nazywano tam żony oficerów , by mieć na chleb dla dzieci albo straciła w pożarze, gdyż dom, w którym mieszkała był wielokrotnie bombardowany i ostatecznie spłonął .

Wita ich zdumione milczenie.

Ale nie ma co tak stać i trwać w rozpaczy , życie pędzi do przodu.

A więc powitanie z Rodzicami, rodzeństwem.

Pękają jakieś lody, przytulenia i wreszcie trochę ciepła czuje i krew żywiej krąży i wreszcie ulga, że jest wśród swoich, niezależnie jacy są…

Zenon też powoli się łapie kontakt z kuzynami. Bardzo lubi córkę Hani, prawie równolatkę Franię z oczami jak chabry w ciemnej oprawie gęstych rzęs. Frania do tej pory żyje i wspomina z ciepłym uśmiechem mojego brata, który od dwóch lat przebywa w zaświatach…

 

Mąż młodszej siostry Mamy- Hanki, Janek zabiera Zenona do Bielska, gdzie kupuje mu jakieś ubranie. Ten człowiek , chyba najuboższy z całej rodziny, bo ma liczną dzieci, jest w sumie najcieplejszy i najbardziej opiekuńczy. ..

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Niezwykła kobieta , lekarz i szef – Dr Czachorowska

Po niewielkiej przerwie spowodowanej wycieczką do Uniejowa wracam do opowieści o mojej medycznej ścieżce .

Od 1975 roku  pracuję w nieistniejącym już Szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul. Siennej / Śliskiej. Tutaj uczę się pediatrii, zachwycam wiedzą i wielką klasą pracujących tu od dawna lekarzy….

 

 

Raz jeszcze o doktor Czachorowskiej.

 

Dr Czachorowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji,  była dla mnie idolem , wzorem lekarza, nieograniczonej wiedzy, mądrości i doświadczenia. Budziła respekt i  szacunek . A równocześnie była ciepłą emanującą czarem i radością kobietą .

Poznałam Ją jako przystojną  zadbaną blondynkę o ślicznych ciemnych , czasami bardzo poważnych oczach . Ale bywało, że zapalały się w nich żartobliwe ogniki  albo zwykłe matczyne ciepło.

Opowiadano mi, że po jakiś problemach życiowych bardzo szybko się pozbierała, diametralnie zmieniła swój, jak to się teraz mówi, image , rozkwitała w ramionach swojego wybrańca,  który ją często odwiedzał , czekał pod szpitalem by odwieźć do domu. Miała dwoje dzieci, które pędziły ciekawe, mądre i zaangażowane zawodowo życie.

Bez Niej Sienna nie miałaby takiego kolorytu, Ona była ozdobą tego szpitala, dumą i nadawała mu niepowtarzalny klimat.

Nie miała zwyczaju zwracania uwagi lekarzom w obecności innych, gdy zauważyła jakiś błąd. Robiła to dyskretnie, zapraszała do swojego gabinetu i pouczała. Doświadczyłam tego kilka razy i byłam wdzięczna, że tak to się odbywa. Nigdy nie obmawiała nikogo kto właśnie   wyszedł z gabinetu, jak to widziałam później . Potrafiła wywalić prawdę prosto w cztery oczy . Marzyłam by pracować w Jej oddziale, ale były to marzenia nierealne. …

 

Pożegnanie z Uniejką, dziewczyną która miłowała nad życie…

 

Uniejka

 

 

LegendaUniejka

 

LegendaUniejka2

 

 

 

 

 

 

Pożegnanie z Uniejką, dziewczyną, która miłowała nad życie…

I nadszedł czas na ostatnie pożegnanie z Uniejką.

To jest dziewczyna  z okolicy, która kiedyś miłowała nad życie, a teraz zaklęta w biały kamień unosi się nad zielenią traw, zapatrzona  w dal nie słyszy pokrzykiwań pawi, głośnych rozmów ludzi przemierzających parkowe alejki, całego współczesnego hałasu. Jest ponad codzienność. Niezmiennie piękna o każdej porze dnia i w każdym oświetleniu. Nieodmiennie śnieżna, spokojna, tajemnicza i pewnie jeszcze zakochana.

Uniejka z Uniejowa….

Zaglądam do niej codziennie rano i jeszcze raz , po południu. Na tablicy umieszczonej u stóp pięknej czytam tekst starej uniejowskiej legendy. To  historia jej i jej bezbrzeżnej miłości…

I już pora wracać, jeszcze ostatnia kąpiel w cudnej, miękkiej siarkowej solance, ostatni ten dodatkowo krzemowy miedziany radonowy wodny balsam na skórę i wodna pieszczota.

A potem wyjazd z mocnym postanowieniem powrotu w to piękne miejsce, nad Wartę, która bieży do mojego Gorzowa i przypomina dzieciństwo słodkie i lata chmurne i durne….tak, chcę wrócić nad Wartę, moją rzekę…..

Pożegnanie z uniejowskimi ptakami.

Pożegnanie z uniejowskimi ptakami .

Opuszczam chłodny dziedziniec zamkowy i ponownie zanurzam się cienistych alejkach, wśród soczystej zieleni.

Jak zapowiedziałam poprzednio, koniec już z historią , już nie czytam, jeno oglądam i słucham i wdycham.

 I w parku pachną drzewa wielkie, szumne, sypiące suchymi gałęziami gdy powieje silniejszy wiatr. I gdy spada nieopodal wielki konar, odczuwam  trochę strachu, ale myślę, co komu pisane…i idę dalej.

Wita mnie dźwięczny skrzek , właściwie skrzekliwy krzyk , bardzo charakterystyczny, codziennie słyszany, często powtarzany.

Już wiem, że to  rozmawiają ze sobą pawie.

Założono bowiem tutaj, na terenie parku, niewielki ogródek z wybiegami dla ciekawego egzotycznego ptactwa. Prowadzi je jakieś poduniejowskie gospodarstwo, którego nazwa widnieje na ogrodzeniu. Pewnie tam można też kupić takie dziwadła skrzekliwe.

Tutaj przebywają dwa duże pawie płci męskiej i dwie panie pawice. Te pary są rozdzielone siatką, widocznie taka jest potrzeba. Jednak po jej obu stronach łączy się drewniana poprzeczka, na której to ptaszyska wypoczywają.

Jeden paw posiada typową  barwę i połysk upierzenia oraz długi ogon , czasami smętnie spływający daleko na ziemię . Po rozwinięciu ogona paw pokazuje swoje śliczne kolorowe, połyskliwe pióra , takie jakie zdobią czapki krakowiaków.

Drugi paw jest śnieżnobiały, zjawiskowy. Gdy w wielkim podnieceniu i gulgocie rozpościera swój ogon wygląda zjawiskowo i pomimo że to porównanie nie przystaje do jego płci przypomina pannę młodą w koronkowej kreacji. Cudne są te jego białe pióra.

Jego partnerka jest pstra, a partnerka pawia pstrego jest biała.  Zastanawiam się dlaczego tak jest. Czy to działanie celowe ich opiekuna i wynika  z jakiś potrzeb prokreacji, wytworzenia nowych kolorytów pawich u ich potomstwa czy jest to spowodowane  sympatią pawich  panów to właśnie takich pań. Może działa w tym wypadku powszechnie znane w biologii , odwieczne prawo  przyciągania się różnorodności. Nie wiem, tak sobie tylko spekuluję. Pewnie gdybym zapytała pana, który codziennie przychodzi do tej ptasiej gromadki , wysypuje ziarno a czasem przynosi im jakieś bułki , może by jednoznacznie odpowiedział. A może nie on, ale można by skontaktować się z hodowcą. I to jest kolejne zadanie dla mnie na przyszłość. Postanawiam więc nieodwołalnie jeszcze kiedyś  odwiedzić Uniejów…

Tymczasem panie pawice w ogóle nie wykazują zainteresowania swoimi partnerami, obojętnie skubią trawkę i jakieś niewidoczne ziarenka , przemykają obok podnieconych panów , ale może też to tylko maska. Obojętność wszak potrafi podniecać…

Jednym słowem te hałaśliwe skrzeki i wrzaski wydają panowie szykując się w zaloty i wówczas możemy podziwiać ich cudnie rozpostarte ogony. Jest to naprawdę spektakl. Ileż wkładają energii w to uwodzenie, przysiadają na silnych nogach, potrząsają kuprami, rozwijają te swoje niesamowite ogony by pokazać pełnię krasy, kierują te wachlarze w stronę tej jedynej, nieomal zagarniając je w te przedziwne ramiona. A one nic. Dalej obojętnie przemykają obok nich, powodując jeszcze większe przyspieszenie tańca pana pawia. Wyobrażam sobie jak szybko biją te podniecone samcze serduszka jak grają hormony. Cudne są te baletowe wyczyny pawi, naprawdę cudne.

Potrafię siedzieć na pobliskiej ławeczce godzinami i patrzeć na tę grę uczuć, barw, lśnień i cudów przyrody…

Niższe piętro jeśli chodzi o wielkość ptactwa stanowią złociste bażanty królewskie.

Pawie ich nie zauważają. Zresztą  bażanty też mają swój świat. Są piękne. Często podchodzą do siatki i  patrzą na mnie bażancim a chciałoby się powiedzieć – sokolim bystrym wzrokiem. Nawet udało mi się  sfotografować jedno takie spojrzenie.

I nie mogę się nadziwić, że ktoś potrafił uśmiercać te piękne mądre ptaki o nieomal ludzkim spojrzeniu by następnie je podawać na królewskie stoły . Myślę, że nie tylko na królewskie, pewnie też na stoły kolejnych właścicieli zamku w tym licznych arcybiskupów.

No cóż, okrucieństwo ludzkie nie znało granic….

Inne grupki ptactwa do kurki całe opierzone, poruszające się jakby na kuleczkach czyli króciutkich nóżkach całkowicie pokrytych piórkami…wydaje się, że jest im trudno tak żyć, ale przyzwyczajone od urodzenia nie do chodzenia, ale toczenia się zawsze mają zadowolone miny…

Pożegnalny obiad.

Pożegnalny obiad.

Ale w końcu odrywam się od wrzucania tych różnych faktów historycznych związanych z Uniejowem ,  uniejowskim zamkiem i moich wędrówek w przeszłość.

Już czas na przyziemne, prozaiczne czynności. Burczy w żołądku z głodu a i usta spragnione, bo słońce praży.

Siadam więc na zamkowym restauracyjnym tarasie, w słońcu, ale pod wielkim parasolem przeciwsłonecznym i powoli staje się rozkosznie.

Zamawiam wodę mineralna z obowiązkową cytryną i leniwie studiuję kartę dań. Wynajduję to, co będzie mi odpowiadało. Jest to półmisek z grillowanymi rybami. Dobry to był wybór, gdyż wkrótce wjeżdża to danie, smakowicie wyglądające , z obłokiem delikatnego zapachu rybki i morskiej bryzy zmieszanej z zapachem zielonej Warty.

Na wielkim półmisku rozłożono kilkanaście porcyjek różnych ryb i to danie obiadowe jest zbyt obfite jak dla jednej osoby, więc zapraszam kogoś  bliskiego i pałaszujemy, aż nam się uszy trzęsą.

Po chwili odrywamy głowy znad talerzy bo tak cudnie śpiewają ptaki, w dali pokrzykują pawie, szumią korony wielkich wiekowych drzew.

Po prostu żyć, nie umierać się chce, w takich ulotnych, złapanych na chwilkę tylko momentach….

Zamek uniejowski teraz.

Zamek uniejowski teraz

Jednak w 2008 roku gdy dzięki pieniądzom unijnym zaistniały szanse, by wykorzystać odkryte przed laty, nad Wartą cenne źródła termalna i wybudować kompleks basenowo- termalny, podjęto prace rewitalizacyjne zamku. Czasowo więc zamknięto zamek , by otworzyć go w swoim pięknym kształcie, ale z nowoczesnym i funkcjonalnym wnętrzem . Obecnie jest piękny, i jak napisałam mieści się w nim Hotel , restauracja. Pozostała tylko jedna komnata, która wiernie oddaje dawne klimaty. I tylko ona jest pokazywana zwiedzającym.

Ale dla mnie najważniejszy jest zewnętrzny ogląd. Wchodzę na chłodny dziedziniec. Za nim jest kolejny, opasany murami obronnymi zbudowanymi z ogromnych kamieni. Rozglądam się i słyszę gwar głosów z różnych epok, obok mnie przemykają jakieś damy bijąc pokłony  brzuchatym dostojnym upierścienionym  arcybiskupom, miejscowym władcom, władcom dusz i ziemskich dóbr. Cóż za wyśmienita pozycja tych dostojników. Wymyślona dla ludzi, którzy potrzebują wystawnych barwnych szat, i władcy absolutnego. Jak wielu szaraczków próbowało mieć swoje zdanie na ten temat i wkrótce znikali z powierzchni ziemi jednym gestem wypielęgnowanej i obcałowanej dłoni jakiegoś arcybiskupa. Od wieków tak było i jest teraz. Zamykanie ust, tym którzy chcą prawdy i ją głoszą. Iluż było w historii księży takich jak choćby ksiądz Lemański i przeminęło a Kościół się ostał ze swoją powagą i pewnością władzy.

Tak więc stoję ci ja, na tym bardzo spokojnym teraz ale tętniącym podskórnym pulsem starej historii dziedzińcu i odrzucam takie myślenie, jest pięknie i chłodno w niespodziewanie rozpalonym tegorocznym majem świecie dookolnym  i wyszukuję dawne piękne elementy świetnie wkomponowane w całość.

Widać z jaką starannością został odbudowany.

Wzruszam się, gdy widzę linijne ślady po pożarach, wyrysowane na zachowanych starych cegłach.

Widzę te straszliwe wszechogarniające dawne pożary.

Jeszcze wtedy nie było XIX wiecznego parku , który powstał za sprawą żony carskiego generała, więc drzewa pięknie wyrosły.

Pożary były wcześniej . Właśnie wybuchał kolejny. Trzask i swąd i łamanie krokwi i dymy i krzyki mieszkańców zamku a z drugiej strony obojętni i tylko zainteresowani mieszczanie, którzy stoją na swoim brzegu dość wysokim brzegu Warty, bezpiecznie, bo chronieni przez swoją rzekę. 

Pewnie wielu z tych mieszkańców miasteczka Uniejów myślało sobie wtedy – jak dobrze, że płoną te kościelne dobra, wszak zagrabione im, prostym ludziom. I teraz patrzyli  zimnym spokojnym okiem jak snopy iskier zmieszane z jęzorami ognia wznosiły się do nieba. Niebo , jak zwykle obojętne też sobie patrzyło.

Teraz oglądam z czułością te zarysy wypalonych ścian, jednak historia oglądana z perspektywy wielu lat wydaje się łagodniejsza, bliższa i człek jest w stanie zachwycać się a nawet uwielbiać to, co kiedyś było jego utrapieniem….

Tak więc teraz, gdy stoję na tym chłodnym dziedziniec, i ze wzruszeniem oglądam   ślady wypalenia na zamkowych murach, skrupulatnie wypełnione cegłami, zarysy nieistniejących okien, mury kamienne i szklaną nowoczesną galerię na piętrze.

Tutaj stare pięknie uratowane miesza się z nowym, nowoczesnym i też pięknym. Jak dobrze, że został uratowany, że daje ludziom nie tylko wygodę ale i oczom radość

Wpadam w zachwyt i chciałabym tu pozostać i patrzeć oglądać, smakować i przenosić się w dawne czasy. Tak, tutaj jest to możliwe, tylko zmienić kreację na średniowieczny strój…

Pożegnalny spacer po Uniejowie (5)

 

To już ostatni wpis o historii zamku uniejowskiego, więcej nie będę zanudzała tych, którzy się zanudzili 🙂

W kolejnych latach Uniejowski zamek ulega zniszczeniom przez pożary i jest cierpliwie odbudowany.

W latach 1525-1534 odbudowa wiąże się  z dużą modernizacją, co powoduje utratę większości cech gotyckich.

I nadchodzi rok 1655. Fala szwedzka zalewa nasz kraj. Jest to okres, kiedy doszło do jednej z największych dewastacji  kraju.

Jak trudno sobie wyobrazić tych chłodnych Skandynawów w szale  niszczenia, grabienia i zawłaszczania obcych ziem. Co wyzwoliło w nich takie emocje. Pewnie historycy już to wiedzą, ale oczywiście ja nie. Może nadejdzie czas na czytanie opracowań historycznych. I dlatego warto jeszcze żyć…

zamek uniejowski tonie w powodzi szwedzkiej. Mieszkańcy cierpią a może pokornie pochylają głowy i jedynie spełniają swoje obowiązki.

 

I po potopie szwedzkim znowu nadszedł czas odbudowy Polski, Uniejowa i jego zamku.  

Jednak w 1704 roku wkraczają tutaj wojska saskie i dokonują kolejnej dewastacji.

 W głowie mi się kręci od dat, od informacji, istny zamęt…oj biedni my biedni, Polaczki, narażeni na liczne najazdy obcych, przypadkowo grabieni, gdyż położeni na trasach wojennych, pomiędzy sobą skłóceni, walczący o prywatę – tak sobie myślę przy okazji wczytywania się w historię Zamku Uniejowskiego.

W 1736 roku zanotowano kolejne pożary, które go zniszczyły.

W 1745 roku arcybiskup Krzysztof Szembek dokonał częściowej restauracji zamku.

W 1796 roku Zamek Uniejowski został upaństwowiony przez zaborcę pruskiego.

I znowu obrót koła historii

W 1836 roku, gdy upada powstanie styczniowe, carski generał  Aleksander Toll, pochodzący z Estonii wsławia się tym, że rozgramia wojska polskie pod Ostrołęką. W dowód uznania car rosyjski ofiarowuje mu Zamek Uniejowski i tytuł hrabiowski. 

Jednak Uniejów ma  trochę szczęścia w tym nieszczęściu.

Otóż żona tego generała rzuca projekt, by stworzyć wokół zamku park. Ma tyle energii i pieniędzy, że wkrótce powstaje piękny, podziwiany do dziś park krajobrazowy, będący chlubą Uniejowa. I tak to zło, które się stało obraca się w dobro. Niezbadane są prawa historii i boskie ścieżki.

Po 1918 roku zamek przejęli Polacy.

Działało tutaj gimnazjum a później pensjonat.

W  czasie działań wojennych, w 1939 po raz kolejny znacznie zniszczono zamek .

Później mieścił się tutaj magazyn zboża i nawozów.

W latach 1957-67 rozpoczęto prace konserwatorskie, w 1995 otrzymała go Rada Naczelna Zrzeszenia Studentów Polskich, która nie miała odpowiednich środków dla utrzymania tak wielkiego obiektu. Zamek więc powoli, ale systematycznie niszczeje.

Wydaje się, że ostatecznie przegrał walkę z losem.