Na medycznej ścieżce. Wirusowe zapalenia opon.

Często zdarzały się dzieci , które też demonstrowały burzliwe objawy takie jak  wysoka ciepłota ciała, bóle głowy, czasami występowały drgawki, zaburzenia świadomości.

Podczas badania  takiego dziecka również stwierdzaliśmy obecność objawów oponowych, co zobowiązywało  do dalszych kroków, jakim było nakłucie lędźwiowe  z następowym badaniem płynu mózgowo- rdzeniowego.

Ale jego skład pozwalał na rozpoznanie wirusowego zapalenia opon.

Najczęściej były to powikłania świnki, czyli zapalenia przyusznic, ale też ospy wietrznej albo wskutek innych wirusowych zakażeń  niezidentyfikowanych wówczas wobec małych możliwości diagnostycznych .

Gdy byliśmy pewni, że zapalenie jest spowodowane przez wirusy,  nie stosowaliśmy żadnego celowanego leczenia bo wtedy go właściwie nie było,  podawaliśmy płyny kroplówkowe i leki likwidujące lub zmniejszające nasilenie objawów choroby.

Po pewnym czasie zwykle choroba samoistnie mijała.

Bywały jednak bardzo ciężkie stany, zwłaszcza gdy dochodziło do równoczesnego zapalenia mózgu. Nie było leków przeciwwirusowych, które zmieniłyby przebieg choroby.

 

Na medycznej ścieżce. Sepsa- zaburzenia krzepnięcia.

Leczenie posocznicy musiało być wdrożone bardzo szybko, bo należało wygrać z czasem.

Jeśli się udało opanować zakażenie bakteryjne oraz  zaburzenia krzepnięcia,  dziecko szybko zdrowiało.

W tamtych czasach wiedziano co się dzieje w układzie krzepnięcia w tych stanach. W pierwszym okresie była to faza nadkrzepliwości, która wiązała się z krwotocznymi zatorami widocznymi w skórze , śluzówkach i narządach wewnętrznych . I wówczas nasze działania były najskuteczniejsze. Jednak potem dochodziło do rozpuszczania skrzepów i nasilenia krwawień. Wtedy mogło być już za późno.

Wiadomo było, że w początkowym okresie skuteczna jest heparyna. Stosowaliśmy ją zawsze gdy była potrzeba. Jednak metody oznaczania zaburzeń i kontrolowania terapii były bardzo prymitywne.

Spędzaliśmy przy chorym dziecku całe dni i noce.

Zawsze była z nami laborantka, która co pewien czas pobierała krew kapilarną do bardzo cieniutkiej włosowatej rureczki. I co sekundę przełamywała tę rurkę oceniając jak wygląda skrzep który się w niej tworzył. Na podstawie czasu tworzenia skrzepu modyfikowaliśmy dawkę heparyny , odpowiednio ją zmniejszając lub zwiększając. Nie było innych, bardziej obiektywnych metod oceny, stosowanych aktualnie .

Dyżurujące z nami pracownice laboratorium , czuwały przy pacjencie, przejmowały się jego stanem i miały poczucie współodpowiedzialności za efekty leczenia. Byliśmy z nimi zaprzyjaźnieni i szanowaliśmy ich wiedzę . Do tej pory utrzymuję kontakt z Irenką Jagielak, mgr farmacji,  czasem wspominamy dawne czasy…a patrząc z perspektywy minionych wielu lat- chyba były to dobre czasy….

Na medycznej ścieżce. Ropne zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych- wyścig z czasem.

Ropne zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych jest wynikiem uogólnionego zakażenia czyli posocznicy inaczej nazywaną  sepsą.  

Bakterie , które dostały się do krwioobiegu, krążą w naczyniach , tam się w szybkim tempie namnażają a następnie lokalizują  w obrębie przestrzeni płynowych mózgu i rdzenia kręgowego .

W ten sposób mogą też powstawać ropnie w narządach , np. nerce czy śledzionie .

Jeśli tymi bakteriami są meningokoki, ( neisseria meningitis) namnażają  się  we krwi pacjenta tak błyskawicznie  , że ich zagęszczenie we krwi powoduje tworzenie się zatorów w obrębie skóry i śluzówek. W obrębie pośladków dziecka, w okolicy kolan, łokci, na tułowiu albo w każdym innym miejscu pokazują się drobne krwistoczerwone regularne, uniesione ponad powierzchnię plamki. Czasami można obserwować jak się pojawiają i rośnie ich liczba. Bywa, że  zlewają się w większe skupiska, przybierając wygląd wielkich wylewów krwawych.

Po wdrożonym dobrze dobranym leczeniu zmiany te ustępują w takim samym szybkim tempie.

 Najgorszym , powikłaniem mogą być krwawe wylewy do nadnerczy, co zwykle bywa przyczyną zejścia śmiertelnego. . W przypadkach tzw. posocznicy piorunującej czyli zespołu Waterhause- Friderichsena prowadzącej do zejścia śmiertelnego , nadnercza uwidaczniane w czasie badania sekcyjnego przypominały woreczki wypełnione krwią z zupełnie zniszczoną tkanką gruczołową.

    W przypadku ropnego zapalenia opono mózgowo- rdzeniowych bardzo ważną rolę odgrywa czas wdrożenia odpowiedniego leczenia.

Dlatego w Izbie Przyjęć po błyskawicznym zebraniu informacji o wynikach badań laboratoryjnych należało zaordynować odpowiednią terapię.

Tak więc do obowiązków lekarza który tam pracował  należało wpisanie zaleceń do oddziału takich jak skład   płynów kroplówkowych , rozplanowanie dawek leków w tym odpowiednich antybiotyków i bezzwłocznie przekazać dziecko do oddziału.

Nie zapomnę przywiezionego nad ranem 6 letniego chłopca Marcina N. , z objawami narastającego zespołu wykrzepiania. Przebywał on u swojej babci, w Pułtusku, wysoko gorączkował i wymiotował. Czujna babcia odglądała jego skórę i zobaczyła pojawiające się krwiste  plamki.  Od razu załadowała dziecko do samochodu i trafiła do naszego szpitala. Nie wiem na pewno, ale mogę przypuszczać, że już kiedyś widziała takie schorzenie, a może miała jedynie wyostrzoną intuicję. Udało się go uratować, mimo że objawy gwałtownie narastały. Jakiś czas potem obserwowałam, gdy wielkie wylewy na kolanie i języku ulegały martwicy i w rezultacie wypadły nieżywe tkanki. Nie wiem, jak te zmiany wyglądały potem, może nawet wymagał przeszczepów . Ale uszedł z życiem ….

Na medycznej ścieżce. Znakomita bakteriologia w tym szpitalu.

Po podjęciu decyzji, że pacjent zostaje w szpitalu, należało wykonać badania diagnostyczne. Do nich zwykle, jak już wspominałam, należało nakłucie lędźwiowe i pobranie płynu mózgowo- rdzeniowego do badania ogólnego i bakteriologicznego.

Wielokrotnie widać było gołym okiem, że pobrany płyn był mętny, tzn. prawdopodobnie ropny.

Płyn ten, wydobyty z ciała chorego, jeszcze ciepły, był natychmiast badany w laboratorium mieszczącym się obok Izby Przyjęć. Pracowały tam same kobiety, dobrze wykształcone, najczęściej posiadały dyplom biologii lub farmacji.

Dyżurująca tam pani badała skład płynu, którego wynik mógł potwierdzać ropne zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych .  Nieomal równocześnie wykonywała posiew tego płynu na odpowiednie biologiczne podłoże ułatwiające dalsze namnażanie bakterii, ale przedtem tzw. preparat bezpośredni. Na podstawie tej ostatniej oceny, można było z dużym prawdopodobieństwem odpowiedzieć na pytanie, do której grupy należy ten drobnoustrój. Ta informacja pozwalała nam na niezwłoczne podanie odpowiedniego dla tego szczepu antybiotyku. Oczywiście mogło się zdarzyć, że otrzymany po kilku dniach  wynik posiewu z określeniem lekowrażliwości wyhodowanego szczepu  mógł nie korespondować z naszymi sugestiami terapeutycznymi, ale było to w tamtych czasach mało prawdopodobne. Napisałam, w tamtych czasach, bo w latach 70 ubiegłego wieku problem lekooporności nie był tak nasilony jak teraz.

     Już wstępnie wiek dziecka i inne objawy, np. wybroczyny na skórze mogły sugerować z jakim typem bakterii mamy do czynienia, gdyż była obserwowana pewna prawidłowość. Noworodki, nieco starsze niemowlęta, małe dzieci  i starsze były atakowane przez bakterie z określonych grup.  

Nie muszę pisać, że oczekiwanie na wyniki to był bardzo duży stres dla personelu Izby przyjęć a szczególnie dla lekarza odpowiadającego za stan pacjenta. A był zwykle bardzo ciężki.

Ta choroba należała do jednego z najpoważniejszych schorzeń centralnego układu nerwowego.

 

Na medycznej ścieżce. Wątpliwości diagnostyczne.

 

Do naszego szpitala lekarze kierowali też dzieci, u których występowały objawy zapalenia opon mózgowo- rdzeniowych.  

Bywało, że  obraz chorobowy bywał niejednoznaczny i wielokrotnie w Izbie Przyjęć mieliśmy dylemat czy w ogóle takie dziecko kwalifikować do przyjęcia . Dotyczyło to zwłaszcza niemowląt, gdzie objawy bywały nikłe, zmienne i zdarzało się, że nawet doświadczeni lekarze odsyłali je do domu.

Byłoby proste, gdyby można było wszystkich podejrzanych o jakieś schorzenie przyjmować do szpitala na obserwację. Jednak nigdy nie ma takich możliwości, szpitale są przepełnione, co jest wielką udręką lekarzy dyżurnych a i szpital zwłaszcza dla małego dziecka jest ogromnym stresem.

Któregoś dnia w czasie mojego dyżuru przywieziono małe dziecko, odesłane właśnie przed kilkoma godzinami z powodu niejasnych i nie budzących niepokoju starszej mądrej lekarki. Oczywiście po tym czasie objawy były już tak rozwinięte, że nie miałam wątpliwości. Demonstrowało opisywany jako klasyczny tzw. spokojny niepokój, jakieś jakby przyczajenie w oczach, widoczne było wypukłe, tętniące ciemię. Po nakłuciu lędźwiowym wypływał płyn mózgowo-rdzeniowy pod dużym ciśnieniem i był całkowicie mętny. Udało się uratować to dziecko, wyszło bez żadnych pozostałości zaburzeń neurologicznych i rozwijało się potem pięknie.

Widywałam chłopczyka, gdy przybywał do poradni przyszpitalnej.

Matka mnie poznawała i  wyrażała mi wdzięczność, obdarowując pięknymi słowami, uważała, że to ja uratowałam jej dziecko.

Było mi miło, że pamięta. ale ja wcale tak się nie czułam, bo dobrze wiedziałam, że rozpoznanie choroby w takim stadium nie było trudne.

Od tamtego czasu  pozostał we mnie lęk na zawsze, by czegoś nie przegapić odsyłając pacjenta z Izby Przyjęć do domu.

Może chronił mnie jakiś Anioł Stróż, bo nie miałam takich przypadków.

 

Na medycznej ścieżce. Kocowanie..

Dzieci , które zachorowały na  polio były leczone metodą wilgotnych gorących okładów, nazywanych kocowaniem. Z okresu epidemii polio pozostała tylko jedna pani salowa a właściwie kuchenkowa, niezawodna pani Kozińska,  która miała opanowaną tę sztukę. Była to cała celebra, mroczna i mocno cuchnąca .

W magicznym pokoju, gdzie straszyło żelazne płuco, na kuchence gazowej ta pani ustawiała wielki kocioł z wodą. Gdy woda wrzała, pani ta  umieszczała tam zwykłe wełniane, grube zielone wówczas wojskowe koce. Długo je gotowała mieszając wielką pałką. Nie muszę opowiadać jakie kłęby gorącej pary oraz fetor rozgrzanej wełny roznosił się na cały oddział. Ale byliśmy uodpornieni na wszelakie zapachy, a odbywająca się za drzwiami jakby msza budziła mój szacunek.

Wreszcie pani wyglądała zza drzwi i obwieszczała, że wszystko jest gotowe. Tylko ona wiedziała czy temperatura okładów jest odpowiednia, lokowała chore dziecko w te parujące koce zawijała szczelnie i pilnowała dalszego przebiegu zabiegu….

 

Jak już kiedyś wspomniałam, dr Czachorowska umiała wspaniale oceniać funkcję poszczególnych mięśni, stale nas tego uczyła i wkrótce wszyscy opanowaliśmy tę sztukę .

Byłam z tej umiejętności dumna i w przypadkach podejrzanych starannie badałam dziecko w tym kierunku. A było ich sporo w Izbie Przyjęć. Kierowano wszystkie z najmniejszym podejrzeniem jakiś zespołów neurologicznych.

Nie zapomnę chłopczyka, nad którym spędziłam sporo  czasu. Rodzice przywieźli wyrośnięte niemowlę, które niedawno było szczepione p/poli. Chłopiec miał kilkudniową infekcję kataralną a teraz rodzice zauważyli, że nie porusza rączką. Zbadałam go detalicznie. Wyraźne było osłabienie siły mięśniowej mięśnia naramiennego. Wiedziałam, że porażenia zaczynają się od dużych , położonych bliżej rdzenia kręgowego mięśniach. W płynie mózgowo- rdzeniowym nie było zmian, ale było to możliwe w tej późniejszej, porażennej fazie polio. Chłopiec został przyjęty do oddziału , sprawdzałam w nocy, jak się czuje. Nic się nie zamieniało. Na porannym obchodzie stanęłam nad nim zdumiona. Chłopiec wyzdrowiał. Cudnie chwytał mnie porażoną poprzednio rączką i nie pozostał nawet ślad niedowładu. Po prostu stał się cud. Poczułam się nieco oszukana przez naturę. Do tej pory się zastanawiam, nad przyczyną – czy nieomal zamroczona zasugerowana , by nie przegapić jakiegoś objawu widziałam to, czego nie było, czy dziecko chroniło rączkę po jakimś urazie, czy może jednak było to, co stwierdziłam, ale natura zadziałała i nastąpił cud ozdrowienia. 

Oczywiście starsi lekarze się nie dziwowali, przyjęli to jako fakt oczywisty, okazało się, że każdy też tak kiedyś miał.

 

 

Na medycznej ścieżce. O szczepieniach…

Pomimo własnych wątpliwości dotyczących  bombardowania młodego ustroju tak wielką liczbą obcych antygenów podawanych w postaci szczepionek i jakiś mglistych odległych skutków immunologicznych,  jednak nie można zaprzeczyć że szczepienia zmieniły życie wielu istnień.  

Nie widujemy już czarnej ospy a  wiele innych chorób zakaźnych występuje sporadycznie  i to w populacji dzieci nieszczepionych .

Jeśli nawet chorują te zaszczepione, to przebieg choroby jest łagodny i nie zostawia trwałych śladów.

Ponieważ aktualnie wśród rodziców na całym świecie, panuje moda na nie podawanie dzieciom żadnych szczepionek,  wyprzedzając wyobraźnią kolejne wydarzenia, można się spodziewać kolejnych fal zachorowań nawet na choroby uważane za już nie występujące.       Dodatkowym problemem są ludzie zakażeni wirusem zaburzeń odporności, tzw. HIV, którzy zwłaszcza ci nie leczeni mogą być rezerwuarem wszystkich drobnoustrojów, rozsiewać je wokół i zarażać zdrowych.

W takiej sytuacji choroba poliomyelitis może wrócić w każdym momencie.

Tak więc chyba te moje wpisy- poprzedni i aktualny są głosem za celowością szczepień.

W necie znalazłam opracowanie Ireny Janas, które przedstawia historię odkrycia wirusa i opracowywania różnych szczepień p/ tej chorobie. Podaję to we własnym skrócie.

Polio

Schorzenie nazywane nagminnym porażenieniem dziecięcym wywołuje wirus poliomyelitis. Wirus ten potrafi przetrwać w środowisku , jest odporny na temperaturę i chemikalia i potrafi zaatakować po wielu latach.

Początkowo sądzono, że atakuje jedynie dzieci, ale okazało się, że mogą chorować także osoby dorosłe.

Pierwszy opisał ją ortopeda niemiecki Jakob von Heine( 1800-1879), a wkrótce po nim pediatra szwedzki Karl Oskar Medin ( 1847-1927) i stąd się wzięła nazwa jej nazwa: choroba Heinego- Medina.

W 1916 roku choroba nawiedziła Nowy Jork, zabijając około 2000 osób. W 1921 roku powaliła Franklina Delano Roosvelta, który miał wtedy 39 lat. Pomagało mu pływanie w naturalnych ciepłych wodach ze źródła w stanie Georgia, więc  w 1926 roku kupił tam hotel i założył charytatywny ośrodek leczenia polio.

W 1946 roku padali jej ofiarą głównie nastolatkowi i ludzie młodzi, a w roku 1952 dzieci . Zachorowało wtedy 50 tys Amerykanów, z których około 12% zmarło. Wybuchła panika, całe rodziny zamykały się w domach, zamknięto baseny pływackie, odwołano wszystkie imprezy.

Już dawno było wiadomo, że schorzenie jest wywoływane przez określony wirus, ale dopiero w 1949 roku naukowcy G. Anders, T. Weller i F. Robbins nauczyli się go namnażać w hodowlach tkankowych za co w 1954 roku otrzymali nagrodę Nobla.

Od 1946 roku nad wynalezieniem odpowiedniej szczepionki pracował nasz rodak Hilary Koprowski.  Urodził się w rodzinie o żydowskich korzeniach, dorastał w Warszawie, gdzie ukończył LO im. Mikołaja Reja a następnie na Uniwersytecie Warszawskim uzyskał tytuł lekarza medycyny. Studiował też w konserwatorium muzycznym oraz Akademii w Rzymie. Znalazł on zwierzę, był nim szczur bawełniany, który w warunkach naturalnych nie choruje pomimo zakażenia. Doświadczalnie podawano mu wirusa, pobierano jego wycinek mózgu , wstrzykiwano następnemu szczurowi i po kilkunastu takich zabiegach uznano, że wirus jest nadal żywy, ale osłabiony. Koprowski opowiadał o tym w 2001 roku dziennikarzom gazety Wyborczej.

Gdy uznał, że wirus jest już wystarczająco osłabiony, szczepionkę wypróbowywał na sobie. Spożywał ją doustnie i nawet stwierdził, że smakuje jak tran. Było to w roku 1949.

Nie zachorował, więc odważnie zaczął podawać ją dzieciom, początkowo niedorozwiniętym przebywającym w zakładzie dla dzieci niedorozwiniętych a następnie innym z tego samego środowiska. Opisywał swoje uczucie szczęścia, że szczepionka działa i nie wywołuje powikłań.

Dyskutował z innymi to zjawisko i oni uważali, że masowe szczepienie osłabionym zarazkiem  powoduje stopniowe wypieranie tego złośliwego. Wierzyli w to, że ten złośliwy całkowicie zniknie ze świata.

Potem zaszczepiono kobiety z więzienia w stanie New Jersey a następnie szympansy w Stanleyville oraz zajmujący się nimi personel , potem dzieci w Ruandzie i Kongo.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce wybuchła epidemia polio, szczególnie nasilona w Szczecinie, gdzie powtarzała się trzykrotnie, w latach: 1951, 1955, i 1958.

Nikt nie wiedział ile osób chorowało i ile zmarło. Samo rozpoznanie choroby nie było łatwe, gdyż nawet do tej pory nie ustalono u ilu chorych występuje porażenie mięśni. Nie prowadzono żadnych statystyk, nie z powodu zaniedbania, ale z braku wiedzy. Wiadomo tylko, że spośród tych, którzy przeżyli tylko w Szczecinie i okolicach  750 porażonych dzieci wymagało rehabilitacji i na zawsze zostało inwalidami.

Prawdziwa panika wybuchła wtedy, gdy zaczęli chorować młodzi żołnierze, gdyż uważano, że jest to schorzenie wieku dziecięcego. Przestraszone pielęgniarki odmawiały pracy w szpitalach wojskowych.

Wtedy dyrektor Państwowego Zakładu Higieny, Feliks Przesmycki zwrócił się o pomoc do Koprowskiego.  Ten postanowił działać. Jak wspominał Koprowski, akcja szczepień w Polsce trwała od jesieni 1959- do maja 1960 roku. Firma Wyeth przygotowała 9 mln szczepionek a firma okrętowa Moore McCormick przetransportowała szczepionkę do Polski. Po masowych szczepieniach liczba zachorowań spadła ze 1112 przypadków w roku 1959 do około 30 w 1963, a liczba zgonów ze 111 do dwóch. Polska otrzymała szczepionkę za darmo.

Niestety ta szlachetna działalność spowodowała głosy krytyki. Jeden z lekarz głosił, że  polskie dzieci są królikami doświadczalnymi. W wyniku afery został zdymisjonowany dyrektor Państwowego zakładu Higieny – Przesmycki, a jego miejsce zajął ów głoszący złe opinie lekarz.

 Trzy lata po Koprowskim, Albert Sabin a także Jonas Salk rozpoczęli swoje prace nad szczepionką .

Salk( 1914- 1995), urodzony w Harlemie w Nowym Jorku od 1942 roku na zlecenie swojego sponsora, armii USA, pracował z dobrym skutkiem nad szczepionką przeciwko grypie.

Od 1949 roku interesował się pracami nad polio. W 1955 roku opracował swoją szczepionkę, która początkowo powodowała u niektórych szczepionych  dzieci objawy paraliżu. Na 440 tys dzieci, zachorowało po niej 250 dzieci , u 150 z nich wystąpił częściowy lub całkowity paraliż, a 11 zmarło. Z tego powodu tę szczepionkę wycofano. Jednak Salk się nie poddał, kontynuował prace i w roku 1962 otrzymał udoskonaloną szczepionkę, odbudowując swój autorytet. Zaszczepił nią siebie i swoich synów. Od tego roku zaszczepiła się połowa mieszkańców USA, a zachorowalność spadła o 86%. Podaje on zabite wirusy drogą pozajelitową, tj podskórnie co powoduje powstanie odporności u szczepionego. Jednak nie ma tutaj działania bezpośredniego na jelita, gdzie wirus lubi się namnażać. Dlatego nie powstaje w tym miejscu ochronna Immunoglobulina, Iga, co jest wadą szczepionki.

Innym naukowcem, który prowadził badania nad przygotowaniem szczepionki, był

Albert Sabin

Urodził się w Białymstoku, w tradycyjnej rodzinie żydowskiej noszącej nazwisko Saperstein. . W 1921 roku razem z rodziną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończył studia medyczne, przyjął obywatelstwo amerykańskie i zmienił nazwisko na Sabin.

W 1960 wymyślił szczepionkę, która całkowicie zabijała wirusa polio.

Za akceptacją władz ZSRR przeprowadził na ich terenie szczepienia na wielką skalę.

Uzyskał międzynarodową sławę i 40  doktoratów honoris causa na uczelniach całego świata.

Przekazał swoją szczepionkę ZSRR i zaszczepiono nią ponad 2 mln mieszkańców tego kraju. Potem zatwierdzili ją Amerykanie.

Pomimo ogólnego przekonania, że Salk i Sabin pierwsi wymyślili szczepionkę, jednak tym pierwszym był wymieniony już powyżej nieco zapomniany  Polak- Koprowski.

Obecnie stosuje się dwie szczepionki. Salka, w której podaje się pozajelitowo tzn. w zastrzykach, zabite wirusy. Powoduje to odpowiedź całego ustroju, powstają odpowiednie przeciwciała,  ale nie tworzą się immunoglobuliny A , działające  na powierzchni jelit.

Szczepionka Salbina zawierająca żywe, pozbawione złośliwości czyli atenuowane wirusy jest podawana doustnie. Powoduje ona powstanie przeciwciał, które się tworzą w miejscu podania. Stanowią tam najważniejszą barierę ochronną przed wnikaniem wirusa do zakażonego ustroju . Jedyną wadą jest możliwość namnażania się tam wirusa używanego do szczepień i jego złośliwienie. Działo się to najczęściej w przypadku wrodzonych zaburzeń odporności. Jednak zachorowania poszczepienne zdarzają się bardzo rzadko .  Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, widywałam takie dzieci, które były leczone w moim dawnym Szpitalu Zakaźnym przy ul.  Siennej. Przebieg choroby był zwykle łagodny.

W Polsce, od 2012 roku obowiązuje Program Szczepień Ochronnych i wg zaleceń  stosuje się szczepienie kombinowane. We wczesnym okresie niemowlęcym  podaje się szczepionkę  Salka ( 3 dawki w injekcjach ) a następnie , w 6 roku życia, pojedynczą dawkę doustną szczepionki Sabina.

 

Na medycznej ścieżce. Polio czyli choroba Heinego- Medina.

Gdy pracowałam w Oddziale Neuroinfekcji, od razu pokazano mi żelazne płuco. Było chlubą oddziału, mimo, że teraz już służyło jako eksponat. To ponure metalowe urządzenie stało w tzw . kocowalni. To pomieszczenie napawało lękiem i szacunkiem.  

W tym szpitalu leczono większość dzieci chorujących na polio. Szpital był jedynym w Warszawie, w którym były hospitalizowane. Opowiadano o straszliwej epidemii lz lat pięćdziesiątych i mniejszej ale równie dramtycznej liczbie zachorowań w latach sześćdziesiątych ubiegłego teraz wieku.

I właśnie wówczas, wobec częstych porażeń mięśni oddechowych jedynym ratunkiem było wspomaganie ich funkcji tzw. żelaznym płucem. Po usilnych staraniach udało się zdobyć ten sprzęt , który oddychał za dziecko , pozwalał przetrwać ten najbardziej niebezpieczny okres choroby . Uratował setki dzieci. Część z nich jednak wyszła z porażeniami mięśni kończyn, co możemy jeszcze widywać wśród poruszających się obok nas dorosłych.

Po wprowadzeniu szczepień choroba zaczęła zanikać.

Jednak widziałam i to nierzadko, chorujące na polio dzieci. Wówczas jeszcze szczepiono dzieci, dość późno, bo wówczas, gdy ukończyły ósmy miesiąc życia.

W ramach powikłań poszczepiennych czasem zdarzały się zachorowania ale zwykle łagodne, a  porażenia były  przemijające . Większość tych dzieci cierpiało na pierwotny niedobór odporności, zwłaszcza w zakresie immunoglobuliny A. To ona, jako jedyna,  działała obronnie na powierzchni jelit. A właśnie w tym miescu dochodziło do wnikania wirusa. Wtedy już o tym wiedziano i wszystkie chorujące dzieci miały wykonywane badania w tym kierunku i dalej były objęte opieką immunologów.

Ale zdarzały się wypadki, że od dziecka szczepionego zarażało się inne, młodsze, jeszcze nie szczepione. Wirus, który był wydalany z kałem dziecka po szczepieniu, ulegał  zezłośliwieniu i miał silne działanie chorobowe.

Nie zapomnę Marty P. ( też pamiętam db nazwisko). Była silnym pięknym trzymiesięcznym niemowlęciem. Jej mama , chcąc zarobić, opiekowała się także ośmiomiesięcznym chłopcem sąsiadów. Ten chłopiec właśnie otrzymał wg planu szczepionkę i wkrótce potem zachorowała jej córeczka- Marta. Niestety pomimo bardzo intensywnych naszych działań, całkowite porażenie obu nóżek, sięgające od bioder do najmniejszego paluszka nie cofało się. I chyba nie było już szans na wyzdrowienie. Nie wiem jakie były dalsze losy tej dziewczynki, ale można sobie wyobrazić.

Po kilkunastu takich przypadkach dr Czachorowska podjęła walkę o zmianę kalendarza szczepień. I wreszcie został on zmodyfikowany, tak, że aktualnie  szczepionkę otrzymują maleńkie niemowlęta. W tym okresie życia jeszcze nie zdążą się skontaktować z innymi, świeżo zaszczepionymi i zrazić wydalanym przez nie przepasażowanym, dzikim, bardzo złośliwym wirusem….

Na medycznej ścieżce. Eryk…

To był drugi przypadek, gdy byłam lekarzem bezpośrednio opiekującym się chorym a on umarł..

Nie zapomnę pierwszego razu.

Otóż w oddziale neuroinfekcji przebywało dziecko Eryk Ł.( celowo nie podaję nazwiska, pomimo, że pamiętam ). Chłopiec miał ponad rok, ale był znacznie opóźniony w rozwoju psychoruchowym- nawet nie siadał i właściwie nie było z nim żadnego kontaktu. Miał nieustannie napady drgawkowe, które jakoś dawało się opanowywać. Szczegółowa diagnostyka nie przyniosła rezultatów, nie rozpoznano choroby metabolicznej ani genetycznej. Zresztą w tamtych czasach zakres wykonywanych badań był niewielki, dopiero później rozwinęła się bardziej szczegółowa diagnostyka .

Na moim drugim dyżurze, po pamiętnym pierwszym, izbowym, gdzie nic się nie działo, tym razem miałam co robić. Dlatego czas mijał szybko, adrenalina znajdowała ujście w akcji i zbliżał się poranek. Gdy weszłam do sali gdzie leżał Eryk (dokładnie pamiętam gdzie znajdowało się jego łóżeczko,  jak był w nim ułożony, jak wyglądał ) , zauważyłam, że wpadł on w stan drgawkowy. Rzuciłam się do działania. Jednak pomimo szybkiej reakcji, po chwilach spokoju, drgawki się powtarzały. Nagle przestał oddychać, i pomimo natychmiastowej reanimacji dziecko zmarło. Trzymałam to maleńkie ciałko w ramionach i już nic nie mogłam zrobić.

Na porannym raporcie zaczęłam czytanie sporządzonego opisu tego wydarzenia, ale łzy zalewały mi oczy. Jakoś doczytałam do końca, po czym zerwałam się z krzesła i ze szlochem wybiegłam z gabinetu dyrektora .

Gdy wróciłam do oddziału, była tam już ordynator dr Monika Czachorowska. Zabrała mnie na korytarz i długo uspokajała. Wówczas zapamiętałam jej słowa- pani Zosiu, gdzieś tam, daleko siedzą Parki i przędą nić żywota. Gdy uznają za stosowane, biorą do ręki nożyczki i przecinają…nic więcej nie mogła pani zrobić, by uratować to dziecko.

Następnego dnia dotarłam do mojego szpitala. Po przebraniu się powędrowałam do oddziału. Pod drzwiami  siedzieli młodzi ludzie z pękiem różnokolorowych goździków. Nie znałam ich, ale podeszli do mnie i złożyli podziękowanie za to, co robiłam dla ich syna. Byli to rodzice zmarłego Eryka….

 

Na medycznej ścieżce. Śmierć w Izbie Przyjęć.

Jeden raz  tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć  bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie   przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.

Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .

 I  nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców,  by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .

Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.

Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.

Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.

Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.

Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.

Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…