Na medycznej ścieżce. Łazienki i pluskwy.

Gdy docierałam do domu pacjenta na tzw. wizytę domową miałam zakodowany zwyczaj mycia rąk przed zbadaniem pacjenta.

 Wchodziłam więc do łazienki a tam bywały dziwy.

Na przykład w jednym mieszkaniu w wannie mieszkały sobie najspokojniej urocze króliki.

W innych, też w wannie  przechowywano ziemniaki.

Już nie wspomnę o obowiązkowym pławieniu tam karpii w okresie przedświątecznym.

Ale zwykle jakiś dostęp do umywalki był, więc już później nie rozglądałam się wokół, myłam rączki, wycierałam w swój sweter albo bywało podawany usłużnie przez panią domu ręczniczek.

Po zbadaniu chorego siadałam na brzegu krzesełka trzymając na kolanach torbę do której chowałam słuchawki i aparat do mierzenia ciśnienia , na torbie układałam  kartę pacjenta, receptariusz ewentualnie rozkładałam bloczek z drukami zwolnieniowymi . I pisałam, pisałam pisałam wszystko to, co musiałam napisać….

Dlatego tak ostrożnie  postępowałam, bo gdy kiedyś podniosłam głowę , zauważyłam, że wzdłuż ściany spokojnie zmierza w stronę kontaktu wielka spokojna ale obrzydliwa pluskwa, a za nią zdążała druga.Trzeciej już nie wypatrzyłam, bo spuściłam wzrok.

Do tej pory nigdy nie widziałam takich stworzonek, ale z opisów wiedziałam jak wyglądają.

Stąd moja nieufność, czy nie przeniosę w domowe pielesze jakiegoś skądinąd może sympatycznego zwierzątka.

I dlatego unikałam układania swojej torby na podłodze.

A na stole się nie godziło, bo tam zwykle na szkle przykrywającym blat panowała waza ze sztucznymi owocami

I stąd moje nieomal akrobacje, by na maleńkiej własnej przestrzeni zmieścić to co przyniosłam na tę wizytę.

 

Losy moich Rodziców. Chyba najważniejsza rozmowa w życiu Mamy.

I właśnie wtedy Tomasz rozpoczął spokojną rozmowę, którą Mama zapamiętała do końca swoich dni.

O tej rozmowie wspominała często.

Opowiadała  mi o tym wieczorze intymnym, o swoich odczuciach i wielkiej czułości i dobroci oraz mądrości życiowej swojego przyszłego Teścia.

Był on spokojny , poważny i bardzo bardzo  ciepły.

Nawet sobie nie wyobrażała, że taki może być ojciec.

Do tej pory nigdy tego nie zaznała . Jej zapracowani rodzice nie mieli w sobie tej łagodności i cierpliwości by rozmawiać z córką. Wydawali polecenia i oczekiwali, by była posłuszna. Teraz otworzyła się  i odważyła na najszczerszą rozmowę w swoim życiu.

Przyszły Teść zadawał jej konkretne  pytania.

Dotyczyły one  jej wizji swojego przyszłego życia,

-odpowiedzialności,

-potrzeby założenia rodziny ale też szczególnie podkreślał  

-wielkie znaczenie podstawowego prawa człowieka .

Wagę prawa do własnego szczęścia.

 

Rozmawiali długo. 

Wychodząc, zrozumiała, że sama musi  podjąć decyzję, bo jest to jej własne życie, tylko jej …..

Na medycznej ścieżce. Przesiedleńcy.

W tym jednym z największych bloków, który należał do mojego rejonu  dokonałam też ciekawego odkrycia, oczywiście na swój użytek jeno.

Otóż było tam mnóstwo maleńkich kawalerek, usytuowanych w kilku pionach domu.

W nich to widywałam stare kobiety.

Były zwykle przeraźliwie samotne, jednak często w czasie mojej wizyty pojawiła się któraś litościwa sąsiadka. Albo była pomocna tej samotnej, albo tylko chciała się przede mną popisać litościwym opiekuńczym sercem. Myślę jednak, że to była prawdziwa,  szczera i dobra sąsiedzka pomoc.

Wielokrotnie  w takim mieszkaniu gdzie znajdował się tylko jeden pokój w jego miejscu centralnym  znajdowało się jedno wielkie, czasami przepiękne łoże, zajmujące nieomal całą powierzchnię pomieszczenia. Na ścianach czasami wisiały rzędy obrazów, niektórych ciekawych. Tak wyglądało np. mieszkanie jednej z trzech sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek. I ona w nim, jakby zagubiona w aktualnym życiu, miniaturowa wytworna i zniszczona jak ja teraz.

    Tak to te stare kobiety, stare meble, ślady dawnego, czasami świetnego życia wyrównał czas.

Dowiedziałam się, że większość z nich to ludzie przeniesieni z domków jednorodzinnych zlokalizowanych na obrzeżach Warszawy. Zniknęły z mapy Warszawy  maleńkie domki zlokalizowane na uroczych ogródkowych Młocin , które wyburzono w ramach budowy Huty Warszawa albo chatynki Annopola , cieszącej się złą sławą dzielnicy poza Wisłą gdyż tam  budowano  nowe kamienne osiedla.

Ludzie przesiedleni na Wrzeciono źle się tutaj czuli, opłakiwali swoje dawne domostwa i przenosili zwyczaje do ciupkich mieszkanek w wielkich bloczydłach.

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na rozmowę.

Załamany Wacław wrócił do domu i o wszystkim opowiedział Rodzicom.

 Było im bardzo żal syna, smutno i przykro…. Wacław wyjechał do pracy.

Jednak zaplanowanego ślubu nikt nie odwołał i jego termin zbliżał się coraz bardziej.

Wyznaczono go na 14.czerwca 1932 roku.

Może przypadkowo, a może celowo ta data sąsiadowała z urodzinami Taty. Urodził się bowiem w Rakowie 15 czerwca 1908 roku.

W domu Łukaszewiczów wrzało, dyskutowano nad tym, co należy zrobić, by pomóc młodym.

To, że się kochali, było widoczne na odległość.

Wreszcie po rodzinnej naradzie Tomasz , mój dziadek, zaprosił Mamę na podwieczorek.

W tym czasie Stanisława musiała nagle wyjść z domu. Jak mniemam wyszła celowo, by ułatwić rozmowę.

 W domu poza Tomaszem nikogo nie było.

Ojciec Wacława zaprosił Stefę do stołu, przyniósł samowar, podał herbatę.

Byli sami w atmosferze sprzyjającej szczerej serdecznej rozmowie.  

Na medycznej ścieżce. Bimbrownia rejonowa.

W systemie pracy poradnianej, gdy już przeszłam na cały  etat, 4 pierwsze godziny były przeznaczone na pracę w gabinecie a kolejne 3 na wizyty domowe.

Miałam w swoim rejonie m.in. jeden niezapomniany blok.

Adresu nie podam, mimo, że dobrze pamiętam, bo wszak tam nadal mieszkają  ludzie , może potomkowie moich pacjentów.

Blok miał  określoną sławę w osiedlu, gdyż na parterze rezydowała słynna rodzina gospodarza domu. On był wielki i zwalisty, utykał na jedną nogę a jego żona to  kobieta o pięknym imieniu Otylia .

Byli to państwo P. ( nazwisko pamiętam doskonale).

Mieli liczną gromadę dzieci w różnym wieku.

Wydawało się, że są spokojnymi ludźmi.

Ale  któregoś dnia  pękła bomba.

Otóż panowie milicjanci zorganizowali obławę w tym bloku.

Widać już dawno zbierali informacje, albo któryś z lokatorów  systematycznie donosił  co zmusiło tych mundurowych do skutecznego działania.

Oczywiście informacje się potwierdziły i państwo P . zostali nakryci w trakcie intensywnej pracy w swojej bimbrowni.

Praktycznie dopiero potem się o tym dowiedziałam, bo w swojej młodzieńczej naiwności wierzyłam ludziom, wierzyłam, że są z natury dobrzy. I nie wyciągałam wniosków z różnych obserwacji. To dopiero przyszło później.

A przecież można było się niepokoić, albo przynajmniej zainteresować, gdy w  bramie tego bloku, zwykle spotykałam grupkę panów. Skład towarzystwa był raczej stały, ale nie bałam się ich, zwłaszcza, że  w tej przestrzeni , zwykle czarnej i nieoświetlonej kłaniali mi się szarmancko.

 W mroczne jesienne popołudnia, gdy wpadałam na klatkę schodową, ich twarze świeciły pięknym fioletowym blaskiem ale ich schrypnięte głosy wyrażały radość, że widzą swoją panią doktor. Jakoś nie odczuwałam lęku, mimo, że byłam młodziutka i całkiem bezbronna, pewnie w tamtych czasach istniała tzw godność także w tych środowiskach. Obowiązywał szacunek do swoich.

   Wracając do obławy milicyjnej, potem dowiedziałam się, że w jej wyniku państwo ci otrzymali karę więzienia. Pan ten za uprawiany pokątny proceder, a pani Otylia za pogryzienie milicjanta w czasie tej akcji.

Siedzieli w pudle na zmianę, gdyż dzieci ich wymagały opieki.

 

Tak więc w moim bloku bimbrownia przestała działać, ale pewnie przeniosła się gdzie indziej, gdyż wielu osobników w tym osiedlu już w godzinach porannych wędrowała ulicami jak to niektórzy mówią „tropiąc węża”.

Losy moich Rodziców. Rezygnacja.

I wreszcie Stefa otrzymała długo oczekiwany list od ojca.

Otwierała go  z drżeniem serca.

Ale gdy  przeczytała jego pierwsze wersy ,  poczuła lód w sercu i bezsiłę.

Wszystkie jej marzenia, plany, tęsknoty przestały się liczyć.

Spokojnie złożyła list i schowała go w szufladzie.

Po pewnym czasie przyjechał Wacek do rodzinnego miasteczka, przybiegł jak zwykle pod okno wybranki, ale ona oświadczyła chłodno, że niestety nie może wyjść za mąż.

Nie ma prawa układać sobie życia, bo taka jest wola ojca.

To se ne vrati….

I nadal tkwię w nastroju refleksyjnym. Może ta zimowa szara pogoda sprzyja rozdrapywaniu swojego wnętrza.

Wspominki ze ścieżki medycznej , losy moich Rodziców, pamiętnik Teścia zanurzają mnie w przeszłości.

Może jednak Marcin, syn miał rację mówiąc, że dopóki się żyje, żyć trzeba pełną piersią i patrzeć tylko do przodu. Nie cofać się, bo to niebezpieczne. Nie pisać o tym co było , ale rozmawiać, spotykać się z ludźmi.

Ale on ma niespełna 40 lat, w Jego wieku myślałam tak samo.

Ile miałam pary i wewnętrznej siły, by od świtu zabezpieczać dzieci, przemierzać bardzo liczne km do pracy tramwajami, autobusami w wielkim ścisku i smrodzie oddechów wczorajszych czosnkowo alkoholowych. Potem pacjenci, pacjenci, pacjenci. Pomysły na badania, poszukiwanie optymalnej terapii i naukowe opracowania wreszcie.

Było, minęło jak sen.

 Potem przyszła emerytura, powstał nasz nowy dom, taki jak wymarzyłam i nieomal zaprojektowałam. Dookoła rozciąga się wieś mazowiecka na  równinie  smętnej choć zielonej..

Zdarzały się jeszcze jakieś wzloty, spotkania, ludzie na drodze, wchłanianie wrażeń obcych ziem.

I wreszcie nadszedł czas powrotu  do korzeni. Do Gorzowa, miasta, gdzie przyszłam na świat. I które opuściłam mając niespełna 18 lat i zamknęłam za sobą  drzwi. Zdawało się, że na zawsze.

Okazało się, że te drzwi tak łatwo się otworzyły i wówczas buchnęła czająca się za nimi przeszłość.

 I wyszły uwolnione wreszcie tak silne jak kiedyś, a nawet zwielokrotnione długo tłumioną tęsknotą kolory, dźwięki, zapachy. Ożyły ulice dzieciństwa, stare nieraz piękne domy, zobaczyłam ponownie moje lipy, platany, kosodrzewiny i inne drzewa cudne, zapamiętane trwale. Odwiedziłam już nieistniejące działki na wzgórzach  i spotkałam cienie ludzi którzy odeszli .

I znalazłam się w swoim starym świecie i nowym poprzez ludzi, których poznałam teraz .

Bo wystarczyło jedno wejście do portalu Moje Miasto Gorzów i moje tam pisanie . Pisanie pełne czułości nasączone emocjami do granic bólu i oczekiwanie na odpowiedź innych. Tą odpowiedzią, odzewem  były  komentarze. Stanowiły one jedyny  ślad że ktoś przeczytał i na chwilę był ze mną …

I to minęło jak kolejny sen. Już nie ma takiego pisania w tym portalu. Zdaję sobie sprawę, że jest to naturalna kolej rzeczy i że zwykłe naturalne przemijanie się odbyło. Panta rei…

I z tego czasu pozostało kilka pięknych listów od goni i Jej czasem bardzo ciepłe komentarze pod moimi wpisami w portalu.

Teraz grzebiąc w  starych materiałach umieszczanych w tym portalu, pod moją , tj. Łuki

 „ Niedzielą na Głównym czyli fantasmorganiami peronowymi w mieście G. „ znalazłam taki wpis :

„ Podziwiam – za te wszystkie nawiasy, za spokój dobrze przeżytego życia, za to pogodzenie z nieuchronnością losu ( nie każdy to ma ), za chęć poznawania rzeczy małych i dużych, za nieustającą ciekawość świata, za otwarte serce. Życzę, by ten największy nawias jak najdłużej pozostawał nie zamknięty…

gonia „

 

Gdzie się podziały tamte czasy, tamte rozmowy….Pozostało wzruszenie….

 

To se ne wrati – jak mówią Czesi….

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

I znowu sentymentalny powrót do Gorzowa. Przeglądam swoje stare zdjęcia i znajduję to- Dworzec PKP w moim mieście rodzinnym. A potem mój tekst zamieszczony pod nickiem Łuka w MM- Gorzów w pażdzierniku 2010 roku. I cofam się w czasie…

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

 

Niedziela i noc na gorzowskim peronie. Właśnie wyjeżdżam. Jestem sama. Ogłaszają , że pociąg będzie opóźniony o 30 minut. Mam czas, dłużej pobędę w Gorzowie.

Rozglądam się i robię zdjęcia.

Peron jest oświetlony, może mało przytulny i przypomina perony dworcowe winnych miastach. Na jego końcu lśni tajemniczy drzewokrzew.

Siadam na ławce. Rozmyślam sobie. To jest mój dworzec i mój peron.

Główny w życiu. Nie wiem, ile razy stąd wyjeżdżałam (z Domu) i wracałam (do Domu).
Peron jest chropowaty, zdeptany nogami podróżnych.
Poniżej proste, gładkie, idealnie równoległe tory prowadzące gdzieś w świat. Za nimi następny peron.
Niedługo przyjedzie pociąg.

Rozmyślam i widzę jak te perony zamykają fragmenty mojego życia.

Są jak nawiasy.

Muszą być w parze.

Każdy się otwiera, a jego lustrzane odbicie zamyka treść, zdarzenia.

Chcę opowiadać o swoim życiu, ale zamiast zdań podrzędnych umieszczam te peronowe nawiasy.

Urodziłam się w Gorzowie  ( bo tutaj rodzice próbowali odbudować swoje życie po wojnie).

Gdy miałam 5 lat, razem z przyjaciółką uciekłyśmy z domu na działki  (bo chciałyśmy być dorosłe).

Często wyjeżdżałam nad morze  (było bezkresne, piękne i bardzo szumiało – teraz każdy szum lasu wydaje mi się szumem morza).

W pierwszej szkole zobaczyłam zadziwiające muszelki w podłodze  (bo często się dziwiłam, jak widziałam coś niezwykłego).

Miałam krzywe zęby  (bo oddziedziczyłam po przodkach).

W Gorzowie w latach 50. nie było ortodonty  (bo w Polsce ta specjalność dopiero raczkowała).

Dlatego jeździłam z ojcem do Poznania (bardzo lubiłam tam jeździć, bo smakowała mi masa plastyczna, z której wyrabiano aparat).

W Poznaniu zawsze chodziliśmy do baru mlecznego (bo lubiłam jeść leniwe w prawdziwym barze) oraz do sklepu z ołówkami (ołówki miały napisy Kooh-I-Noor i przyjemnie pachniały).

Zgryz mam nadal trochę nieprawidłowy ( bo nie lubiłam aparatu, aż sam się w końcu zgubił).

Potem chodziłam do LO za Wartę (bo kusiły mnie most i wielka rzeka w dole).

Studiowałam w Poznaniu  (bo tam była wonna Palmiarnia z ławkami i można było sobie czytać).

Często przyjeżdżałam do Gorzowa (bo tu jeszcze był mój Dom).

Wyszłam za mąż               (wcześnie, bo tak było najlepiej).

Urodziłam dużo dzieci       (bo chciałam mieć dużą, radosną rodzinę).

Potem tylko pracowałam     (bo to była moja pasja).

Teraz jestem na emeryturze (bo zawsze bardzo tęskniłam za luzem w życiu).

Jeszcze pracuję, a ponadto gadam sobie w MM-Gorzów (bo jednak bardzo lubię ludzi).

Czasami się modlę (bo muszę dziękować za to, co dobre i proszę o siłę).

Nie przyjeżdżam do mojego miasta rodzinnego (bo czuję, że tam nie mam już Domu).

Rozmowy na MM G wystarczają mi zupełnie (więc nie muszę tak naprawdę podróżować).

Stale myślę, że jeszcze coś zobaczę i zrobię (bo podobno jestem optymistką – mówią, że noszę różowe okulary).

Umiem się cieszyć i oglądać to, co bardzo duże i to, co bardzo małe (bo w środku chyba jestem jeszcze dzieckiem).

Lubię tańczyć (ale nie mam z kim).

Mam już zmarszczki (głównie na twarzy, ale raczej nie na duszy).

To odziedziczyłam po przodkach (chyba po to, żeby zachwycać się genetyką).

Teraz mam coraz bliżej końca wędrowania (ale jestem pogodzona, bo każdy tak ma).

Potem przyjdą młodzi i piękni  (widzę ich dookoła i są naprawdę ładni).

Przede mną ostatni peron  (bo muszę w końcu zamknąć ten największy nawias) .

Cieszę się  (bo w tym innym świecie podobno jest też ciekawie i mówią, że tam grają trąby anielskie).

Kończę tę opowieść    (bo właśnie ktoś zachrapał).

Wypiłabym jeszcze piwo   (ale podobno na peronie nie można).

Zaraz będzie pociąg (i sobie gdzieś pojadę).

Nikt mnie nie żegna (bo i nikt nie witał).

Ta opowieść jest trochę dziwna (ale można czytać tylko to, co bez nawiasów – albo nie czytać w ogóle).

Ale to wina tych peronów i Wojtka Młynarskiego

(bo on jeszcze mi śpiewa w głowie ,,Na wszystkie smutki niedziela na Głównym…”)

 

 

 

Losy moich Rodziców. Okrutny list.

 I wracam teraz do swojej opowieści znanej z relacji Mamy.

 

 

Mimo tego, że nie było pozytywnych wieści z Godziszki, nie przekładano  terminu ślubu.

Do tego przekonywali rodzice Wacka, którzy bardzo lubili i cenili Stefę.

 

Któregoś dnia, wreszcie nadszedł  długo oczekiwany list z rodzinnej wsi Mamy.

Otwierała drżącymi palcami, niecierpliwie z nadzieją na zgodę.

Ale myliła się.

List był bezwzględny.

Został napisany ręką brata, któremu Ojciec dyktował .

Zawarte tam słowa spadały na nią jak ciosy.

Oznajmiał, że na zamążpójście córki nie wyraża zgody.

Że ona musi  nadal wspomagać rodzinę finansowo , bo jest to jej święty obowiązek.

I że wybrała człowieka z obcych stron, innego, którego nigdy nie zaakceptuje cała rodzina.

Na medycznej ścieżce. Wielbiciel.

Przez krótki czas miałam  stałego wielbiciela, uroczego starszego pana.

Gdy wchodziłam do przychodni, mogłam być właściwie pewna, że go zobaczę.

Nieomal  codziennie przesiadywał pod moim gabinetem .

Zawsze znajdował jakiś niepokojący objaw w swoim stanie zdrowia wymagający mojej konsultacji.

 Ale gdy wchodził do gabinetu, był radosny, żywiołowy .

Z uśmiechem takim, jakby mnie witał po długim okresie niewidzenia się, wpadał i natychmiast wyciągał rękę do przywitania z szarmanckim ukłonem. Nie mając wyboru, wyciągałam ponad biurkiem swoją. W tamtych czasach nie było zwyczajem podawanie sobie rąk . Być może wynikało to z zasad higieny, albo tylko z pośpiechu, a może z wpojonej zasady trzymania odpowiedniego dystansu pomiędzy lekarzem a pacjentem. Nie wiem. Teraz to się zmieniło i nawet w kościele , w którejś  części mszy, ludzie sobie podają dłonie, co budzi moje chyba zrozumiałe uczucie niechęci.

Gdy więc podawałam temu panu swoją dłoń, ten  łapczywie ją ujmował, ściskał i pokrywał pocałunkami, obśliniając przy tym obficie.

Byłam bezradna, nie wiedziałam jak reagować, nie chciałam go urazić, więc ten proceder trwał.

Uratował mnie jego syn, który w końcu zabrał go do siebie.

Pewnie ten starszy pan uskarżał się na tyle chorób, że biedny skołowany potomek postanowił przejąć opiekę nad ojcem.

A tak naprawdę był on w znakomitej formie i właściwie nie udało mi się znaleźć u niego  jakiejś „porządnej „ poważnej choroby. I na szczęście zresztą.

Gdy przestał przychodzić, muszę się przyznać, że nawet mi go brakowało. Jego entuzjazmu i zaraźliwej młodzieńczej radości.

 

Jednak od tej pory mam awersję do starszych panów, którzy adorują młodziutkie kobiety. Moich znajomych płci męskiej, którzy osiągają wiek prawdziwie męski (*-*) nieustannie przestrzegam przed takimi wyrazami szacunku. Zapamiętałam swoje tamtejsze uczucie z mojej młodości.

W tamtych czasach, gdy byłam śliczna i młoda,  ten starszy pan wydawał mi się po prostu żałośnie śmieszny i właściwie budził niechęć i litość …